Świat
Protest przy przystani Kadikoy (fot. Mehmet Özdere)
Protest przy przystani Kadikoy (fot. Mehmet Özdere)

Saygun, wykładowca na Wydziale Socjologii, jest świadomy, że protestując otwarcie przeciwko władzy, może mieć kłopoty – on i cała kadra. – Jesteśmy w tym razem. Jeśli będą chcieli, wyrzucą nas wszystkich. Nawet jeżeli stracę pracę, to jest to sprawa honorowa. Taka jest walka o demokrację i wolność uczelni, nie boję się – mówi pewnym głosem.

Na początku roku rektorem prestiżowej stambulskiej uczelni Bogaziçi został odgórnie mianowany Melih Bulu, związany z Partią Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), z której wywodzi się Recep Tayyip Erdogan.

Bulu to pierwszy od czasu przewrotu wojskowego w Turcji w 1980 roku rektor spoza uniwersytetu i do tego mianowany bez demokratycznych wyborów. Jego nominacja wywołała protesty przeciwko odbieraniu uczelniom autonomii.

Zaczęło się na początku stycznia, kiedy ogłoszono decyzję o wyborze nowego rektora. Najpierw były pokojowe manifestacje studentów i wykładowców. Pod koniec miesiąca na ulice wyszły też osoby LGBT, piętnowane przez media i władzę.

„Kolejna maskotka rządu”

Erdogan i podległy mu aparat państwowy od dawna uprzykrzają życie każdemu, kto ma poglądy inne niż turecka władza. Według Rezolucji Parlamentu Europejskiego po zamachu stanu w Turcji w 2016 roku liczba osób zwolnionych ze służby publicznej osiągnęła 125 tys., 50,5 tys. osób zostało aresztowanych, a wobec 169 tys. prowadzono postępowanie sądowe. Zakazem działalności objęto sześć agencji prasowych, 50 gazet, 18 kanałów telewizyjnych, 29 wydawnictw, 20 czasopism, 22 stacje radiowe i 1520 stowarzyszeń. Aresztowano 145 dziennikarzy.

Najpierw jesteś celem linczu prawicowych mediów, potem wymyślają ci zarzuty, tworzą dowody, później może nastąpić prawdziwy proces. Tak może być i z nami, więc myślimy już o prawnikach – jesteśmy gotowi na to wszystko, co jest na horyzoncie. Tylko że dochodzenie prawdy trwa latami, te sprawy się ciągną… – zamyśla się Saygun.

W piątek 5 lutego w Dzienniku Urzędowym pojawiła się informacja z Ankary: ludzie Erdogana chcą powiększyć uniwersytet o nowe wydziały, a to oznacza, że sprowadzą tu swoją kadrę i dziekanów. Nie zajmą całej uczelni, ale znajdą na niej dla siebie miejsce.

Codzienny protest wykładowców (fot. Can Candan) , przed uczelnią (fot. Can Candan)

Nie możemy pozwolić na to, abyśmy stali się jako uczelnia kolejną maskotką rządu – mówi Saygun.

Protest wykładowców w kampusie trwa od kilku tygodni. Punktualnie o godzinie 12 wychodzą na zewnątrz i stają odwróceni plecami do budynku, w którym mieści się gabinet nowego rektora. Wszyscy mają na sobie akademickie togi, a od czasu, kiedy nasiliły się ataki na społeczność LGBT, niektórzy trzymają też kolorowe parasolki.

Manifestują również studenci – zarówno na terenie uczelni, jak i na ulicach, w Stambule i nie tylko. Decyzja o powołaniu nowego rektora zadziałała jak popchnięcie pierwszego elementu domina: zaczęło się od kampusu, przeszło na ulice Stambułu, następnie przeniosło się na inne tureckie miasta, jak Ankara, Izmir czy Bursa, a potem również na inne kraje, które zadeklarowały solidarność z protestującymi. 3317 naukowców, myślicieli i pisarzy z całego świata wydało wspólne oświadczenie potępiające działania skierowane przeciwko studentom Uniwersytetu Bogaziçi i wzywające rektora Bulu do rezygnacji.

#AsagiBakmayacagiz – nie będziemy patrzeć w dół

„Chcemy wolnych uniwersytetów!”, „Nie poddamy się!”, „Nie będziemy patrzeć w dół!” To ostatnie hasło, które stało się mottem protestów, ma już wręcz symboliczne znaczenie. Na początku lutego niezależna Yol TV pokazała film, w którym widać policjanta krzyczącego na jednego ze studentów w tłumie, aby „spojrzał w dół”. Chwilę później funkcjonariusze pobili chłopaka i zatrzymali bez wyjaśnienia.

Turcja już wcześniej znała polecenie, aby nie patrzeć w oczy władzy. Sześć lat temu w Hakkari te same słowa padały w stronę Kurdów o separatystycznych poglądach. Dziś prokurdyjska Ludowa Partia Demokratyczna (HDP) solidaryzuje się z zatrzymanymi studentami. #AsagiBakmayacagiz – nie będziemy patrzeć w dół – słychać na protestach i widać na transparentach, w mediach społecznościowych pojawia się przy każdej informacji o manifestacjach i aresztowaniach studentów. A te przybierają na sile.

Jeden z bardziej przerażających momentów w historii uniwersytetu nastąpił 1 lutego. Policja, uzbrojona w gaz łzawiący, pałki i niekończące się pokłady homofobii, na dobre rozgościła się wśród manifestujących. Zatrzymano 159 studentów, którzy protestowali pokojowo przeciwko powołaniu na stanowisko rektora Meliha Bulu. Niecałą setkę zwolniono z aresztu dwa dni później, niektórzy wciąż tam są, inni dostali areszt domowy.

Wśród tych studentów znalazł się Murtaza. Wcześniej nie brał udziału w żadnych protestach, jest raczej spokojnym chłopakiem, ale w manifestacjach na uczelni, z którą się utożsamia, uczestniczył od samego początku.

Zostałem zatrzymany przez czterech funkcjonariuszy. Zanim wsadzili mnie do policyjnego wozu, próbowali związać mi ręce za plecami, ale w końcu odpuścili. Szarpałem się. W wozie ja i moi znajomi, którzy też zostali zatrzymani, czekaliśmy sześć godzin. Nikt nic nam nie mówił i nie wiedzieliśmy właściwie, na co i dlaczego czekamy – przywołuje z pamięci Murtaza.

Do celi dostarczano jedzenie (fot. Ahmet Berk Kurt) , większość zatrzymanych go nie tknęła (fot. Ahmet Berk Kurt) , nie było mydła, papieru toaletowego ani podstawowej opieki medycznej (fot. Ahmet Berk Kurt)

Przez sześć godzin nie było mowy o wyjściu z auta i na przykład skorzystaniu z toalety. – Kiedy już szliśmy korytarzem aresztu, policjanci przez całą drogę mnie obrażali i obrzucali wyzwiskami. Wiesz, same wulgaryzmy, nie będę ci powtarzał.

Do celi dostarczano jedzenie, większość zatrzymanych go nie tknęła. Nie było mydła, papieru toaletowego ani podstawowej opieki medycznej. – Przez tę nocną szarpaninę z policją jedna z moich przyjaciółek miała złamany palec. I tak z nim leżała całą noc, sama w pustej celi. Kiedy się zorientowaliśmy, że potrzebuje pomocy, krzyczeliśmy tak długo, aż funkcjonariusze nie mogli tego znieść i przenieśli ją do zbiorowej sali dla kobiet, w której były jej przyjaciółki, a ktoś usztywnił jej ten palec, żeby mniej bolało – Murtaza opowiada dalej.

Zatrzymanym studentom nikt nie udzielał żadnych informacji. Zostali zabrani do aresztu z pokojowej manifestacji. Murtaza wyszedł po dwóch dniach. – Nie mogliśmy porozmawiać z bliskimi, dać im znać, że żyjemy i gdzie jesteśmy. Moja rodzina przez dwie doby nie miała pojęcia, co się ze mną dzieje. Rodzice byli roztrzęsieni, kiedy rozmawialiśmy zaraz po moim wyjściu – wspomina Murtaza.

Uważa, że to był zaplanowany ruch, który miał powstrzymać młodych ludzi przed dalszymi protestami. – Były chwile, kiedy czuliśmy, że to będzie nasza przyszłość, te brudne cele i ciągłe wyzwiska – mówi chłopak.

Ale postanowili, że nie odpuszczą. – Podnosiliśmy się wzajemnie na duchu, a potem już śpiewaliśmy, tańczyliśmy i śmialiśmy się w naszych celach pomimo wszelkich fizycznych i psychicznych udręk – wspomina Murtaza.

Murtaza nigdy wcześniej nie miał problemów z policją. Aresztowania to do 1 lutego była dla niego abstrakcja. Kiedy wyszedł, był głodny, wyczerpany, ale już się nie bał. – Nadal biorę udział w manifestacjach. Nikt z nas się nie poddał. Będziemy je kontynuować aż do rezygnacji Bulu i wybrania przez uczelnię własnego rektora. A nasze protesty były i będą pokojowe do samego końca – oznajmia na koniec.

Jeden z pokojowych protestów (fot. Mehmet Özdere)

Rodzina chłopaka chce, żeby trzymał się z daleka od polityki i skupił się na edukacji. Trudno jednak oddawać się nauce, kiedy władza ogranicza wolność uniwersytetów, studenci są nazywani terrorystami, a przyszłość uczelni stoi pod znakiem zapytania.

Studenci podkreślają, że nie chodzi tylko o sposób, w jaki rektor Bulu został na to stanowisko powołany. Dodatkowym, trudnym do podważenia argumentem przeciwko niemu jest to, że doszukano się serii plagiatów w jego pracach naukowych, co zdecydowanie uniemożliwia mu objęcie stanowiska rektora tak prestiżowej uczelni. A raczej – uniemożliwiałoby w normalnych warunkach.

2 lutego, dzień po protestach i aresztowaniach, pracownicy naukowi Uniwersytetu Bogaziçi stali w akademickich togach tyłem do gabinetu rektora, trzymając w rękach tabliczki z liczbą 159.

Bulu udaje, że nie istnieje, prawie nie opuszcza biura rektora

„Jesteście studentami czy terrorystami?” – grzmiał 3 lutego na wideokonferencji Recep Tayyip Erdogan do protestujących młodych ludzi.

„Ci, którzy próbują zaszkodzić Turcji, traktując nominację tego rektora jako wymówkę, to pionki terrorystów i separatyści przebrani za studentów” – wtórował mu przewodniczący ultranacjonalistycznej Partii Narodowego Działania (MHP) Devlet Bahçeli.

Sam Melih Bulu właściwie w tej aferze nie występuje. Zadekował się w swoim gabinecie, niewiele mówi i rzadko się pokazuje. W kilku wypowiedziach w mediach wspominał jedynie, że zależy mu na rozwoju uniwersytetu i że on i studenci muszą wypracować kompromis w podejmowaniu decyzji. Jest w tej grze tylko pionkiem.

Bulu jest bardzo cichy, udaje, że nie istnieje, prawie nie opuszcza biura rektora. Wspominał tylko, że większość społeczności uczelnianej nic mu nie zarzuca. I wskazał palcem tych, którzy mają coś przeciwko. To nieprawda, bo w opozycję są zaangażowane setki osób. Bulu napiętnował konkretnych ludzi, narażając ich na akty nienawiści i medialny lincz. Teraz znalazł pomocników na uczelni – dwóch profesorów zaczęło z nim współpracować. To jest bardzo źle widziane, jako niemoralne zachowanie – oni wiedzą, jak są traktowani studenci na ich wydziale, wiedzą, że niektórzy wciąż są w areszcie, a mimo to współpracują z Bulu – mówił mi Saygun.

Studenci podkreślają, że nie chodzi tylko o sposób, w jaki rektor Bulu został na to stanowisko powołany. Dodatkowym, trudnym do podważenia argumentem przeciwko niemu jest to, że doszukano się serii plagiatów w jego pracach naukowych, co zdecydowanie uniemożliwia mu objęcie stanowiska rektora tak prestiżowej uczelni (fot. Mehmet Özdere)

Snajperzy na budynkach

Obserwatorem wydarzeń w kampusie jest też właściciel pobliskiej kawiarni. Opowiada mi o tym, co widział na Bogaziçi: – Znam wielu tamtejszych studentów. Do tej pory ten uniwersytet był jedną z niewielu instytucji, w które rząd nie był zaangażowany. To była szkoła, można było rozwiązać w niej każdy problem, niezależnie od poglądów politycznych.

O ostatnich wydarzeniach i aktywności służb mówi: – Nagle przestałem czuć się bezpiecznie w mojej okolicy. Idę na targ i jestem narażony na krzywe spojrzenia funkcjonariuszy, na budynkach umieszczają snajperów… My, którzy mieszkamy i pracujemy niedaleko uniwersytetu, jesteśmy naprawdę zaskoczeni, bo ten protest jest pokojowy – zamyśla się.

Sam nie brał w proteście udziału, żeby nie prowokować policji. Funkcjonariusze w poszukiwaniu „terrorystów” wychwytują osoby, które nie wyglądają na studentów. Nie chciał zaszkodzić sprawie. To jednak nie był główny powód. – Jestem Kurdem i mam kurdyjskie imię, a to wystarczający powód, żeby odebrali mnie jako zagrożenie i potencjalnego terrorystę. Nas i tak już traktują jak obywateli drugiej kategorii – mówi.

Przez snajperów na dachach i ogrom policji naprawdę można by pomyśleć, że toczy się tu wojna. A to tylko kilkuset studentów i wykładowców, którzy wykorzystali prawo do pokojowej manifestacji. – Liczba funkcjonariuszy w samym kampusie jest niedorzeczna. Pierwszego dnia miałem wrażenie, że więcej było policji niż manifestujących – relacjonuje właściciel kawiarni.

Melih Bulu został wysłany na uniwersytet jako koń trojański, a nie rektor. Koń trojański wysłany po to, aby zniszczyć autonomiczną uczelnię, która nie podporządkowała się władzy – uważa mężczyzna.

Ma 20-letnią siostrę. – Ona jest naprawdę przerażona, kiedy widzi, że instytucje państwowe, które przecież mają chronić swoich studentów, uznają ich za terrorystów czy dewiantów. Traktują źle każdego, kto ma inne zdanie. Nie wiemy, co będzie jutro, i to jest bardzo przykre.

Wspiera swoich znajomych w social mediach, udostępnia zdjęcia z manifestacji i posty o tym, jak ci młodzi ludzie są traktowani. – Może mnie za to aresztują, nie wiem, ale boję się, kiedy widzę, co się dzieje tuż obok mnie, obok mojego domu. Pewnego dnia mogę wyjść na kawę, a po drodze aresztują mnie za wpis na Twitterze. Mimo wszystko studenci mają rację i będziemy stać przy nich do końca – zapewnia.

Przez snajperów na dachach i ogrom policji naprawdę można by pomyśleć, że toczy się tu wojna. A to tylko kilkuset studentów i wykładowców, którzy wykorzystali prawo do pokojowej manifestacji (fot. Ahmet Berk Kurt)

Erdogan: nie ma czegoś takiego jak LGBT

Podczas protestów na Uniwersytecie Bogaziçi studenci zorganizowali wystawę. Przy biurze nowego rektora powieszono zdjęcie Kaaby – świętego miejsca muzułmanów – otoczonej tęczowymi flagami. W odpowiedzi urzędnicy rządowi zaatakowali turecką społeczność LGBT i uznali plakat za znieważający islam.

Zdjęcie Kaaby powieszono w ramach protestu przeciwko konserwatywnym rządom partii AKP, z którą jest związany Bulu, a która piętnuje między innymi osoby homoseksualne. W Turcji od 2016 roku zakazane są Parady Równości, był to więc odważny ruch. I rozpoczął falę tęczowych flag na protestach.

Jak zareagowali rządzący? Minister spraw wewnętrznych Turcji Süleyman Soylu nazwał protestujących „dewiantami LGBT”. Zrobił to na Twitterze, a jego tweet został przez serwis społecznościowy ukryty za naruszenie zasad i nienawistne zachowanie.

„Nie ma czegoś takiego jak LGBT. Ten kraj jest… moralny i z tymi wartościami pójdzie w przyszłość” – oznajmił prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan po tym, jak strajki rozgorzały na dobre, a aktywiści – między innymi społeczność LGBT – starli się z policją.

„Wzywamy do niezwłocznego uwolnienia studentów i protestujących aresztowanych za udział w pokojowych demonstracjach i wzywamy policję do zaprzestania używania nadmiernej siły. Potępiamy homofobiczne i transfobiczne komentarze urzędników podżegające do nienawiści i dyskryminacji osób LGBT” – napisała na Twitterze Rada Praw Człowieka ONZ.

***

Obecne protesty to największe w Turcji zamieszki od czasów głośnych manifestacji w parku Gezi w 2013 roku. Podczas tamtych demonstracji zginęły 22 osoby, a 8 tys. zostało rannych.

#AsagiBakmayacagiz

Marta Burza. Z wykształcenia indolog, turkolog, absolwentka Podyplomowych Studiów Pomocy Humanitarnej, a z pasji - dziennikarka. W wolnych chwilach włóczy się po świecie. W Nigerii pracowała z dziećmi, w Nepalu chodziła po górach podziwiając Annapurnę, Indie przemierzyła z południa na północ, a turecki Kurdystan przejechała na gapę jako pasażer ciężarówki szmuglującej papierosy z Iranu. Pisała dla Gazety Krakowskiej, Krytyki Politycznej i portalu Popmoderna.pl, a w Gazeta.pl redaguje newsy. Interesują ją migracje, nierówności społeczne i Azja Południowa.