Odpocznij
Od strony miłośników astronomii lato jest chyba najlepszym czasem do nocnych obserwacji (Fot. Shutterstock)
Od strony miłośników astronomii lato jest chyba najlepszym czasem do nocnych obserwacji (Fot. Shutterstock)

Czy lato to dobry czas na obserwacje nocnego nieba? 

I tak, i nie. Dla profesjonalistów to chyba najgorszy czas, bo noce są krótkie i jasne. Słońce chowa się dość płytko pod horyzontem, więc prawdziwa, ciemna, astronomiczna noc nie nastaje. Gwiazd też widać w wakacje mniej, tylko te najjaśniejsze. Trochę bez sensu wystawiać teleskop, bo zaraz trzeba go chować. 

Jednak gdy popatrzymy na to od drugiej strony – miłośników astronomii, a nie doświadczonych obserwatorów nieba – to lato jest chyba najlepszym czasem! Bo noce są ciepłe, a że widać tylko najjaśniejsze gwiazdy, to jeśli ktoś się dopiero uczy rozpoznawania konstelacji, łatwiej się w tym połapie. 

Co możemy dostrzec w zwykłe letnie noce, gdy nie dzieje się nic spektakularnego?  

Przeciętna letnia noc charakteryzuje się trzema rzeczami. Po pierwsze, jest jasna – występują tak zwane białe noce. Po drugie, widać na niebie wiele sztucznych satelitów. A po trzecie, można zobaczyć obłoki srebrzyste. 

Zawsze myślałam, że na białe noce trzeba jechać do Sankt Petersburga. 

A tymczasem są w Polsce. To zjawisko rzeczywiście jest dosyć nietypowe dla sporej części świata. Już kilka stopni bardziej na południe, we Włoszech, czegoś takiego nie ma. Tam noc zapada nagle, robi się prawdziwie ciemno i ciemność utrzymuje się przez cztery–pięć godzin. Na naszej szerokości geograficznej zmierzch się przeciąga. Jeśli chcemy zobaczyć jakieś gwiazdy, musimy poczekać przynajmniej do godziny 23.  

Pewnie większość osób powie: „O czym ten facet mówi? Przecież normalnie w nocy jest ciemno". W astronomii ciemnością nazywamy coś innego: sytuację, gdy nie widzimy już na horyzoncie łuny po zachodzącym słońcu i w każdym kierunku niebo jest tak samo ciemne.  

Przeciągający się zmierzch nad Ustroniem w Beskidzie Śląskim (Fot. Shutterstock.com) , I wschód słońca na molo w Sopocie (Fot. Shutterstock.com)

Dlaczego latem widzimy więcej sztucznych satelitów? 

Bo słońce jest nisko. Gdybyśmy w nocy wznieśli się w górę kosmiczną windą, to choć na dole jest ciemno, już około 100 km wyżej moglibyśmy dostrzec chowające się za horyzontem słońce. Wszystko, co przelatuje nad naszymi głowami, jest oświetlane przez jego promienie i te promienie do nas odbija. 

A co przelatuje nad naszymi głowami? 

W ostatnich dniach lipca wieczorami i w nocy będziemy dobrze widzieć międzynarodową stację kosmiczną, czyli największego sztucznego satelitę, zamieszkanego przez sześcioosobową załogę. To jest niesamowite, że możemy zobaczyć na niebie lecącą kropkę, w której siedzą astronauci. Jakby tego było mało, teraz mamy na niebie aż dwa takie statki, bo od kilku tygodni na orbicie jest też chińska załoga. Widoczna z Polski, ale gorzej.  

Latają nad nami także satelity wirujące, rozbłyskujące, czyli kosmiczne śmieci. Czasami ludzie je widują i zastanawiają się, co to było. Eksplozja gwiazdy? Kosmiczny kataklizm? A to po prostu satelity puszczają nam zajączka.  

No i są jeszcze słynne Starlinki Elona Muska. 

Do tej pory wszystkich satelitów na niebie było około pięciu tysięcy. Za sprawą Elona Muska na orbicie ma się znaleźć dodatkowych 12 tysięcy! Ich celem jest zapewnienie nam dostępu do szerokopasmowego Internetu w każdym miejscu globu, nawet na szczycie Mount Everestu albo na oceanie podczas wakacyjnego rejsu.  

Czytałam, że Starlinki podzieliły środowisko naukowe. 

Do tego stopnia, że są pro- i antystarlinkowcy. Jedni lubią je obserwować, inni najchętniej rzucaliby w nie kamieniami, gdyby tylko byli w stanie tam dorzucić. Problem ze Starlinkami jest taki, że duża ich liczba może w pewnym stopniu wpłynąć na wygląd nocnego nieba. Mam wrażenie, że antystarlinkowcy jednak trochę wyolbrzymiają. Marzena Rogozińska, wschodząca gwiazda polskiej astrofotografii, której prace uwielbiam, wrzuciła niedawno fenomenalne zdjęcie Drogi Mlecznej i nie było tam ani jednego sztucznego satelity. 

Za sprawą Elona Muska na orbicie ma się znaleźć 12 tysięcy sztucznych satelitów (unsplash/zdjęcie ilustracyjne)

A jeśli skupimy się tylko na wizualnym aspekcie Starlinków?  

To na pewno są czymś wyjątkowym, czego na naszym niebie do tej pory nie było. Krótko po ich wyniesieniu, gdy lecą jeszcze w jednej grupce 60 satelitów, jeden za drugim, tworzą tak zwane kosmiczne pociągi. Po jakimś czasie ten „skład" się rozlatuje i znikają nam z pola widzenia. Ostatnio obserwatorzy Starlinków trochę narzekają na ich niedobór. Muszą poczekać na następną „paczkę", którą Musk wyśle w kosmos. 

Więc latem mamy jasne noce, sztuczne satelity i obłoki srebrzyste. Te ostatnie zalały w lipcu social media. 

Już się kończą. W Polsce ostatnie obserwujemy około 25 lipca. Chyba że ktoś – jak ja – rusza do Arktyki, na przykład na Islandię, to może je podziwiać jeszcze do końca sierpnia.  

Obłoki srebrzyste są najwyższymi znanymi ludzkości chmurami typu pierzastego. Zwykle się z chmurami nie lubimy, bo zasłaniają nam gwiazdy. Ale obłoki srebrzyste są wyjątkowe. Tworzą się na granicy między ziemską atmosferą a kosmosem, na wysokości około 85–90 km nad powierzchnią ziemi, głównie nad terenami arktycznymi. Biorą się stąd, że pył kosmiczny opada do ziemskiej atmosfery i ulega oblodzeniu. Obłoki srebrzyste dosłownie świecą, bo odbijają światło słoneczne niczym gigantyczne zwierciadła. Na ciemnym niebie mienią się charakterystycznym błękitnosrebrzystym blaskiem, co robi wielkie wrażenie.  

Wstyd się przyznać, ale ja w tym roku widziałem je tylko dwa razy. Bo też sezon nie był nadzwyczajny. W ubiegłym roku obłoki srebrzyste dały naprawdę niesamowity spektakl. Kilkukrotnie mogliśmy obserwować, jak pokrywają prawie całe niebo, a to rzadkość. 

Wiemy, z czym żegnamy się w lipcu. A co nas czeka w sierpniu? 

Koniec lipca i początek sierpnia przynoszą w Polsce koniec białych nocy i powrót nocy astronomicznych. W sierpniu będziemy mieli też dwie duże atrakcje: planety i Perseidy. 

Planety „wracają" na nocne niebo po przerwie. Co prawda w lipcu mogliśmy obserwować blisko siebie Wenus i Marsa, ale z Polski były widoczne średniawo. Teraz nad południowo-wschodnim horyzontem już około godziny 23 zaczynają się pojawiać dwie największe planety Układu Słonecznego: Jowisz i Saturn. Jowisz będzie najjaśniejszym widocznym punktem. Saturna dostrzeżemy nieco na prawo od Jowisza, w kierunku południowym.  

Karol Wójcicki: Ludzie pytają: 'Po co właściwie patrzeć w niebo, czego tam szukać?'. Każdy ma własną odpowiedź, ale dla mnie to po prostu równoległy świat. Można się zatracić na wiele godzin (Fot. Shutterstock.com)

Jak je rozpoznać? 

Jowisza odnajdziemy bez problemu, bo przez większość nocy będzie najjaśniejszym obiektem poza Księżycem. To on zdominuje noc.  

Trzeba też przyjrzeć się, jak obiekt na niebie świeci. Gwiazdy delikatnie mrugają, jakby puszczały do nas oko z drugiego końca kosmosu. To mruganie jest tak zwanym zjawiskiem scyntylacji, czyli zaburzenia biegu promienia światła wynikającego ze zniekształceń naszej atmosfery i przechodzenia z próżni do atmosfery. Tam są różne ciśnienia, wszystko się kotłuje – trochę tak, jakbyśmy oglądali świat z dna basenu. Punktowe, malutkie światło gwiazd bardzo łatwo zakłócić.  

Planety są zdecydowanie bliżej Ziemi niż gwiazdy. Widziane nawet w niewielkim teleskopie nie są punkcikami, mają małą tarczkę, wyglądają jak kółeczka. Tarczowe źródło światła dużo trudniej zakłócić, więc planety widzimy świecące blaskiem stałym. Nie mrugają.  

Więc gwiazdy mrugają, a planety nie. A jeśli coś nie mruga i powoli się przesuwa, to jest to jeden ze sztucznych satelitów. 

Chyba wszyscy czekamy na Perseidy. 

Deszcz spadających gwiazd, czyli maksimum roju meteorów nazywanych perseidami, w tym roku wypada w nocy z 12 na 13 sierpnia. W ciągu godziny będziemy mogli zobaczyć nawet kilkadziesiąt perseidów. To z pewnością najbardziej znany, lubiany i najchętniej obserwowany z Polski w ciągu całego roku rój spadających meteorów. 

Ale nie jedyny? 

I nie największy! W ciągu roku możemy dwa razy zobaczyć większe i często dużo bardziej spektakularne deszcze spadających gwiazd: Geminidy i Kwadrantydy. Oba roje obserwujemy jednak zimą – Geminidy w grudniu, a Kwadrantydy w pierwszych dniach stycznia. Dużo trudniej jest jednak położyć się na leżaku albo w śpiworze na śniegu i wytrwać sześć–siedem godzin przy temperaturze minus 10–12 stopni C, jak mi się zdarzyło tej zimy.  

Perseidy (Fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta)

Perseidy spadają w ciepłe noce, mamy wakacje, a to zachęca do spoglądania w stronę nieba. Mam wrażenie, że każdy przynajmniej raz w życiu ich wypatrywał. Gdy pracowałem jeszcze w warszawskim Centrum Nauki Kopernik, organizowałem cykliczną imprezę pod nazwą „Noc spadających gwiazd" i udało nam się osiągnąć nieoficjalny rekord świata: 12 tysięcy osób razem oglądających nocne niebo. Trochę za tym tęsknię. 

Pamiętam, trudno było znaleźć miejsce na rozłożenie koca. Ale też w okolicach jasno oświetlonego mostu Świętokrzyskiego niewiele było widać. 

Zarząd Transportu Miejskiego nie pozwalał nam gasić latarni na moście Świętokrzyskim. Urzędnicy upierali się, że wtedy wszyscy przejeżdżający przez most powpadają do rzeki.  

Ja też przez jakiś czas myślałem, że może to jest nierozsądne robić obserwacje nocnego nieba w takim miejscu. Ale raz przyszedł na tę imprezę kolega i powiedział: „Wiesz co, Karol, przez całą noc widziałem pięć spadających gwiazd". Myślę sobie: „Boże, jaki przypał, ja im opowiadam, że będą spadały gwiazdy, a on mi mówi, że widział pięć. Jak jadę na obserwacje, to się cieszę, jak mogę zobaczyć 80 w ciągu godziny!". Ale za chwilę dodał, że to jest więcej, niż do tej pory widział przez całe swoje życie.  

Takie imprezy są dla osób, które nigdy w życiu z własnej, nieprzymuszonej woli nie wybrałyby się za miasto walczyć z komarami, żeby zobaczyć spadające gwiazdy. I jeśli po imprezie jedna na sto osób pomyśli: „Kurczę, fajna ta astronomia. Może się wybiorę do planetarium?", to zrobiłem swoją robotę. 

12 tys. osób to nieoficjalny rekord świata w liczbie osób wspólnie oglądających nocne niebo. Tyle osób przychodziło na 'Noc Spadających Gwiazd' organizowaną przez Karola Wójcickiego i Centrum Nauki Kopernik (Fot. Shutterstock.com) , Perseidy najlepiej obserwować za miastem, w pozycji półleżącej albo leżącej. Zadzierając głowę do góry, możemy bardzo szybko nabawić się bólu szyi (Fot. Shutterstock.com)

Czy do obserwacji Perseidów trzeba się jakoś przygotować? 

Najlepiej obserwować je w pozycji półleżącej albo leżącej. Zadzierając głowę do góry, możemy bardzo szybko nabawić się bólu szyi. Dobrze jest mieć koc lub leżak, termos z kawą i – co bardzo ważne – odłożyć smartfon. Spoglądanie co chwila na jasny ekran będzie psuło adaptację naszego wzroku do ciemności. 

Szukajmy miejsc ustronnych, gdzie jest ciemno, w polu widzenia nie ma żadnych latarni. Najlepiej jechać kilkanaście–kilkadziesiąt kilometrów od granic miasta. Wpatrujmy się w dowolny fragment nieba, najlepiej jeśli wzrokiem obejmujemy duży jego obszar. I cierpliwie czekajmy. Meteory nigdy nie pojawiają się od razu. W pierwszej połowie nocy zobaczymy pewnie kilkanaście spadających gwiazd w ciągu godziny, a potem ich liczba będzie narastała do 60–70 na godzinę przed świtem.  

Żyjąc w pędzie, raczej rzadko patrzymy w niebo, a nocą śpimy. Chyba wiele tracimy. 

To prawda. Ludzie pytają: „Po co właściwie patrzeć w niebo, czego tam szukać?". Każdy ma własną odpowiedź, ale dla mnie to po prostu równoległy świat. Obserwując Księżyc przez teleskop, można się zatracić na wiele godzin. Jest osobnym globem, a wisi tuż nad nami.  

Jak jeszcze mieszkałem w Warszawie, zdarzało mi się zaczepiać ludzi na przystanku, gdy na przykład leciała stacja kosmiczna. Nie mogłem się powstrzymać. Niektórzy patrzyli na mnie jak na wariata, a innym błyszczały oczy: „Jak to, statek kosmiczny? Z ludźmi na pokładzie?". 

Największy zachwyt związany z niebem poczułam kilka lat temu w Grecji na widok Drogi Mlecznej. Jakby wciągał mnie kosmos. W Polsce nigdy jej nie widziałam. 

W Polsce to już nie jest proste. Według statystyk 95 proc. mieszkańców Europy żyje w miejscach, w których jest tak jasno, że nie ma szans dostrzec Drogi Mlecznej. To smutne, bo Droga Mleczna jest tworem, pod którym wychowała się i dorastała nasza cywilizacja. Budziła się nasza ciekawość tego widoku, a co za tym idzie – poszukiwanie odpowiedzi i rozwój nauki. A my dziś ten widok po prostu straciliśmy.  

Karol Wójcicki: Droga Mleczna jest tworem, pod którym wychowała się i dorastała nasza cywilizacja. A my dziś ten widok po prostu straciliśmy (Fot. Shutterstock.com)

Gdy pojedziemy na jakąś grecką wyspę, staniemy w kierunku południowego morza, to zobaczymy Drogę Mleczną. Widok jest absolutnie przepiękny. Szkoda, że przestaliśmy się nim zachwycać. Tylko nieliczni miłośnicy astronomii potrafią dziś przebyć setki kilometrów, by się nim cieszyć.  

Wrócę na moment do Księżyca. Czy czeka nas tego lata jakiś spektakl z nim w roli głównej? 

Zaćmienia nie będzie żadnego. Ale Księżyc latem charakteryzuje się tym – i dla mnie to atrakcja sama w sobie – że przechadza się wyjątkowo nisko nad horyzontem. Uwielbiam letnie wschody Księżyca, w czasie pełni i dzień po pełni, gdy wielki, pełny, pomarańczowy Księżyc się wznosi. Najbliższa pełnia wypada w weekend 22 sierpnia.   

Księżyc latem charakteryzuje się tym, że przechadza się wyjątkowo nisko nad horyzontem. Jest wielki i pomarańczowy (Fot. Shutterstock.com) , Najbliższa pełnia wypada w weekend 22 sierpnia (Fot. Shutterstock.com)

Stargazing, czyli obserwowanie gwiazd, jest teraz nomen omen wschodzącą gwiazdą turystyki. Gdzie warto polecieć na obserwacje nieba i jak Polska wypada na tym tle? 

Z zanieczyszczeniem nieba światłem jest u nas coraz gorzej, ale nie tak źle jak na przykład w południowej Anglii czy krajach Beneluksu, gdzie obserwacje nocnego nieba nie odbywają się chyba prawie w ogóle, bo ciemnego nieba praktycznie tam nie ma. My przynajmniej mamy ewenement na skalę europejską, czyli Bieszczady. Tam niebo jest czarne aż po linię Karpat.  

Jeśli chodzi o turystykę astronomiczną, to w ostatnich latach króluje La Palma. W ciągu dnia można tam mieć fajne wakacje, a nocą wjechać na wulkan wysoko ponad linią chmur. Ciemne niebo jest też na południowym wybrzeżu Grecji, Włoch czy Hiszpanii.   

Ja bardzo dużo podróżuję turystycznie i astronomicznie... na Północ oglądać zorze polarne i inne niesamowitości. Tam jest niebo, jakiego nie widać nigdzie indziej na świecie.  

Karol Wójcicki: Jeśli chodzi o turystykę astronomiczną, to w ostatnich latach króluje La Palma. W ciągu dnia można tam mieć fajne wakacje, a nocą wjechać na wulkan wysoko ponad linią chmur (Fot. Shutterstock.com) , La Palma: Droga Mleczna widoczna nad obserwatorium astronomicznym (Fot. Shutterstock.com)

A czy to prawda, że zorze polarne możemy zobaczyć też w Polsce? 

Tak. Widziałem je kilkukrotnie, raz nawet z okolic Warszawy. Na podstawie moich obserwacji w Arktyce zrozumiałem, że są bardziej dostępne, niż nam się wydawało. 

To znaczy? 

Kiedyś przypuszczaliśmy, że zorzę w Polsce można zobaczyć pięć–sześć razy w ciągu roku. Dzisiaj jestem przekonany, że jeśli ktoś byłby bardzo uważny, to mógłby ją dostrzec nawet pięć–sześć razy w ciągu miesiąca. W ostatnich latach było o to trudniej, bo mieliśmy najgłębsze minimum aktywności słonecznej w historii obserwacji, czyli od czasów Galileusza. To minimum już minęło. Powoli aktywność słoneczna, a co za tym idzie – prawdopodobieństwo zobaczenia zorzy, rośnie, więc możemy się spodziewać, że w kolejnych latach również w Polsce będzie o zorzę łatwiej. 

Ale ja zawsze powtarzam, że jak ktoś chce się napić naprawdę doskonałej kawy, to jedzie do Rzymu, a jak chce zobaczyć fajną zorzę polarną, to jednak trzeba pojechać na tę Północ. Bo nawet najlepsza zorza polarna widoczna z Polski nie może się równać z najgorszą zorzą polarną widoczną z Arktyki. 

Karol Wójcicki. Pasjonat nocnego nieba, popularyzator astronomii, dziennikarz naukowy, prezenter telewizyjny. Twórca największego w Polsce astronomicznego fanpage’a „Z głową w gwiazdach" na Facebooku. W latach 2008–2016 związany z Centrum Nauki Kopernik. Przemierza świat w poszukiwaniu najpiękniejszych zjawisk astronomicznych.