Odpocznij
Pingwiny Adeli (fot. Shutterstock)
Pingwiny Adeli (fot. Shutterstock)

Antarktyda to kontynent, nie kraj. Jest półtora raza większa niż Stany Zjednoczone, a dziewięćdziesiąt osiem procent jej powierzchni pokrywa trwała powłoka lodowa o grubości sięgającej blisko pięciu kilometrów. Antarktyda nie jest tak naprawdę częścią żadnego kraju, choć kilka państw oznaczyło jej fragmenty jako swoje. Są tu też wciąż znaczne obszary, do których prawa nie rości sobie nikt. To ostatni naprawdę wolny ląd na naszym globie (pamiętajcie, że biegun północny znajduje się na lodzie, pod którym nie ma lądu).*

Całość ludzkiej populacji Antarktydy waha się od tysiąca (zimą) do jakichś pięciu tysięcy (latem). Spójrzmy dla porównania na Stany Zjednoczone - na ich znacznie mniejszej powierzchni mieszka ponad trzysta milionów ludzi. Można by zgromadzić wszystkie osoby pracujące na Antarktydzie, każdej z nich powiedzieć, by zaprosiła kilkoro znajomych, a nadal wszyscy zmieściliby się na jednym większym stadionie baseballowym, jak Yankee Stadium albo Fenway Park. Nie żeby akurat baseball miał tu jakieś znaczenie, po prostu Antarktyda to nieszczególne miejsce do spotkań towarzyskich.

Ta pusta kraina ma jednak swoje kipiące życiem metropolie. Te największe zamieszkane są przez pingwiny. Cała Antarktyda zasiedlona jest przez mniej więcej pięć milionów pingwinów Adeli i kilkaset tysięcy pingwinów cesarskich.

Innymi słowy, na jednego człowieka przypada tu ponad tysiąc pingwinów. Ptaki te żyją w gęstych skupiskach, przeważnie znajdujących się na linii brzegowej - tak jak ludzie. Z tym że obecnie ludzkie i pingwinie miasta nie powstają w tych samych miejscach, bo współcześni odkrywcy próbują nie narzucać się naturze.

Kolonie**

Pingwinie skupiska nazywano dawniej "stadami", ale dziś słowo to jest źle widziane i stosuje się je do pospolitszych gatunków. Gdy mowa o pingwinach, naukowcy wolą obecnie antropomorfizujący termin "kolonia" przywodzący na myśl osadę jakiejś cywilizacji.

Kolonie rozrzucone są wzdłuż wybrzeża Antarktydy, w miejscach z odsłoniętymi skałami, dostępem do otwartego oceanu i odpowiednią ilością pokarmu w postaci ryb i kryla. Pingwiny potrzebują tego co my, ludzie - schronienia, przestrzeni i pożywienia. Co więcej, i one, i my często zamieszkujemy wybrzeża. Wychodzi na to, że w kwestiach podstawowych jesteśmy do siebie całkiem podobni.

Cała Antarktyda zasiedlona jest przez mniej więcej pięć milionów pingwinów Adeli i kilkaset tysięcy pingwinów cesarskich (fot. Shutterstock)

Obecnie na lądolodzie Antarktyki i sąsiadujących z nim wyspach istnieje ponad sto sześćdziesiąt kolonii pingwinów Adeli. Liczebność ich populacji utrzymuje się na stałym poziomie lub wzrasta. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat natomiast liczebność pingwinów cesarskich w kolonii Pointe Géologie spadła o połowę, a kolonia na wyspie Dion przestała istnieć. Nie wiadomo natomiast, czy pozostałe kolonie pingwina cesarskiego rozrastają się, czy maleją. Ale mniejsza o współczesne ujęcia. W końcu obserwujemy tu na wielką skalę efekty całych eonów przemian. Ten ląd i te ptaki mają długą historię.

Klimat na Antarktydzie był kiedyś tropikalny. W okresie, gdy atmosfera ziemska zawierała czterokrotnie więcej dwutlenku węgla niż obecnie, panowały tu wysokie temperatury.

Dwieście milionów lat temu Antarktyda połączona była z innymi kontynentami. Razem tworzyły one gigantyczną całość o nazwie Gondwana. Na Antarktydzie rosły drzewa i żyły duże zwierzęta. Były tu nawet dinozaury, których skamieniałe szczątki odkopują dziś śmiali paleontologowie w kurtkach Big Red i goglach narciarskich. Pingwiny to nieco młodsze dzieci ewolucji.

Mniej więcej czterdzieści milionów lat temu na Antarktydzie pojawiły się pingwiny olbrzymy. Mierzyły po prawie dwa metry, a ich waga sięgała stu kilogramów. Takiego ptaszyska nie chciałoby się spotkać w ciemnej uliczce. Wraz z upływem kolejnych eonów olbrzymy podzieliły los dinozaurów. Pozostawiły jednak po sobie następców w postaci mniejszych gatunków, które z kolei wyewoluowały w gatunki znane nam obecnie.

Wyniki badań DNA wskazują, że pingwiny Adeli oddzieliły się na poziomie genetycznym od reszty gatunków jakieś dwadzieścia milionów lat temu, a więc w okresie po odłączeniu się Antarktydy od Ameryki Południowej.

Od tamtego czasu klimat tego regionu diametralnie się zmienił. Antarktyka od kilku milionów lat pokryta jest lodem. To efekt zmian prądów oceanicznych i uzyskania przez nią położenia na biegunie ziemskim. Te dwa czynniki przełożyły się na skrajne ochłodzenie klimatu. Na skutek silnych wahań poziomu morza pingwiny co jakieś sto tysięcy lat musiały stawiać czoła kolejnym zlodowaceniom. Stopniowo więc ewoluowały i dostosowywały się do panujących warunków.

Żona francuskiego oficera

Potem przyszło pierwsze zetknięcie pingwina z człowiekiem. Niewykluczone, że inni portugalscy żeglarze widzieli pod koniec piętnastego wieku afrykańskie pingwiny przylądkowe, ale to Ferdynand Magellan przeszedł do historii jako "odkrywca" i autor pierwszego opisu prawdziwych pingwinów. Było to około roku tysiąc pięćsetnego.

Nazwany na cześć żeglarza pingwin magellański występuje do dziś - co ciekawe... w Cieśninie Magellana. Jednak pingwiny antarktyczne musiały poczekać na spotkanie z człowiekiem jeszcze ponad dwieście lat.

W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat natomiast liczebność pingwinów cesarskich w kolonii Pointe Géologie spadła o połowę, a kolonia na wyspie Dion przestała istnieć (fot. Shutterstock)

Około roku tysiąc osiemset trzydziestego podczas ekspedycji na Antarktydę oficer floty francuskiej Jules Sébastien César Dumont d'Urville postanowił dokonać zoologicznej klasyfikacji sympatycznych małych pingwinów, które jego marynarze ochoczo walili pałkami po głowach. Z francuska niesiony porywem uczuć (lub tylko dlatego, że sam nazywał się tak "nieporęcznie"), ochrzcił napotkany gatunek imieniem swojej żony, Adeli.

Dwanaście lat później zmierzający do Paryża Durmont spłonął w katastrofie kolejowej w okolicach Wersalu. Taka śmierć to w przypadku badacza Antarktyki pewna ironia losu. Sama Adela nigdy nie widziała na oczy pingwina, ale nazwa gatunku pozostała. To dlatego po angielsku zapisuje się ją z francuska, z akcentem nad pierwszym "e" [Pingwin Adeli to po angielsku "Adélie Penguin" - przyp. tłum.]. A skoro o słówkach mowa, nikt nie potrafi z pewnością powiedzieć, jakie jest pochodzenie słowa "pingwin". Łaciński wyraz "pinguis" oznacza "tłusty", "oleisty", "śliski", "bogaty" i "płodny" - wszystkie te określenia można by odnieść do pingwinów.

Z drugiej strony, walijskie słowa "pen" i "gwyn" znaczą razem "biała głowa". Większość pingwinów nie ma co prawda białych głów (tylko czarne), za to częściowo białą głowę miały zimą ich wymarłe już krewne znad mórz północy, alki olbrzymie. Te ostatnie prawdopodobnie jadano w Walii, więc niewykluczone, że ich nazwa w jakiś sposób "przewędrowała".

Z początku ważniejsze niż znaczenie nazwy było jednak znaczenie samych pingwinów. Dla polarnych odkrywców stanowiły one źródło pożywienia pozwalające załatać niedobór kalorii. Ptaki łatwo było złapać, bo nie bały się ludzi. Potem jeden mocniejszy cios w głowę i już świeże mięso trafiało na stół lub do chłodni.

Obiad z pingwina

Kłopot w tym, że przeciętnych rozmiarów trzyipółkilogramowy pingwin Adeli nie miał na sobie tego mięsa zbyt wiele, a to które było, smakowało fatalnie. Lepszym źródłem pożywienia okazały się foki.

Sam nie jadłem nigdy pingwina (a jadałem inne ptaki, w tym papugi i trogony) i nasłuchawszy się o smaku i fakturze pingwiniego mięsa, zapewne nigdy tego nie zrobię. Mięso to bywa porównywane do mewiego i pelikaniego, choć zważywszy na to, że mało kto jada mewy i pelikany, to też nieszczególna podpowiedź. Generalnie, ptaki żywiące się rybami i żyjątkami morskimi smakują koszmarnie. Ustępują tylko padlinożercom, takim jak sępy. Po żywiących się wyłącznie rybami pingwinach należało się więc spodziewać, że będą smakować raczej kiepsko. Potwierdzeniem mogą tu być słowa pewnego szefa kuchni, który objaśnił, jak przygotować imitację pingwininy. Należy - tłumaczył - włożyć pierś kurczaka pomiędzy dwie świerkowe deski, a całość obgotować w ropie naftowej i oleju napędowym. Następnie wyrzucamy kurczaka i zjadamy deski. Cóż, mającym do wyboru pingwina lub suszone mięso, pemikan, pierwszym polarnikom można tylko współczuć diety.

Dziś pingwinami żywią się już tylko lamparty morskie. Ptaki te, podobnie jak cała reszta tutejszej fauny, są ściśle chronione na mocy Układu Antarktycznego i poszczególnych przepisów ochronnych. Większości osób nie wolno nawet zbliżyć się do pingwina bez specjalnego zezwolenia. Ptaki te są dziś równie święte co krowy w Indiach. No dobra, może nie "święte". Pewnie dlatego, że zamieszkują tak odległe zakątki, pingwiny nie są zbytnio obecne w światowych religiach. Są natomiast tak powszechnie lubiane, że stały się ikoną współczesnej popkultury. Pingwin to sztampowa ilustracja kogoś grzecznego, o niecodziennym, ale i lekko nieporadnym uroku.

Ptaki te, podobnie jak cała reszta tutejszej fauny, są ściśle chronione na mocy Układu Antarktycznego i poszczególnych przepisów ochronnych (fot. Shutterstock)

Na przykład, jakiś czas temu na Yahoo! Answers ktoś zadał pytanie: "Czy gdyby uprzejma pingwinka poprosiła was, żebyście poczęstowali ją marlboro, zrobilibyście to?". Dziesiątki internautów zaproponowało hipotetyczne odpowiedzi. Większość była zgodna - z radością poczęstowałaby pingwina papierosem: "Jasne, wszystko byle trochę zdeprawować pingwina", "Ja bym się ucieszył, że spotkałem gadającego pingwina! A potem spytałbym, czy lubi mentolowe", "Ja bym zaproponował dożywotni zapas!". Tylko jeden użytkownik nie uległ syreniemu śpiewowi w wydaniu pingwina. Jego odpowiedź brzmiała: "Nie. Sam nie palę i pingwiny też nie powinny". Dobrze powiedziane.

Od stu lat także przypadkowi zwiedzający mogą przyjrzeć się pingwinom. To za sprawą ogrodów zoologicznych i cudów współczesnej techniki w zakresie transportu, chłodnictwa i budownictwa. Jako pierwsze szerszej publiczności pokazało ten gatunek zoo w Edynburgu.

Trzy pingwiny cesarskie trafiły tu w roku tysiąc dziewięćset czternastym. Od tamtego czasu liczebność pingwinów w niewoli znacznie się zwiększyła, a jeden z edynburskich ptaków otrzymał nawet w roku dwa tysiące ósmym tytuł szlachecki z rąk króla Norwegii. Towarzyszyła temu złożona ceremonia z udziałem trzydziestu członków norweskiej gwardii królewskiej, obejmująca przemowy i dekorację odznaczeniami.

W Stanach Zjednoczonych niewiele jest miejsc mniej przyjaznych pingwinom niż suche pustynne tereny południowej Newady, a jednak tu właśnie można zobaczyć pingwiny przylądkowe. Wraz ze stadem flamingów chilijskich i chmarą innych egzotycznych ptaków stanowią one dodatkową atrakcję dla gości kasyna Flamingo przy słynnym pstrokatym Las Vegas Strip. Można przypatrywać im się, popijając drinka w ekskluzywnym ogrodzie, rzut beretem od stołów do gry w pokera.

*Fragmenty książki "Między nami pingwinami" Noaha Stryckera, tłumaczenie: Stanisław Bończyk **Śródtytuły pochodzą od redakcji

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

Książka 'Między nami pingwinami' Noaha Stryckera (fot. Materiały prasowe)