Odpocznij
Według paleontologa Conwaya Morrisa jest bardzo mało prawdopodobne, żeby istniały inne ziemie, na których rozwinęło się życie (fot. Shutterstock) (Według paleontologa Conwaya Morrisa jest bardzo mało prawdopodobne, żeby istniały inne ziemie, na których rozwinęło się życie (fot. Shutterstock))
Według paleontologa Conwaya Morrisa jest bardzo mało prawdopodobne, żeby istniały inne ziemie, na których rozwinęło się życie (fot. Shutterstock) (Według paleontologa Conwaya Morrisa jest bardzo mało prawdopodobne, żeby istniały inne ziemie, na których rozwinęło się życie (fot. Shutterstock))

Odkrywamy coraz więcej planet w innych układach słonecznych (znamy ich już ponad 4 tysiące), a ich lista wydłuża się w przyspieszonym tempie. Wkrótce będziemy je liczyć na dziesiątki tysięcy. Wszystkie znajdują się w naszej Galaktyce, na Drodze Mlecznej (liczącej, bagatela, około 300 miliardów słońc!), i dla biologów ważne są tylko one. Pozostałe galaktyki Wszechświata, setki miliardów galaktyk!, znajdują się za daleko, abyśmy zdołali dowiedzieć się czegokolwiek na temat życia w nich.*

Inne ziemie**

Poszukiwanie innych ziem jest fascynującą przygodą, którą mamy szczęście śledzić na żywo w czasie naszej ulotnej egzystencji. Kwestią 5 czy 10 lat jest odkrycie planety (lub planet) podobnej do naszej pod względem wielkości oraz ilości światła i ciepła pochodzących od jej słońca, tak by mogła znajdować się na niej woda w stanie ciekłym i aby mogła posiadać atmosferę - o ile się nie mylimy, oba warunki są niezbędne do życia (czegokolwiek, co moglibyśmy nazwać "życiem"). Wtedy będziemy mogli odpowiedzieć na jedno z największych pytań, jakie zadawała sobie ludzkość, odkąd zaczęła je sobie zadawać. Na ilu z tych planet jest życie? Innymi słowy, jaka jest recepta na życie? Czy życie tam jest podzielone na królestwa tak jak nasze: bakterie, protisty, grzyby, rośliny i zwierzęta? Na ilu planetach żyją istoty inteligentne, powstały cywilizacje technologiczne, czy dotarli na nie przybysze z Kosmosu? Czy pojawienie się życia inteligentnego jest zjawiskiem wyjątkowym, nadzwyczajnym, bardzo mało prawdopodobnym?

Można by powiedzieć, że każdy naukowiec, który zastanawiał się nad tą kwestią, ma własną odpowiedź, a wszystkie razem tworzą bardzo rozległe spektrum. Zacznę od myśli północnoamerykańskiego paleontologa George'a Gaylorda Simpsona, którego bardzo podziwiam (czemu daję wyraz w tej książce) nie tylko za jego inteligencję i wiedzę, ale również za olbrzymi rozsądek. Simpson był jednym z reformatorów klasycznego darwinizmu, włączając do doktryny ewolucji wiedzę paleontologiczną zgromadzoną od czasów Darwina i jednocześnie eliminując całkiem mylne idee, które zaczęły się szerzyć wśród paleontologów. W 1964 roku, w szczycie gorączki na punkcie kosmitów i latających talerzy, nie kto inny, tylko właśnie Simpson, najznamienitszy paleontolog swojej epoki, popsuł zabawę jednym artykułem, wylewając kubeł zimnej wody na głowy wielu entuzjastów wiary w istnienie Marsjan i innych zielonych ludzików (choć jest ich nadal cała rzesza).

Kwestią 5 czy 10 lat jest odkrycie planety (lub planet) podobnej do naszej pod względem wielkości oraz ilości światła i ciepła pochodzących od jej słońca, tak by mogła znajdować się na niej woda w stanie ciekłym i aby mogła posiadać atmosferę (fot. Shutterstock)

Simpson skarżył się, że w dyskursach na temat potencjalnego istnienia kosmitów nie dopuszcza się do głosu paleontologów, choć to oni dogłębnie zbadali dowody jedynego znanego przypadku ewolucji, Ewolucja gatunków i swoje zdanie postanowił wyrazić w słynnym omawianym przez nas artykule. Nawiasem mówiąc, zgadzam się z nim w pełni co do tego, że my, paleontolodzy, mamy wiele do powiedzenia, i mam nadzieję, że pokażę to w tej książce.

Drzewo Życia

W artykule zatytułowanym "The Nonprevalence of Humanoids" stwierdzał, że nie ma najmniejszego prawdopodobieństwa, żeby na innych planetach mogły pojawić się istoty podobne do nas, ponieważ w tym celu musiałyby zaistnieć jedna po drugiej te same okoliczności środowiskowe, jakie nastały kolejno na Ziemi, aby w końcu pojawił się Homo sapiens (i reszta gatunków obecnej biosfery). Do owych okoliczności zaliczają się wielkie przemieszczenia mas kontynentalnych, uderzenia meteorytów, wyniesienia olbrzymich łańcuchów gór i kolosalne zmiany klimatyczne z apokaliptycznymi zlodowaceniami.

Innymi słowy, historia życia byłaby zdominowana przez przypadkowość, to znaczy przez wypadki historyczne, przez okoliczności towarzyszące życiu, które jednak nie stanowią części biologii. Lub, posługując się metaforą teatralną, w sztuce tej główne role odgrywają czynniki geologiczne i astronomiczne. Rzeczywiście, nigdzie nie widać scenariusza tej historii, odgrywany spektakl zdaje się nieustanną improwizacją. W "The Nonprevalence of Humanoids" Simpson notuje: Zapis kopalny jasno pokazuje, że nie istnieje oś główna prowadząca ewolucję nieustannie do jakiegoś celu, od pierwotniaka do człowieka. Przeciwnie, ma miejsce ciągłe i ekstremalnie skomplikowane rozgałęzianie, a gdy prześledzimy jakąkolwiek drogę tych rozgałęzień, dostrzeżemy powtarzalność w kierunku i rytmie ewolucji. Człowiek jest końcem jednej z końcowych gałązek.

To nie wszystko. W ciągu epok geologicznych życie nie rozwijało się precyzyjnie i w sposób niepowstrzymany, jakby wypełniało nieomylny plan z zagwarantowanym sukcesem. Przeciwnie, zdarzyło się wiele porażek, wiele niepowodzeń, bezużytecznego, zmarnowanego życia, wiele wyginięć: Jednak nie stwierdzamy, że życie po prostu się rozprzestrzeniało, coraz bardziej się rozgałęziając, z rosnącą różnorodnością, aż do pojawienia się organizmów żyjących obecnie.

W ciągu epok geologicznych życie nie rozwijało się precyzyjnie i w sposób niepowstrzymany (fot. Shutterstock)

(...)

Nie ulega wątpliwości, że dictum Simpsona było dla kilku pokoleń biologów niczym kula u nogi, ale w ostatnich latach pojawił się paleontolog, który ośmielił się je podważyć. Mam na myśli profesora Uniwersytetu w Cambridge Simona Conwaya Morrisa. Jego specjalizacją jest eksplozja kambryjska (powiemy o niej później), w której swój początek ma większość najważniejszych grup zwierząt żyjących obecnie i skamieniałości.

W swojej ostatniej książce Conway Morris pisze: "Nawet wśród ssaków, nie mówiąc o całym Drzewie Życia, ludzie reprezentują małą gałązkę olbrzymiego (i w dużej mierze skamieniałego) drzewa. Każdy żyjący gatunek jest w prostej linii potomkiem niezmierzonej ilości, jednak ewolucja sama w sobie jest zupełnym przeciwieństwem liniowości". Czyż nie stwierdza prawie tego samego co niemal pół wieku wcześniej Simpson w zacytowanym powyżej zdaniu?

A jednak, choć żaden z nich nie jest dyrekcjonalistą, lecz zwolennikiem zawiłego Drzewa Życia, obaj autorzy diametralnie różnie podchodzą do kwestii przypadkowości (okoliczności, tego, co nieprzewidywalne) w ewolucji. Rzeczywiście, w przeciwieństwie do Simpsona jego współczesny kolega Conway Morris broni tezy, że ewolucja jako całość jest przewidywalna, a pojawienie się na naszej planecie humanoidów było nieuniknione. Po wiadrze zimnej wody wylanym przez Simpsona temat znów zaczyna intrygować.

(...)

"Gdzie się schowali kosmici?"

Po pierwsze, według paleontologa Conwaya Morrisa jest bardzo mało prawdopodobne, żeby istniały inne ziemie, na których rozwinęło się życie, ponieważ warunki do jego powstania na planecie są tak wyśrubowane, że prawdopodobieństwo ich spełnienia jest znikome, praktycznie zerowe. W tej kwestii Conway Morris idzie ramię w ramię z Simpsonem i występuje przeciwko ogólnej opinii utrzymującej, że w wielu innych miejscach Galaktyki, nie mówiąc już o Wszechświecie, musi istnieć życie, choć prawdopodobieństwo jego pojawienia się jest małe, ponieważ liczba planet jest olbrzymia. Jest to liczba. astronomiczna. Jednakże Conway Morris dogłębnie przeanalizował ten problem i omawia go, argumentując ogromną ilością danych, w książce "Life's Solution: Inevitable Humans in a Lonely Universe" .

Według paleontologa Conwaya Morrisa jest bardzo mało prawdopodobne, żeby istniały inne ziemie, na których rozwinęło się życie (fot. NASA, JHU-APL, Southwest Research Institute)

Po drugie, Conway Morris uważa, że gdy życie już pojawiło się na naszej planecie, nieuniknioną rzeczą było wykształcenie się humanoidów po jakimś czasie (długim, rzecz jasna). Gdyby życie pojawiło się w innym miejscu - w co kategorycznie Conway Morris nie wierzy - i kosmici zdecydowaliby się nas odwiedzić, pod skórą byliby tacy jak my, to znaczy podobni do nas strukturalnie, niezależnie od wyglądu zewnętrznego - od powłoki, jaką by mieli. Podsumowując, istniejemy w pustym Wszechświecie sami, ale nasze pojawienie się tutaj było nieuniknione, ponieważ inteligencja zawierała się w życiu od samego początku (była z życiem "nieodłącznie związana", mówi).

Jest to także odpowiedź Conwaya Morrisa na słynny paradoks Fermiego (sformułowany przez Enrica Fermiego, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki): skoro tyle życia jest we Wszechświecie, jak twierdzą eksperci, to gdzie oni są? (Gdzie się schowali kosmici?)

(...)

 Ale dość już spekulacji. Zacznijmy od początku, od pochodzenia życia. Czy można uznać, że powstało w wyniku czegoś podobnego do Wielkiego Wybuchu, który dał początek Wszechświatowi? Początek życia i początek Wszechświata są dwoma z trzech wielkich początków, jakie nas wszystkich interesują. Trzecim jest nieuchronnie początek racjonalnego myślenia. A także myślenia nieracjonalnego, dodaję; to znaczy myślenia magicznego, fantazji, marzeń, mitów, twórczości artystycznej, które również są wyłączną domeną ludzi. Dziś wiemy, że te trzy początki są sekwencyjne i że nie nastąpiły w wyniku jednorazowego aktu stworzenia: świata, życia i myśli ludzkiej. I, dzięki trzeciemu, materia zaczyna rozumieć samą siebie.

Wielki Wybuch, od którego rozpoczął się Wszechświat, był prawdziwym początkiem, ponieważ wcześniej nie było nic - a w każdym razie nie było materii. Nie ulega wątpliwości, że przed życiem nie było życia, była za to chemia organiczna - to znaczy cegiełki życia, molekuły prebiotyczne. Ekstremalnie proste, o wiele prostsze niż molekuły istot żyjących, ale istniały już wtedy, gdy nie było jeszcze żadnej komórki. Czy są jakiś przepis, formuła, warunki początkowe, których spełnienie zagwarantuje pojawienie się pierwszej komórki w dowolnym miejscu, na jakiejkolwiek planecie?

Możliwe, ale ten przepis niekoniecznie musi być prosty, i mówię to z trzech powodów. Po pierwsze, życie na naszej planecie pojawiło się tylko raz, a od tego czasu upłynęły prawie 4 miliardy lat. Dokładniej mówiąc, wszystkie obecnie żyjące istoty miały jednego wspólnego przodka, a nie wielu, i było to bardzo dawno temu. Jeżeli życie pojawiło się więcej niż raz, na samym początku, kiedy Ziemia była jeszcze bardzo młoda, wszystkie rodzaje istot żyjących oprócz jednej bardzo szybko wyginęły (być może dlatego, że jeden typ organizmów wyeliminował inne).

Po drugie, od tamtej pory życie nie zrodziło się ponownie z tego, co nieżyjące. Spontaniczne powstawanie życia, choćby w formie jednej bardzo prostej komórki, bakterii, nie zachodzi każdego dnia w byle kałuży. A bakteria nie jest wcale prostą formą życia, ale wysoce złożoną maszynerią biologiczną. Gdy się ją nieco pozna, staje się jasne, że niemożliwe byłoby jej samorzutne powstanie poprzez agregację kilku organicznych molekuł pływających w kałuży. I po trzecie, nam, naukowcom, nie udało się stworzyć życia w laboratorium, w sposób syntetyczny, nie udało nam się nawet zbliżyć do tego celu, podczas gdy w dziedzinach takich jak inżynieria, komunikacja czy informatyka poczyniliśmy ogromne postępy. Z tego faktu możemy wywnioskować, że istota żyjąca jest maszyną bardziej złożoną niż jakiekolwiek z naszych urządzeń, nawet tych najbardziej zadziwiających.

* Fragmenty książki Juana Luisa Arsuagi "Życie. Fascynująca podróż przez 4 miliardy lat", tłumaczenie: Ewa Ratajczyk ** Śródtytuły pochodzą od redakcji

Juan Luis Arsuaga, autor książki 'Życie. Fascynująca podróż przez 4 miliardy lat' (fot. Materiały prasowe)