Odpocznij
Na razie komarom było za sucho, ale to może się zmienić. (fot. Shutterstock)
Na razie komarom było za sucho, ale to może się zmienić. (fot. Shutterstock)

W 1502 r. Kolumb wyruszył w swoją czwartą i ostatnią podróż do Ameryk. Mniej więcej w tym samym czasie urodzony w Hiszpanii ksiądz Bartolomé de Las Casas przybył do Hispanioli (wyspy zajmowanej obecnie przez Dominikanę i Haiti) i zabrał się do pisania swojej słynnej zgryźliwej relacji z pierwszej ręki - "Krótkiej relacji o wyniszczeniu Indian". Zarówno król Ferdynand Aragoński, jak i królowa Izabela Kastylijska byli przerażeni jego opowieściami o hiszpańskiej brutalności. W 1516 r. przyznano mu oficjalny tytuł i funkcję "obrońcy Indian". Las Casas w naturalistyczny sposób opisał pierwszą dekadę kolonizacji, poświęcając szczególnie dużo uwagi licznym krzywdom, które jego rodacy wyrządzili Indianom Taino. To długie sprawozdanie potępia hiszpańskich kolonizatorów i gwałtowną falę zgonów wywołanych przez malarię, ospę wietrzną oraz inne choroby.*

"Wszechogarniająca zaraza"**

Las Casas w następujący sposób pisał o podejściu Hiszpanów do rdzennych mieszkańców Hispanioli: "Była to krańcowa niesprawiedliwość, przemoc i tyrania. (...) Indianie zostali kompletnie pozbawieni swojej wolności i trafili do najokrutniejszej, najbardziej bezwzględnej oraz najstraszniejszej niewoli, której nie jest w stanie pojąć nikt, kto nie widział jej na własne oczy. (...) Kiedy zaczynali chorować - a zdarzało się to bardzo często (...) Hiszpanie im nie wierzyli i bezlitośnie nazywali ich leniwymi psami, kopali oraz bili. (...) Wielu rdzennych mieszkańców wyspy (...) słabło w tak szybkim tempie, że w ciągu tych ośmiu lat 90% z nich zmarło. Stamtąd ta wszechogarniająca zaraza udała się na San Juan, Jamajkę, Kubę i kontynent, roznosząc zniszczenie po całej półkuli". Za tę "wszechogarniającą zarazę" w znacznym stopniu odpowiadały chmary komarzyc zarażających malarią.

Gdy w 1534 r. Las Casas odwiedził osadę w prowincji Darién w Panamie, ze zdumieniem zobaczył otwarte masowe groby pełne pogryzionych przez komary Hiszpanów. Pisał: "Każdego dnia umierało tak wielu ludzi, że nie chcieli zasypywać tych grobów, ponieważ wiedzieli, że w ciągu kilku następnych godzin może zginąć następna osoba". Doszedł do wniosku, że hiszpańskim mieszkańcom Darién bezlitośnie naprzykrzały się "ogromne ilości komarów, które ich atakowały (...) zaczynali chorować i umierali". Gdy podczas swojej ostatniej podróży Kolumb krążył wraz z załogą po północnej części linii brzegowej Ameryki Środkowej, w stosowny sposób nazwał ten region Wybrzeżem Moskitów. Kilka lat po tej wyprawie - a mianowicie w 1510 r. - Hiszpanie założyli na Przesmyku Panamskim w prowincji Darién osadę, która była pierwszą hiszpańską kolonią na lądzie stałym w Amerykach. Komary wkrótce przegoniły z tego obszaru hiszpańskich osadników, a nieco później również szkockich.

Za tę 'wszechogarniającą zarazę' w znacznym stopniu odpowiadały chmary komarzyc zarażających malarią (fot. Shutterstock)

"Drzwi śmierci"

Darién było prawdziwym piekłem na ziemi rządzonym przez żądne krwi komary. Prowincja ta szybko zyskała miano "drzwi śmierci", a jeden z pierwszych kronikarzy pisał, że ten region jest "zepsuty przez miazmatyczne emanacje". Nisko położoną osadę w Darién otaczały mokradła. Pewien nowo przybyły osadnik stwierdził, że jest to dół kloaczny, w którym "unoszą się gęste i trujące opary, a ludzie szybko zaczęli tu umierać i zginęły dwie trzecie z nich". Inny obserwator pisał, że początkowo przybyło tam 1,2 tys. hiszpańskich poszukiwaczy przygód, ale "zaczęli chorować w tak wielkim stopniu, że nie byli w stanie opiekować się sobą nawzajem, wskutek czego w ciągu miesiąca zmarło ich 700". Las Casas i inni ówcześni reporterzy przypuszczają, że między 1510 a 1540 r. w dziczy na samym Wybrzeżu Moskitów zginęło ponad 40 tys. Hiszpanów. Bardziej szokujące jest jednak to, że autochtoniczne ludy cierpiały i wymierały w nieporównywalnie większym stopniu. Szacuje się, że w ciągu 15 lat od założenia osady w Darién różne choroby - przede wszystkim malaria - spowodowały śmierć mniej więcej 2 mln rdzennych mieszkańców Panamy.

W 1545 r. Las Casas przybył do osady Campeche w zachodniej części półwyspu Jukatan w Meksyku. Kilka lat wcześniej Hiszpanie założyli tam kolonię skoncentrowaną wokół niewolniczych plantacji trzciny cukrowej. Od dawna nie było już na tych terenach rdzennych Majów, którzy poumierali, uciekli albo stali się niewolnikami. Las Casas lamentował nad tym, że jego pobratymcy wkrótce "zaczęli chorować, ponieważ cała wioska była niezdrowa". Podobno szybko stali się "gorączkujący i niedysponowani". Jeden z tych nękanych przez malarię Hiszpanów narzekał na "liczne komary o długich igłach. (...) Był to paskudny widok, ponieważ ten rodzaj komara jest niezwykle niebezpieczny". Podczas swoich podróży po rodzącym się imperium hiszpańskim Las Casas był przerażony i zasmucony śmiercią zarówno Hiszpanów, jak i Indian.

Nie wiedział jednak o tym, że te choroby i przenoszące je komary znalazły się tam za sprawą jego umierających pobratymców, którzy przywieźli je bezpośrednio z Hiszpanii oraz z afrykańskich przystanków w drodze na Karaiby. Dla tych zbiegłych z Afryki i Europy owadów podróż przez Ocean Atlantycki w towarzystwie niewolników była czymś w rodzaju ekskluzywnego rejsu wakacyjnego, który trwał dwa lub trzy miesiące i oferował pełne wyżywienie, a jednocześnie zapewniał idealne warunki do rozmnażania się w dużych i łatwo dostępnych cysternach oraz beczkach wypełnionych kuszącą wodą. Do dziewiczego i nieskazitelnego środowiska w Amerykach przybyły na pokładach europejskich statków, którymi sterował jeden z najbardziej znanych, a jednocześnie najbardziej oczernianych ludzi w historii - Krzysztof Kolumb.

(...)

Wymiana kolumbijska

Pierwsza podróż Kolumba doprowadziła do powstania nowego porządku świata, a jedną z jej konsekwencji było to, że śmiercionośne komary i przenoszone przez nie choroby trafiły do Ameryk, a następnie zadomowiły się tam na stałe. Wydarzyło się to za sprawą wymiany kolumbijskiej. Termin ten został ukuty przez historyka Alfreda W. Crosby'ego, który po raz pierwszy użył go w tytule swojej nowatorskiej pracy z 1972 r. zatytułowanej "The Columbian Exchange: Biological and Cultural Consequences" of 1492. Zasugerował on, że ogólnoświatowe ekosystemy na zawsze zostały przypadkowo lub celowo przekształcone podczas największej wymiany w historii naturalnej i ludzkiej.

Lądowanie Kolumba, John Vanderlyn (fot. Architect of the Capitol)

Mniej więcej 20 tys. lat temu (a być może wcześniej) niewielka grupa ludów zbieracko-łowieckich przeszła z Syberii do Ameryk, a podczas ich wędrówki chłód zatrzymał wszelkie cykliczne procesy związane z przenoszeniem się pasożytów. Przeszli pieszo przez pomost lądowy w Cieśninie Beringa albo (co jest bardziej prawdopodobne) przepłynęli łodziami do północno-zachodniego wybrzeża Ameryk. Panowała tam tak niska temperatura, że zwierzęta i owady nie były w stanie się rozmnażać i roznosić infekcji. Co więcej, populacje tych pierwszych migrantów były zbyt ruchliwe i za mało gęste, aby móc podtrzymać cykl życiowy chorób odzwierzęcych. Łańcuchy infekcji zostały rozerwane. Wszystkie te kwestie pozwalają również wyjaśnić, dlaczego rdzenni Amerykanie nie zarazili się żadnymi chorobami (albo zarazili się tylko na jakiś czas) podczas krótkich wizyt wikingów w Nowej Fundlandii około 1000 r. Amerykańskie komary z rodzaju Anopheles z pewnością nadawały się do roznoszenia malarycznych pasożytów, ale uniemożliwiły im to warunki klimatyczne na trasie pierwszych mieszkańców Ameryk i ich skandynawskich gości. Sytuacja wyglądała jednak zupełnie inaczej, gdy Europejczycy dobili do południowych plaż Nowego Świata.

Na początku wymiany kolumbijskiej zarówno owady z rodzaju Anopheles pochodzące z Nowego Świata, jak i owady z rodzajów Anopheles i Aedes przywiezione z Afryki i Europy były częścią większego cyklu chorób przenoszonych przez komary w Amerykach. Amerykańscy przedstawiciele rodzaju Anopheles dotychczas byli nieszkodliwi, ale po pojawieniu się Kolumba natychmiast stali się wektorami dla malarii. Od 95 mln lat ewoluowali zgodnie ze swoją własną linią rozwojową i nigdy nie mieli styczności z malarycznym pasożytem, więc ich błyskawiczne przymierze można uznać za przejaw niezwykłych zdolności adaptacyjnych. Harwardzki entomolog Andrew Spielman powiedział w rozmowie z Charlesem C. Mannem: "Teoretycznie jedna osoba mogła zarazić pasożytem cały kontynent. To trochę tak, jakbyście rzucali lotkami do tarczy. Gdy na danym obszarze umieścicie wystarczająco dużo chorych ludzi mających kontakt z wystarczającą liczbą komarów w sprzyjających warunkach, prędzej czy później traficie w dziesiątkę - rozprzestrzenicie w tym miejscu malarię". Powyższe spekulacje Spielmana stały się rzeczywistością na całej zachodniej półkuli - począwszy od Ameryki Południowej przez Karaiby i Stany Zjednoczone aż do położonego na północy kanadyjskiego miasta stołecznego Ottawy. Ta jedna osoba roznosząca malarię była członkiem pierwszej podróży Kolumba.

(...)

Wszystkie odzwierzęce patogeny szerzące się w Amerykach pochodziły z Europy albo z Afryki. Ospa wietrzna, gruźlica, odra, grypa i oczywiście choroby przenoszone przez komary sprawowały najwyższą władzę w epoce wielkich odkryć geograficznych, którą zapoczątkował Krzysztof Kolumb w 1492 r. Wielu europejskich najeźdźców (ale bynajmniej nie wszyscy) było uodpornionych na te dolegliwości, dzięki czemu mogli podbić i skolonizować znaczną część świata - w tym również obie Ameryki. Raz po raz triumfy Europejczyków podążały za infekcjami, a nie na odwrót. Konkwistadorzy i kolonizatorzy po prostu rozprawiali się z niedobitkami ocalałymi po inwazjach chorób. Europejczycy rozpoczęli więc podbój świata dzięki przewadze, którą uzyskali za sprawą patogenów. Jest to jedyne wytłumaczenie i jedyny powód ich ogólnoświatowej dominacji. Jared Diamond napisał książkę "Strzelby, zarazki, maszyny. Losy ludzkich społeczeństw" i nie ulega wątpliwości, że spośród trzech czynników wymienionych w tym tytule największe znaczenie miały zarazki. Stanowiły one najskuteczniejsze narzędzie kolonizacji, a także podporządkowywania i eksterminacji rdzennych ludów. W wielu (a może nawet we wszystkich) europejskich koloniach autochtoni ucierpieli z powodu prawdziwego ludobójstwa wywołanego przez zarazki.

* Fragmenty książki "Komar. Najokrutniejszy zabójca na świecie" Timothy'ego C. Winegarda, tłumaczenie: Maciej Lorenc ** Śródtytuły pochodzą od redakcji

Książka 'Komar. Najokrutniejszy zabójca na świecie' Timothy'ego C. Winegarda (fot. Materiały prasowe)