Odpocznij
(fot. Doc Lab Poland 2016 / materiały prasowe)
(fot. Doc Lab Poland 2016 / materiały prasowe)

Kiedy pierwszy raz widzę 68-letniego polskiego egiptologa, profesora dr. hab. Andrzeja Niwińskiego, ten żwawym krokiem wbiega na antresolę warszawskiej kawiarni "U Prusa" na Krakowskim Przedmieściu. Jest odrobinę spóźniony i bardzo tym zawstydzony, więc zanim zadaję pierwsze pytanie, sam zaczyna opowiadać. W międzyczasie pośpiesznie otwiera skórzaną teczkę i wyciąga z niej trzy książki swojego autorstwa. Jedna z nich nosi tytuł "Czekając na Herhora". Mam je zabrać ze sobą bez dyskusji i z dedykacją - zaproszeniem na nietypowe spotkanie z Egiptem .

Trochę onieśmiela mnie jego energia; mówi szybko i z zaangażowaniem, w kręgu pustynnych, egipskich historii porusza się jak ryba w wodzie. Opowiada przez bite dwie godziny - o miłosnych intrygach w królewskich pałacach, kapłanach, starożytnych wyroczniach, architektach i tajnikach grobowców. Ukrytego w piaskach Deir el-Bahari grobu faraona Herhora szuka od 1999 roku.

Monika Krupa, autorka dokumentu o profesorze i jego Misji Skalnej, dołączyła do misji w 2014 roku. Profesora poznała podczas konferencji "Polacy nad Nilem". - Szukałam tematu na film dokumentalny o Egipcie - opowiada reżyserka. - Spojrzałam na profesora, posłuchałam, co ma do powiedzenia, i poczułam, że to on, i nikt inny, będzie bohaterem mojego filmu.

Monika Krupa, prof. Andrzej Niwiński (fot. Filip Drożdż)

Krwawy październik

Kwestia zaginionego grobowca Herhora po raz pierwszy pojawiła się w życiu profesora Niwińskiego w latach 70., w jego rozmowach z profesorem Kazimierzem Michałowskim, twórcą polskiej szkoły archeologii i światowej sławy egiptologiem. - Wiedziałem wówczas tylko jedno: grobowiec Herhora musi się znajdować gdzieś na terenie Deir el-Bahari, bo tam chowano wszystkich królów i arcykapłanów - wspomina profesor Niwiński. Do tej pory w tym rejonie znaleziono już około siedmiuset staroegipskich sarkofagów.

Wschód słońca w Deir el-Bahari (fot. Filip Drożdż)

Pierwsza Misja Skalna wyruszyła do Egiptu w 1999 roku. - Wszyscy patrzyli na nas wtedy jak na wariatów. Założyliśmy jednak, że grób Herhora znajduje się nad świątynią Hatszepsut, na wzgórzu Gebel Ragab, pod górą sztucznie nagromadzonych kamieni i bloków skalnych - tłumaczy profesor. Poszukiwanie wejścia do grobowca zaczęto od usuwania ze wzgórza ponad czterech tysięcy ton kamieni. Skały na mniejsze kawałki rozbijano dłutami i młotkami. Prace rozpoczynały się o piątej rano, trwały zwykle do południa. Dni na pustyni wydają się bardzo krótkie. Jest strasznie gorąco, średnia temperatura wynosi 50 stopni Celsjusza w cieniu; miarowe uderzenia kilofów sprawiają, że wszędzie unosi się kurz i pył. Praca wymaga konsekwencji i precyzji. A czekanie na jej efekty - cierpliwości.

Nie ma miejsca na pośpiech. Po co przedwcześnie szukać sensacji? W drugiej połowie 2000 roku polskie media obiegła jednak informacja, że miejsce pochówku faraona Herhora zostanie odnalezione w ciągu trzech dni. Kiedy pytam profesora, czy tamten entuzjastyczny artykuł opublikowany na łamach "Gazety Wyborczej" skrzywdził Misję Skalną, przyznaje, że trochę tak, bo - choć "Gazeta Wyborcza" aktywnie wspiera misję - on do dziś musi się tłumaczyć z tego, co i dlaczego powiedział przed piętnastu laty. - Siedzieliśmy z panem Leszkiem Talko, autorem artykułu, w kawiarni. Odpowiadałem na pytania, a on notował - mówi profesor - Kiedy wybieram się do Egiptu? 15 października. Jak wygląda praca? Ponieważ jest piekielnie gorąco, będziemy zaczynać o szóstej rano i kończyć w południe. Kiedy spodziewam się wyników? Archeolog nie może wiedzieć takich rzeczy! Chcę jednak sprawdzić jedno, konkretne miejsce, przyznałem. I to zajmie mi trzy dni.

Artykuł otworzyła teza wydedukowana na podstawie powyższych przesłanek. "Grobowiec Herhora zostanie odkryty przed południem 18 października 2000 roku!" - Zgodziłem się na publikację tekstu, bo ten rzekomo miał przyciągnąć uwagę sponsorów - przyznaje profesor. - I ci istotni rzeczywiście się pojawili. Zdobyliśmy wtedy fundusze potrzebne na wyjazd, ale nie była to długodystansowa inwestycja, bo do dzisiaj tamten artykuł odbija mi się czkawką. Wiele osób nie może mi wybaczyć, że rzuciłem słowa na wiatr .

Profesor Niwiński (fot. Filip Drożdż)

Grobowca nie odnaleziono. - Ale nawet starożytni złodzieje zrobili dziesięć wkopów, tuneli, w rejonie, w którym prowadziliśmy badania. Po co? Sądziliśmy, że skoro szukali tam czegoś z narażeniem życia, tzn. że wiedzieli, że coś tam jest. I byłoby, gdyby Herhor nie wykręcił wszystkim numeru - śmieje się dziś profesor.

Herhor pojawił się w Tebach w okresie wojny domowej, około roku 1080 przed Chrystusem. Faraon Ramzes XI wysłał go jako generała wojsk północnego korpusu armii egipskiej do walki z korpusem południowym, który ogołocił tebańskie świątynie ze złotych ozdób i splądrował wszystkie grobowce królewskie w Dolinie Królów. Zadaniem Herhora było przywrócenie porządku i odbudowa Teb ze zniszczeń. W tym celu zaraz po przybyciu został ogłoszony arcykapłanem Amona, a potem przybrał tytulaturę królewską, jako "współwładca" samego Amona, praktycznie dyktator. Rządzący wówczas faraon Ramzes XI został zmarginalizowany. Wyrocznia Amona "przyznała" Herhorowi 20 lat panowania, w czasie których miała zostać przywrócona stabilizacja.

Jedną z pierwszych decyzji każdego nowego władcy jest wybranie miejsca swojego przyszłego pochówku. Wiele przesłanek świadczyło o tym, że owym miejscem było wzgórze nad świątynią Hatszepsut. I w końcu na Gebel Ragab rzeczywiście znaleziono szyb grobowy; płytki, bo nieukończony. Herhor umarł znacznie wcześniej, niż przewidywano, zaledwie po sześciu latach od objęcia rządów. Zgodnie z rytuałem przygotowanie mumii trwało około 70 dni. I tyle czasu było na zorganizowanie dla faraona innego, niż wstępnie planowane, miejsca pochówku. - Odkryliśmy to w 2003 roku - przyznaje profesor Niwiński.

Egipski robotnik i profesor Niwiński, Gebel Ragab (fot. Filip Drożdż)

Wróg numer jeden

Monika Krupa po raz pierwszy pojechała do Egiptu ponad dekadę później, w 2014 roku. I w pierwszej chwili też nie znalazła tego, czego się spodziewała. Egipt, który zobaczyła, nie miał nic wspólnego z opowieściami o wycieczkach last minute do Szarm el-Szejk, kurortu nad brzegiem Morza Czerwonego, robieniem sobie selfie na tle starożytnych piramid, wdrapywaniem się na grzbiety wielbłądów i relaksowaniem w autobusie z klimatyzacją.

Kiedy pytam, co jej się nie podobało najbardziej, mówi, że ludzie: - Po przyjeździe do Egiptu na tydzień utknęliśmy w Kairze. Wszyscy nas tam zaczepiali, oszukiwali, naciągali. Nikt nie chciał nam pomóc. Wokół panował nieprawdopodobny chaos. Czułam się jak więzień, który utkwił w egzotycznym, kafkowskim labiryncie . Ale kiedy wyjechali z miasta i dotarli tam, gdzie pracuje profesor, Monika poznała Egipt, w jakim się zakochała.

To drugi dom profesora. W okolicy mieszka jego przyjaciel, Ragab, kierownik robotników pracujących z archeologami. Znają się od lat i przez pryzmat tej ich przyjaźni Monika chciałaby opowiedzieć o upływie czasu, który dla profesora się nie liczy. - Zapytał mnie kiedyś, czym jest czterdzieści lat w porównaniu do egipskich piramid - śmieje się Monika.

Ragab i profesor (fot. Filip Drożdż)

Miejsce wykopalisk to przestrzeń nieskażona cywilizacją i dzika, bez turystów. Ludzie zapraszają cię tam na herbatę nie po to, żeby wyciągnąć ci z kieszeni dolary, ale żeby się poznać. Pobyć razem i porozmawiać. W jakim języku? To drugorzędna sprawa. Ragab nie zna ani polskiego, ani angielskiego, arabski profesora jest ledwie komunikatywny i ogranicza się do zwrotów technicznych. Monika wspomina jednak, że kiedy przychodzili do niego na herbatę, choć pili ją w milczeniu, spędzali razem fantastyczne chwile. Oglądali zdjęcia.

Ragab z wnuczką (fot. Filip Drożdż)

Oglądanie i robienie filmów to już jednak kwestia niezłej ekwilibrystyki. - Otrzymanie zgody na kręcenie filmu w Egipcie jest bardzo trudne i drogie - tłumaczy Monika. A problemów z komunikacją w tym przypadku nie rozwiążą już przyjazne gesty i słodycze. Dzień zdjęciowy kosztuje dwa tysiące dolarów. Jeden tysiąc płaci się za włączenie kamery, drugi za filmowanie konkretnego obiektu. Ministerstwo Starożytności mnóstwo zarabia na tym, że ekipy Discovery czy National Geographic mogą wyłożyć takie pieniądze.

Monika dostała zgodę na filmowanie na preferencyjnych warunkach ze względu na niekomercyjny charakter projektu. Początkowo pomagało jej w tym Biuro ds. Promocji Turystyki Egiptu w Polsce. Trzykrotnie dostała zgodę, dwukrotnie ją jednak cofnięto. - Jadąc do Egiptu nie wiedziałam, czy zgoda jest, czy jej nie ma - mówi reżyserka. - W ministerialnym departamencie zajmującym się wydawaniem koncesji na kręcenie filmów siedziało ośmiu urzędników, żaden z nich nie miał komputera. Wszyscy autentycznie się zdziwili, kiedy powiedziałam, że wysyłałam maila na adres podany na stronie internetowej z pytaniem o status mojej koncesji. Nikt tam przecież nie odbiera poczty elektronicznej!

Absurd? Profesor jest weteranem walk z egipskimi urzędnikami. Kiedy pytam o głównych antagonistów napędzających dramaturgię historii jego poszukiwań grobowca Herhora zarówno z ust Moniki, jak i profesora pada tylko jedno nazwisko: Zahi Hawass.

Zahi Hawass (w kapeluszu) w trakcie wizyty Baracka Obamy w Egipcie, 2009 rok (fot. Pete Souza / The Official White House Photostream / Wikimedia Commons / public domain)

Syzyfowe prace

- W tym roku mija szesnaście lat od momentu, w którym Misja Skalna wyruszyła do Egiptu, ale to nie znaczy, że przez cały ten czas prowadziliśmy badania - tłumaczy profesor i wspomina batalię, którą przez lata toczył z Zahi Hawassem, w latach 2002-2011 sekretarzem generalnym Najwyższej Rady Starożytności, w 2011 roku ministrem ds. starożytności w rządzie Isama Szarafa. Hawass, nieszanowany przez środowisko archeologów, był powszechnie znany na arenie międzynarodowej dzięki częstym występom w roli eksperta w programach kanału Discovery poświęconym cywilizacji staroegipskiej. Sława to jedna z pierwszych rzeczy wymieniana w jego notce biograficznej. - Hawass wiedział o tym, że poszukujemy grobowca królewskiego i zapewne bał się, że go znajdziemy. Zaczął nam więc rzucać kłody pod nogi - opowiada profesor. Każde archeologiczne odkrycie na jego terenie, które nie poszłoby na jego konto, byłoby mu nie w smak.

Problemy zaczęły się w 2004 roku. Przedstawiciele międzynarodowego środowiska archeologicznego wysyłali pisemne apele do Hawassa, prosząc, by wydał profesorowi koncesję na prowadzenie badań, bo byli zainteresowani ich wynikami. Hawass musiał wyjść z tego z twarzą jako polityk, więc wydał zgodę na kontynuację badań w 2005 roku. Wybrany przez niego superwizor misji robił jednak wszystko, by sabotować jej działania.

Kolejne lata przyniosły impas. W 2009 roku wydano zgodę na uprzątnięcie kamieni, które misja rozbijała przed laty. Po wykonaniu tego zadania archeolodzy mogliby kontynuować prace badawcze. - Znalazłem w Polsce firmę, która wybudowała gigantyczny zsyp do usuwania kamienia i zdobyłem na ten cel oraz akonto wyprawy 200 tysięcy złotych od ministra nauki. Pojechałem do Egiptu po zgodę na rozpoczęcie prac. I dowiedziałem się, że jednak jej nie dostanę - opowiada profesor. Zapłacił za produkcję urządzenia i 140 tysięcy złotych musiał zwrócić.

Profesor i robotnicy (fot. Filip Drożdż)

W roku 2010 jeździł do Egiptu dwa razy, żeby zobaczyć się z Hawassem. W październiku sekretarz trzykrotnie wyznaczał mu audiencję i tuż przed dniem spotkania ją odwoływał. W końcu profesor musiał wrócić do Warszawy. - Pierwszą rzeczą, jak zrobiłem po przylocie do Polski, było kupno biletu powrotnego do Kairu. Wróciłem do sekretariatu ministerstwa, kolejny raz żądając audiencji. Wtedy uznano najwyraźniej, że jednak nie odpuszczę - śmieje się profesor. Kiedy otwarto przed nim drzwi gabinetu, wewnątrz za stołem siedziało czterech profesorów. Hawass oglądał mecz w telewizji. Rozmowa bardzo mu przeszkadzała w śledzeniu akcji na boisku.

Do września 2012 roku prace były zawieszone. - Kiedy Hawassa zdjęto ze stanowiska, pojechałem do Kairu walczyć o koncesję. I wygrałem - triumfuje profesor. Jego kontakty ze wszystkimi kolejnymi egipskimi ministrami starożytności były od początku bardzo dobre i takimi pozostają, więc prace mogą być kontynuowane. - Skąd w panu taki upór? - zastanawiam się. - To upór naukowca! - profesor Niwiński dziwi się pytaniu. - Złapałem trop w latach 70. i nie zamierzam odpuścić! I dobrze, myślę. Bo wszystkie ślady, jakie zostawili starożytni architekci, którzy ukryli grobowiec Herhora, kierują uwagę już tylko w jedno miejsce.

Widok na dolinę (fot. Filip Drożdż)

Nikt niczego nie widział, nikt niczego nie słyszał

Kiedy pytam Monikę o to, skąd bierze się determinacja Niwińskiego, opowiada mi o amatorskim teatrze, którego profesor jest członkiem. Grupa jest złożona z trzydziestu kilku znajomych, którzy chcą się pobawić i sprawdzić. Profesor zawsze dostaje główną rolę w spektaklach, bo jako jedyny uczy się tekstu na pamięć. Nie musi tego robić, może przeczytać swoje kwestie z kartki. Jest jednak perfekcjonistą i jeśli już czegoś się podejmuje, daje z siebie wszystko. To jego filozofia. - Zaraża nią - twierdzi Monika. Nauczyła się przy nim nie odpuszczać. Praca nad dokumentem nie jest łatwa. Pierwsze wyjazdy na zdjęcia były finansowane z własnej kieszeni ekipy. Wszyscy pracowali za darmo, problemy wciąż się mnożyły. - Patrząc na profesora i czując jego determinację wiedziałam, że nie możemy się poddać. Zaczęliśmy coś robić, więc musimy dołożyć wszelkich starań, by to skończyć - mówi reżyserka.

Z czasem jest łatwiej? Wrogów nie ma już na horyzoncie, ale Monika twierdzi, że profesor jest trochę osamotniony w swojej misji. To znaczy, że obecnie nikt mu już nie przeszkadza, ale też mało kto w polskim środowisku archeologicznym mu pomaga. - Jedynymi przeciwnikami, którzy nie odpuszczają, są kapłani, którzy ukryli grobowiec Herhora - mówi Monika. - Żeby ich przechytrzyć, trzeba poznać ich sposób myślenia.

- Kiedy Herhor umarł, w Deir el-Bahari był jeden pusty grób królewski, który pierwotnie należał do Amenhotepa I i Totmesa I [Amenhotep I panował prawdopodobnie w latach od 1525 p.n.e. do śmierci w 1504 p.n.e.; Totmes I panował w latach 1504-1492 p.n.e. - przyp. red.]. Można go było wykorzystać do pochowania Herhora - teoretyzuje profesor.

Widok na Deir el-Bahari (fot. Filip Drożdż)
Widok na Deir el-Bahari (fot. Filip Drożdż)

Mumia Amenhotepa I została wyciągnięta z grobowca przez złodziei, którzy obrabowali grób w czasie wojny domowej. Mumia Totmesa I została wyniesiona wcześniej - najpierw przeniesiona do grobowca jego córki, Hatszepsut, a potem do samodzielnego grobowca w Dolinie Królów. Pusty grobowiec Amenhotepa I i Totmesa I mógł pełnić funkcję nowego grobowca królewskiego. Tylko gdzie go szukać? Profesor przytacza fragment inskrypcji Ineniego, architekta, który wykonywał ów grobowiec. Mówi, że wszyscy cytują te słowa, ale chyba nikt ich nie rozumie. Brzmią one tak: "wykonywałem grób wysoko położony dla króla Totmesa I. Nikt tego nie widział, nikt tego nie słyszał". - Jeżeli moje hipotezy są słuszne, tzn. że cała praca odbywała się po prostu głęboko pod ziemią, dlatego nikt niczego nie widział, ani nie słyszał - dedukuje profesor.

Niwiński uprawia archeologię podobną do tej, w którą wierzyli Howard Carter, Herbert Eustis Winlock czy Édouard Naville. To badacze, którzy stawiali tezę, szukali dowodów i starali się potwierdzić teorię, dokonując odkrycia. Dziś większość misji archeologicznych skupia się na rekonstrukcji tego, co już odnaleziono. - Żaden inny polski archeolog nie prowadzi misji, której celem jest odkrycie nowego grobowca. Każdy, którego poznaliśmy, skrycie marzy o tym, by na taką właśnie wyruszyć - przekonuje Monika.

Członkowie Misji Skalnej, 2014 rok (fot. Filip Drożdż)

Do Egiptu z profesorem od ośmiu lat jeździ Kamil Zachert, jego były student i obecny zastępca. Oprócz niego na misji pracuje dwóch inżynierów: Wojciech Fraszczyński i Waldemar Kubiczek. Na co dzień prowadzą firmę budowlaną pod Krakowem, ale na czas misji starają się pogodzić działalność firmową z udziałem w pracach terenowych w Egipcie, choć nie jest to łatwe. - Ich uporządkowane życia schodzą jednak na dalszy plan, kiedy nadarza się okazja wyjazdu w poszukiwaniu skarbów - śmieje się Monika.

Praca Fraszczyńskiego i Kubiczka na miejscu nie ma wiele wspólnego z przygodami Indiany Jonesa, ale obaj zakochali się w Egipcie i oddają się tej miłości. To oni zaprojektowali zsyp do zrzucania kamieni ze wzgórza nad świątynią Hatszepsut. Jest z nimi też Dariusz Flajszer, przedsiębiorca z Poznania i sponsor trzech ostatnich Misji Skalnych. Dowiedział się o profesorze z programu telewizyjnego "Świat się Kręci" Agaty Młynarskiej. Po powrocie z pierwszej misji odbył nawet staż w poznańskim Muzeum Archeologicznym, żeby dowiedzieć się jeszcze więcej o tym, w co się zaangażował.

Profesor Niwiński (środek), Dariusz Flajszer (po prawej) (fot. Filip Drożdż)

Trzydzieści minut

Po całkowitym usunięciu rozbitych kamieni ze wzgórza w 2015 roku ukazały się w całej pełni odkrywane od kilku lat szczeliny tektoniczne, które przecinają ten teren. Zostały one zabezpieczone przez starożytnych Egipcjan, by woda nie dostała się w głąb skały. Dlaczego? - Prawdopodobnie dlatego, że poniżej biegnie korytarz grobowy prowadzący do ukrytej komory grobowej - przekonuje profesor.

Ponieważ ostatnia szczelina znajduje się trzy metry od 30-metrowej przepaści, misja zaczęła badać zbocze prowadzące na teren ruin świątyni Totmesa III. Z badań wynika, że na platformie skalnej nieopodal świątyni stała kaplica grobowa Amenhotepa I, której ruiny widać nawet na zdjęciach robionych pod koniec XIX wieku. Totmes III, żeby wybudować swoją świątynię w tym terenie, musiał wykuć pół zbocza. Profesor jest przekonany, że zdecydował się to zrobić mimo konieczności prowadzenia prac na trudnym terenie, bo tam znajdował się grobowiec Amenhotepa I, jego pradziadka. Totmes III żywił do niego szczególny, wręcz nabożny stosunek. Dziś w tym grobie leżeć może jednak Herhor.

- W świątyni Totmesa III znajduje się grupa płyt posadzkowych o długości 12 i szerokości 2 metrów. Tych płyt nie powinno tam w ogóle być, bo świątynia Totmesa III została zniszczona w wyniku trzęsienia ziemi. Nie opłacało się jej odbudowywać, więc potraktowano ją jako źródło materiału budowlanego. Odkuwano dekoracje, zabrano prawie wszystkie płyty posadzkowe wykonane z drogiego i rzadkiego piaskowca prócz tych, które leżały w zachodniej części świątyni. Jak to wytłumaczyć? Poza tym nad tym miejscem wzniesione było sztuczne zbocze o wysokości 24 metrów. Po co? By było to najlepiej chronione miejsce w okolicy - ekscytuje się profesor. - Dziś nasyp jest usunięty, a my znów jesteśmy przed odkryciem. Nie potrzebuję już nawet trzech dni, ale ledwie trzydziestu minut, by podnieść płytę i sprawdzić, czy rzeczywiście znajduje się pod nią wejście do grobowca.

Widok na dolinę, w oddali świątynia Hatszepsut oraz półka skalna Gebel Ragab (fot. Filip Drożdż)

Romantyk

- Jego pewność wynika z emocji i spontaniczności - mówi Monika. - Polacy nie lubią mówić o pewnych rzeczach, żeby nie zapeszać. Bo co, kiedy się nie uda?

No właśnie, zastanawiam się, co będzie, jeśli przesłanki są mylne i znów się nie uda? Kiedy dzielę się tymi wątpliwościami z Moniką, ona przytacza frazy z wiersza "Jeżeli" Juliana Tuwima, które profesor wyrecytował swojej ekipie podczas krytycznego momentu ostatniej, trwającej dwa i pół miesiąca misji: A jeżeli nic? A jeżeli nie? Trułem ja się myślą złudną, Tobą jasną, tobą cudną, I zatruty śnię: A jeżeli nie? No to... trudno . Monika sądzi, że jeśli profesorowi znów nie uda się znaleźć grobowca to będzie szukał dalej. Nie podda się, bo dla niego większą porażką niż nieodnalezienie grobu byłoby zaprzestanie poszukiwań.

Profesor Niwiński (fot. Filip Drożdż)

Monika twierdzi też, że profesor jest spełnionym człowiekiem. To, że wciąż nie odkrył grobowca, nie powoduje, że rośnie w nim frustracja. Jest szczęśliwy, bo robi to, co kocha, i ma wspaniałą rodzinę. "Znalazłeś już? Odkopałeś?" - podśmiechuje się żona profesora, ale ani przez chwilę nie wywiera na mężu presji. Zdradziła mi też tajemny sposób na udany związek. Powiedziała, że czasem dobrze przez jakiś czas się nie widzieć i móc za sobą mocno zatęsknić. Profesor do dziś pisze do niej listy miłosne, będąc w Egipcie. A ona w pełni akceptuje jego pasję i fakt, że część jego serca zawsze jest w Deir el-Bahari. W domu temat Herhora jest jednak zakazany, na pierwszym miejscu są inne rzeczy. Myślę, że to daje profesorowi dużo dystansu do sprawy - opowiada Monika.

Kiedy pytam, do kiedy zamierza towarzyszyć profesorowi z kamerą, mówi, że jadą razem na jeszcze jedną misję, jesienią 2016 roku. I podkreśla, że nie czeka na sensacyjne odkrycie. Podążanie za archeologiem szukającym grobu Herhora jest dla niej pretekstem do opowiedzenia historii o inspirującym człowieku, który nie boi się marzyć.

Dokument "Misja" - reżyserowany przez Monikę Krupę i produkowany przez Dorotę Mandziarę i TRZY FILM - podczas odbywających się przy Krakowskim Festiwalu Filmowym warsztatów Doc Lab Poland 2016 został uhonorowany wyróżnieniem European Documentary Network i zaproszeniem na warsztaty Lisbon Doc.

Anna Bielak. Konsultantka scenariuszowa, selekcjonerka Krakowskiego Festiwalu Filmowego i dziennikarka współpracująca m.in. z Dwutygodnikiem, "Dziennikiem Gazetą Prawną", "Urodą Życia" i "Weekendem.Gazeta.pl". Fanka mocnej kawy, dobrej literatury, długich podróży, niezależnego kina i rozmów z twórcami, których (jeszcze!) nikt nie zna.

(fot. Publio.pl)