Odpocznij
((fot. Łukasz Długowski))
((fot. Łukasz Długowski))

Stałem na szczycie wzgórza. Dookoła było biało, jakby była niedziela i Bóg cały świat przykrył białym obrusem, tylko trochę go pofałdował. Przede mną góry, za mną góry, na lewo i na prawo - góry. Żadnych zabudowań, ludzi, nawet śladu po tym, że kiedyś tu byli. Biała pustynia.

Stałem na tym wzgórzu sam, a powinienem być jednym z trzech. Powinien być ze mną Darek i Reinhold, ale obaj zrezygnowali. Jeden, bo nie zdążył wrócić z wyprawy w Himalaje, drugi, bo mu się odwidziało. Razem mieliśmy zimą przejść Norwegię na nartach, z Bergen do Oslo. Chciałem powtórzyć trasę, którą w 1884 r. pokonał Fridtjof Nansen, norweski polarnik.

Od dziecka marzyłem o tym, żeby być podróżnikiem. Zaczytywałem się w historiach Reinholda Messnera, sir Ernesta Shackletona, Bruce'a Chatwina, Jerzego Kukuczki, Piotra Morawskiego i Piotra Pustelnika. Zawsze wydawało mi się, że prawdziwe życie jest tam, w podróży, a nie tu, w betonowym bloku. Przez wiele lat jeździłem po świecie autostopem, chodziłem po górach, byłem rybakiem na Pacyfiku, próbowałem różnych rzeczy, ale nigdy nie odważyłem się na nic naprawdę dużego. Na ekspedycję z prawdziwego zdarzenia. Czułem się bardziej turystą niż podróżnikiem i chciałem to zmienić.

Tak się znalazłem na szczycie wzgórza, na płaskowyżu Hardangervidda. Niezamieszkanym obszarze wielkości jednego polskiego województwa, na którym panują warunki subpolarne. Temperatury spadają do minus trzydziestu, a wiatr osiąga 120-150 km/h. Jest tak źle, że polarnicy aklimatyzują się tam przed pójściem na biegun.

Fridtjof Nansen, norweski polarnik (fot. Henry Van der Weyde / public domain). Obok podczas przygotowań do kolejnej wyprawy (drugi z lewej) (fot. autor nieznany / public domain)

Patrzyłem przed siebie i zaczynało do mnie docierać, na co się porwałem. Trzeci stopień zagrożenia lawinowego, zero możliwości pomocy w przypadku zasypania lawiną i zbliżająca się burza. Zacząłem ważyć: zdrowie, życie, rodzina kontra przygoda i spełnianie marzeń. Usiadłem na śniegu, jadłem czekoladę na zmianę z kabanosami i zastanawiałem się, co jest dla mnie ważniejsze: Przygoda czy moje życie? Przygoda czy mój syn? Przygoda czy moja dziewczyna?

Zawróciłem. Ta porażka była początkiem najważniejszej zmiany w moim życiu.

Myślę, że zostaliśmy oszukani. Że ci wszyscy wielcy odkrywcy - pierwszy na biegunie, na Mount Evereście, pierwszy, który spłynął Amazonką; że to wszystko jest jedno wielkie oszustwo. Że oni nas zwodzili. Sprzedali nam marzenie, mówiąc: zobaczcie, skoro ja tak mogę, to każdy tak może . Ale to jest nieprawda. Żeby być eksploratorem z prawdziwego zdarzenia, potrzebnych jest masę wyrzeczeń: rodzinnych, finansowych i czasowych. Trzeba przestawić na ten tor całe swoje życie. Przeciętny pracownik korporacji czy urzędu nie może sobie na to pozwolić. Ale pomimo to uwierzyliśmy i zazdrościliśmy im za każdym razem, kiedy publikowali nowe książki, albo wrzucali nowe zdjęcia, mówiąc: zobaczcie, teraz jesteśmy na Antarktydzie!

Szlag mnie trafiał, kiedy je oglądałem. Byłem strasznie sfrustrowany, że tego nie robię. Z czasem jednak zrozumiałem, że dokonałem takiego wyboru. Nie poświęciłem życia podróżom, bo nie chciałem, nie mogłem, zabrakło pieniędzy. Nieważne dlaczego. To już się nie zdarzy.

Ale dzięki Alastairowi Humphreysowi, brytyjskiemu podróżnikowi, zrozumiałem, że przygoda nie kryje się tylko na biegunie południowym, w amazońskiej dżungli czy na pustyni w Czadzie. Przygoda jest tu, pod nosem, w podmiejskim lesie, pobliskiej rzece, nieodległych skałkach. Bo przygoda to nie jest coś, co przychodzi z zewnątrz, to jest nastawienie do życia. Otwarcie się na nie, na niewygody, ryzyko, nieznane. Przygoda jest w nas, a te wszystkie miejsca - lasy, rzeki, jeziora, góry - pomagają ją tylko uwolnić.

Tak zacząłem jeździć na mikrowyprawy - kieszonkowe ekspedycje, które nie wymagają wydawania fortuny i znikania z domu na pół roku. Na mikrowyprawę potrzebne są niewielkie pieniądze, albo w ogóle. Przygotowań - prawie żadnych. Dystans od domu - na rzut kamieniem. Sprzęt - głównie to, co masz w szafie. Twoja okolica to tak naprawdę nie nudziarskie miejsce, w którym można tylko zrobić grilla i wypić piwo, ale genialny, przygodowy poligon. Wystarczy tylko tak na nią spojrzeć.

Od prawdziwej przygody wcale nie dzielą nas tysiące kilometrów. Tu: nocleg nad Odrą (fot. Łukasz Długowski)

Poniżej macie kilka propozycji mikrowypraw na majówkę. Choć zrobiłem je w konkretnych miejscach w Polsce, tak naprawdę można je zorganizować w całym kraju. Proponuję je traktować raczej jako inspiracje niż sztywne wskazówki co do lokalizacji.

Miejsce: w połowie drogi między Łodzią a Warszawą - rzeka Rawka, Bolimowski Park Krajobrazowy

Czas: 11 h (z przejazdami, samo przejście rzeki: 4 h)

Co zabrać: plecak, mocne worki na śmieci, w które spakujesz rzeczy, nieprzemakalny pojemnik na telefon, jedzenie, wodę, gumowe buty

Koszt: 40 zł - przejazdy, 11 zł - worki na śmieci

Poziom trudności: wysoki. Wyprawa wymaga dobrych umiejętności pływackich.

Od zawsze fascynował mnie kanioning, ale nigdy nie miałem wystarczająco dużo odwagi i pieniędzy, żeby spróbować. Skoki z wodospadów, zjeżdżanie na linie, rwący nurt - pełen kontakt z rzeką. Ale zwykle wygrywał rozsądny Łukasz: a co, jak zahaczysz nogą? Jak skoczysz i trafisz na płyciznę? Do czasu, aż przespałem się nad Rawką płynącą przez Bolimowski Park Krajobrazowy.

Właściwie powinienem napisać o kontakcie z "rzeczką", bo Rawka ma głębokość od 40 cm do dwóch metrów, szerokość niewiele większą. Ale pomimo że płynie przez tereny nizinne, przez kajakarzy zaliczana jest do rzek górskich ze względu na bystrza, cofki, progi, odwoje, a na niektórych odcinkach szybki nurt i bardzo wiele powalonych drzew. Uciążliwość: 2-5 w sześciostopniowej skali, trudność: 1-2 w trzystopniowej skali dla rzek nizinnych.

Rawka, oprócz górskich trudności, ma jeszcze tę zaletę, że jest stosunkowo czysta. Na kilku badanych odcinkach ma III i IV klasę czystości wody, co jest dość rzadkim zjawiskiem wśród polskich rzek. W latach 90. pojawiły się tu raki, które wyginęły 30 lat wcześniej. Ponad 20 lat temu do Rawki wróciły bobry. Teraz jest ich około 30.

[Rawka] jest rzeką wymagającą od kajakarzy takich cech charakteru, jak: wola walki, samozaparcie, nieustępliwość, solidarność oraz znajomości techniki pokonywania przeszkód i doświadczenia. Niektóre przeszkody pokonuje się górą lub dołem, inne w półzanurzeniu (przechylając kajak) - informuje jeden z lokalnych ośrodków turystycznych, który wypożycza kajaki.

Rzeka Rawka (fot. SkyMaja / wikimedia.org / CC BY-SA 4.0)

Zachęcony m.in. tym opisem, wymyśliłem, że zrobię kanioning rzeką nizinną. Zrekrutowałem kumpla (ze względu na bezpieczeństwo lepiej nie robić takich rzeczy samemu) i ruszyliśmy.

Jest jakaś perfidna przyjemność w tym, że widzisz w środku tygodnia ludzi ubranych w garnitury i garsonki, jadących do pracy, kiedy ty idziesz na wyprawę. Spokojnie pijesz herbatę, myślisz o tym, że czeka cię dzień pełen przygód, a nie harówka w biurze. Za każdym razem cieszę się jak dziecko, kiedy uda mi się wyślizgnąć z pracy i zrobić coś absurdalnie bezsensownego. Coś, co większość społeczeństwa, a na pewno managerowie i dyrektorzy uznaliby za marnowanie czasu. Uwielbiam sformułowanie Yvon Chouinarda, amerykańskiego wspinacza, który o swojej ekipie mówił, że są "zdobywcami bezużytecznego (ang: conquerors of the useless )". Lubię bezużytecznie spędzać czas. Przed spływem kupiłem w Decathlonie nieprzemakalny worek żeglarski, który miał ochronić moje rzeczy przed zamoknięciem. Coś mnie tknęło na dzień przed wyjazdem i sprawdziłem, czy rzeczywiście nie przemaka. Wrzuciłem go do wanny i podtapiałem. Od razu puścił wodę na szwie. Nie miałem już czasu na wymianę, więc w spożywczaku kupiłem najgrubsze i największe worki na śmieci, jakie mieli. Nad rzeką zapakowałem do nich ciuchy, szczelnie zawiązałem i wsadziłem do plecaka.

Wszedłem do rzeki. Stopami wyczuwałem dno: lekko muliste, trochę roślin, nurt niezbyt silny, ale poziom wody po kilku krokach się podnosił. Rawka miała być płyciutka, a metr od brzegu sięgała mi po pachy. Woda była naprawdę zimna. Dołączył do mnie Mateusz i kiedy oswoiliśmy się z chłodem, ruszyliśmy naprzód. Było na tyle głęboko, że musieliśmy płynąć. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że po raz pierwszy w życiu płynąłem wpław rzeką. Na szczęście kiedy ja byłem pod wodą, mój plecak unosił się na powierzchni. To był dobry znak - worki nie przeciekały.

Pierwszych kilkanaście metrów dało nam przedsmak tego, co czekało nas na następnych 10 km. Co rusz przeklinaliśmy, bo wpadaliśmy na ukryte pod wodą drzewa. Uderzaliśmy w nie kolanami, po gałęziach ryliśmy brzuchami, często nadeptywaliśmy na nie stopami (kiedy następnego dnia zrobiłem rachunek strat, miałem cztery obtarcia, trzy dziurki w stopach po gałęziach i jedno niewielkie rozcięcie w lewej stopie). Po kilku takich bliskich spotkaniach stwierdziliśmy, że całkiem rozsądne byłoby zainwestowanie w gumowe buty, jakie kupuje się na wakacje nad Morzem Śródziemnym. Oszczędzilibyśmy sobie dużo bólu.

Przeprawa przez rzekę (fot. Łukasz Długowski)

Mateusz zarządził postój. Chciał sprawdzić, czy jego worek żeglarski nie przecieka. Okazało się, że moje worki na śmieci za 10,90 zł wygrywają z jego gumą za trzy i pół stówy. Na środku rzeki, oparty o powalone drzewo, przepakowywał wszystko w zapasowe worki, które miałem ze sobą.

Woda opadła do pasa. Nad nami wisiały gałęzie drzew, po bokach brzegi porastały wysokie trawy i trzciny. Czuliśmy się jak w amerykańskim filmie wojennym. Jakbyśmy podkradali się rzeką, żeby z zaskoczenia zaatakować oddział Wietkongu. - Brakuje nam tylko M16 w ręce - skomentował Mateusz.

Szedłem, próbując wyczuć stopami dno, chciałem uniknąć ostrych gałęzi. Na razie było całkiem dobrze, piękny, żółty piasek przeplatał się ze żwirowym, kamienistym dnem. Kiedy woda opadała do kolan, bez problemu można było zobaczyć dno. Byłem tym zachwycony. Jeszcze nigdy nie płynąłem rzeką, która była tak czysta

[dalszy ciąg w książce "Mikrowyprawy w wielkim mieście"]

Miejsce: Poznań - Puszcza Zielonka, Jezioro Worowskie

Czas: 14 h z przejazdami

Co zabrać: śpiwór, karimatę, zaślepki na oczy, zatyczki do uszu, latarkę, scyzoryk, jedzenie, picie, repelent na komary, worek na śmieci

Koszt: 20 zł - bilety PKP

Poziom trudności: niski, dostępne dla każdego przez cały rok

Lubię mikrowyprawy, bo nie chodzi w nich o wyczyn. Nie liczy się dystans, kto pierwszy na mecie. Liczy się przygoda, przyjemność, przełamanie rutyny. Wyjście na chwilę ze swojego dobrze znanego pudełka i sprawdzenie, co jest na zewnątrz. Poszukiwanie. I wcale nie chodzi o znalezienie czegoś wielkiego, niech to będzie małe, mikro, tyci, ale niech będzie inne.

Wyjechałem z Poznania, żeby przespać się w szałasie. Nigdy nie budowałem szałasu, za to wielokrotnie widziałem na kanałach przyrodniczych, jak budują go inni. Sprawa wydawała się prosta - znaleźć przewrócone drzewo, oprzeć po jego obu stronach patyki, żeby powstał dach, i ewentualnie uszczelnić go mchem. Wybrałem puszczę Zielonkę, prawie 11 000 hektarów lasu na północny wschód od miasta. Wsiadłem do pociągu i pół godziny później byłem na miejscu.

Na jeziorze (fot. Łukasz Długowski)

W Łopuchówku, dokąd trafiłem, liczyłem na spożywczak, ale nie było tam nic poza przystankiem autobusowym i tablicą ogłoszeń: "Sprzedam rowery i inne towary z Niemiec od 100 zł", "Poroże kupię", "Małgorzata Ostrowska zaprasza na koncert". Kilkanaście domków rozciągniętych wzdłuż dwóch dróg. Wyglądały, jakby zapadły w letarg. Żadnych szczekających psów, biegających dzieci, ludzi w polu. Przy skrzyżowaniu po jednej stronie stał szeregowiec, po drugiej były ogródki. Mikroskopijne, wielkości jednego miejsca parkingowego, ale buchały życiem: pnąca się po tyczkach fasola, tworząca małą dżunglę natka marchewki, strzeliste pory.

Egzotyka. Pomyślałem, że nie trzeba wyjeżdżać do Afryki, żeby jej doświadczyć. Rzut kamieniem za naszą codziennością istnieje codzienność radykalnie inna. O innym rytmie, czasie i rutynie. Co prawda nie biegają tam słonie, a ludzie nie chodzą w trzcinowych spódniczkach, ale ta inność jest równie ciekawa. Mały, lokalny cud. Takie wioseczki są jak skamielina nie tak dawnej przeszłości, która płynęła zupełnie innym korytem niż teraźniejszość. Lubię w niej nurkować chociażby po to, żeby złapać tamten czas - wolniejszy, mniej rozdygotany, niepodzielony na setne sekundy. Takie Łopuchówko to Afryka w wersji mikro, Jurassic Park po sąsiedzku.

Niewiele trzeba było, żeby przejść całą wieś; tak szybko jak się zaczęła, tak szybko się skończyła. Zaraz za tablicą pożegnalną skręciłem w prawo, w polną drogę, potem w pierwszą w lewo i doszedłem do jeziora. Poszedłem wzdłuż jego północnego brzegu w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Trafiłem na pomost. Drewno było spróchniałe, platforma zapadała się pod moim ciężarem, ale zauważyłem, że w okolicy jest ich więcej. Stwierdziłem, że skoro lato w pełni i jestem nad jeziorem, to fajniejszym przeżyciem będzie nocleg na pomoście, w szałasie prześpię się innym razem.

Doszedłem do kolejnego pomostu, ale ten był jeszcze mniej zachęcający niż poprzedni - tonął pod moim ciężarem. Wszedłem na drzewo, jak to zwykł robić Bear Grylls, żeby mieć lepszą perspektywę. Zobaczyłem, że drugi brzeg jest pełen pomostów, które wyglądały na całkiem spore i stabilne. Na niektórych siedzieli wędkarze, więc musiały być bezpieczne.

Jezioro ukryte w Puszczy Zielonce (fot. MOs810 / wikimedia.org / CC BY-SA 4.0)

Obszedłem jezioro i znalazłem pomost idealny: dwie ławki, drewno wybejcowane na brąz, progi na brzegach platformy, dzięki czemu w nocy nie spadnę do wody. Położyłem się z rękami pod głową i gapiłem się w niebo. Nadszedł mój ulubiony stan - błogość. Nie myślałem o niczym, nigdzie się nie śpieszyłem, niczego nie planowałem. Cieszyłem się chwilą.

Kiedy słońce zaszło za drzewa, jezioro zaczęło żyć: kwakać, plumkać, pluskać, skrzeczeć, polować, skakać, rechotać i szumieć. Wędkarze zniknęli, zostałem sam. Miałem jezioro na własność.

Rozłożyłem się ze śpiworem na platformie i zasnąłem. Spałem czujnie, często się budziłem i za każdym razem przed oczami miałem nowy obraz. Pobudka: Wielki Wóz, pobudka: Plejady, pobudka: księżyc, pobudka: słońce. Kiedy obudziłem się na dobre, była szósta rano. Mgła zawinęła się z jeziora i odkryła po drugiej stronie łódkę z wędkarzem. Poza tym: cisza. Usiadłem na ławce i powoli dochodziłem do siebie. Stopniowo wsiąkały we mnie kolejne bodźce: ciepłe, słoneczne światło, szum trzcin, zapach wody. Czułem, jak się nimi wypełniam, jakby moje ciało nabierało masy. Dałem sobie czas na to, żeby się rozbudzić. Zamiast siedzieć z komórką w ręku, przeglądać fejsa, potem gazety i pocztę, jak to robię co rano w mieście, skupiałem się na tym, żeby wciągnąć w płuca jak najwięcej powietrza. Żeby dotarło do najmniejszego palca u stopy, paznokcia, końcówek włosów

[dalszy ciąg w książce "Mikrowyprawy w wielkim mieście"]

Miejsce: Trójmiasto - Ogród Botaniczny w Oliwie oraz Trójmiejski Park Krajobrazowy

Czas: 2-3 h

Co zabrać: brak specjalnych wymagań

Koszty: do ustalenia indywidualnie (www.roslinneporady.pl)

Poziom trudności: brak, dostępne cały rok, choć najciekawszy okres to wiosna-lato

Ameryce Południowej zawsze zazdrościłem Amazonii. Za każdym razem, kiedy oglądałem film dokumentalny, przewodnik, który oprowadzał ekipę, podchodził do liany, przecinał ją maczetą i pił z niej wodę. Albo zrywał liście, miażdżył je na papkę, mieszał z popiołem i miał lekarstwo np. na niegojące się rany. Gdzie się nie ruszył, znajdował coś, co nadawało się do jedzenia, picia albo leczenia. Sklep samoobsługowy. Zazdrościłem mieszkańcom Amazonii, bo nie widziałem tego w naszych lasach. Bo co my mamy? Świerki, sosny, trochę grzybów i jagód. Biednie.

Czy strudzony wędrowiec ma szansę znaleźć pożywienie w naszych lasach? (fot. Łukasz Długowski)

Od kiedy zacząłem śledzić fanpage "Roślinne porady", przekonałem się, że to nie jest tak, że nic nie mamy. Mamy, ale ja tego nie widzę. Mogę schować zazdrość w kieszeń i ruszyć w teren. Ruszyłem z Sebastianem Kulisem, który stworzył ten fanpage.

- Jako 17-latek pojechałem do Szwecji. Mieszkałem u znajomych, którzy mieli ogród z warzywami. Za każdym razem, kiedy gotowali, chodzili tam coś zrywać. Tak mi się to spodobało, że kiedy wróciłem do Polski, stwierdziłem, że taki sam założę u rodziców - mówi Sebastian.

Najpierw zaczął czytać o roślinach, a z czasem, żeby jakoś uporządkować sobie tę wiedzę, założył stronę i profil. Żeby coś zjeść, zabrał mnie do ogrodu botanicznego przy pętli tramwajowej Oliwa.

Od razu uczepił się jemioły. Zaczął o niej opowiadać i gdybym mu nie przerywał, mógłby tak cały dzień: że druidzi uważali ją za dar od bogów, że rozsiewa się wraz z ptasim łajnem i dlatego wyrasta w różnych dziwnych miejscach na drzewach, że z drobno posiekanych liści można zrobić herbatę, a owoce są niejadalne, ale można z nich robić maści na zmiany skórne: od podrażnień, przez rany, po oparzenia. Chodziliśmy po alejkach, a on płynął. Jakby wypluwał z siebie wszystkie książki, które przeczytał na ten temat.

Mnie bardziej fascynowały nasze iglaki, najbardziej pospolite drzewa Polski. Da się zjeść?

- Młode pędy sosny można jeść na surowo, z igieł można robić herbatę, albo zetrzeć je i zrobić maść rozgrzewającą. Można też jeść szyszki, ale to już jest naprawdę hardcore i nie ma smaku - tłumaczył.

Wszystko pięknie, ale ja chciałem coś zjeść. Poczuć się jak w Amazonii - podejść do drzewa, zerwać coś i włożyć do ust.

Ogród Botaniczny w Oliwie. Czy te kwiaty są jadalne? (fot. Gdaniec / wikiemdia.org / CC BY-SA 3.0)

- Pączki leszczyny, proszę - Sebastian zerwał niewielki pączek, krótszy niż zapałka. Ugryzłem kawałek, przeżułem i połknąłem. - Bez smaku. - Bo one nie mają smaku. Najczęściej macza się je w miodzie, albo w syropie, żeby nadać im jakiś smak. Ale za to ile mają wartości odżywczych!

Sebastian ożywił się i zaczął energicznie opowiadać o cudzie, którym są pędy, pączki i kiełki. - To są bomby nafaszerowane witaminami. Uważamy, że najlepsze, co możemy dostać, jest w owocach, ale to nieprawda. W nich tego "dobra" jest mniej. I jest rozwodnione. A w takich pączkach, albo pędach, z których ma wyrosnąć drzewo, jest tego masa. I to skoncentrowane do granic.

Wychodzi na to, że lepiej jeść pączki niż owoce, choć owoce są smaczniejsze. Na pewno dobrze jeść "zielsko". W tej kategorii do spożycia nadaje się niemal wszystko poza trawą. Mniszek lekarski, pospolicie zwany dmuchawcem, cały jest jadalny - korzeń, liście i kwiat. Z żółtych kwiatów zasypanych cukrem powstaje pyszny syrop, liście nadają się na sałatkę, a korzenie są badane pod kątem walki z rakiem. Bardzo zdrowy jest czosnek niedźwiedzi, który co prawda jest pod ochroną, ale można go uprawiać w ogródku. Trzeba wąchać jego liście - pachną jak czosnek - żeby nie pomylić go z trującą konwalią.

Z ogrodu przeszliśmy w okolice Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego.

- Na granicy lasu, na łąkach łatwiej będzie znaleźć zioła, pokrzywy i krzewy. W lesie - rośliny "sałatkowe": młode liście podagrycznika, czosnaczka, szczawiku zajęczego, komosy białej i wielu innych, uważanych za chwasty - mówi Sebastian.

Kręcimy się wokół stawu obrośniętego wierzbami. Za czasów liceum Sebastian uciekał tu na fajki i piwo. Policji nie chciało się tu przychodzić, było za daleko.

- Jeśli chodzi stricte o drzewa, to niewiele jest rzeczy jadalnych. Liście z żadnego się nie nadają, z niektórych kora, ale nie próbowałbym, bo po co? Żadnej przyjemności. Szukałbym raczej po krzewach.

Jego ulubionym jest rokitnik. - Wiele osób kocha się w jagodach goji, a pod nosem rośnie im równie dobry rokitnik, który ma np. 20 razy więcej witaminy C niż cytryna. Rosjanie nazywają go "złotem Syberii", bo ma ponad 190 substancji bioaktywnych, w tym potas, żelazo, bor, wapń, nienasycone kwasy tłuszczowe, antyoksydanty i witaminy: A, C, D, E i inne. Jeszcze lepsze jest to, że zawarta w nim witamina C prawie w ogóle nie rozkłada się podczas gotowania.

Sebastian nie jest fanem modnych "superfoodsów". Uważa, że to samo możemy znaleźć u nas, tylko nie wiemy, gdzie szukać

Książka "Mikrowyprawy w wielkim mieście" dostępna w Publio.pl >>

Łukasz Długowski, "Mikrowyprawy w wielkim mieście" (fot. materiały promocyjne)

Łukasz Długowski . Absolwent filozofii, podróżnik, dziennikarz, współpracownik "Gazety Wyborczej". Pisze m.in. o mikrowyprawach - proponuje, jak wcisnąć przygodę między pracę a zabiegane życie rodzinne. 27 kwietnia wydał książkę "Mikrowyprawy w wielkim mieście", której partnerem jest The North Face. Swoje przygody relacjonuje na Facebooku i Instagramie, gdzie prowadzi profil: Mikrowyprawy

(fot. Publio.pl)