Odpocznij
Tadeusz Mikuła (fot. Monika Chrabąszcz / www.dobrecechy.pl)
Tadeusz Mikuła (fot. Monika Chrabąszcz / www.dobrecechy.pl)

Pradziad Tadeusza, Jan, z wykształcenia chemik, pod koniec XIX wieku, podobnie jak tysiące Polaków w obliczu szerzącej się w kraju biedy i beznadziei, wyruszył w podróż za ocean, w poszukiwaniu lepszego życia. Północna Ameryka miała spełnić jego marzenie - dać pieniądze, za które po powrocie będzie mógł kupić upatrzoną wieś Wierzchów nad Rawą. Wiedza z zakresu chemii pozwoliła mu znaleźć dobrą pracę, a że fachowcy o jego kwalifikacjach byli poszukiwani także na czarnym rynku, Jan dodatkowo zajął się produkcją tak zwanej "medical whisky", czyli popularnego u nas bimbru.

*

- Produkcja "medical whisky" nieco nadszarpnęła jego wątrobę i po powrocie szybko zmarł - mówi, puszczając oko, Tadeusz. Przywiezione z Ameryki dolary odziedziczył jego syn, także Jan. Pieniądze postanowił przeznaczyć na rozwój interesu, który zamierzał otworzyć ze swoim przyjacielem, austriackim Żydem o imieniu Natan.

- Niestety, ja nie wiem jak się Natan nazywał, dziadek jednak zawsze powtarzał, że był to jego największy przyjaciel, a ich relacja to coś najlepszego, co go mogło w życiu spotkać - wspomina Tadeusz.

Pracownia Krawatów JaniNa sąsiaduje ze sklepem znanego projektanta mody Pierre'a Cardina (fot. Maximilian Witaszek)

Jan Junior i Natan. Połączenie sił i imion

W 1902 roku przy ulicy Floriańskiej Jan i Natan razem otwierają firmę, która ma się zajmować modą męską. Nazwali ją od połączenia swoich imion JaniNa i tak właśnie powstała kojarzona powszechnie z kobiecym imieniem "Janina". Ich ambicją jest rozpropagowanie elegancji wśród mieszkańców Krakowa i okolic. A ponieważ w zaborze austriackim władze raczej nie przeszkadzały drobnym przedsiębiorcom, firma zaczęła się szybko rozwijać.

Tadeusz Mikuła na zapleczu firmy do dzisiaj przechowuje fiolkę z intrygującą zawartością, rodzinną relikwię i jednocześnie talizman, zawiniętą w miękką tkaninę chroniącą ją przed rozbiciem. Odwija ją powoli, delikatnie, wręcz z namaszczeniem.

- To właśnie pamiątka po Natanie, dziadek dał ją ojcu, a on mnie. Pilnie jej strzeżemy, jak oka w głowie. To modlitwa, którą Żydzi przyklejali w swoich sklepach przy drzwiach, fragment z Tory spisany na papirusie. Gdy się wchodziło do środka, dotykało się jej na szczęście. Tak naprawdę nie wiadomo, ile dokładnie ma lat, ponoć nawet sam Natan tego nie wiedział, bo on też dostał ją od swoich przodków. Prawdopodobnie może sobie liczyć nawet i 400, dlatego teraz trzymam ją schowaną w fiolce i rzadko wyjmuję, bo ojciec mi mówił, że najgorsze czasy dla naszej rodziny przyjdą wtedy, gdy ją zniszczę lub zgubię - opowiada.

Jan i jego przyjaciel Natan mają głowę do interesów i zagraniczne kontakty. Nie decydują się jednak na produkcję własnego asortymentu, ale stawiają na import. Większość towarów sprowadzają z Austrii, w której Natan ma szerokie koneksje. Na sklepowych półkach w JaniNie aż ciasno było od modnych kapeluszy, eleganckich kołnierzyków, mankietów i koszul oraz wytwornych muszek zakupionych w Wiedniu. Sklep przy Floriańskiej staje się sławny w Krakowie i okolicy, a obroty firmy ciągle rosną.

- Krawaty, które dzisiaj kojarzone są z firmą JaniNa, nie były jeszcze wtedy tak bardzo modne, panowie nosili muszki - wyjaśnia Tadeusz Mikuła.

To prawda. Używane w tamtym okresie, widoczne na zaproszeniach dla dżentelmenów określenia: white tie oraz black tie nie oznaczały wcale konieczności przybycia pod krawatem (tie, ang.: krawat), ale pod muszką (dzisiejsze ang.: bow tie ).

White tie wyrażało prośbę o przybycie w stroju formalnym, tj. we fraku, białej kamizelce i białej muszce oraz w spodniach z podwójnym lampasem, lakierkach i w czarnym cylindrze. W takim stroju wypadało się stawić na raucie u prezydenta lub na gali w operze.

Natomiast określenie black tie w zaproszeniu sugerowało, że okazja jest mniej formalna, dlatego można włożyć czarny smoking, czarną kamizelkę i czarną muszkę oraz spodnie z pojedynczym lampasem. Smokingi obowiązywały panów na dancingach i premierach teatralnych.

Moda męska z 1937 roku. Każdy elegancki pan obowiązkowo musiał mieć w swojej szafie (od lewej): ubranie na poranną przechadzkę, odświętny strój dzienny, płaszcz sportowy, garnitur sportowy i frak (fot. NAC)

W latach 30. XX wieku rozpoczęła się moda na marynarki smokingowe w kolorze białym i kremowym, zalecane na wieczorowe imprezy pod gołym niebem lub dancingi podczas rejsów transatlantyckich.

- Z czasem mój pradziadek wraz ze wspólnikiem zdecydowali, że rozszerzą działalność i sami zaczęli szyć koszule - opowiada Tadeusz Mikuła. - Natan sprowadzał z zagranicy wykroje, a materiały, dzięki jego znajomościom, ściągane były z rozwijającej się włókienniczo Łodzi.

Ten cudowny okres prosperity i męskiej przyjaźni przerwała II wojna światowa. Wspólnik Jana Mikuły, ze względu na swoje żydowskie pochodzenie, musiał uciekać z Krakowa.

- Niestety, nie wiemy, co się z nim stało, czy przeżył. Dziadek zawsze czekał na jakiś znak życia z jego strony, nawet długo po wojnie. Natan jednak nigdy się do niego nie odezwał. To był dla Jana wielki cios i nieodżałowana strata, powtarzał to z żalem do końca swoich dni - mówi Tadeusz.

Ponieważ w czasie hitlerowskiej okupacji nikt raczej nie myślał o modnych dodatkach do garderoby, Jan częściowo zamknął zakład i zajął się sprzedażą opału, który w Generalnym Gubernatorstwie był towarem niezwykle potrzebnym i poszukiwanym.

- On miał głowę jak stodoła i niezwykłą żyłkę do interesów. Otworzył skład węglowy przy ulicy Kazimierza, sprowadzał tanio węgiel, ryzykując życiem, ale mu się udawało. Po wojnie natomiast stwierdził, że nie chce już prowadzić interesu modowego, bo bez Natana nie miał do tego serca. O zamknięciu firmy JaniNa mimo wszystko jednak nie chciał słyszeć, więc kazał przejąć ją mojemu ojcu, który z wykształcenia był lotnikiem mechanikiem. Jak łatwo się domyślić, ojciec raczej się do tego pomysłu nie palił - opowiada Tadeusz.

Do poważnej męskiej rozmowy między Janem a Stanisławem doszło już wcześniej, na początku lat 40 - Tato, słysząc propozycję dziadka, że ma się stać spadkobiercą rodzinnej firmy, powiedział: "Chyba zwariowałeś, ja kocham latanie i tym chcę się zająć". Na to usłyszał: "To ja cię wydziedziczę!".

Stanisław Mikuła, syn Jana, chciał zostać lotnikiem, lecz pod groźbą wydziedziczenia przejął po ojcu rodzinny biznes. Ożenił się także z panną, której imię pasowało do nazwy firmy JaniNa - Janiną Bilską (fot. archiwum rodzinne)

Jan nie tylko postraszył syna wykluczeniem z testamentu, ale postawił Stanisławowi także inny, niesamowity warunek. Mianowicie, że jego przyszła synowa będzie musiała mieć na imię Janina. To był dopiero szantaż! - Cóż więc ojciec miał zrobić? W 1942 roku znalazł sobie żonę Janinę, piękną kobietę, a moją mamę. W 1943 roku na świat przyszedłem ja, a następnie moja siostra Mirka, która od wielu lat mieszka w Norwegii. W 1947 roku tato ostatecznie przejął rodzinny biznes od dziadka. To był właśnie ten posłuch dla głosu starszego - śmieje się Tadeusz. - Ojciec zawsze mówił: "młodość to mądrość, starszy wiek to doświadczenie, jeżeli to połączymy, zawsze wyjdzie z tego coś mądrego i dobrego". I miał rację. Doceniłem to później. Ja jednak nie znalazłem już żony Janiny, ale Magdalenę. Był trochę zawiedziony, lecz w końcu zaakceptował mój wybór - dodaje.

Zobacz wideo Co łączy markę Pierre Cardin z lądowaniem na Księżycu?

Stanisław. Lotnik włoskim arbitrem elegancji

Po wojnie salon, prowadzony już przez Stanisława, przenosi się z ulicy Floriańskiej na plac Dominikański 5, gdzie znajduje się do dzisiaj. Niedoszły lotnik z zapałem bierze się do odbudowywania jego świetności. Nie chce już ograniczać się głównie do sprowadzania towarów, poważnie myśli o własnej produkcji. Ponieważ jest poliglotą i bardzo dobrze zna kilka języków, nawiązuje kontakty z zagranicznymi kontrahentami. W końcu zaczyna produkcję tkanin. Sam konstruuje krosna, a następnie systematycznie je unowocześnia.

- Produkowaliśmy materiały wełniane na krosnach, które wymyślił ojciec. Włosi sporo tego od nas brali. Chociaż za handel wełną mogły grozić wtedy poważne kary, bo monopol na nią miały państwowe zakłady, a socjalistyczne władze z zapałem tropiły wszędzie gospodarcze afery, także w przemyśle włókienniczym, to ojciec umiał kombinować i miał do niej dostęp. Potrafił robić interesy, śmieję się, że w głowie miał komputer - opowiada ze wzruszeniem Tadeusz.

Stanisław i Janina Mikułowie ze swoim starszym synem, małym Tadeuszem, Kraków 1943 rok. Małżeństwo ma dwoje dzieci, po Tadeuszu na świat przychodzi jeszcze córka Mirosława (fot. archiwum rodzinne)

Firma rozrasta się, w zakładzie zatrudnionych było w tym czasie kilkunastu pracowników. Stanisław zacieśnił współpracę z włoskimi miastami Guardą i Como, największymi producentami jedwabiu w Europie. Był tam częstym gościem.

- Tato miał niezwykłą łatwość w nawiązywaniu przyjaźni, a do tego lubił Chianti, więc w Italii czuł się wyśmienicie. Ponieważ był też bardzo rzutki i zdolny, zaczął pomagać Włochom przy tworzeniu nowych rodzajów krosien, tak zwanych krosien szybkich. Ojciec wprowadził u nich mnóstwo zmian i wymyślił sporo nowości, dzięki którym usprawniła się produkcja. Współpraca z Italią pięknie się rozwijała, do Krakowa trafiał najlepszy jedwab, zaś do Włoch materiały wełniane z naszej pracowni - opowiada Tadeusz.

Niestety, lata pięćdziesiąte przynoszą ze sobą nagonkę na tak zwanych prywaciarzy, komunistyczna władza robi wszystko, aby zniszczyć prywatną inicjatywę.

- To jeden z absurdów tamtego okresu. Ojca zaczęto prześladować, dlatego w obawie przed represjami w pewnym momencie postanowił odejść od produkcji i skupić się na eksporcie. Po 1956 roku przyszedł okres aktywizacji władzy, prywatne firmy były zamykane, rzemiosło jako takie przestało istnieć, celem państwa była kolektywizacja lub wchłonięcie rodzinnych interesów przez spółdzielnie. Nawet handel pietruszką musiał być kontrolowany przez państwo, to był naprawdę ciężki okres. Ojciec wyjechał więc na kilka miesięcy do Włoch, dzięki czemu mogliśmy przeżyć. Projektował tam najróżniejsze rzeczy do produkcji krawatów, uczył ludzi, jak je robić, sporo osób wyedukował. Wymyślił między innymi dziurkownice do krosien - wspomina Tadeusz.

Moda męska z lat 1930-1935 (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

On sam miał wtedy zaledwie kilkanaście lat, ale i całkiem sporą wiedzę związaną z tajnikami rodzinnego interesu. Wiązanie muszek i krawatów już wtedy nie nastręczało mu żadnych trudności, a takie pojęcia jak pas hiszpański czy fular, zupełnie nieznane jego rówieśnikom, nie były mu obce.

Stanisław Mikuła do kraju wrócił w 1957 roku, kiedy okazało się, że znowu można pracować. Niestety, pojawił się problem z walutą, dolarów nie można było ani przysyłać z zagranicy do naszego kraju, ani wysyłać poza Polskę. Mikułowie znaleźli jednak i na to sposób. Do firmy JaniNa przysyłany był z Włoch jedwab. Na miejscu, w Krakowie, pracownicy szyli najmodniejsze wtedy krawaty, które wracały z powrotem do Italii.

- To była wymiana towaru za robociznę, dopuszczalna w socjalizmie. Mieliśmy w firmie fantastyczne kroje, znaleźliśmy mnóstwo błędów, które popełniano we Włoszech przy szyciu krawatów i tutaj w Krakowie je poprawiliśmy. Już wtedy JaniNa skupiała się głównie na krawatach. Wszystko było szyte ręcznie i tylko z jedwabiu. Potem dopiero pojawiły się materiały z domieszkami poliestrowymi - mówi Tadeusz.

Praca i fachowość Mikułów była we Włoszech, słynących z miłości do mody, bardzo wysoko ceniona. W branży ich nazwisko było nie tylko doskonale znane, ale stanowiło markę samą w sobie. Z czasem coraz więcej produkcji JaniNy zaczęto wysyłać także do Związku Radzieckiego. Rynek wschodni okazał się bowiem bardzo chłonny.

Zanim Tadeusz wszedł w rodzinny biznes, studiował metaloznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Po ukończeniu studiów pracował m.in. w Wojskowych Zakładach Remontowych, gdzie był kierownikiem działu kontroli technicznej. Przez cały czas pomagał jednak swojemu ojcu w rodzinnej firmie.

Rodzina Mikułów chętnie spędzała czas na nartach. Stanisław Mikuła nawet w stroju sportowym - modnym swetrze czy pikowanej kurtce, pozostawał wzorem włoskiej elegancji. Był miłośnikiem Włoch i Chianti (fot. archiwum rodzinne)

- Ojciec przekazywał mi swoją wiedzę stopniowo, w nienarzucający się sposób. Chciał, żebym był samodzielny i wykazywał się inicjatywą. Zależało mu na tym, abym był człowiekiem kreatywnym i dążył w kierunku tworzenia czegoś - wspomina. - Byłem pasjonatem nauki, ale z czasem jego argumenty mnie przekonały. Śmieję się, że ojciec tak mnie zmanipulował, że nawet nie wiem, kiedy wszedłem w cały ten rodzinny biznes i polubiłem to. Bo nie można robić czegoś, czego się nie lubi, wtedy lepiej się w ogóle za to nie zabierać - dodaje. - Kiedy ojciec zaczął przebąkiwać o przejęciu kiedyś przeze mnie interesu, płynnie i bez żadnych dyskusji zacząłem pracować i pomagać w firmie. Choć tato dał mi ostro w kość, był fantastyczny. Takiego ojca życzyłbym wszystkim, był również moim największym przyjacielem. W końcu jednak przyszedł czas, gdy on, będąc już po dwóch zawałach, powiedział: "Synku, musisz mnie zastąpić". A ponieważ miałem ogromną wiedzę w materii mody męskiej i byłem nią przesiąknięty od dziecka, gładko wszedłem w rodzinny biznes - opowiada Tadeusz Mikuła.

W 1968 roku Tadeusz żeni się z Magdaleną, a ze szkolnictwem rozstaje się na początku lat 70. Razem ze Stanisławem prowadzą firmę, z ojcem współpracuje mu się świetnie. Rozumieją się w pół słowa, mają te same jasno określone cele i ogromne ambicje. Firma JaniNa prosperuje bardzo dobrze. Mimo walki z absurdalnymi domiarami, jakimi ludowa władza raczy rzemieślników, oni otwierają kolejne pracownie, także poza Krakowem, między innymi w Bochni, współpracują również z chałupnikami. Sprzedaż galanterii męskiej wzrasta. W najlepszym okresie zatrudniają ponad trzydzieści osób. Spod ich rąk wychodzą nie tylko krawaty, ale muszki, fulary i pasy hiszpańskie.

Razem pracują do śmierci Stanisława, czyli do 1988 roku. Przez kolejne osiemnaście lat Tadeusza wspiera mama.

Tadeusz. Krawat wiązany na 200 sposobów

- Ponieważ JaniNa zawsze miała pierwszorzędny surowiec, wszyscy do nas przyjeżdżali. W pracowni przy placu Dominikańskim bywali i politycy, i artyści, wielu z nich osobiście nauczyłem wiązać muszkę czy krawat. Tylko u nas kupował na przykład Jerzy Bińczycki, specjalnie dla niego robiliśmy krawaty. Bardzo go lubiłem - wspomina Tadeusz. - Szyjemy też krawaty na potrzeby teatrów i filmu, wiele razy doradzaliśmy kostiumologom w sprawach dodatków męskich.

Tadeusz Mikuła w jednym ze swoich słynnych fularów (fot. Mateusz Kamiński / www.metyou.pl)

Klientela zjeżdża z całej Polski, nie brakuje też obcokrajowców. Niektórzy przyjeżdżają raz w roku i kupują całą partię krawatów lub muszek. A tych w sklepiku przy placu Dominikańskim jest ponad 800 rodzajów. Ponieważ każdy rok ma narzucony nieco inny rodzaj kroju krawata, na ścianach pracowni zobaczymy nie tylko całą paletę barw, ale i kształtów. Część z nich, ta szyta z materiałów niesygnowanych, opatrzona jest metką JaniNy. Natomiast część powstała z tkanin z prawami autorskimi musi mieć metkę ich właścicieli, choć warto wiedzieć, że też została uszyta przez pracowników zatrudnianych przez Tadeusza Mikułę.

On sam skupił się na projektowaniu krawatowych wzorów, projektowanie materiałów pozostawił artystom, którzy się w tym specjalizują. - Dzisiaj popularne są cztery rodzaje krawatów: tzw. śledzik, najchętniej noszony przez młodzież i kobiety, najpopularniejszy classic, nieco od niego węższy biznes classic i super classic, przeznaczony tylko do lekkich garniturów i jedwabnych marynarek - wyjaśnia. O krawatach opowiadać może godzinami i to nie zanudzając słuchacza, rzeczowe uwagi przeplata anegdotami i zabawnymi historyjkami. Słuchanie opowieści o zwisie pionowym, jak zgodnie z poprawnością polityczną w czasach PRL-u nazywano ten najpopularniejszy dodatek do męskiej garderoby, jest prawdziwą przyjemnością. W sklepie przy placu Dominikańskim można nie tylko kupić krawat i o nim porozmawiać, ale także nauczyć się, jak go wiązać i dowiedzieć się, jak wygląda najmodniejszy węzeł danego sezonu.

- Ostatnio jest to klasyczny amerykański węzeł shelby. Może być gładki i z łezką, czyli z charakterystycznym wgłębieniem w kształcie łzy tuż pod węzłem - mówi pan Tadeusz i z ogromną zwinnością prezentuje go na jednym ze swoich krawatów.

- Nauczyłem tu wiązać krawaty setki ludzi, w tym wielu bardzo znanych polityków. Muszę przyznać, że kobiety szybciej rozumieją, o co chodzi. Mają też większy zmysł estetyczny i są manualnie zręczniejsze. Mężczyźni powinni ich słuchać, bo to nasza lepsza część - mówi z szacunkiem.

W Pracowni Krawatów JaniNa panowie i panie, które także przychodzą na zakupy, mogą wybierać spośród setek wzorów i rodzajów krawatów. Tadeusz Mikuła potrafi zawiązać krawat na ponad dwieście sposobów i nauczył tej sztuki niejednego klienta (fot. Monika Chrabąszcz, Stowarzyszenie Dobre Cechy / www.dobrecechy.pl)

Podkreśla także, że jeśli krawat ma być dobrze zawiązany, to nie można tego robić przed lustrem.

- Lustro jest tylko naszym odbiciem i zakłamuje wizerunek. Krawat należy trzymać w rękach i na niego patrzeć, wtedy węzeł wyjdzie idealny - dodaje. Sam potrafi zawiązać krawat na ponad 200 sposobów i choć mógłby codziennie prezentować się w innym, to pod szyją ma ukochany fular.

- Jeśli chodzi o wiązane muszki, to jesteśmy praktycznie monopolistą. Są firmy, które próbują nas naśladować, biorą wzorce i kroje z XVIII wieku i kopiują je, ale nie wychodzi to do końca dobrze. Nikt nie wie, na czym polega tak zwany kompensator wiązania muszki, a ja nigdy tego nie zdradzę. Jest to rodzinna tajemnica - wyznaje.

A dowiedzieć się lub zapłacić słono za ten sekret próbowało już wielu. Jednym z nich był znany na całym świecie Pierre Cardin, którego sklep mieści się dzisiaj w bezpośrednim sąsiedztwie JaniNy.

- Ani on, ani jego pracownicy nie wiedzieli, jak się robi pewne rzeczy. Przyjeżdżali do nas eleganccy panowie od Cardina, by się czegoś nauczyć, zwłaszcza w kwestii fularów. Nigdy jednak nie udało się im zgłębić naszej tajemnicy do końca. Tak więc jesteśmy w zasadzie jedynym producentem fularów i muszek do wiązania w Polsce, który wie, jak to się powinno robić - mówi z dumą.

Jak dzisiaj Tadeusz Mikuła ocenia sytuację rzemiosła w Polsce? Niestety, jego słowa nie napawają optymizmem, bo chociaż wydaje się, że szacunek dla rodzinnych firm z wieloletnimi tradycjami wzrasta z roku na rok, to kondycja rzemieślników wcale dobra nie jest.

- Nie ma w ogóle zielonego światła dla rzemiosła. Doskonale pamiętam, że za Gierka było dużo lepiej niż obecnie. Wtedy zaczęto stawiać na rzemiosło i myśmy wszyscy rozwijali się w nieprawdopodobnym tempie. Dla przykładu nasza firma zatrudniała wtedy trzydzieści osób, tak więc trzydzieści rodzin miało z czego żyć, i to dobrze żyć. To wszystko się skończyło. Pamiętam okres planu Wilczka (Ustawa z dnia 23 grudnia 1988 r. o działalności gospodarczej - zwana powszechnie ustawą Wilczka - zliberalizowała życie gospodarcze. Szacuje się, że dzięki niej powstało nawet 6 mln miejsc pracy, a małe i średnie przedsiębiorstwa zaczęły wytwarzać 2/3 polskiego PKB - przyp. autorów) i zastanawiam się, dlaczego dzisiaj władze nie chcą do tego wrócić i dać ludziom możliwości do rozwoju. Teraz większe ułatwienia mają te wszystkie zachodnie firmy, które mają nas w głębokim poważaniu. Ja swojego klienta nigdy bym nie potraktował tak, jak mi się zdarzało być potraktowanym w reklamowanych zachodnich sklepach czy sieciach - mówi ze smutkiem.

Roman. Firma w ręce bratanka

Uczciwości, szacunku dla klienta uczy teraz swojego następcę. Wiele wskazuje na to, że rodzinny biznes przejmie Roman Bilski, bratanek

mamy Tadeusza, Janiny. Wcześniej Tadeusz wierzył, że ukochana JaniNa przejdzie w ręce jedynego syna. Niestety, rodzinna tragedia bezpowrotnie zniszczyła to marzenie.

- Syna miałem piekielnie zdolnego, miał IQ powyżej 200 i walczyły o niego uczelnie z całego świata. Niestety, choroba go zabrała, rak krwi zniszczył go w wieku trzydziestu lat. Dlatego interes chcę przekazać kuzynowi, też musiałem go przez jakiś czas przekonywać, a potem długo uczyć, na szczęście okazał się pojętny - dodaje. Jest więc szansa, że szyld JaniNa nie zniknie z mapy Krakowa.

*fragment książki "Polskie firmy rodzinne" Anny Zasiadczyk i Artura Krasickiego, wydanej przez wydawnictwo Muza

Anna Zasiadczyk i Artur Krasicki (fot. Grzegorz Dymarski)

Anna Zasiadczyk. Zastępczyni szefa zespołu show-biznes w "Fakcie". Wcześniej dziennikarka i redaktorka w wydawnictwie Axel Springer oraz szefowa działu Ludzie w "Fakcie". Autorka książki: "Anna German. Biografia z niezwykłymi zdjęciami".

Artur Krasicki . S ocjolog z wykształcenia, dziennikarz z wyboru. Miłośnik przedwojennych czasopism. Publikował m.in. w "Na przełaj", "Machinie", "Lampie i Iskrze Bożej", "Przekroju" i "Fakcie".