Odpocznij
(wizualizacja: CREOPROJECT)
(wizualizacja: CREOPROJECT)

Domy tańsze o 30 proc.? Szansa na własne mieszkania w małych miastach? Ekologiczne warzywa i owoce w przystępnych cenach? To tylko niektóre korzyści wynikające z działania w kooperatywach. Polacy, którzy od najmłodszych lat są uczeni, że sukces może odnieść tylko rywalizująca z innymi jednostka, zaczynają przekonywać się do działania w grupie.

- Zupełnie nie zgadzam się z opinią, że jesteśmy wyjątkowo kłótliwi czy niezdolni do współpracy - podkreśla Roman Paczkowski, pomysłodawca i założyciel Kooperatywy Mieszkaniowej Pomorze. - Byłem zawodowym menedżerem i wiem, że każdy chce zrobić dobry interes. Dobrze pokazany, realistyczny, oparty na dokładnych wyliczeniach biznesplan to był główny argument przystąpienia do wspólnoty, jaką jest kooperatywa. Jeżeli cel jest sensowny, integracja wokół niego jest pełna.

Tanio i dobrze

W ciągu trzech lat Kooperatywa Mieszkaniowa Pomorze zbudowała w Gdyni trzy budynki, w których zamieszkały 24 rodziny. W październiku ogłosiła rozpoczęcie budowy czwartego domu. Będzie większy od poprzednich, finansuje go 12 rodzin.

Dom nad bulwarem - kolejna inwestycja Kooperatywy Mieszkaniowej Pomorze (wizualizacja: Archon)

- Pierwszy budynek powstał z potrzeby. Moje dzieci dorosły, były gotowe, by zamieszkać samodzielnie. Własnego domu potrzebowały też dzieci znajomych. Przeanalizowałem koszty mieszkań u deweloperów i wyszło mi, że jeżeli sami wybudujemy budynek, będzie dużo taniej. Pomysł na zawiązanie kooperatywy podpatrzyłem w Niemczech i Finlandii, gdzie pracowałem. Tam jest ich bardzo dużo - opowiada Paczkowski.

Budynki, które postawiła Kooperatywa Mieszkaniowa Pomorze, są o 30 proc. tańsze od nieruchomości dostępnych na rynku deweloperskim. Za metr kwadratowy mieszkania każda rodzina musiała zapłacić zaledwie 3 tys. zł. Dlaczego tak tanio? Kooperatywy budują bez udziału pośredników (omijają dewelopera), osoby w nich skupione wspólnie finansują inwestycję i w stu procentach decydują, jak będzie ona przebiegała. - Nasze domy nie są cudem architektury. Projekt jest kompromisem pomiędzy zdolnością finansową kooperatywy a tym, co chcemy zbudować - wyjaśnia Paczkowski. I zaznacza, że koszt inwestycji mógłby być jeszcze mniejszy, ale kooperatywy zawsze decydują się na droższe, lepszej jakości materiały budowlane, np. zamiast zwykłej blachy na dachu kładą dachówkę. Członkowie kooperatywy mają też możliwość zaaranżowania wnętrz według własnych potrzeb, a nawet dokonywania zmian w trakcie budowy. - Organizujemy spotkania z kierownikiem budowy, z inspektorami nadzoru sanitarnego, elektrycznego, by omówić zmiany, które przyszli mieszkańcy nanieśli na plany - wyjaśnia Paczkowski.

Za metr kwadratowy mieszkania w tych budynkach każda rodzina musiała zapłacić zaledwie 3 tys. zł. (fot. Roman Paczkowski / Kooperatywa Mieszkaniowa Pomorze)

Z każdym oddanym budynkiem zainteresowanie działalnością Kooperatywy Mieszkaniowej Pomorze jest coraz większe. Paczkowski przyznaje, że nie jest w stanie odpowiadać na wszystkie maile i telefony z pytaniami dotyczącymi sposobu realizacji tego typu inwestycji. - Dzisiaj chętnych jest tylu, że mógłbym spokojnie zawiązać pięćdziesiąt kooperatyw - mówi.

Przedwojenne tradycje

Warto pamiętać, że kooperatywy nie są pomysłem nowym, modą, która przywędrowała do nas z Niemiec czy Skandynawii. Na ziemiach polskich kooperatywy istniały już w XIX wieku. Pierwszą organizacją, która miała cechy spółdzielni, było założone w 1816 roku przez Stanisława Staszica "Hrubieszowskie Towarzystwo Rolnicze Ratowania się Wspólnie w Nieszczęściach".

Jeden z budynków Hrubieszowskiego Towarzystwa Rolniczego (fot. Gambitek / wikipedia.org / CC BY-SA 3.0 / bit.ly/1YW7ZeR)

Prawdziwy rozkwit spółdzielczości nastąpił w okresie międzywojennym. Badacze szacują, że w tym czasie co czwarty obywatel należał do jakiejś spółdzielni.  Niektórzy byli członkami kilku takich organizacji. Przed drugą wojną światową popularne były kooperatywy mieszkaniowe. Historię Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej , która budowała mieszkania dla robotników na Żoliborzu, w pobliżu placu Wilsona, w swojej najnowszej książce "13 pięter" opisał Filip Springer. W tym okresie ruch spółdzielczy był odpowiedzią na ogromny problem bezdomności i przeludnienia w przedwojennej stolicy.

W okresie międzywojennym popularne były też spółdzielnie mleczarskie. Przed 1939 rokiem działało ich 1475, łącznie zrzeszały 700 tys. rolników!

Funkcjonujące

w PRL-u spółdzielnie nie miały wiele wspólnego z zasadami, którymi kierowały się przedwojenne kooperatywy. Spółdzielnie po 1945 roku zatraciły swój demokratyczny charakter, stały się przedsiębiorstwami należącymi do państwa, a nie do członków spółdzielni. Dzisiaj ruch spółdzielczy kojarzy się nam głównie z jego zdeformowaną, powojenną formą. Kooperatywy, które powstały w ostatnich kilku latach, chcą zmienić ten negatywny wizerunek, odwołują się do zasad przedwojennego kooperatywizmu.

Nie tylko marchewka z pudełka

Całkowicie demokratyczny charakter ma warszawska Kooperatywa Spożywcza "Dobrze". Należy do niej 150 gospodarstw domowych. Kooperatywa nie ma lidera. O kierunku rozwoju decydują wszyscy jej członkowie, każdy głos jest tak samo ważny.

Kooperatywa Spożywcza "Dobrze" (fot. materiały Kooperatywy Spożywczej "Dobrze")

- Zanim przystąpiliśmy z żoną do kooperatywy, staraliśmy się jeść zdrowo i ekologicznie. Chcieliśmy też, by w miarę możliwości nasze jedzenie było pozyskiwane etycznie. Każdy, kto chce się tak odżywiać wie, że to dość droga i wymagająca sporego wysiłku zabawa. Dlatego cały czas poszukiwaliśmy tańszych i łatwiejszych sposobów kupowania jedzenia. W ten sposób trafiliśmy do Kooperatywy Spożywczej "Dobrze" - opowiada Tadeusz Baranowski.

W sierpniu 2014 roku kooperatywa otworzyła sklep spożywczy w centrum Warszawy przy ulicy Wilczej 29a. - Od początku zakładaliśmy, że chcemy mieć sklep. Naszym celem jest oddolna zmiana systemu, a nic nie zmienimy, wydając z pudełka kilka marchewek swoim znajomym. Trzeba wyjść do ludzi - zaznacza Tadeusz Baranowski.

Wejście do sklepu warszawskiej Kooperatywy Spożywczej "Dobrze". Po prawej oficjalne otwarcie sklepu w sierpniu 2014 roku (fot. materiały Kooperatywy Spożywczej "Dobrze")

W sklepie na Wilczej zakupy może zrobić każdy, ale tylko członkowie kooperatywy mogą kupować towar po niższych cenach. By mieć prawo do zniżek, trzeba z góry opłacić składki członkowskie za pół roku - 150 zł od osoby. Każdy z członków musi też przepracować trzy godziny w miesiącu na rzecz kooperatywy. - Potrzebna jest pomoc przede wszystkim w sklepie, np. przy noszeniu skrzynek, rozpakowywaniu towaru. Ja zwykle pomagam przy kasie. Ale dla kooperatywy można pracować też w inny sposób, np. pomagać przy prowadzeniu strony internetowej, profilu na FB czy księgowości - tłumaczy Joanna Baranowska.

Choć na początku sklep świecił pustkami, dzisiaj klientów nie brakuje. Mieszkańcy Śródmieścia i dalszych dzielnic kupują tu świeże, sezonowe warzywa i owoce. Ich dostawcami są głównie rolnicy z województwa mazowieckiego. - Produkty te nie muszą mieć certyfikatów, ważne, by przy ich uprawie nie była używana chemia. Dostawców znamy osobiście, odwiedzamy ich gospodarstwa, obserwujemy, jak dbają o uprawy - zapewnia Joanna Baranowska. Ciekawostką w sklepie są rzadko dostępne odmiany warzyw, mimo że rosną w Polsce, np. purpurowa i biała marchew, fioletowe i zielone kalafiory, brukiew czy topinambur. Przy Wilczej 29a kupimy też ekologiczne kasze, groch czy jogurty. Wszystkie produkty sprowadzane z zagranicy - ryż, oliwa (z kooperatywy na Krecie), kawa (z kooperatywy w Meksyku) czy herbaty - mają ekologiczne certyfikaty.

Sklep kooperatywy w centrum Warszawy przy ulicy Wilczej 29a (fot. materiały Kooperatywy Spożywczej "Dobrze")

By kooperatywa mogła sprawnie funkcjonować, zatrudnia pięć osób odpowiedzialnych m.in. za zamówienia, księgowość i finanse, koordynację dyżurów i spraw członkowskich. Wszyscy członkowie regularnie spotykają się na zebraniach. - Nie zawsze łatwo się dogadać, w tak licznej grupie na wiele spraw mamy różne poglądy, cały czas uczymy się sztuki kompromisów - przyznaje Tadeusz Baranowski. - Dojście to tego, co mamy dzisiaj, zajęło nam dwa lata i było trudne. Dlatego teraz chętnie dzielimy się wiedzą, zapraszamy na warsztaty, organizujemy takie wydarzenia jak Zjazd Kooperatyw. Zastanawiamy się też nad otwarciem drugiego sklepu - mówi Joanna Baranowska.

Na początku sklep świecił pustkami, ale dziś klientów już nie brakuje (fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

W stolicy działa kilka spółdzielni spożywczych, np. Warszawska Kooperatywa Spożywcza czy Mokotowska Kooperatywa Spożywcza. Zdecydowana większość z nich zapewnia dostęp do świeżych warzyw i owoców jedynie swoim członkom. Do spółdzielni może przystąpić każdy.

Mimo tych sukcesów sceptycy uważają, że kooperatywy to chwilowa moda, wielkomiejska zajawka, która nie stanie się trwałą alternatywą  zakupów w supermarketach czy drogich ekosklepach. Istnieją jednak kooperatywy, które działają już od kilku dekad i mają się świetnie. Jedną z najbardziej znanych jest Park Slope Food Coop. Kooperatywę w 1973 roku na nowojorskim Brooklynie założyła grupa sąsiadów. Dzisiaj do Park Slope Food Coop należy 16 tys. członków, nierzadko do kooperatywy przystępuje już trzecie pokolenie rodziny związanej ze spółdzielnią. Każdy z członków raz w miesiącu pracuje na jej rzecz. W zamian zyskuje dostęp do lokalnych, ekologicznych produktów tańszych o 20-40 proc. w stosunku do cen rynkowych.

Czy w Polsce możliwe jest odrodzenie się działającego na dużą skalę ruchu spółdzielczego? Muszą być na to gotowi mentalnie Polacy, ale również samorządy i sektor finansowy. - Lokal wynajmujemy na zasadach preferencyjnych od miasta. Urzędnicy nie mogli uwierzyć, że można prowadzić sklep i na nim nie zarabiać. Jesteśmy pierwszą kooperatywą w Warszawie, które prowadzi taką działalność, więc nie było nawet przypadku, do którego moglibyśmy się odwołać. Impas decyzyjny był na tyle poważny, że na jakiś czas zablokował nam realizację planu - tłumaczy Joanna Baranowska.

Z Malmö do Wrocławia

Nowe standardy we współpracy samorządu z kooperatywami wyznacza Wrocław. To pierwsze miasto w Polsce, które zachęca swoich mieszkańców do zawiązywania kooperatyw mieszkaniowych. Miasto, pomagając im w wybudowaniu własnego domu, zatrzymuje u siebie przedsiębiorczych i działających na rzecz lokalnej społeczności obywateli. Samorządowcy na potrzeby kooperatyw przeznaczyli trzy działki na powstającym właśnie osiedlu Nowe Żerniki.

Tak będzie wyglądać dom kooperatywy z Wrocławia (wizualizacja: CREOPROJECT)

- Intensywnie współpracujemy z samorządami niemieckimi, które wspierają kooperatywy mieszkaniowe. Postanowiliśmy zaszczepić tę ideę na gruncie wrocławskim. Przyglądaliśmy się również kooperatywom działającym w szwedzkim Malmö - opowiada Karolina Woźniak, koordynatorka projektu "Wrocławskie Kooperatywy Mieszkaniowe".

Na osiedlu Nowe Żerniki swoje domy wybudują trzy kooperatywy wyłonione w organizowanych przez miasto przetargach. Pierwszą stworzyła grupa znajomych, którzy poznali się w duszpasterstwie. W drugiej dominują więzy rodzinne. Trzecia, która przetarg na dom dla ośmiu rodzin wygrała w listopadzie, to znowu grupa znajomych.

Wszystkie spółdzielnie zapłacą jedynie 20 proc. wartości działki, którą w wieczyste użytkowanie na 99 lat dostaną od miasta. By wystartować w przetargu, każda grupa musiała przygotować koncepcję architektoniczną budynku. W planie trzeba było uwzględnić rozmieszczenie mieszkań oraz części wspólnych, np. świetlicy, czytelni czy pralni. Każda kooperatywa musiała zadeklarować, jaka działalność usługowa będzie prowadzona w lokalach na parterze. W planach mają przeznaczenie ich na przedszkole, kawiarnię i gabinet stomatologiczny.

Na osiedlu Nowe Żerniki domy wielorodzinne wybudują trzy kooperatywy (wizualizacja: CREOPROJECT)

- Musimy najpierw przeprowadzić do końca ten projekt, by przekonać się, czy przyjmie się w naszych warunkach. Rozglądamy się już jednak za kolejnymi działkami i budynkami, które moglibyśmy przekazać kooperatywom. Największym problemem pozostaje finansowanie takich przedsięwzięć - podkreśla Karolina Woźniak.

Banki w swojej ofercie nie mają produktów przeznaczonych dla kooperatyw, a wdrożenie nowych jest drogie i może potrwać 2-3 lata. Jedna z wrocławskich kooperatyw stara się o kredytowanie w małym banku spółdzielczym. - Na razie placówka traktuje to jako eksperyment, nie jest zainteresowana rozwiązaniem systemowym - zaznacza Woźniak.

- Nam pożycza pieniądze duży bank sieciowy, ale tego typu finansowanie nie jest jeszcze ogólnie dostępne. Po trzech latach funkcjonowania udało się nam wypracować własny know-how i pokazujemy go w rozmowach z bankami. Pomysłem finansowania chcemy zainteresować Bank Gospodarstwa Krajowego. Współpracujemy w tym temacie z fundacją Habitat - tłumaczy Roman Paczkowski. - Banki powinny dostrzec tę spółdzielczą niszę, bo kooperatywy to jedyna szansa na nowe mieszkanie np. dla ludzi w małych miastach. Tam nie budują deweloperzy. Skąd ci młodzi mają brać mieszkania?

Mniej optymistycznie do tematu podchodzi Karolina Woźniak: - Banki, z którymi rozmawialiśmy, nie zdecydowały się na wdrożenie nowego produktu. Kooperatywy muszą sobie radzić we własnym zakresie, a my dalej szukamy systemowego rozwiązania problemu.

W ostatnich latach różnego rodzaju kooperatywy powstały także w Krakowie, Gdańsku, Białymstoku, Łodzi, Gliwicach. Czy działanie w grupie na rzecz wspólnego celu na dobre przyjmie się w całym kraju? Oby, inaczej kolejne pokolenie będzie powtarzać: Moja jest racja, i to święta racja, bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza *.

* cytat z filmu "Dzień świra", reż. Marek Koterski

Anna Budyńska. Redaktorka w dużym wydawnictwie, pisze teksty dla portalu Instytutu Goethego w Warszawie, jest sekretarzem redakcji magazynu "Świat Mózgu" wydawanego przez fundację NeuroPozytywni.