Odpocznij
(fot. T. Michael Keesey / Flickr.com / CC BY-2.0 / bit.ly/1dsePQq)
(fot. T. Michael Keesey / Flickr.com / CC BY-2.0 / bit.ly/1dsePQq)
Co to znaczy "być człowiekiem"? (w przeciwieństwie do bycia "zaledwie" małpą człekokształtną). I w jaki sposób staliśmy się tym, kim jesteśmy?*

Nasza historia zaczęła się około dwóch milionów lat temu, kiedy populacja człowieka prehistorycznego z Afryki rozpoczęła przemianę, która zaowocowała powstaniem nowego gatunku - homo sapiens. Większe mózgi, łatwość przystosowywania się do zmieniającego się środowiska i umiejętność współpracy w dużej grupie sprawiły, że szybko wyparliśmy z tamtych terenów inne gatunki praludzi.

Musiał upłynąć jeszcze milion lat, zanim jedna linia ewolucyjna człowieka współczesnego z północno-wschodniej Afryki przekroczyła Morze Czerwone. 70 tysięcy lat temu kolonizacji uległo południowe wybrzeże Azji, a 30 tysięcy lat później padło ostatnie wolne od homo sapiens miejsce na Ziemi, czyli Australia. Od tej pory człowiek był już wszędzie i szedł do celu po trupach.

Nasz historia zaczęła się około dwóch milionów lat temu i choć przez ten czas homo sapiens współegzystował z innymi gatunkami, w tej chwili jesteśmy jedynym gatunkiem homo na Ziemi (fot. Shutterstock.com)
Dlaczego akurat ta jedna linia rozwojowa z grupy afrykańskich człowiekowatych podążyła tak niezwykłą ścieżką? I dlaczego tylko jedna grupka owych wczesnych homininów [podplemię ssaków naczelnych z rodziny hominidów, czyli człowiekowatych - przyp. red.] wyłoniła się z bezładnej radiacji australopiteków, aby skolonizować Stary Świat i stać się ostatecznie jedynym członkiem tej linii, która przetrwała zmiany klimatyczne, które nastąpiły w późniejszych fazach plejstocenu? Wreszcie zaś - dlaczego z grona pomyślnie rozwijających się linii rozwojowych, które wyłoniły się z rodzaju homo w środkowym plejstocenie, tylko jedna - nasza własna - dotrwała do dziś?

Ostatnie ogniwo ewolucji

To nie jest podróż przez skamieliny i stanowiska archeologiczne. To nie jest opis rozrastania i zmieniania się kolejnych organów ludzkiego ciała, które doprowadziło do tego, że dzisiaj rano patrząc w lustro, widziałeś dwunożną istotę o wąskich biodrach, płaskich stopach i wyprostowanej postawie. To jest ciągnąca się przez dwa miliony lat ewolucja naszej postawy społecznej, emocji, umiejętności nawiązywania relacji i życia w grupie, czyli tego wszystkiego, co określa się mianem "bycia człowiekiem".

"Człowiek. Biografia" autorstwa brytyjskiego antropologa i psychologa ewolucyjnego Robina Dunbara to swego rodzaju ściąga, ewentualnie podsumowanie wcześniejszych publikacji autora, który łącząc różne dziedziny wiedzy, prowadzi nas krok po kroku przez świat ewolucji, której w tej chwili jesteśmy ostatnim ogniwem. W tej chwili, gdyż ewolucja to coś, co dzieje się nieustannie. Być może kiedyś my, ludzie współcześni, podobnie jak dla nas neandertalczycy czy denisowianie, staniemy się przyczynkiem do badań nad genezą kolejnego gatunku hominidów (czyli człowiekowatych), który dzięki lepszemu przystosowaniu do panujących warunków wyruguje nas z zajmowanych obecnie terenów i miejsc. W końcu nikt nie powiedział, że w historii życia na Ziemi zajmujemy ostatnie miejsce.

My, ludzie, jesteśmy dwunożnymi małpami człekokształtnymi, a paleoantropolodzy identyfikują naszych najwcześniejszych przodków właśnie dzięki śladom dwunożności.
Malunki znalezione w jaskiniach w południowej Afryce. Ich powstanie najwcześniejszych datuje się na okres górnego paleolitu, który rozpoczął się około 40 tys. lat przed naszą erą (fot. Shutterstock.com)

Miłość z włóczęgi

Długie, mocne i przystosowane do chodzenia - czyli szybkiego pokonywania dużych odległości - nogi, wyprostowana postawa, dzięki której ciała hominidów absorbowały mniej światła słonecznego, brak owłosienia, umiejętność pocenia się, by wydalić nadmiar ciepła - to wszystko sprawiało, że nasi przodkowie byli stworzeni do włóczęgi. Nie powinno więc dziwić, że tak szybko zajmowali kolejne ziemie.

Jednak wyprostowana postawa, a co za nią idzie - bardziej kulisty kształt miednicy, a także rozrastający się, wypełniający coraz większą przestrzeń mózg sprawiły, że ewolucja stanęła przed poważnym wyzwaniem: co zrobić z rozmnażaniem się? Gdyby człowiek miał narodzić się przystosowany do życia tak jak inne ssaki, ciąża musiałaby trwać 21 miesięcy. Kobieta nie byłaby w stanie nosić tak dużego płodu, a sam poród byłby koszmarem. Obwód głowy rocznego dziecka (9 miesięcy ciąży plus 12 miesięcy życia daje wymagane 21 miesięcy) wynosi zwykle 45-50 cm. Nawet gdyby główka skurczyła się o kilka centymetrów do porodu, to wciąż trudno jest sobie wyobrazić, by mógł on się odbyć siłami natury.

Oczywiście ewolucja mogła pójść w kierunku poszerzania bioder samic - wówczas ich obwód skoczyłby z obecnych około 100 cm do grubo ponad 200 cm, bo miednica, przez którą mogłoby przedostać się tak wielkie dziecko, musiałaby mieć odpowiednią szerokość. To byłoby jednak ogromnym utrudnieniem w szybkim przemieszczaniu się, a nomadyczny tryb życia okazał się dla naszej natury ważniejszy. Paradoksalnie, niejako przypadkiem doprowadził do jeszcze jednej, bardzo obecnie pożądanej konsekwencji, a mianowicie wspólnej opieki rodziców nad dzieckiem.

Mały człowiek rodzi się w pierwszym momencie, w którym może egzystować poza ciałem matki. Nie jest jednak w stanie przetrwać bez jej opieki. Takie związki jak endorfiny czy oksytocyna uwalniane są, aby połączyć emocjonalnie matkę z dzieckiem, która dbając o nie, da mu szansę na przeżycie. Ale na tym nie koniec. Tak bezbronny potomek wymaga opieki większej liczby osób, czyli na przykład ojca. W dodatku wśród naczelnych częstym procederem jest mordowanie potomstwa samicy, by ta szybciej mogła zajść w ciążę z kolejnym partnerem. Karmienie dziecka matczynym mlekiem jest naturalnym środkiem antykoncepcyjnym, dlatego ustanie laktacji wywołane np. śmiercią dziecka wznawia płodność.

Czy miłość romantyczna i przynajmniej okresowa monogamia są wytworem ewolucji, który ma dać szansę na przetrwanie potomstwu? Na zdjęciu: wystawa w Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku (fot. Jorg Hackemann / Shutterstock.com

Aby przetrwał gatunek, potrzebne były emocje, które powiążą ze sobą samca i samice, dając tym samym szansę na przetrwanie ich bezbronnemu przez długi czas potomstwu. Samiec związany emocjonalnie z matką swego dziecka i z nim samym stawał się rodzajem ochroniarza dla potomstwa. W ten oto pokrętny sposób dobór naturalny wytworzył miłość, a żeby ją przypieczętować, również seks, który ludzie mogą uprawiać nie tylko dla prokreacji, ale również by budować więzi. W dodatku mogą go uprawiać także poza okresem godowym, co wyjątkowo wyróżnia nas spośród pozostałych ssaków.

Ludzkie związki męsko-damskie są dwuosobowe bez względu na to, czy w danej kulturze małżeństwa są akurat monogamiczne czy poligamicznie (czy wręcz poliandryczne). Inaczej mówiąc, związek romantyczny sam w sobie nie musi mieć związku z systemem małżeńskim. Systemy małżeńskie wydają się natomiast bardzo zmienne i zależą głównie od lokalnej sytuacji ekonomicznej i tradycji.

Iskajmy się społecznie

Myśląc o powstania naszego gatunku, zwykle skupiamy się na fizycznych zmianach, jakie musiały dokonać się w ciele małpy człowiekowatej, by powstał z niej homo sapiens. Ostatnie badania dowodzą jednak, że wyjątkowo istotnym czynnikiem w wyewoluowaniu naszego gatunku był rozwój coraz bardziej złożonych form życia społecznego. To zdaniem badaczy takich jak Robin Dunbar zaowocowało powiększaniem się mózgu, a w dalszej kolejności wykształceniem umiejętności śmiechu, śpiewu, wreszcie mowy. Wśród rozważań na ten temat pojawiają się dwa pojęcia, które można wciąż bez wahania zastosować nawet w naszym życiu. Są to: budżet czasowy oraz iskanie.

Wyjaśnienie budżetu czasowego jest proste: to czas w trakcie doby, który możemy aktywnie wykorzystać na wszelkie niezbędne czynności, jak znalezienie pożywienia, posilanie się, przemieszczanie i aktywność społeczną, czyli właśnie iskanie. Pierwotne zachowanie małp polegające na czyszczeniu sobie wzajemnie futer z insektów Robin Dunbar przekłada na cały szereg zachowań tworzących drabinę społeczną. Określa, ile czasu musimy spędzić na "iskaniu" bliskich, ile na "iskaniu" mającym na celu tworzenie sojuszów w grupie, a ile na tym, które ma nam zapewnić przychylność najsilniejszych osobników w stadzie.

Im trudniej było o zdobycie pożywienia lub im więcej go potrzebowaliśmy ze względu na rozrastający się mózg (mózg zużywa nawet do 30 proc. całej energii potrzebnej człowiekowi do funkcjonowania), tym mniej czasu zostawało na iskanie. Aby utrzymać sprzyjające praludziom więzy społeczne, forma iskania musiała się więc zmieniać - w trakcie zwykłego iskania można było budować bliskość tylko z jednym osobnikiem, a coraz mniejsza ilość czasu, a większa liczebność grup powodowały, że nastąpiła konieczność "iskania grupowego". I tak jako jeden z pierwszych typów "nowego iskania" wyewoluował śmiech, swego rodzaju wokalizacja wdechów i wydechów. Wspólne śmianie się wywołuje produkcję endorfin, co stanowi formę "iskania na odległość" i pozwala jednocześnie tworzyć zażyłe relacje z kilkoma osobnikami.

Trzy czaszki obrazujące ludzką ewolucję. Rozrastający się mózg wymógł na człowiekowatych zmianę stylu życia podporządkowaną m.in. dostarczaniu mu energii (fot. Shutterstock.com)

Odnosząc to do współczesności, łatwiej zrozumieć popularność żartów towarzyskich oraz osób, które mają naturalny dar rozbawiania zebranych. Po prostu są postaciami, których umiejętność pozwala zbliżyć się do siebie stosunkowo dużej grupie ludzi, którzy śmiejąc się razem, przeżywają wspólnie również tzw. efekt endorfinowy. Powoduje on m.in., że cieplej myślimy o tych, z którymi połączył nas śmiech.

Śmiech jest idealnym kandydatem, ponieważ nie tylko wywołuje produkcję endorfin, ale niewiele innych zachowań ludzkich jest tak zaraźliwych. Śmiech towarzyszący oglądaniu komedii występuje 30-krotnie częściej, jeśli ogląda się ją wraz z innymi osobami. To zachowanie jest w gruncie rzeczy tak instynktowne, że przychodzi nam z trudem nieśmianie się, gdy inni się śmieją, nawet jeśli nie zrozumieliśmy dowcipu.

Masz 150 bliskich osób, nie więcej

To rozbudowujące się więzi społeczne i konieczność bliskiego funkcjonowania w coraz większych grupach sprawiły, że mózgi naszych przodków sie rozwinęły. Dzięki temu możemy dzisiaj programować komputery, szukać wody na Marsie czy rozbijać atomy na cząstki elementarne. Hipoteza mózgu społecznego, bo tak określa się ten fenomen, pozwala stworzyć równanie przewidujące rozmiar grupy społecznej na podstawie wielkości mózgu. W przypadku człowieka współczesnego jest to 150 osób. Wynik ten powtórzył się przy okazji wielu eksperymentów przeprowadzonych przez współpracujących z Robinem Dunbarem naukowców, po czym w konsekwencji został nazwany liczbą Dunbara. W skrócie: 150 osób jest to grupa, z którą jesteśmy w stanie tworzyć relacje, których podstawą jest poświęcanie sobie wzajemnie czasu i zainteresowania, niesienie pomocy - czyli możemy się aktywnie iskać.

W grupie tej są też pewne kręgi - najbliższym osobom poświęcamy zdecydowanie najwięcej czasu, a najmniej postaciom z ostatnich pozycji tej listy. Jednak są one wciąż ważne w naszym układzie społecznym. Osoby pozostające na dalszych, wykraczających poza liczbę 150 pozycjach zazwyczaj umykają naszej uwadze.

Prehistoryczne malunki naścienne. Odbicia dłoni powstawały dzięki wypluciu na przyłożoną do skały dłoń przeżutego pigmentu. Najmniejsze odbicia należały do dzieci, które przychodziły do jaskini wraz z rodzicami (fot. Shutterstock.com)

Liczba Dunbara znalazła zastosowanie w teorii zarządzania kapitałem ludzkim w firmach komercyjnych i różnych organizacjach. Na jej podstawie tworzy się strukturę organizacyjną nawet w wojsku, a w mediach społecznościowych specjalne algorytmy monitorują aktywność na profilach osób, których liczba znajomych znacznie odbiega od wspomnianej grupy 150. Te algorytmy pozwalają zweryfikować, czy profile są prawdziwe i należą do realnych ludzi, czy też służą jedynie do wyłudzania informacji. Hipoteza, która pomogła zrozumieć sposób, w jaki nasz mózg rozwinął wyższe funkcje, teraz używana jest w reklamie czy wojskowości.

Kluczowa różnica polega na naszej umysłowości i tym, co potrafimy robić wewnątrz naszych umysłów. To właśnie przyniosło nam kulturę przez duże K, kulturę, której częścią jest literatura i sztuka.

Mała zmiana, wielki efekt

O tym, czy jeden gatunek zdobędzie przewagę nad innym, decydują czasami niuanse, mało istotne z naszego, współczesnego punktu widzenia. Fakt, że człowiek współczesny - mimo swej słabszej w porównaniu z neandertalczykami budowy i gorszego przystosowania do trudnych warunków atmosferycznych - był w stanie przejąć panowanie nad Europą, zawdzięczamy m.in. użyciu igły. To właśnie umiejętność zszywania skór dała naszym przodkom przewagę. Zszyte ubrania lepiej chronią przed zimnem niż paski niezszytych skór, którymi po prostu owijano ciało - jak miał to w zwyczaju robić właśnie neandertalczyk. Niby niuans, nic nieznaczący drobiazg, a jednak sprawił, że człowiek współczesny zdobył przewagę nad neandertalczykiem. I tak, krok po kroku, wraz z każdą nową umiejętnością zdobywał ewolucyjną przewagę, która zakończyła się wymarciem jednego gatunku i rozkwitem kolejnego.

Rozważając tak szerokie zagadnienie jak ewolucja, z konieczności używa się skrótów. Jeden gatunek powstał, inny wymarł, ten się rozprzestrzenił, a inny zmniejszył swą liczebność i siłę oddziaływania. Jednak rzeczywistość była bardziej skomplikowana, a nasz genom to wielobarwna tkanina złożona z genów różnych gatunków, które ze sobą współegzystowały przez długi czas, mieszając się wzajemnie, wzmacniając i rozbudowując.

Ludzie współcześni i choćby wspomniani neandertalczycy współistnieli na terenie Europy przez ponad pięć tysięcy lat, podobnie działo się z innymi hominidami. Biografia człowieka wciąż nie jest kompletna i na przestrzeni kolejnych lat możemy się jeszcze wiele dowiedzieć o naszych przodkach. W połowie roku media obiegła informacja o odnalezionych w jaskini w południowej Afryce szczątków nieznanego dotąd gatunku hominida, który może stanowić pomost łączący prymitywne dwunożne naczelne z ludźmi współczesnymi. Homo naledi - bo taką nazwą określono ten gatunek, miał żyć około trzy miliony lat temu. Choć wielkość jego mózgu, porównywalna do mózgu goryla, nie wskazywałaby na wysoki rozwój struktur społecznych i wyspecjalizowanie, to już fakt, że odnalezione szczątki 15 osobników zostały złożone w jaskini, co sugeruje celowy zabieg, pochówek, jest dla naukowców znakiem, że homo naledi mógł wytworzyć swego rodzaju kulturę. Ile jeszcze takich odkryć nas zaskoczy, wypełniając puste miejsca w księdze naszego istnienia?

Tylko w trakcie jednej sesji poszukiwań naukowcy z uniwersytetu Witwatersrand w Johannesburgu znaleźli 1400 kości i 140 zębów należących do co najmniej 15 osobników homo naledi (fot. Lee Roger Berger research team / bit.ly/1NrhfEU / Wikimedia Commons / CC BY 4.0 / bit.ly/1htZ1pk via)

Istotną kwestią jest czas. W epoce, w której komputery podwajają swoją moc obliczeniową co 24 miesiące, trudno jest sobie wyobrazić, że jedne z pierwszych narzędzi wytwarzanych przez naszych przodków, czyli tzw. pięściaki aszelskie (minimalnie uformowane kamienie czy odłupane kawałki skały), były używane w niezmienionej formie przez niemal milion lat. Trudno też pojąć, że wszyscy współcześni Europejczycy, Azjaci, mieszkańcy wysp Pacyfiku, Australijczycy i rdzenni Amerykanie są ze sobą znacznie bliżej spokrewnieni niż z Afrykańczykami. Genetyka molekularna, która przeżywa swój rozkwit w ciągu ostatnich dwudziestu lat, pokazała, że mieszkańcy tych wszystkich kontynentów wywodzą się z jednej małej podgrupy, która wyemigrowała z Afryki około 70 tysięcy lat temu.

Dlaczego nasi przodkowie zdecydowali się na niebezpieczną migrację? Z dokładnie tych samych powodów, dla których robią to współcześni ludzie: szukając bezpieczniejszego, lepszego i bogatszego w zasoby naturalne miejsca do życia i spłodzenia oraz wychowania potomstwa.

Nasza ewolucja trwa już ponad dwa miliony lat i mozolnie, niemal niezauważalnie dla nas odbywa się w każdej chwili, wraz z przyjściem na świat każdego kolejnego pokolenia, zmieniającym się środowiskiem, cywilizacją i jej możliwościami. I chociaż potrafimy już rozszyfrować genom, wysyłać sondy w przestrzeń kosmiczną, a nawet generować "boską cząstkę" gdzieś w labiryncie Wielkiego Zderzacza Hadronów, to wciąż jesteśmy tylko jednym z etapów nigdy niekończącego się łańcucha przemian.

* Cytaty pochodzą z książki "Człowiek. Biografia" Robina Dunbara

Książki Robina Dunbara "Człowiek. Biografia" oraz "Nowa historia ewolucji człowieka" są dostępne w Publio.pl

"Człowiek. Biografia" (fot. materiały prasowe); Robin Dunbar (fot. Festival della Scienza from Genova / Robin Dunbar / Duncan.Hull / Wikimedia Commons /CC BY-SA 2.0 / bit.ly/JA8j0U)

Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka . Dziennikarz, redaktor, związana m.in. z "Życiem Warszawy" i "Echem Miasta". Humanistka ze skłonnością do nauk ścisłych. Prywatnie matka i miłośniczka psów.