Jedzie przez las. Jest śnieg, są drzewa, nie ma ludzi. W oddali widzi światełko. W bagażniku ma zakupy, z których wieczorem zrobi bigos. W Szwecji wcale nie tak łatwo o dobrą kiełbasę. Droga z miasteczka zajmuje 20 minut samochodem, ale jego droga do domku w lesie trwała znacznie dłużej. Czy 60 lat to długo?
Jest na miejscu. Zatrzymuje się, wysiada. W powietrzu zapach jeziora. Dotyka starej łódki, która czeka, jak on, na wiosnę. Wiosną znów wypłynie na ryby.
Za dwa tygodnie w Waranasi
Był styczeń 1988 roku, a on czekał na 220 tysięcy dolarów od Hindusa, który wcześniej kupił złoto. Takie zadanie. Poczekać na telefon i odebrać gotówkę. Nic prostszego. Miał czas, by pospacerować po indyjskim Madrasie i zobaczyć hałdy śmieci, ścieki płynące drogą, krowie placki i przeraźliwie chude psy. Chciał się odprężyć, więc zaszedł do knajpy, w której siedzieli sami turyści. Zamówił drinka. Można było kogoś poznać. On poznał dziewczynę. Była drobna i miała ciemne włosy. By odnaleźć siebie, przyjechała aż z Holandii. Nie, nie zakochał się. Bardziej zauroczył. Spędzili razem chwilę. Potrzymali się za ręce i poprzytulali przy hinduskich świątyniach. Mało czasu na miłość, ale czuł, że to nie mogło się tak skończyć.
Hindus zadzwonił po dwóch dniach, w środku nocy. Pieniądze były gotowe. Kasę należało ukryć w manierkach o podwójnych ścianach. Sztuka origami. Trzeba wiedzieć, jak poskładać, jak pozaginać i jak poupychać. Elegancko. Cokolwiek robił, chciał to robić dobrze. Jeszcze tylko szybka nawrotka do Singapuru i fajrant.
No, ale ta Holenderka. No, ale.
- Spotkajmy się za dwa tygodnie w Waranasi – powiedział. – Czekaj tam na mnie.
Zgodziła się. Więcej się nie spotkali, choć ona pewnie czekała.
Kółko
Zaraz po przylocie do Singapuru rozliczył się z Kudłatym. Wszystko się zgadzało, mimo że robił to pierwszy raz. Pierwszy raz był w Nepalu i Indiach. Pierwszy raz odbierał kasę za przemycone wcześniej złoto. Pierwszy raz gorączka. Złota oczywiście. Układ był prosty: jedni szmuglowali towar (mówiono o nich „wieszaki"), inni odbierali kasę (on), jeszcze inni zarządzali (Kudłaty).
Kudłaty był jednym z szefów interesu. On nagrywał robotę. Miał kontakty, znał układy i czuł rynek. Kupował złoto w Singapurze i szukał zbytu w Indiach. Planował trasę i werbował ludzi przyjmujących ryzyko odsiadki w razie skuchy. Poza tym czuwał, by papier się zgadzał. A zgadzało się wszystkim. Firma zarabiała (do podziału) około czterech tysięcy dolarów na przemycie jednego kilograma złota. Siła pieniądza i cud przebicia. Był koniec lat 80.
Kolejne kółko za dwa tygodnie.
Kółko? Trasa z towarem: Singapur – Nepal – Indie – Singapur.
Dlaczego do Indii przez Nepal? Hindusi postawili bramki na lotnisku. Ryzyko jak skurczybyk, a więzienie w Indiach było jak czapa. Raczej ponure miejsce. Lepszym wyborem był lot do Katmandu, a stamtąd droga lądowa do Madrasu, Kalkuty lub Nowego Delhi.
15 stycznia 1988 roku, wciąż Singapur. Kółko odwołane. Kudłaty nie ma kim przemycić złota, bo wieszak zesrał się ze strachu.
Dobra tam. Nie ma sr***a po agreście. Wezmę to złoto na siebie – pomyślał. I chyba nawet powiedział głośno. W Waranasi czekała przecież na niego kobieta.
Zbędne kilogramy
W spodniach miał dziewięć kilogramów złota. Przed wylotem założył specjalny pas z kieszonkami, a Kudłaty obwiesił go towarem. Kieszonek było na osiem sztabek, ale taki gość jak on mógł wziąć przecież więcej, a co. Dodatkowy, dziewiąty kilogram upchnięty był na plecach jak broń.
Leciał nad Doliną Katmandu. Niebieskie fotele Singapore Airlines dawały poczucie kamuflażu, bo zlewały się z kolorem jego jeansów. Nie czuł, że coś mogłoby pójść nie tak. On w życiu raczej miał szczęście. Poprawił się w toalecie i wyszedł z samolotu. Wiatr w Katmandu pachniał paloną słomą, a może palonymi ciałami? Trudno powiedzieć.
Zdecydował, że pójdzie bez przyczajki i bez kalkulacji. Szedł przed siebie i nie pozwalał, by cokolwiek go dociążało, nawet złoto, ale mili, uniżeni i grzeczni strażnicy wskazali go na rewizję osobistą.
Jego?
Namaste, namaste. Turn around, please.
Obracając się, myślał tylko o tym, że dodatkowy kilogram upchnięty ma na plecach jak broń. Był poniedziałek, 18 stycznia 1988 roku. Budynek portu lotniczego Tribhuvan w Katmandu stał niewzruszony, ale Tomek myślał, że trzęsie się ziemia. Wyciągnął paszport, obrócił go w dłoniach i oddał w ręce celników – razem ze swoim losem. Miał 31 lat, mieszkał w Szwecji, jednak wciąż był obywatelem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Przez chwilę był gwiazdą, atrakcją większą niż buddyjska świątynia Swayambhunath. Byli śmiałkowie, którzy przewalali dwa, trzy, cztery kilogramy złota, ale żeby dziewięć? Dziewięć na raz?
Wyrok zapadł już na lotnisku. Do odsiadki ustawowe 44 dni za przemyt plus cztery i pół roku za szmuglowany towar. Wzór był na to prosty. Po 44 dniach firma mogła wykupić Tomka za 180 tysięcy dolarów. Tyle że Kudłaty nie miał takich pieniędzy, nie w tamtym momencie i nie po takim ciosie. Firma przemytnicza z perspektywami, ale jednak wciąż na dorobku.
Wpakowali go do busa. Tyle pamięta. Droga z lotniska do więzienia Dilli Bazar Sadar Khor Shakar mogła trwać z kilkanaście minut. Sprawdził to niedawno. O czym wtedy myślał? Może o tym, że ma prze***ane. Ale nie tak do końca. Na szyi miał medalik ze świętym Krzysztofem. Prezent od ojca. Ojciec był protetykiem i robił ludziom złote zęby. Raz zamiast zęba odlał Tomkowi świętego Krzysztofa. I to było coś. Tego Tomek nie oddał.
Wszystko jest w porządku – nawet jeśli nie jest
Dawno temu i o świcie jeździł z tatą na ryby. Tata miał seledynowego moskwicza i malutką łódkę Stynkę. Pakowali, co trzeba, i jechali sami. Miał wrażenie, że uciekają. Trochę od mamy, trochę od siostry. Pewnie od życia w ogóle, ale wtedy brakowało mu na to określenia. Na rybach czas się zatrzymywał. Wokół nie było ludzi, którym ciągle coś trzeba było udowadniać. Tata mówił, że w łowieniu ryb wcale nie chodzi o łowienie ryb. Ryby były tylko dodatkiem do tego, co wokół. Gdzieś tam w oddali toczyło się życie i był koniec lat 60. Gdzieś tam, w Gdyni na Władysława IV, było ich mieszkanie. Gdzieś tam był jego pokój, a w nim wszystkie ambicje, oczekiwania i kompleksy. Trudno ich nie mieć, gdy znienacka traci się przytomność. Jako dziecko upadał bez kontroli, całkowicie bez kontaktu. Dziwne. Diagnozy nie postawili ani lekarz, ani wróżka. Trochę przerąbane. Kontrola, zakazy, posłuszeństwo.
A gdy w końcu mu przeszło i przestał mdleć, wciąż czuł obowiązek, by udowadniać, że wszystko jest w porządku. Nawet jeśli nie było.
Koszalin
W czerwcu 1976 roku na egzaminach wstępnych na Politechnikę Gdańską jakoś tak wyszło, że zadania rozwiązał najpierw innym. Sobie nie zdążył. To znaczy coś tam napisał, ale nie sprawdził. Nie dostał się. Niemożliwe. On. Olimpiada z matmy, złote dziecko, złoty chłopak, złota klatka. Wylądował w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Koszalinie.
Nie uczył się, ale studiował – głównie w klubie studenckim Kram. Tam trochę tańczył, trochę się bił. Najwięcej trenował – karate. Zapisał się do klubu sportowego, gdzie wreszcie mógł udowodnić swoją wartość. Podczas wymagających ćwiczeń pokonywał słabość, nieśmiałość i niezdecydowanie.
W trzy lata zaliczył ledwie rok. Potem poszarpał się z ojcem swojej dziewczyny, bo tamten źle ją traktował, chyba nawet uderzył. Nie mógł tego tak zostawić. Działał, bo konsekwencje nie istniały. Nie w jego głowie. Zrobiła się z tego sprawa. Wyjechał z Koszalina z wiedzą, jak dobrze przywalić w stylu mawashi geri. Cios z półobrotu był jego ulubionym.
Róża Wiatrów
Wrócił do Gdyni i poszedł na studia wieczorowe. Trójmiasto było wtedy progiem wielkiego świata. Można było postać w drzwiach i popatrzeć na horyzont ograniczonej wolności. Te ramy też były kompleksem. Nie chciał być ubogim krewnym Europy. Zasługiwał na to, by jeździć na narty w Alpy. To było jego marzenie. Chciał się bawić, korzystać, być królem swoich czasów. To mu się należało, bo w sumie dlaczego nie? Wszechświat powinien go chronić. Taką drogę obrał. Szedł na skwer Kościuszki do Róży Wiatrów, gdzie orkiestra grała w każdy dzień tygodnia – od 20 do 3 rano. Inna rzeczywistość. Był koktajlbar, bufet szybkiej obsługi i restauracja godna widoku na Zatokę Gdańską. Parkiet do tańca był podświetlany, a goście nosili krawaty. Dobra muzyka, ładne dziewczyny, striptiz, morze wódki. Znał tam ludzi, a oni znali jego. Wchodził i nie musiał tłumaczyć, kim jest. Szef Róży Wiatrów, pan Czesiu, był znajomym jego ojca.
Raz na jednym takim dansingu Tomek wyważył drzwi. Kelner policzył go wtedy za flaszki, których nie wypił. Nieładnie. Tak się nie robi, panowie! Mógł zapłacić, ale są jakieś zasady, kodeks uczciwości. Nie trzeba trenować sztuk walki, żeby to wiedzieć.
Rozróba w rytmie Gimme! Gimme! Abby. Nie tak miało być, ale kierownik sali zadzwonił na milicję, bramkarze użyli gazu, a perkusista przez przypadek dostał strzał z liścia. Wtedy poszły te drzwi. Już nie pamięta, jak je staranował, ale uczciwie zostawił legitymację studencką w zastaw za wszystkie szkody.
Wpakowali go do suki, zawieźli na wytrzeźwiałkę, polali lodowatą wodą z sikawki strażackiej i dali zastrzyk na uspokojenie – dla zachowania procedur. Niedobrze, bo marzył też o paszporcie. Po takiej bójce to raczej trudna sprawa. Tym bardziej że kiedy wychodził, kazali mu wypier***ać.
I wypier***ił – do pana Czesia, żeby wytłumaczyć zajście.
– Czego ty właściwie chcesz, Tomuś? – zapytał pan Czesiu, rozkładając pytająco ręce.
– Chcę za granicę – odpowiedział zgodnie z prawdą.
Długo już patrzył na horyzont.
Była środa. W sobotę Tomek odebrał swój pierwszy w życiu paszport, a za tydzień był już w Szwecji. Pan Czesiu znów okazał się wszechmogący. Lubił klientów w krawatach, ale tych mniej awanturujących się. Był jak Mojżesz, który potrafi rozstąpić morze.
Poland! War!
Szwecja – piękny kraj. Taki, co miał już autostradę i autobusy z automatyczną skrzynią biegów. W takiej Szwecji to człowiek mógł sobie jeść ananasy z puszki i pójść na Big Maca. Można było też spełniać marzenia, więc Tomek kupił pierwszy w życiu samochód. Wydał wszystko, co miał. Tym samochodem wracał z baletów. Kontrola. Kazali dmuchać, a on trzeźwy nie był. Nie wiedział, że za jazdę po pijaku czekał go dodatkowy miesiąc w Szwecji – w kryminale. Był początek grudnia 1981 i zapowiedź Wigilii w pace. Wesołych świąt.
Więzienie na Gotlandii – przeuroczy czas, piękna okolica. Tomek dostał jeansy (jeansy!), adidasy (adidasy!) i T-shirt (T-shirt!). Mili koledzy, sympatyczne koleżanki. Osobne pokoje, a i owszem, ale żadne tam kraty czy zamki. Można było się odwiedzać, to się odwiedzali. Zarobić też można było, składając skoroszyty – płacili lepiej niż na zmywaku w sztokholmskiej knajpie.
– Poland! War – powiedział klawisz. Ale nie jakoś szorstko, raczej ze współczuciem.
13 grudnia 1981 roku, w Polsce wprowadzono stan wojenny. Wszyscy obywatele Polski przebywający na terenie Szwecji otrzymali azyl polityczny. Gdyby nie więzienie, azylu by nie było. To był ten jeden raz, gdy rodzice nawet trochę się cieszyli, że Tomek nawywijał.
Szklanka wody na pustyni
Co mógł tam robić jako azylant? Podwieszał sufity, był szatniarzem, bramkarzem, tynkarzem. Nikim. Nikim, kim chciałby być. Stać go było na więcej. Odbijał to sobie w weekendy, królując na parkiecie. Wyginał się wtedy jak guma, by znów być w centrum wszechświata. Lubił, jak na niego patrzą. Był tego wart.
Skąd jesteś? Z Polski? No nie ma się czym chwalić.
To było jak policzek – to bycie Polakiem na emigracji. Pocieszką był wyjazd na narty, picie whisky w austriackim kurorcie i widok na Alpy. Ważył wtedy to, co stracił, i to, co otrzymywał. Postanowił coś zmienić, ale nie wiedział jak. Nie mógł wrócić, bo w Polsce czekało na niego wojsko i cała gama szarości.
Wtedy na jego drodze stanął Kudłaty. Był jak szklanka wody na pustyni. Kiedy człowiek jest spragniony, to nie pyta za wiele. Bierze i pije. On wypił, duszkiem, i trochę się tym zachłysnął. Widział podróż, przygodę i dolary. Za te dolary chciał kupić kijki narciarskie Kerma, niezłą brykę i pierścionek z brylantem jakiejś kobiecie. Kochał kobiety.
Stajnie królewskie
Marzenia i romanse musiały jednak poczekać. Nie wiedział, czy przez wpadkę na nepalskim lotnisku zrealizuje wszystkie swoje plany. Może chociaż część? Wierzył, że pójdzie gładko, ale przed więzieniem, gdzie przywieźli go po kontroli, stał strażnik z karabinem Lee-Enfield 303. Słabo. To wszystko chyba na poważnie. Budynek przerobiony z dawnych stajni królewskich zapraszał małą furtą. By wejść do środka, należało zgiąć się wpół i przeczołgać. Sekundy – tyle trwała podróż w czasie ze współczesności do średniowiecza.
– Rany boskie! Umarłeś! – tak mu się wtedy wyrwało.
I tyle, bo w końcu trzeba się było tam jakoś urządzić. Za cele służyły dormitoria – długie więzienne baraki ciągnące się wzdłuż dziedzińca. Miejsce do spania na dechach lub na podłodze. Ścisk. W półmroku pokot śpiących ciał. Na ścianie gołe babki, toboły i odrapany kwiat lotosu.
Wciągnął powietrze, choć nie był to najlepszy pomysł. Pierwszej nocy spał na ziemi. Nie było źle, bo miał kocyk.
Obóz harcerski
Pierwszy list do siostry. Tylko o czym miał jej wtedy pisać? Kudłaty dostarczył mu trochę gotówki, by kupił materac, koc i wielką puszkę bayerowskiego spreju na robale, co gryzły go w nocy. Cały był przez nie w bąblach. Żeby nie myśleć, czytał. Żeby nie myśleć, ćwiczył. Założył, że z pierdla wyjdzie w życiowej formie. Wściekle mył zęby, bo nie chciał mieć żółtych. W żółtych zębach dostrzegał zwątpienie człowieka.
Nie chciał chrzanić i kwękać. Smutno – wiadomo, ale co zrobić. Czekał na ułaskawienie albo na moment, w którym firma uzbiera kasę na jego wyjście.
Jest mi tu naprawdę bardzo dobrze. Wyściskaj ode mnie przyjaciół. Nie martw się nic. Pozdrawiam z obozu harcerskiego w Katmandu.
Złożył kartkę, wsunął do koperty i podał do wysłania. Potem zerwał paznokieć, bo zaszedł mu ropą.
Najgorszy był czas, bo płynął bezwolnie, jak ścieki. W Dilli Bazar Sadar Khor rządzili osadzeni. To oni ustalali hierarchię, no, chyba że miejsce w porządku świata ustalił już wcześniej los, urodzenie, kasta.
Siedząc na gzymsie w nepalskim więzieniu, gotowy był na unik, uderzenie i ustalenie nowej rzeczywistości. Zrozumiał, dlaczego w Koszalinie ćwiczył karate i dlaczego robił to aż do krwi.
Czuł, że zajdą go od tyłu i będą chcieli kopnąć w głowę. Skoncentrował się. Wyciągnął rękę i złapał tak, że dali mu spokój. Już do końca. Nie lubił się bić, jak nie musiał. Co rano walczył już tylko z cieniem. Był w formie.
Żółte flagi modlitewne
Siedział już dobrze ponad rok. Dziwnie się poczuł. Próbował podnieść kamień, który służył mu za hantlę, ale bujnął się jak wiszący w Himalajach mostek i poczuł, że mu słabo. Bolały go mięśnie, stawy, głowa. Nie miał apetytu. Co, do cholery? Wokół niego energie spływające z gór i kolorowe chorągiewki. Jedna z nich była żółta, jak Tomka skóra i oczy.
Szpital? Ale jaki szpital? Gdzie szpital? A w życiu! Nie było czegoś takiego, że szło się do szpitala.
Nie miał sił. Leżał, spał. Nie jest dobrze nie mieć sił. Nie jest dobrze być słabym, ale dbali o niego. Te chłopaki, te wywijasy z pryczy obok. Był pośród nich Lasse ze Szwecji, James z Hongkongu, Alf z Australii, Trillo z Nepalu i Kim z Danii.
Co rano dwóch takich stało w kolejce po wodę do dwóch wiader. Wodę z jednego podgrzewano potem na kocherku i mieszano z zimną. Tak robili mu prysznic. Potem na małych palnikach gotowali ryż i warzywa, by nie zabiło go smażone. Z żółtaczką to nie przelewki. Wodę do picia miał przegotowaną, a jak chciał zobaczyć słońce, opierał się na dwóch chłopakach i ciągnął za sobą nogi do światła. Wytrzymywał kwadrans i wracał do wyra. Wtedy śnił o normalnym klozecie, że sobie siada, że jest spłuczka. Takie miał tam marzenia.
Długo to trwało. Zaczęli się martwić.
No tak, ale w końcu załatwili lek – zawinięty w gazetę żółty proszek. Coś jakby trociny. Chyba ajurweda. Rozrobili wszystko z wodą i nalali mu do nosa. Najpierw jedna dziurka, potem druga. Spłynięcie do gardła, wypełnienie zatok. Ból rozsadzał czaszkę. Wydmuchać, całość powtórzyć. Żółć lała się z Tomka przez kolejne trzy dni. Ale nie koniec. Nie koniec. Jeszcze małe czarne kuleczki. Kozie bobki? Możliwe. Jeść co rano. Do tego zgniłozielony proszek – do popicia dużą ilością wody. To by było na tyle. Wyzdrowiał. I dobrze, bo zaraz potem odwiedził go Bogdan – kumpel ze Sztokholmu. Tam były widzenia, taka możliwość.
- Dobrze cię widzieć w formie. Czegoś ci potrzeba? – zapytał Bogdan.
- Dziękuję. Mam wszystko prócz butów – odpowiedział Tomek.
Z widzenia Bogdan wyszedł boso. Była taka możliwość.
Rzut kostką
A co, gdyby wszystko, całe życie uzależnić od rzutu kostką? Gdzie by wtedy był? Czy na przypadkowej imprezie w Szwecji w ’87 spotkałby Kudłatego? Czy zgodziłby się na podróż pociągiem z Muzaffarpur do Madrasu? Trzecia klasa, 37 godzin, dupa świata. Na korytarzu w pociągu prawie wdepnął wtedy w kupę. Może ktoś nie zdążył do łazienki, a może był to znak?
Po prawie dwóch latach zaczął rozmyślać.
Spał na kasie. Dosłownie. Miał już tyle, by się wykupić. Część dostarczył Kudłaty, część inwestor ze Stanów, który też był członkiem interesu.
W końcu podjął decyzję – płaci i wychodzi.
Odprowadzili go i posypali czerwonym proszkiem w symbolicznym geście pożegnania. Wyszedł wyprostowany, bo otworzyli mu całe skrzydło bramy. W powietrzu czuł zapach kadzideł i ognisk. I to już? I do zobaczenia nigdy? Nigdy.
Nepal – było, minęło. Dobrze wspomina. Przystanek w drodze do domku nad leśnym jeziorem.
W kolorze
Z Katmandu musiał wrócić z tarczą, więc lot wykupił w klasie biznes. Na pokładzie pił szampana. Tam też potrafił się dopasować. We Frankfurcie kupił zielone Porsche 924. Taki wóz widać z daleka. Do Gdyni wjechał jak król. Opalony, wysportowany, mocny. Początek lat 90. zapowiadał się w kolorze.
Nie przyznał się do porażki. Przeciwnie. Całą tę wpadkę obrócił w sukces. Mówił, że jest dobrze. Nawet jeśli nie było. Dokazywał, machał na przywitanie, a potem znów ukłonił się nisko przed polską widownią i wrócił do Szwecji.
Kilka rzeczy mu się udało. Kilka nie. Małżeństwo nie. Pakował się wtedy i jechał na ryby. Na rybach czas się zatrzymywał. Wokół nie było ludzi, którym ciągle coś trzeba było udowadniać. Ryby to miłość, ryby to ucieczka. Nie chciał już uciekać. Nie chciał już nawet biec. Wymyślił, że pasja będzie jego pracą.
Z wiatrem
Miał fantazję, a życie go niosło. Nie myślał, dokąd zajdzie. Doszedł tu, gdzie jest, i nie żałuje ani sekundy, bo wszystko prowadziło go do domku w lesie. Różnie sobie czasem myśli. Ostatnio nawet coraz więcej.
Czy tęskni? Tęskni. Najbardziej do młodości.
Teraz Tomek często siedzi w ciszy gdzieś pośród Szkierów i ma co wspominać. Jest przewodnikiem wędkarskim, a o rybach mówi jak o przygodzie. Lubi technikę opadu, bo takie łowienie jest wyzwaniem. Trzeba umieć się skoncentrować i skupić, a on przecież lubi mieć konkretny cel. Proste zadanie do wykonania jest jak droga, którą wraca codziennie do domu. Wąski pas światła, a poza tym nic.
Wie, że dobrze jest umieć zmienić plan i strategię, bo każde łowisko jest inne i każdy zbiornik rządzi się swoimi prawami. Sekret sukcesu leży w szybkim dostosowaniu do zmieniających się warunków. Tomek nie walczy, gdy zacina od północy, ale uznaje taki wiatr za sprzymierzeńca. Przecież razem z zimnym powiewem przychodzi plankton, następnie drobnica, potem drapieżnik, a na końcu ludzie. Wszyscy z wiatrem.
Nina Lussa. Absolwentka Technologii Chemicznej i Polskiej Szkoły Reportażu. Autorka książek dla dzieci. Tematy i bohaterów znajduje w nieoczywistych miejscach. Lubi krótkie zdania i długie podróże. Kocha psy.
