Reportaż
Przejście graniczne w Medyce (fot. Bartosz Józefiak)
Przejście graniczne w Medyce (fot. Bartosz Józefiak)

W głowie miałem wspomnienia z początku wojny. Pod koniec lutego w Hrebennem na zabłoconym placu obok przejścia granicznego rozstawiono namioty, wokół biegali policjanci, wolontariusze rozlewali zupę, tysiące Ukraińców wysiadały z autokarów. Mnóstwo Polaków oferowało podwózkę w każdą część Polski. Dziś po tym zamieszaniu nie został ślad. W Zajeździe i motelu Markiz ledwie kilka pokoi zajętych, w barze raptem trzech klientów. A kolejka samochodów ustawiała się raczej na wjeździe do Ukrainy. W ogonku na przejazd czekają ciężarówki i busy, a nie opancerzone wozy czy samochody z pomocą humanitarną. Słowem – granica wygląda jak przed wojną. 

"Dziś wojna jest, jutro jej nie ma" 

Wzmożony ruch widać tylko na parkingu przed Biedronką. Jednak to nie żadni uciekinierzy przed bombardowaniami, tylko mieszkańcy przygranicznych terenów na szybkich zakupach. 

– Dzieciaki jednego dnia idą do szkoły, a jak są alarmy bombowe, to zostają w domu. Prądu nie ma, nie ma internetu. Jak sobie radzimy? Normalnie, żyjemy. Zamiast przed telewizorem siedzieć, to gadam z żoną, dziećmi. Wcześniej dzieci ciągle w komórkach, teraz mamy więcej czasu dla siebie – Jurij szuka pozytywów w trudnej sytuacji.  

– Nie chcieliście wyjechać? 

– A po co ja mam jechać do was? U siebie mam czwórkę dzieci, mamę na pobliskim cmentarzu, znajomych, po co będę uciekał? Nie po to walczyłem pół roku na froncie. Do was przyjadę na zakupy, przyjaciół odwiedzić, ale mieszkać u was nie będę. Zobaczysz, chłopie, dzisiaj wojna jest, a jutro jej nie ma. Jeszcze wszystko będzie normalnie.  

40-letnia Nadia mieszka kilka kilometrów od granicy. Dźwiga siatki z Biedronki do wyładowanego po brzegi busa. Mąż już grzeje silnik. Ich rodzina z prądu korzysta w kratkę. 

Jeden ze sklepów przy przejściu granicznym w Hrebennem (fot. Bartosz Józefiak)

Wczoraj było tak: wyłączyli o 9 rano, do 16 nie było. Włączyli, ale o 18 znowu ciemność. Chłopie, to jest straszne. Gazu nie ma, nie ma wody. Biorę wiadro, biegam do źródełka, nabieram. A w domu siedzimy przy świeczce. Jak nie ma prądu, to i internet nie działa, i telefon. Ale wyjeżdżać nigdzie nie wyjeżdżamy. Mamy małe dzieci, świnię, krowę w domu. Kto mnie w Polsce ze świnią i krową do domu weźmie? – uśmiecha się Nadia. 

Taras zainwestował w agregat, podobnie jak większość rodzin w jego wsi. Bez tego padłaby mu pompa ciepła. Gotuje na piecu opalanym węglem. – Jakoś dajemy radę. A w Polsce co mówią o tej rakiecie, co spadła u was? Na pewno to była rosyjska rakieta, na sto procent! – zarzeka się Taras, ignorując zapewnienia polityków z Polski i USA, że rakieta najprawdopodobniej była jednak ukraińska.  

Natalia z Rawy Ruskiej opowiada, że bardzo duża kolejka do granicy utworzyła się we wtorek 15 listopada, podczas największych bombardowań. – Większość to byli ludzie wyjeżdżający ze Lwowa. W miastach mają gorzej. Ja mam generator do prądu, a w piecach palimy węglem. A w blokach nie ma takiej możliwości. Dlatego niektórzy wyjeżdżają.  

"Będziemy j*bać do końca" 

Na pieszym przejściu w Medyce też jak przed wojną: ludzi sporo, kolejka do bankomatu, ruch przed Biedronką. Jedna różnica – nie widać "mrówek" przenoszących papierosy na drobny handel.  

Jaryna ze Lwowa ładuje ciężką walizkę do autobusu. Przyjechała na uczelnię.  

– Światła prawie nie ma, ciepła też, ludzie siedzą pod kocami. Ale nikt nie chce wyjeżdżać. Ja też bym została, gdyby nie nauka. Tam jest jednak dom. 

Maria opowiada, jak radzić sobie bez światła z dziećmi w wieku przedszkolnym. – Zapalamy świeczki, śpiewamy, uczymy się wierszyków, poczytamy, pogadamy, teraz się uczymy piosenek na Mikołaja – wylicza Maria i dodaje: – Przynajmniej nie siedzą w telefonie.  

Przejście graniczne w Medyce (fot. Bartosz Józefiak) , Biedronka przy przejściu granicznym w Medyce (fot. Bartosz Józefiak)

Do Medyki podjechała na chwilę, do bankomatu, wypłacić zarobione przez męża złotówki. On pracuje w Katowicach, nie widział dzieci od kilku miesięcy. Maria zamierza odwiedzić go z dziećmi na tydzień. – Ale potem wracamy do siebie. Dlaczego? Bo to jest Ukraina, nasz dom. Ani ja, ani moje siostry nie zamierzamy uciekać. U nas naród silny. Kto miał pojechać, to już dawno siedzi za granicą. A ci, co zostali, to już zostaną. 

Na przejściu w Medyce nie ma już darmowych obiadów ani punktów z ubraniami. Pomoc stała się bardziej oficjalna – stanęły tu namioty organizacji takich jak UNICEF. 

– W tej chwili jest pusto, rano był spory ruch. W dniu tych bombardowań było wielu uchodźców, tłumy na dworcu w Przemyślu – opowiada mi pracownica pozarządowej organizacji. – Niektórzy myślą, że czeka tu na nich mnóstwo punktów z pomocą, tak jak było w marcu. A to już tak nie działa. W naszym punkcie można się ogrzać, napić herbaty, dostać informację o tym, jak trafić do schroniska dla uchodźców, ile jest miejsc wolnych, jak dojechać w dowolne miejsce w Polsce czy dalej w Europie. Wiele osób korzysta ze specjalnego pociągu dla uchodźców, który z Przemyśla jedzie do Hanoweru. Ale my nie mamy dla nikogo ubrań ani jedzenia. Serce się kraje, jak widzimy tych ludzi, bo teraz uciekają tacy, którzy naprawdę nie mają już niczego. Na duży ruch na przejściach jeszcze czekamy. 

Artem jest przekonany, że możemy się nie doczekać. Zabieram go na stopa spod przejścia w Medyce. Jedzie tylko na najbliższy parking. Ma specjalną misję – odbiera samochody terenowe, które wolontariusze skupują w Europie dzięki pieniądzom ze zbiórki. Artem zabiera je na Ukrainę, gdzie dostają pancerz i wysyłane są na front.  

Nazwa projektu mało sympatyczna dla polskiego ucha – "Bandera cars", ale organizatorzy akcji tłumaczą, że nie chodzi o prowokowanie Polaków. To nawiązanie do słów rzecznika rosyjskiego ministerstwa obrony, który na początku wojny opowiadał, że Ukraińcy używają pikapów, tak jak w Syrii, i nazywają je banderomobilami. A polsko-ukraińska historia? Artem interpretuje ją po swojemu: – Na Wołyniu wielka tragedia była. Nasz naród był młody, głupi, chłopi popili i stała się straszna rzecz. A też dużo było prowokacji ruskich, bo przebrał się jeden rusek z drugim w polskie szaty i poszedł atakować wieś ukraińską, potem się ubrał w ukraińską koszulę i poszedł podpalać polskie wsie. I tak nas skłócili ze sobą.  

Na przejściu w Medyce nie ma już darmowych obiadów ani punktów z ubraniami (fot. Bartosz Józefiak) , Pomoc stała się bardziej oficjalna - stanęły tu namioty organizacji takich jak UNICEF (fot. Bartosz Józefiak)

W domu siedzi przy świeczkach, ale nigdzie się nie wybiera. – Wszyscy popieramy wysiłek wojenny. Ja zbieram auta, kobiety gotują pierogi, posypują okrasą i na front wysyłają chłopakom. To się tu, w środku, czuje – Artem wali się w piersi. – To jest nasza ziemia. Nasz główny generał powiedział, że jebiemy do końca, no i wszyscy wiedzą, że tak będzie. Zobacz, na was jedna rakieta spadła i panika, że zaraz trzecia wojna światowa. Ja rozumiem, wy się przestraszyliście – i się nie dziwię. No popatrz, na nas cały czas rakiety walą. My już jesteśmy zaprawieni. Choćbyśmy mieli w zimnie i po ciemku siedzieć, to będziemy siedzieć.  

Zostali najtwardsi 

Politolog Adam Balcer, dyrektor programowy Kolegium Europy Wschodniej, każe patrzeć na dane: od początku wojny z Ukrainy wyjechało prawie 8 mln osób, kolejne 6,5 mln zostało migrantami wewnętrznymi. – Osoby gotowe na wyjazd ze swoich domów już to prawdopodobnie zrobiły. Zostali najtwardsi, którzy zdążyli się już przyzwyczaić do ciężkich warunków. Ich próg wytrzymałości na przemoc i ciężkie warunki stał się bardzo wysoki. Co więcej, sukcesy ukraińskich wojsk przełożyły się na falę powrotów do domów. Z badań opinii publicznej widać, że w społeczeństwie ukraińskim dominuje złość, wkurzenie, determinacja. Wolą poczekać, niż wyjeżdżać – mówi Balcer. 

Do tego dochodzi aspekt psychologiczny. Jeśli ktoś wytrzymał już wiele miesięcy bombardowań, strachu i niepewności, to niechętnie podda się teraz. W dodatku niektórych Ukraińców po prostu nie stać na wyjazd. – Z obserwacji innych konfliktów wiemy, że jeśli mieszkańcy nie uciekli lub zostali wypędzeni w pierwszych miesiącach wojny, to potem bardzo trudno jest ich zmusić do ucieczki. Ludzie zostali w otoczonym i bombardowanym Aleppo do samego końca. Są w stanie przyzwyczaić się do rzeczy, których my sobie nie wyobrażamy, gotowi są w blokach nawet rozpalać ogniska. Widzieliśmy to na przykład w Sarajewie – twierdzi ekspert. 

Adam Balcer wskazuje, że Rosja nie ma nieograniczonej liczby rakiet. Jakość i celność rosyjskiej broni spada. Rosjanie nie będą w stanie kontynuować ataków w nieskończoność. Ukraińcy mają coraz lepszą obronę przeciwlotniczą. A rząd ukraiński nie chce, by obywatele uciekali – wyludnienie całych terytoriów oznacza problem dla funkcjonowania państwa. Migranci mogą nigdy nie wrócić, a to grozi drenażem mózgów. Ewakuacja całych miast? To z kolei ogromne przedsięwzięcie logistyczne. Rząd w Kijowie woli zrobić wszystko, żeby przywrócić obywatelom wodę, prąd i ciepło, niż pomagać im w ucieczce. Tym bardziej, że odtwarzanie uszkodzonej infrastruktury wychodzi Ukrainie całkiem dobrze.

– Jeśli będzie bardzo, bardzo zimno, a infrastruktura się załamie, może być różnie. Spodziewałbym się jednak wtedy bardziej migracji wewnętrznych, z miast do wsi albo ze wschodu na zachód. Nie sądzę, że dojdzie do ucieczki Ukraińców za granicę na masową skalę, bo Rosji będzie bardzo trudno złamać zarówno ukraińską wolę walki, jak i infrastrukturę – twierdzi Adam Balcer. 

Zbiórka na piece 

Na parkingu przed Tesco w Przemyślu tylko kilka samochodów. W środku spokojnie, światła przygaszone, jakby wszyscy szykowali się do snu, choć dopiero 18. Od początku wojny w budynku zamkniętego hipermarketu działał wielki i spontanicznie zorganizowany punkt recepcyjny. Grupa przypadkowych wolontariuszy pod rękę z władzami miasta i NGO-sami uruchomiła centrum pierwszej pomocy i noclegownię dla Ukraińców. W pierwszym miesiącu wojny w wielkiej hali z polowymi łóżkami dziennie spało po 500 osób, a bywało, że znacznie więcej. W ostatnią sobotę z noclegu skorzystało raptem 48 osób.  

– Mam wrażenie, że ci, którzy obawiali się bombardowań, wyjechali dużo wcześniej. Zostali ci, którzy są już do niedogodności przyzwyczajeni – mówi Maciej Maruszak, dyrektor Podkarpackiego Oddziału Okręgowego Czerwonego Krzyża, który oficjalnie prowadzi punkt pomocy w Tesco. Jego zdaniem Ukrainę opuszczają dziś często zorganizowane grupy. – Jeśli decydują się uciekać, to w większej liczbie, z sąsiadami, z całą wioską albo ze znajomymi z regionu. Łatwiej im się zorganizować, czują się bezpieczniej.  

Maruszak do współpracy zaprosił 11 organizacji. Na miejscu udzielają informacji, co zrobić, gdzie i jak jechać dalej, pomagają zorganizować transport, zapewniają dwa ciepłe posiłki dziennie, ubrania, pomoc medyczną, psychologa mówiącego po ukraińsku, nocleg na 48 godzin, pakiet higieniczny na dalszą podróż. W Tesco działa nawet przedszkole. Do tego wszystkiego koordynują wysyłanie pomocy na ukraińską stronę, do Lwowa. 

Dworzec w Przemyślu (fot. Bartosz Józefiak)

– Największy problem jest w dużych miastach, bo bloku nie da się ogrzać drewnem, nie ustawisz generatora. Dlatego wiele osób przenosi się na wioski, do znajomych i rodziny. Tam ludzie ogrzewają się piecami – mówi dyrektor. – Uruchomiliśmy w Polsce zbiórkę rur rozprowadzających ciepło i takich tradycyjnych pieców typu koza. Będziemy je wysyłać na wschód Ukrainy, bo mieliśmy sygnały, że ludzie ich tam potrzebują. Niektórzy sami spawają felgi i robią z nich prowizoryczne piece. Żeby tylko zostać w domach. 

200 osób przyjmę w dwie godziny 

Straż Graniczna podaje, że w ostatnim tygodniu na podkarpackich przejściach granicę z Polską przekracza około 13 tys. osób dziennie. Tyle samo osób wyjeżdża na Ukrainę. W szczycie kryzysu wojennego dziennie do Polski wjeżdżało nawet 75 tys. osób. Na lubelskim odcinku granicy również spokój, informują strażnicy – po 8 tys. osób dziennie wjeżdża do Polski i niej wyjeżdża. W migracyjnym szczycie przez granicę do naszego kraju wjeżdżało ich 10 razy więcej.  

Gdyby jednak – mimo zapewnień Ukraińców i eksperckich przewidywań – z ogarniętego wojną kraju ruszyli do nas uchodźcy, czy jesteśmy na to gotowi?  

Piotr Zakielarz z Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej, która obsługuje podkarpackie przejścia, zapewnia, że strażnicy cały czas monitorują sytuację i współpracują ze stroną ukraińską. Od wybuchu wojny podkarpaccy strażnicy na wszystkich drogowych przejściach odprawiają także osoby podróżujące na piechotę. Dokładnie tak jak na początku wojny.  

– Obstawę przejść zapewniamy w stu procentach. Mamy 20 placówek i 3 tys. funkcjonariuszy. Jeśli będzie taka potrzeba, to z placówek o mniejszym obłożeniu przeniesiemy ludzi do tych o zwiększonym ruchu – dodaje Dariusz Sienicki z Nadbużańskiego Oddziału Straży Granicznej, który odpowiada za przejścia w Lubelskiem. 

Wojewodowie zarzekają się, że przygotowania do przyjęcia uchodźców to dla nich priorytet. – Na terenie województwa lubelskiego jest prawie 250 miejsc stałego zakwaterowania dla ponad 7 tys. osób, z czego zajętych jest około 4,5 tys. miejsc. Wojewoda lubelski jest w gotowości, aby w krótkim czasie tę bazę rozwinąć do około 10 tys. A gdyby to było niewystarczające – do ponad 20 tys. – tłumaczy Agnieszka Strzępka, rzeczniczka wojewody lubelskiego. – W stanie aktywności są utrzymywane cztery punkty recepcyjne, w których uchodźcy z Ukrainy mogą otrzymać doraźną pomoc: dwa w Hrubieszowie oraz po jednym w Tomaszowie Lubelskim i w Chełmie. Cztery przygraniczne punkty recepcyjne – Dorohusk, Dołhobyczów, Horodło, Lubycza Królewska – są w stanie zawieszenia, ale możemy je szybko uruchomić.  

Przejście graniczne w Hrebennem (fot. Bartosz Józefiak) , Kolejka ciężarówek na wjeździe do Ukrainy (fot. Bartosz Józefiak)

Wojewoda prowadzi też konsultacje z NGO-sami i samorządami, którym w razie potrzeby zlecona zostanie część zadań, na przykład obsługa socjalna uchodźców na przejściach. Planowane jest także zaprojektowanie bardziej funkcjonalnych "miasteczek" z pomocą zlokalizowanych bezpośrednio na granicy.  

Rzecznik podkarpackiego urzędu Michał Mielniczuk informuje, że również w tym regionie wojewoda rozmawia z przygranicznymi samorządami, które do współpracy są chętne. – Jeśli będzie potrzeba, punkty recepcyjne zostaną odtworzone w krótkim czasie – twierdzi. Na razie działa jeden – na przemyskim dworcu – ale było sześć. 

Bartosz Romowicz, burmistrz Ustrzyk Dolnych, wykazuje mniej optymizmu niż służby wojewody. To w jego gminie, w budynku byłej podstawówki uruchomiony został jeden z punktów recepcyjnych. Tysiące uchodźców otrzymały tam nocleg, żywność i pierwszą pomoc. Gmina uruchomiła też dodatkowy punkt obsługi podróżnych obok przejścia w Krościenku. 

Jakby ktoś mi powiedział, że trzeba przyjąć 200 uchodźców na już, to ja punkt recepcyjny w szkole jestem w stanie uruchomić od ręki, w dwie godziny skrzyknąć wolontariuszy – opowiada burmistrz Romowicz. – Z punktem na granicy jest gorzej, będę potrzebował co najmniej 48 godzin, żeby zaczął działać. Myśmy tam wszystko zlikwidowali, został pusty parking. A na przejściu w Krościenku można było postawić kontenery sanitarne, zatrudnić ochronę, przygotować stałe rozwiązania. Wszystko czekałoby na uchodźców. Mam wrażenie, że ostatnie pół roku przespaliśmy jako państwo.  

Według burmistrza kluczową kwestią jest finansowanie wydatków ponoszonych przez samorządy. 

Dokładnie w dniu, w którym zapadła decyzja wojewody o zamknięciu punktów recepcyjnych, skończyło się też finansowanie. Na wydatki poniesione parę dni później nie dostałem już pieniędzy. Podobnie na prąd, za który płaciłem w punkcie na Krościenku jeszcze przez dwa miesiące. Jak będzie potrzeba, to zaczniemy działać i nie będę się oglądał, czy wojewoda da mi pieniądze, czy nie. Byłoby jednak miło, gdyby państwo polskie wcześniej wyposażyło samorząd w możliwość finansowania tego zadania. 

"Biorą 500 plus i wracają do siebie" 

Z jedną rzeczą na granicy może być problem.  

Podczas pierwszej migracji, w lutym, ogromny ciężar świadczenia pomocy spadł na barki wolontariuszy. Nie profesjonalistów, tylko zwykłych ludzi, którzy z całej Polski zjechali, żeby pomagać. Ktoś nagle zaczął rozdawać ubrania, 18-latka z Białegostoku wyręczała policjantów i sama koordynowała transport uchodźców w Hrebennem, w Medyce lokalna restauracja wydawała posiłki, tysiące kierowców rozwoziło Ukraińców własnymi samochodami po kraju, zapraszało do swoich domów i mieszkań. Bez pospolitego ruszenia Polaków państwo nie poradziłoby sobie z tym wysiłkiem. Czy dzisiaj stać nas na kolejną falę pomocy? Mam wątpliwości.  

Na granicy usłyszałem głosy, które jeszcze pół roku temu były nie do pomyślenia. Wszyscy moi rozmówcy współczuli bombardowanym Ukraińcom, niektórzy jednak byli już pomaganiem zmęczeni. 

Na przykład sprzedawczyni w barze przy granicy. 

My tu, proszę pana, mieliśmy nieformalny punkt pomocy. Tu cały czas wchodzili ludzie, grzali się, jedli, telefony ładowali. Myśmy im niczego nie żałowali, pomagaliśmy, jak mogliśmy. Jedną rodzinę wzięłam z mężem do siebie. I powiem panu, że drugi raz bym tego nie zrobiła. Niewdzięczne dziewczyny takie, nastolatki z Kijowa, nic nie pomagały, w domu nie sprzątały po sobie. Mówiły, że by chciały pozwiedzać Kraków, Wrocław. Ja na to: Dziewczyny, rozejrzyjcie się, wy myślicie, że nas stać na podróże? Z czego wam damy? 

– A jakimi samochodami niektórzy przyjeżdżali – dorzucił z kuchni mąż. 

Albo mężczyzna z kantoru na przejściu w Medyce. 

Ukraińcy tu przyjeżdżają, ale na koniec tygodnia, podpisać kwitek, żeby dostać 500 plus. Zostają jeden dzień i wracają do siebie. U nas wszyscy to wiedzą. Ja rozumiem, jakby tu mieszkali, dzieci tutaj chodziłyby do szkoły, to niech dostają, proszę bardzo. No ale zabierać tutaj i wracać do siebie? To chyba nie tak powinno wyglądać. 

Dlaczego Ukraińcy przyjeżdżają akurat na koniec tygodnia? Tego nie potrafił mi wytłumaczyć. Powtarzał jednak tezę, którą wcześniej głosił prezydent Przemyśla. Wojciech Bakun na Facebooku podkreślał, że nie ma nic przeciwko pomaganiu, w które sam – od początku wojny – jest mocno zaangażowany. Tłumaczył jednak, że i on, i jego urzędnicy obserwują, że od jakiegoś czasu do Przemyśla przyjeżdżają zorganizowane grupy z Ukrainy, którym zależy wyłącznie na otrzymaniu pomocy socjalnej i powrocie do swojego kraju. 

Punkt recepcyjny na dworcu w Przemyślu (fot. Bartosz Józefiak)

Do wniosku, że mamy do czynienia z mentalną zmianą, doszli socjologowie Przemysław Sadura i Sławomir Sierakowski, autorzy raportu "Polacy za Ukrainą, ale przeciw Ukraińcom". Sadura podkreśla, że Polacy czują, iż rywalizują z Ukraińcami o ograniczone dobra, jak służba zdrowia, edukacja czy transport.  

Jesteśmy całym sercem za Ukrainą, rozumiemy trudną sytuację, nienawidzimy Putina i tak dalej, no ale idzie zima, szaleje inflacja, więc niech ci Ukraińcy jednak tak dużo nie dostają. Nieważne, czy na fokusach rozmawialiśmy z nauczycielkami z małego, czy z dużego miasta, urzędnikami, rolniczkami – ludzie tak samo spontanicznie o tym mówili – twierdzi Sadura w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim dla Gazeta.pl. Mówił też o "opowieściach chwastach" – plotkach rozpowszechnianych jako prawdziwe historie, jak na przykład rzekoma wiadomość, że Ukraińcy mają pierwszeństwo u lekarzy albo nie chcą płacić za fryzjera.  

Co zrobić z tymi nastrojami? Według socjologa nie można ich ukrywać. Należy o nich mówić w przestrzeni publicznej.  

– Po pierwsze, powinniśmy te trudne emocje dopuścić i pozwolić je wyrazić. Bo wielu ludzi, którzy je przeżywają, to nie są jacyś źli Polacy, tylko ci sami, którzy w pierwszych tygodniach pomagali Ukraińcom. Bo można mieć emocje ambiwalentne, to normalny składnik życia, że czujesz i to, i to równocześnie – mówił Sroczyńskiemu Przemysław Sadura.  

"W Dnieprze lepiej niż w Madrycie" 

Dworzec w Przemyślu wygląda cały czas tak, jakby kryzys migracyjny trwał. Choć ludzi jest mniej niż na początku wojny, to budynek i tak jest wypełniony osobami potrzebującymi pomocy. Dzieci biegają po dworcowej hali, zmarznięte kobiety kulą się w sobie, reklamówki z dobytkiem kładą obok ławek. Wolontariusze biegają od jednej osoby do drugiej, długa kolejka ustawia się do kas biletowych, kilka osób przysiadło pod parapetem i wcina zupę z plastikowych talerzy. Tu widać, że wojna się nie skończyła.  

Amanda z Zakarpacia kołysze córkę w wózku i zastanawia się, jak dojedzie do rodziny na drugim końcu Polski. Na kartce ma napisaną nazwę miejscowości, ale nie wie, gdzie to dokładnie jest. Nie była w stanie wytrzymać w domu bez światła i ciepła. 

Tatiana płynnym angielskim opowiada o swoim życiu przed wojną. W mieście Dniepr była nauczycielką hiszpańskiego. Bombardowania były tak silne, że nie była w stanie dłużej tam zostać.  

– Wróciłam do domu na chwilę, bo moja mama zmarła. Ale nie mogę tam zostać. W zeszłym tygodniu na miasto znowu spadły rakiety, wiele osób zmarło. Dlatego kilka miesięcy temu wyjechałam z córką do Hiszpanii. Ma 12 lat, nie chciałam, żeby wychowywała się wśród dźwięku alarmów bombowych. Teraz jadę z powrotem do Hiszpanii. Mam tam piękne mieszkanie, za które nie muszę płacić. Proponują mi, żebym została na stałe, pracowała jako tłumaczka. Ale kocham mój kraj, jestem Ukrainką. Jak tylko znowu będzie bezpiecznie, to wracamy.  

Bartosz Józefiak. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z Dużym Formatem Gazety Wyborczej, Tygodnikiem Powszechnym, portalem Weekend.Gazeta.pl. Dwukrotnie nominowany do dziennikarskiej Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej w kategorii Najlepsze w Internecie. W sierpniu nakładem Czarnego ukazała się książka Bartka i Wojciecha Góreckiego Łódź. Miasto po przejściach. Kontakt do autora: bartoszjozefiak42@gmail.com