Reportaż
Niania jest od tego, żeby zajmować się dzieckiem. I żeby w zamian za to godnie zarabiać - mówi Joanna Jakubiak (Fot. Shutterstock.com)
Niania jest od tego, żeby zajmować się dzieckiem. I żeby w zamian za to godnie zarabiać - mówi Joanna Jakubiak (Fot. Shutterstock.com)

– Jest taki zawód jak niania? – Joanna Jakubiak często słyszy to pytanie. Przez wiele lat sama go wykonywała, dziś prowadzi agencję dla niań. Przez jej ręce przewinęło się niemal trzy tysiące rodzin. 

– A mogłaby jeszcze wysprzątać nam cały dom i uprasować koszule? – pada najczęściej w następnej kolejności. 

– Nie – ucina Jakubiak. – Niania jest od tego, żeby zajmować się dzieckiem. I żeby w zamian za to godnie zarabiać.  

Agnieszka zaczynała jeszcze na pedagogice i nie wyobraża sobie innego zajęcia.  

Iwona, po ochronie środowiska, też nie chce już robić nic innego.  

Anna, pedagożka z wykształcenia, tęskniłaby za dziećmi, choć pomysłów na inną pracę jej nie brakuje.

Joanna na co dzień prowadzi agencję, wspiera nianie w rozwoju zawodowym i uczy, jak sobie radzić na rynku. 

Dziś w Warszawie zarobki osób z doświadczeniem i referencjami wynoszą około 3700–4000 złotych netto – tak wynika z mojej analizy ogłoszeń na grupach dla niań, a kwoty te potwierdzają Joanna Jakubiak i nianie, z którymi rozmawiałam. Panie, bo to zawód sfeminizowany, po dwóch kierunkach, ze studiami podyplomowymi i znajomością języków obcych zarabiają nawet między 6000 a 8000 złotych. W agencji Joanny takie oferty zdarzają się co jakiś czas. 

Przez chwilę zaczynam obmyślać dla siebie nową ścieżkę kariery. Kiedy tak kalkuluję, internet pozostaje bezwzględny: "Tyle pieniędzy za podcieranie tyłków". Albo: "Czy rodzice to studnie bez dna", lub tradycyjne: "Nie wiedziała, co w życiu robić, to poszła nosy wycierać". 

Dziś w Warszawie zarobki niań z doświadczeniem i referencjami wynoszą około 3700-4000 złotych netto. Panie po dwóch kierunkach, ze studiami podyplomowymi i znajomością języków obcych zarabiają nawet między 6000 a 8000 złotych (Fot. Shutterstock.com)

– Dobra opiekunka to jest szczęście dla rodziców – mówi Iwona. – Ale fajni rodzice – dla opiekunki jeszcze większe – dodaje.  

Z etatu za biurkiem Iwona miękko wylądowała w dziecięcych pieluchach. Jak do tego doszło? Po 12 latach rzuciła pracę w dziekanacie. I szybko przypomniała sobie, co chciała robić od zawsze. Trafiła na jedno z wielu ogłoszeń dla niań. Z pierwszą rodziną została na rok. Dziś dobiega pięćdziesiątki i jako opiekunka dzieci ma siedem lat doświadczenia. 

– Długo się obawiałam, że bez studiów kierunkowych mam mniejsze kompetencje do tej pracy. Kombinowałam, że może gdy jeszcze posprzątam czy wyjmę pranie, to bardziej się wykażę – opowiada. – Zaczęłam się szkolić: kolejne kursy, książki psychologiczne. Przez Jespera Juula, terapeutę i pedagoga, który jest autorytetem w dziedzinie wychowania dzieci, do tej pory nie mogę przebrnąć, bo zasypiam. Wiedzę o rozwoju dzieci i metody wychowawcze, jakie stosowałam wobec moich synów, przejmowałam niestety od moich rodziców. Żałuję, bo były nieco przestarzałe. Dziś na temat anatomii, fizjologii i psychologii dziecka wiem nieporównywalnie więcej. I ciągle się uczę. 

Nie wyobraża sobie powrotu za biurko. Przecież w dziekanacie trudno byłoby o zabawy w piaskownicy, taplanie się w błocie na zajęciach z sensoryki, przesypywanie mąki, noszenie na głowie worków z kaszą i inne szaleństwa. – Mnie to kręci – śmieje się Iwona.  

Pracuje w formule tzw. dyspozycyjności, czyli dzieckiem zajmuje się po przedszkolu, w czasie choroby i czasami wieczorami. Ma stałą, dobrą pensję i ubezpieczenie.

Jak dla wielu relacji zawodowych także i w tej profesji sprawdzianem była pandemia. – Moja rodzina zachowała się świetnie – mówi Iwona. – Przez trzy miesiące nie zajrzałam do nich ani razu, a dostawałam 80 proc. pensji, jak na etacie. Przysyłali mi filmiki z dzieckiem, żebym aż tak bardzo nie tęskniła. 

Joanna Jakubiak twierdzi, że właśnie po pandemii nastał czas niań. – A najlepsze jeszcze przed nami – uważa. – Rośnie jakość życia, a wraz z nią świadomość rodziców, którzy coraz więcej wymagają, jeśli chodzi o opiekę nad ich dziećmi. I chcą za nią lepiej płacić.  

Obserwuje wzrost zainteresowania usługami opiekuńczymi w dużych miastach średnio o 25 proc. rocznie. – W pandemii wielu rodziców wypisało dzieci z placówek, bo po co płacić za zamknięty żłobek, skoro dzieckiem i tak musi się ktoś zająć – mówi. – Ze średnio 30 zleceń zrobiło się u mnie 80. Trudno było zrealizować każde z nich, bo na znalezienie dobrej niani potrzeba czasu, a wielu chce na już.  

Dobra opiekunka to jest szczęście dla rodziców. Ale fajni rodzice - dla opiekunki jeszcze większe (Fot. Shutterstock.com)

Czy ten boom się utrzyma w czasach drożyzny? Trudno wyrokować. – Od połowy kwietnia, czyli od czasu, gdy wzrosła inflacja i koszty kredytów, kilka rodzin zrezygnowało z poszukiwań – mówi Joanna Jakubiak. 

Według danych ZUS na koniec 2021 roku tylko nieco ponad 5,5 tys. niań zatrudniono legalnie. Reszta ląduje w starej "dobrej" szarej strefie, razem z rodzicami – tymi mniej zamożnymi, miotającymi się w poszukiwaniu doraźnych rozwiązań.  

Dziś rodzice mają do dyspozycji tzw. umowę uaktywniającą. Dzięki niej ZUS pokrywa prawie wszystkie składki, z wyjątkiem chorobowej, która jest dobrowolna. To duże wsparcie dla rodziców dzieci do trzeciego roku życia niekorzystających ze żłobków. Brzmi dobrze? ZUS pokrywa składki wyłącznie do wysokości 1500 złotych. Wszystko, co powyżej – rodzice. Czyli w praktyce niania.  

– Niania na czas choroby dziecka to dziś największa potrzeba na rynku, niemal niemożliwa do zrealizowania – mówi Joanna. – Rodzice proponują 1500 złotych na miesiąc za to, że gdy dziecko będzie chore, niania się pojawi na telefon. Tyle że ona nie może podjąć innej pracy, bo ma być dyspozycyjna. Żadna wykwalifikowana opiekunka nie zgodzi się na taki układ. Tymczasem dziecko idzie do żłobka i choruje przez parę miesięcy w roku. No i co rodzice mają zrobić?  

Prof. Anna Kurowska z Uniwersytetu Warszawskiego podpowiada: – Świetnym rozwiązaniem, które już funkcjonuje w niektórych krajach na Zachodzie, jest współpraca niań ze żłobkami i przedszkolami. Nianie świadczą usługi w domach dzieci, gdy te chorują. Maluchy na co dzień socjalizują się w placówkach, a w czasie choroby rodzicom odpada ogromny stres związany z koniecznością zapewnienia dziecku tymczasowej opieki. 

Prof. Kurowska dodaje:  Łączenie pracy zawodowej z opieką nad dzieckiem to dziś jedno z największych wyzwań dla rodziców. W praktyce to zadanie obciążające głównie matki. Tymczasem odpowiedzialność za organizowanie opieki musi być współdzielona, dlatego kluczowe jest zwiększenie udziału ojców w opiece nad dziećmi. Gdy maluch się rozchoruje, to do pracy najczęściej idzie ojciec, a matka zastanawia się, co zrobić. Jeśli pracuje, to jest w bardzo trudnej sytuacji, szczególnie dziś, gdy żyjemy w rodzinach nuklearnych, bez sieci wsparcia w postaci babć czy ciotek. 

Ten problem znają pracujący rodzice małych dzieci – po wielokroć przeżywają poranny stres, gdy dziecko budzi się z gorączką i katarem. Czy naprawdę tak to musi wyglądać? 

Rodzice małych dzieci po wielokroć przeżywają poranny stres, gdy dziecko budzi się z gorączką i katarem (Fot. Shutterstock.com)

– Zmiany są możliwe, ale muszą być kompleksowe – odpowiada mi prof. Kurowska. – Potrzebne są nie tylko inwestycje w rozwój placówek, ale i zmiany kulturowe, w tym w świadomości pracodawców. Podstawa to sieć przedszkoli i żłobków, a dostęp do tych drugich jest w Polsce nadal bardzo słaby. W Niemczech, w Holandii czy w Danii popularny jest model, w którym kobieta albo nawet oboje rodziców zatrudniają się na część etatu, mają więcej czasu dla dzieci i finansowo to im się opłaca. Polacy ze względów ekonomicznych pracują najczęściej na cały etat, więc instytucje opiekuńcze dla dzieci muszą zapewniać opiekę w pełnym wymiarze. 

Iwona wspomina, że gdy jej dzieci chorowały, brała zwolnienia. – Nie było problemu, bo pracowałam w budżetówce – zastrzega. – Dzięki temu jako samodzielna matka dawałam sobie radę, nie mówiąc o tym, że do pomocy miałam dziadków. Dziś taki komfort dla większości rodziców, zwłaszcza tych, którzy żyją i pracują w dużych miastach, to luksus.  

Agnieszka puentuje: – Zdarza się, że muszę być z dzieckiem po 10 godzin dziennie. Czasem nie ma innej możliwości. I to nie jest wina rodzica. 

Pytam wreszcie nianie, co to znaczy "fajny rodzic". 

– Co to za problem, żeby umyła podłogę, jak dziecko śpi? Mam płacić za siedzenie na kanapie albo picie kawy? – takie uwagi, najczęściej od mężczyzn, słyszy Joanna. – Czy gdy pan jest mniej zajęty w pracy – odpowiada – to dostaje mniej pieniędzy? A może szef każe pozmywać klatkę schodową?  

Joanna ubolewa: – Nianie nadal traktuje się jak "przynieś, wynieś, pozamiataj". A czym różni się ich praca od pracy tego pana w biurze?  I dodaje: – Konflikty mają zazwyczaj jedno źródło: pieniądze. 

Opowiada o najczęstszych sytuacjach: – Rodzina przedłuża wyjazd weekendowy o kilka dni i życzy sobie, żeby niania je odpracowała. A ja pytam – i to samo radzę paniom – czy to niania wyjechała, czy oni? 

Albo to: rodzice wychodzą wieczorem, mają wrócić około pierwszej w nocy. Dziecko zasypia o dwudziestej. – Skoro śpi, to mam płacić za siedzenie na kanapie? – żalą się. – Stąd się właśnie biorą historie, że nianiom się poprzewracało wiadomo gdzie – podsumowuje Joanna. 

Iwona: – To nie jest tak, że wszyscy rodzice są źli albo nianie niedobre. Wszędzie zdarzają się problemy. Wszystko – od zakresu obowiązków po metody wychowawcze – trzeba dogadać na początku. W mojej rodzinie mama gotowała dziecku, bo zastrzegłam, że ja nie będę tego robić. Ale kiedy już nauczyłam się ich kuchni, to poprosiłam, żeby sobie odpuściła. Przecież jak wraca po siedemnastej, albo i później, to niech pobędzie z małym. Ja mu ugotuję. Nie jestem mistrzynią, ale mam internet i chętnie poeksperymentuję, a najlepiej w towarzystwie dziecka. To może być świetna zabawa. Ale nie ma żadnego obowiązku, żeby to robić. 

– Stosunek do pracy opiekuńczej się zmieni, gdy mężczyźni włączą się w nią i przejmą istotną część odpowiedzialności – komentuje prof. Anna Kurowska. – Wówczas dostrzegą, jak ciężka i ważna jest to praca.  

Rodzice wychodzą wieczorem, mają wrócić około pierwszej w nocy. Dziecko zasypia o dwudziestej. - Skoro śpi, to mam płacić za siedzenie na kanapie? - żalą się. - Stąd się właśnie biorą historie, że nianiom się poprzewracało wiadomo gdzie - podsumowuje Joanna. (Fot. Shutterstock.com) , - Stosunek do pracy opiekuńczej się zmieni, gdy mężczyźni włączą się w nią i przejmą istotną część odpowiedzialności - komentuje prof. Anna Kurowska. (Fot. Shutterstock.com)

Zazwyczaj rodzice wybierają spośród kilku kandydatek, zarówno ci korzystający z usług agencji, jak i ci, którzy szukają na własną rękę. Pytają o finanse i referencje. Ale najważniejsza jest chemia: między rodzicami a nianią musi zaiskrzyć. Bywa, że udaje się od pierwszego wejrzenia.   

– Jeśli nie zbuduje się więź, to nie zaczynam współpracy, bo wszyscy będziemy się męczyć – mówi Iwona. – A ja chcę mieć radość z tej roboty.  

– Lubię wiedzieć, że rodzic docenia to, co robię – mówi Agnieszka.  

Iwona ma satysfakcję, gdy pytają ją o zdanie w sprawach dotyczących dziecka. – To znak, że mi ufają i wiedzą, że ja też dobrze je znam – mówi. 

Na pierwszym spotkaniu z rodzicami Anna pyta: Czy mam wychowywać dziecko, czy tylko się nim opiekować? – To nie to samo – śmieje się, gdy mówi, że rodzice za każdym razem się dziwią. – Są też tacy, którzy wszystko wiedzą najlepiej, traktują dziecko jak projekt, a najmniejszą uwagę traktują jak agresję – dodaje. 

Iwona uważa się za szczęściarę, ale wspomina też nieprzyjemne sytuacje. – W jednej z rodzin mamie wydawało się, że dziecko bardziej lubi mnie niż ją. Czułam napięcie i ciągłe pretensje. Podziękowałam. Ale można wiele rzeczy wybaczyć rodzicom ze względu na tę małą istotę, która niczemu nie jest winna. Nie wyobrażam sobie, żeby przez jakąś głupotę trzasnąć drzwiami i zostawić tego malucha. 

Z tym trzaskaniem drzwiami bywa różnie. Tu i ówdzie słychać opowieści o nianiach, które ot tak znikają z horyzontu. 

– Niestety, zdarza się, że niania dzwoni w piątek i oznajmia, że rezygnuje, bo mama kazała jej opróżnić zmywarkę lub nie tak jak trzeba zwróciła uwagę. Nie boją się o pracę, bo za rogiem czeka na nie wiele innych ofert – opowiada Joanna. – Są też osoby, które psują reputację zawodu, bo po prostu się nie nadają, a niestety wielu rodziców nie potrafi tego ocenić na pierwszej rozmowie – uważa. 

– Czy w innej pracy witano by mnie z taką radością i nazywano imieniem ulubionej postaci z kreskówki? – uśmiecha się Agnieszka. 

Annę cieszy towarzyszenie dzieciom w rozwoju i każdy najmniejszy ich sukces. – Jakby to był mój własny – dodaje. 

– To jest totalna satysfakcja – potwierdza Iwona.  

I gdy wydaje mi się, że to będzie puenta naszej rozmowy, dodaje jeszcze: – Po prostu kocham te małe stópki. 

Kinga Gałuszka. Filmoznawczyni, pisze reportaże i inne teksty.