Reportaż
Gospodarstwa na Podlasiu (fot. Krystyna Gudel)
Gospodarstwa na Podlasiu (fot. Krystyna Gudel)

Wydawałoby się, że trwający już długo konflikt między polskim rządem a Unią Europejską wywoła wśród rolników burzliwe dyskusje. W końcu to jedni z największych beneficjentów unijnych dotacji. A jednocześnie 55,6 proc. wyborców z terenów wiejskich w wyborach parlamentarnych w 2019 roku wskazało na kandydatów Prawa i Sprawiedliwości. Teoretycznie jest więc o czym rozmawiać.

Tymczasem moi rozmówcy, rolnicy z powiatu sokólskiego w województwie podlaskim, pytani o przyszłość Polski w UE i o to, co myślą o obecnej, zaognionej sytuacji, byli w większości jak uczniowie zaskoczeni kartkówką.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Ich zdaniem jest znacznie więcej bieżących tematów do rozmowy. Covid, sytuacja na granicy polsko-białoruskiej, dramatyczny wzrost cen paliw, nawozów i kosztów życia ogólnie – wszystkie te problemy są dla rolników, z którymi rozmawiałam, bardziej realne niż na przykład hipotetyczny polexit i jego konsekwencje. Tu, na Podlasiu, mieszkańcy już się do Unii Europejskiej przyzwyczaili – lubią, nie lubią, członkostwo w UE to chleb powszedni.

– Ja jednak chciałabym porozmawiać z panem o tym, co Unia Europejska dla pana znaczy – naciskam znanego mi dobrze rolnika, gospodarującego na 15 ha, posiadacza niewielkiej hodowli świń. – Co pan wie o kryzysie w relacjach naszego rządu z Unią?

– Coś tam wiem, ale to jakaś bujda chyba, niewiele, prawdę mówiąc, z tego rozumiem.

– A gdyby Polska wystąpiła z Unii, co to by znaczyło dla takiego rolnika jak pan?

– Wtedy małe gospodarstwa, jak to moje, padną. Unia daje do hektara parę złotych, bo z samej produkcji nie wyżyjesz. Trzeba by iść do pracy na etat. Już niektórzy poszli. Sąsiad oddał pole w dzierżawę, a sam robi w markecie budowlanym.

– Więcej pan widzi plusów czy minusów? Czyli – upraszczając – dobra jest ta Unia czy zła?

– Tam dobra, dają pieniądze, ale świni nie sprzedasz normalnie, teraz procedury są. I niskie ceny skupu. Plus to, że te nasze dopłaty do hektara też dużo mniejsze niż na Zachodzie.

– A rząd jakoś dodatkowo wspiera was, rolników?


– Oni naobiecywali: masz, masz, masz! A potem śrubkę przykręcą i musisz zapie*dalać.

– To może i pan powinien iść na etat?

– A gdzie tam! Ja wolę w filcach po gównie chodzić, ale być dyrektorem!

Sąsiad oddał pole w dzierżawę, a sam robi w markecie budowlanym (fot. Krystyna Gudel)

Z podobną serią pytań jadę do rolnika wieś dalej. Podwórko wygląda jak po wybuchu granatu. Na środku stary, podrdzewiały wóz, na nim sterta śmieci, pies szarpie się na łańcuchu. Dwa małe cielaki w oborze, w zagrodzie zbitej ze starych drzwi i kilku desek. Kury rozdziobują fruwające po podwórku torebki foliowe.

– Pani, a kto tu zadowolony? Nie ma gospodarza, który się cieszy. Unia z roku na rok nas niszczy. Świniaka nie można trzymać w zagrodzie, cielaka też nie. To co ja będę jadł? Psy i koty? Nikt nic swojego nie ma, wszyscy na kredytach. Powiesiło się paru przez tę Unię.

– Jak to?

– Bo papierów nie wypełnili, to musieli dwa razy tyle oddać, co wzięli.

– A pan jakieś dopłaty bierze?

– Biorę i co z tego, jak wszystko podrożało. Nawozy jakie drogie. Oni sześć tysięcy dają, a 12 trzeba wydać. A ceny skupu jak z lat 90. I chorób więcej [chodzi o choroby, które pojawiły się już po wstąpieniu Polski do UE, takie jak afrykański pomór świń czy ptasia grypa, kojarzone przez mojego rozmówcę z Unią – przyp. aut.]. Nie było Unii, to nie było chorób. Tylko teraz to nas już nie stać, ani żeby wyjść, ani żeby zostać.

– Czyli jakby na przykład miał pan zagłosować w referendum, to jest pan za Unią czy przeciw niej?

– Zaprotokołować proszę: za, a nawet przeciw.

Grzechy Unii

Restrykcje, przepisy, wymogi unijne, nierówności ("zachodni rolnik ma lepiej") – na to najczęściej skarżą się okoliczni gospodarze.

Na przykład: pryskanie ziemniaków popularnym niegdyś środkiem o nazwie Apacz (zawierającym substancję czynną, która skutecznie zwalczała stonkę ziemniaczaną) jest w Unii Europejskiej zabronione. Tak jak wiele innych środków ochrony roślin, które mają według norm unijnych niekorzystne działanie na ludzi i środowisko. Rolnicy twierdzą, że zamienniki są trudno dostępne, droższe i mniej skuteczne. Ergo: stonka wraca.

Kolejne grzechy zaliczane na konto Unii to ograniczenie użycia antybiotyków w produkcji zwierzęcej. Antybiotyk skutecznie załatwia na przykład sprawę zapalenia wymienia u krowy. Ale nieracjonalne stosowanie antybiotykoterapii w produkcji zwierzęcej przyczyniło się do zwiększenia lekooporności u ludzi, więc jest to kwestia poruszana nie tylko przez UE, ale przede wszystkim przez WHO. Polska cały czas znajduje się w okresie przejściowym, ale nowa polityka antybiotykowa już jest wdrażana. Dla moich rozmówców to często kolejna forma restrykcji, która tylko utrudnia im pracę.

Rolnicy twierdzą, że zamienniki są trudno dostępne, droższe i mniej skuteczne. Ergo: stonka wraca (fot. Krystyna Gudel)

I największa bolączka wśród hodowców trzody przy wschodniej granicy (chociaż obecnie jest to już problem ogólnopolski): system walki z afrykańskim pomorem świń (ASF).

W Polsce pierwsze przypadki ASF odnotowano w 2014 roku. Choroba z Gruzji przeszła przez Rosję, Białoruś, Ukrainę i Litwę. I trafiła do Polski. Jej ogniska rozsiane są już po całym kraju. Hodowcy świń muszą więc dostosować się do nakładanych urzędowo obostrzeń związanych z ograniczeniem emisji i zwalczaniem wirusa – tzw. zasad bioasekuracji. Na stronie Głównego Inspektoratu Weterynarii dużym drukiem i z adnotacją ZAPAMIĘTAJ!!! można przeczytać: "Kraj, w którym wystąpi ASF, narażony jest na bardzo duże straty ekonomiczne w przemyśle mięsnym oraz hodowli, powodowane upadkami świń, kosztami likwidacji ognisk choroby, a także wstrzymaniem obrotu i eksportu świń, mięsa wieprzowego oraz produktów pozyskiwanych od świń".

Rozmawiam z Arturem Pawlińskim, lekarzem weterynarii, który z ramienia Powiatowego Inspektoratu Weterynarii jest odpowiedzialny za wdrażanie i kontrolę przepisów bioasekuracji:

ASF to wirusowa choroba zakaźna – mówi – która szybko się rozprzestrzenia. Dotyczy ona świń domowych i dzików, nie przenosi się w żaden sposób na ludzi czy na inne gatunki zwierząt. Ale u trzody chlewnej ma ostry przebieg i dużą śmiertelność. Niezależnie od dyrektyw unijnych jest to choroba zakaźna, którą trzeba zwalczać. Ponieważ robi się to tylko metodami administracyjnymi – ASF nie jest leczone i nie podlega profilaktyce w postaci szczepień – przestrzeganie zasad bioasekuracji to jedyna metoda zatrzymania emisji choroby.

Co rolnicy muszą robić, żeby powstrzymać ASF? Konieczne są: zmiana obuwia przed wejściem do budynków, w których trzymane są zwierzęta, regularna dezynfekcja pomieszczeń gospodarczych. – Takie zasady powinny być zawsze przestrzegane, niezależnie od ognisk ASF czy rozporządzeń Unii. Jest to po prostu dobra praktyka hodowlana, skuteczne działanie prewencyjne w kontekście wielu chorób wirusowych i bakteryjnych – dodaje weterynarz.

Jednak moi rozmówcy zdania nie zmieniają: jeśli pojawiają się przepisy, wymogi, restrykcje, to znaczy, że maczała w tym palce Unia.

W przypadku ASF obostrzeń rzeczywiście jest dużo. Ostatnio wprowadzono nowe: aby wywieźć i sprzedać świnię na skup czy do rzeźni, trzeba wypełnić plan bezpieczeństwa biologicznego (między innymi podać w nim informacje, czy dezynfekowane są pomieszczenia, sprzęty, jak ludzie dbają o higienę, w jaki sposób wprowadza się nowe zwierzęta do gospodarstwa itp.). 

Gospodarze skarżą się, że czasami nie sposób za zmieniającymi się przepisami nadążyć, a spełnienie niektórych wymogów przez małe hodowle jest niemożliwe, co tak naprawdę oznacza: nierentowne. Dla wielu hodowców świń to tylko "niepotrzebny kłopot i dodatkowy koszt" – tak mówi jeden z gospodarzy. Twierdzi, że przepisy układane są pod kątem dużych hodowli. A dla nich zakup mat do dezynfekcji obuwia (po kilkaset złotych) czy ogrodzenie budynków, w których znajduje się trzoda chlewna, płotem z podmurówką (to już tysiące złotych) jest mniej odczuwalnym wydatkiem niż dla gospodarza hodującego kilka lub kilkanaście świń.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Rolnik z Pokośna konstatuje: – Żeby nie było UE, to świnie by były.

Twierdzi, że niska cena skupu tucznika i nowy rygor hodowlany zniechęcają rolników do hodowli trzody chlewnej, dlatego gospodarstw nastawionych na świnie w powiecie sokólskim jest coraz mniej.

Teraz nawet ciężko sobie świnkę na święta ubić, wszystko trzeba zgłaszać, wypełniać stos papierów. Nie to co kiedyś, kiedy wszyscy bili swoje świnie po swojemu. Przepisy, przepisy, przepisy! Tego przed Unią nie było – dodaje.

Ale z Unii mimo wszystko wyjść raczej by nie chciał. Chociaż odnoszę wrażenie, że deklaracja na ten temat zależy mocno od aktualnego przekazu dnia w telewizji publicznej. O sprawach bieżących większość moich rozmówców zazwyczaj mówi to, co usłyszała w "Wiadomościach". Jeśli więc już rozmawiamy o UE, to także w kontekście "szantażowania Polski" i "zamachu na jej suwerenność".

Młode pokolenie

W województwie podlaskim warunki do gospodarowania nie są najlepsze – gleba stosunkowo słabej klasy, sporo ziem to obszary chronione. Mimo to ludzi utrzymujących się z rolnictwa i hodowli zwierząt jest tu wielu, a szkoły rolnicze są cały czas popularne wśród młodzieży z terenów wiejskich. Na Podlasiu jest pięć ministerialnych szkół rolniczych, dla porównania województwo warmińsko-mazurskie ma tylko dwie tego typu szkoły. Rolniczych techników samorządowych jest 12, chociaż często jest to po prostu jedna klasa o profilu rolniczym przyklejona do liceum ogólnokształcącego.

Zapytałam uczniów kilku takich szkół w powiecie sokólskim, czy mają zamiar pracować zgodnie z wykształceniem, czyli w rolnictwie. Odpowiedź: niekoniecznie. W rolniczych szkołach są też klasy gastronomiczne, mechaniczne, weterynaryjne, a skończone technikum to już solidna podstawa do wykonywania zawodu, szczególnie jeśli nie planuje się studiów wyższych. Młodzież wybiera szkoły rolnicze, ponieważ dyplom technikum daje uprawnienia do ewentualnego obrotu ziemią rolną czy możliwość ubezpieczenia w Kasie Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego. Są rolnikami z wykształcenia. Zwłaszcza dla dzieci posiadaczy gospodarstw furtka pozostaje otwarta. Nawet jeśli w danym momencie nie zamierzają utrzymywać się z rolnictwa.

A co myślą o Unii? Uczniowie drugiej klasy technikum rolniczego stwierdzili, że fakt, że granice są otwarte, "jest spoko". I tyle. Polska w Unii Europejskiej to ich codzienność, dorastali już jako pełnoprawni członkowie Wspólnoty. Życie sprzed wejścia do UE? Słyszeli od dziadków, że kiedyś żywność była na kartki.

Skoro Unia to taka oczywistość, to czy szkoła przygotowuje ich – jako przyszłych rolników – do funkcjonowania na rynkach unijnych? Jedna z uczennic technikum mówi mi, że na zajęciach z podstaw przedsiębiorczości uczą się trochę o tym, jakie formy pomocy unijnej przysługują rolnikom i jak z nich korzystać. Ale sama przyznaje, że temat traktowany jest raczej ogólnie.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Same szkoły na przynależności Polski do UE korzystają głównie w zakresie wymiany uczniów. Staże w krajach zachodnich są w pełni finansowane z programów unijnych, klasa gastronomiczna jednego z techników rolniczych była na przykład przez dwa tygodnie w Grecji, gdzie uczniowie mogli odbyć staż w dużej restauracji hotelowej, pod okiem nauczycieli i profesjonalnych kucharzy. Młodzi ludzie przyznają, że często taki program wymiany to dla nich jedyna możliwość wyjazdu za granicę, i z chęcią z tego korzystają.

Tylko jeden z obecnych dziś w klasie uczniów mówi, że rodzice chcą, żeby przejął ich gospodarstwo, i on się na to zgadza, przygotowują go do tego od dawna. Ale jest to duże i dochodowe gospodarstwo drobiarskie. Pozostała czternastka będzie szukać swojego miejsca w miastach. Na wsi nie widzą perspektyw. Uważają, że rolnik to ciężki i niedoceniany zawód. I Unia nic tu nie zmienia.

Czy ktoś tu jest zadowolony?

Na wschodzie dobrze rozwija się rynek drobiarski i hodowla bydła mlecznego. Mleko – w przeciwieństwie do tucznika – cały czas trzyma niezłą cenę, co przekłada się być może na to, że hodowcy bydła w większości pozytywnie oceniają obecność Polski w UE.

Może biurokracji trochę za dużo, ale ogólnie na plus – mówi mi jeden z hodowców krów ze wsi pod Suchowolą. Pan Marian ma spore gospodarstwo, krów jest około stu. Jest doświadczonym rolnikiem przed siedemdziesiątką, widać, że stawy ma schorowane, ale w trakcie naszej rozmowy cały czas krząta się po oborze. – Kto pracuje, kto się rozwija, to raczej z Unii zadowolony. To nie Unia zrobiła, że teraz ceny rosną. Problem tylko taki, że młodzi uciekają do miasta i niedługo nie będzie komu gospodarować.

Kolejny rozmówca, młody, ambitny hodowca krów, który przejął gospodarstwo po rodzicach i rozbudował je z pomocą środków unijnych, inwestując na przykład w technologię i maszyny, zwraca uwagę, że rozwojowe gospodarstwo to złota klatka. Każdy gospodarz na swoim pracuje sam. Tylko czasami zatrudnia się pomoc. A jest to praca siedem dni w tygodniu. Nikt takiego gospodarza nie wyręczy, bo nowoczesne sprzęty zainstalowane w oborach trzeba umieć obsłużyć, krowy doi się dwa lub trzy razy dziennie. Zysk jest, pieniądze są, ale możliwości, żeby wyjechać na dwutygodniowy urlop, już raczej nie ma.

A co z największymi gospodarstwami, takimi po kilkaset hektarów, i rolnikami, którzy w stu procentach weszli w unijną gospodarkę i unijne kredyty? Co z nimi, gdyby doszło do polexitu?  

Bankructwo – rozmawiam z jednym z dużych przedsiębiorców rolnych z powiatu sokólskiego. – Nawet jeśli finansowanie tylko zostałoby wstrzymane, powiedzmy na dwa lata, dla nas oznacza to bankructwo. Unia Europejska to dotacje, rynki zbytu, handel maszynami – to wszystko gwarantuje postęp, bez którego udział w rynkach globalnych byłby niemożliwy na taką skalę.

Ale obawiacie się, że Polska mogłaby opuścić Unię? Obserwując wydarzenia w kraju, myślicie, że to realne?

– Jak minister Ziobro robi te swoje wybiegi, to pojawia się z tyłu głowy jakaś obawa, ale nie sądzę, żeby rząd nas wyprowadził z UE. Myślę, że tak naprawdę premier Morawiecki jest bardziej proeuropejski niż niektórzy eurodeputowani. Spodziewamy się natomiast obniżek w budżecie PROW [Program Rozwoju Obszarów Wiejskich – przyp. aut.] na kolejne lata. Nie wydaje mi się, żeby nastąpiło obiecywane wyrównanie do średniej unijnej. W rzeczywistości co roku dopłata do hektara w Polsce jest coraz mniejsza, czasami to redukcja rzędu kilku, kilkunastu złotych, ale jak ma się setki hektarów, jest to odczuwalna zmiana.

– Wielu mniejszych gospodarzy narzeka na nierówne traktowanie rolników z Polski w porównaniu z tymi z krajów zachodnich. Też tak to odczuwasz?

– Dostają więcej, bo więcej się składają, a nasi wojują szabelką. Ta nierówność jest zasadna.

– A co powiesz na zarzut, że UE dąży do likwidacji małych gospodarstw i stawia na duże przedsiębiorstwa rolne?

– Nie zgodzę się z tym. W zamyśle UE stara się wyrównywać szanse. Nie oceniam, czy w sposób należyty, ale tak jest. Dopłata dla rolników, którzy mają gospodarstwa do 30 ha, jest większa niż dla tych, co mają kilkadziesiąt czy kilkaset hektarów. Jeśli już, to kapitalizm wykańcza małe przedsiębiorstwa. Chodzi o to, że przestają być konkurencyjne.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Unia Europejska – zostajemy czy wychodzimy?

Żaden z rolników raczej nie widzi realnego zagrożenia utraty środków unijnych. Przynajmniej w podlaskiej Suchowoli i okolicach. Może tylko zagorzali ziobryści (a nie spotkałam ich wielu) czekają, aż minister sprawiedliwości "wyswobodzi ich z brukselskiego jarzma" i "przywróci Polsce jej niezależność".

Jeden z początkujących rolników, który przyjechał na Podlasie, żeby prowadzić małe gospodarstwo ekologiczne, mówi, że Unia to "szwindel i jawne przejęcie kraju". I że państwa zachodnie traktują nas jak swoją kolonię. Pan Tomasz trafił tu "ze świata" – pracował wcześniej w Kanadzie, we Włoszech, w Niemczech, Irlandii. – Tak że ja wiem, co mówię – zapewnił mnie mój rozmówca. – Całe życie jeździłem za pracą, teraz, w wieku 60 lat, postanowiłem zostać w Polsce.

Podlasie trafiło mu się z przypadku. Znalazł siedlisko i kawałek ziemi w dobrej cenie, więc kupił i zdecydował, że będzie rolnikiem. Szuka tylko partnerki życiowej, która tak jak on pokocha życie blisko natury i zechce uprawiać żywność ekologiczną.

Zapytałam go, czy zamierza na swoją ekodziałalność rolniczą brać dotacje unijne, bo wiem, że Unia chętnie dofinansowuje projekty eko.

Zobacz wideo Rolnik spod Bydgoszczy codziennie włącza krowom radio

Ten cały wybuch eko to właśnie pokłosie UE, a tak naprawdę mało kto przechodzi przez sito norm europejskich. Dotacje? Przy takiej papierologii i takich wymogach to gra niewarta świeczki. Jakby mniej kontrolowali, może bym brał – mówi.

Zdecydowana większość rolników, z którymi rozmawiałam, uważa, że odwrotu już nie ma: Polska powinna pozostać członkiem Wspólnoty Europejskiej. Co nie znaczy, że na Unię nie można ponarzekać. Doniesienia medialne o sporze o Izbę Dyscyplinarną, nakładanymi na Polskę sankcjami, wstrzymaniem Funduszu Odbudowy, hipotetycznym polexitem nie są na podlaskiej wsi gorącymi tematami. Wielu tutejszych rolników otwarcie przyznaje, że nie do końca rozumie, o co spór się toczy.

Załamanie nastrojów i niepokój? Owszem, podlascy rolnicy mają dużo obaw. Ale wynikają one przede wszystkim z rosnących kosztów życia, za którymi nie idzie wzrost zarobków. Czyli z tego, co chyba wszyscy obecnie odczuwamy.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Katarzyna Pawlińska-Gudel. Pracowała w korporacji, ale odkryła, że to nie jest na jej nerwy. Na co dzień zajmuje się produkcją filmową. Pochodzi z Podlasia. Mieszka w lesie. Absolwentka Szkoły Mistrzów UW na studiach technik pisarskich i prezentacji tekstu literackiego. Szczęśliwa posiadaczka głuchego dalmatyńczyka bez kropek.