Reportaż
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Za wilkiem można podążać kilometrami. Przez cały dzień albo dłużej. Przeciętnie wilk pokonuje dwadzieścia kilka kilometrów dziennie.*

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie i niezawodne przepisy kulinarne - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Pierwszy trop wyłania się czasem nie wiadomo skąd. Jakby zwierzę spadło tu nagle prosto z nieba. Wprawne oko wypatrzy oczywiście szybko kolejne ślady, tuż za zadeptanymi czy zasypanymi.

– Widziałaś kiedyś tropy borsuka? – Mężczyzna w białym kombinezonie w brązowe wzorki zwalnia i otwiera drzwi. Zenek Wojtas siedzi za kierownicą służbowego pick-upa. Obchodzenie i sprawdzanie terenu to część jego pracy.

Widziałam. U siebie, w zachodniej części Mazur i na Warmii często spotykam nie tylko tropy, ale i same borsuki. Niepozorne, lecz bardzo waleczne zwierzęta o bardzo słabym wzroku. Do tego stopnia, że kilka razy niemal weszły mi na buty, kiedy stałam bez ruchu. Ich ślad przypomina pomniejszone odbicie łapy misia.

Jedziemy dalej. Biolog rozgląda się na boki.

– Może coś wypatrzymy, może gdzieś tu weszły w las.

To popularna wśród badaczy i jedna z najszybszych metoda szukania tropów wilka. Jedzie się powoli leśnymi drogami – naukowcy mają odpowiednie zgody, więc z nielegalnym dla Iksińskiego wjazdem autem do lasu nie mają problemu – i wypatruje na nich śladów. Prędzej czy później zwierzę musi którąś przeciąć. Nawet bardziej prawdopodobne jest to, że przez jakiś czas będzie nią podążało. Wilki to oportuniści. Wybierają najprostsze i najlepsze rozwiązania. Kiedy idzie się leśnym duktem, jest szybciej, ciszej – gałęzie i liście nie szeleszczą tak pod łapami – i widać wszystko na przestrzał. Dzięki temu można sprawniej uciec i gonić.

Za wilkiem można podążać kilometrami (fot. Shutterstock)

Zjeżdżamy na wąską drogę, a potem pniemy się do góry. Z kolejnymi metrami rosną też czapy śniegu na mijanych drzewach. Ale już po chwili coraz słabiej je widać w coraz ciaśniej oplatającej nas mgle. Mój przewodnik zarządza, że zjeżdżamy niżej. W takich warunkach łatwo spłoszyć zwierzęta.

– A nie jest tak, że kopytne zimą schodzą z gór w doliny, a wilki za nimi? – pytam, żeby potwierdzić teorię, którą słyszałam w Bieszczadach głównie od leśników.

– Tu to mit. – Zenek nie odrywa wzroku od drogi. – W Beskidzie Niskim na sześćsetmetrowych szczytach mamy połoniny. Żeby wejść albo zejść z takiej wysokości, trzeba pokonać trzysta, czterysta metrów, więc zwierzęta chodzą w górę i w dół. Są.

Wskazuje ręką na drogę przed nami. Znów zatrzymuje auto. Tym razem wysiadamy oboje. Pochylamy się nad starą, lekko już zwapniałą wilczą kupą. W odchodach wielkości "dwójki" dużego psa widać głównie włosy jelenia. Może chętnych do talerza wilków było sporo, a ofiara była mała i to najsłabszy z rodzeństwa wylizywał resztki, najmniej smaczne kąski? Kilkanaście metrów dalej leży kolejna kupa. Świeższa, a ten, kto ją zostawił, ewidentnie zjadł więcej mięsa. Zenek odgarnia włosy, które poluzowały się ze związanego w krótką kitkę kucyka, i zapisuje lokalizację w aplikacji do nawigacji na smartfony. Sama też z niej korzystam, choć do niedawna wszystkie znaleziska wpisywałam do starego, ale bardziej profesjonalnego urządzenia GPS.

Obok zauważamy tropy. Ciężko powiedzieć, ile szło tędy wilków. Maszerowały gęsiego, sznurując jeden za drugim, łapa w łapę po niemal prostej linii.

– W tej grupie jest ich sześć. Mało. Zdecydowanie za mało. Było ich znacznie więcej – cedzi przez lekko zaciśnięte zęby i mruży przy tym niebieskie oczy zza okularów. – Nie wiem, co się stało. Nikogo za rękę nie złapałem. Martwych też nie znalazłem. – Na tyle, na ile go poznałam, wiem, że będzie próbował to ustalić. Wszelkimi metodami. – Trop pewnie z poprzedniej nocy. Widzisz? Jest taki szeroki, bo próbował się nie zapadać.

Pierwszy trop wyłania się czasem nie wiadomo skąd (fot. Shutterstock)

Odbita w śniegu łapa faktycznie wydaje się przesadnie rozczapierzona. Jedziemy, próbując policzyć widoczne przed maską ślady.

– Trzy, na pewno cztery. Jest pięć – wyjaśnia, że trzeba patrzeć dalej, nie tak blisko, i pokazuje na przód samochodu.

Zenek las wyniósł z domu. Tak jakby. Tata pracował przy zrywce drewna. Pamięta, że kiedy miał może ze trzynaście lat, znalazł wilczą ofiarę – jelenia z potężnym porożem. Od razu zabrał się do odkrajania głowy zwierzęcia. Cały wysmarował się krwią, w dodatku zrobiło się już późno. W domu czekał ojciec gotowy syna zrugać, ale kiedy zobaczył przyniesioną zdobycz, złość momentalnie rozeszła się po ojcowskich kościach.

Poza tym, że wiedział, co wilki potrafią zrobić z tak wielkim bykiem, opowiadano mu te wszystkie bajki o Czerwonym Kapturku i groźnych bestiach, dlatego jako dziecko zwyczajnie się ich bał. Kiedy więc pierwszy raz usłyszał zbiorowe wycie, ze strachu wlazł na najbliższe drzewo. Następnego dnia ciekawość wzięła górę i skoro świt poszedł w miejsce, z którego dobiegały głosy. Chciał odnaleźć ich tropy. I tak wilki stały się jego pierwszymi przewodnikami po górach. Lubił za nimi chodzić, bo wybierały dzikie i atrakcyjne szlaki.

Parkujemy na mocno zaśnieżonym poboczu i dalej ruszamy pieszo. Zenek przygląda się tropom i stwierdza, że mogą być jednak z dzisiaj, tylko szadź je przyprószyła. Kiedy tylko schodzimy w las, w głębszy śnieg, w który łatwo się zapaść, zwraca mi uwagę, żebym stawiała stopy płasko. To akurat robię intuicyjnie. Trudniej przychodzi mi wdrożenie kolejnej rady – stawiania nóg szeroko, żeby nie szurać nogawkami jedna o drugą.

– To podstawowa zasada, jak tropisz – słyszę i chociaż wychodzi mi to bardzo niezdarnie, robię kowbojskie kroki.

Wilki, dzięki czworonożnej postawie i szerokim, płaskim łapom, mają lepiej rozłożony ciężar ciała i zapadają się o wiele mniej niż my. Podczas tropień warto być cicho i lepiej nie śmierdzieć za bardzo po ludzku. Według Zenka wilki nie widzą wyłącznie dwóch odcieni – żółtych i niebieskich. Z pewnością dostrzegają kontrastujące kolory, jak różowy albo czerwony, dlatego sam dba o choćby minimalny kamuflaż.

Niektóre tropy są ledwo widoczne, jakby zwierzęta tylko musnęły łapami o śnieg. Wprawne oko Zenka je dostrzega. Po chwili moje też się przyzwyczaja i idziemy równolegle, każde za "swoimi" wilkami.

Wilki, dzięki czworonożnej postawie i szerokim, płaskim łapom, mają lepiej rozłożony ciężar ciała i zapadają się o wiele mniej niż my (fot. Shutterstock)

– Ja mam trzy, a ty? – zagaduję. U niego tyle samo. To ta uszczuplona szóstka, o której wspominał.

Przez jakiś czas wędrujemy przez jasny, bukowy las, który dalej przechodzi w część świerkową – posadzone w dużych odległościach spore, może sześćdziesięcioletnie drzewa. W gęstym młodniku idę za Zenkiem. Docieramy na bagnisty ols. Momentami nie widzę wcale mojej części tropów, ale pewny krok mojego przewodnika świadczy o tym, że on nie traci ich z oczu, a może potrafi czytać coś, czego ja nie dostrzegam.

– Mają parę godzin, zdążyły już zamarznąć. – Zenek wskazuje ślad odciśnięty we wciąż lekko mokrym podłożu.

Gałęzie rosnących blisko siebie czterometrowych iglaków sprawiają, że zgięta wpół idę slalomem. Czasem słyszę, jak któraś pęka, odstraszając wszystkie zwierzęta w pobliżu. Pod nogami widzę autostradę z tropów, głównie jeleniowatych.

Czy wilki podążają ich śladem? Dopiero kiedy idę za zwierzętami w ten sposób, zauważam, że nie jest dla nich problemem przechodzenie pod nisko rosnącymi gałęziami świerku, niestraszne im kolce jeżyn. To tylko ja, niezdarny człowiek, muszę co chwila je z siebie wyciągać albo zasłaniać twarz, żeby nie dostać igłą w oko. Jeszcze nigdy nie widziałam tak dużej koncentracji moczu jeleni w jednym miejscu. Czasem miga mi też jakiś trop sarny czy dzika.

– To jelenie siuśki, prawda? – Wyciągam palec w kierunku ciemnożółtych i czerwonych plam na śniegu. Zenek kiwa głową.

– Czemu są takie czerwone? – drążę.

– Widzisz to? – Biolog wskazuje na sterczące z ziemi gałązki pokryte igłami.

– Jeżyna? – dziwię się, że sama na to nie wpadłam.

Przyglądam się chwilę, ale zaraz słyszę gwizd Zenka.

– Patrz, goniły lisa – mówi ściszonym głosem. Odkąd tropimy, odzywa się tylko w ten sposób. Wskazuje na lisie ślady z "ogonami", które świadczą o tym, że rudzielec ulatniał się stąd w pędzie. – Ciekawe, czy rzeczywiście go goniły, czy po prostu je wyczuł i zawrócił, a wilki nic sobie z jego obecności nie zrobiły – zastanawia się przez kilka sekund i rusza dalej.

W pewnym momencie dostaję reprymendę, żeby patrzeć nie tylko pod nogi, podobno to straszna amatorszczyzna. Należy się rozglądać po koronach drzew, choćby po to, żeby dostrzec gniazda. Dzięki temu można się na przykład przekonać, czy mieszkają tam powietrzne drapieżniki.

Ze dwa razy zataczamy koło po własnych śladach – chcemy odnaleźć drogę, którą poszły nasze wilki. Za każdym razem to Zenek na mnie pogwizduje, jest w tym lepszy, szybszy. Porusza się bardziej intuicyjnie, trafniej wnioskuje, gdzie znowu się pojawią. Kiedy wchodzimy na bagno, ostrożnie stawia nogi, sprawdzając, czy kępy traw się nie zapadną. Minusowa temperatura nas ratuje.

Wilczy krok prowadzi nas na otwartą przestrzeń, szeroką, długą polanę.

W pewnym momencie dostaję reprymendę, żeby patrzeć nie tylko pod nogi, podobno to straszna amatorszczyzna (fot. Shutterstock)

Zenek spogląda przez lornetkę w kierunku ambony. Wilki zbaczają nagle w stronę strumienia, ale po chwili zawracają. Wskazują na to tropy.

– Ktoś tu zabił jelenia. Widać krew i ślady opon – słyszę i oczami wyobraźni widzę tę scenę.

Nagle z koron drzew przed nami wylatują dwa kruki. Mijają nas, po czym lecą do lasu na drugą stronę polany. Oczy mi się zaświeciły, bo może jednak gdzieś tu leży padlina. Zenek sprowadza mnie na ziemię, obwieszczając, że to tutejsza para.

Po chwili daje komendę do odwrotu.

Nie ma sensu iść dalej, jest już późno. Do ofiary musielibyśmy iść ze dwadzieścia, trzydzieści kilometrów po tropie. Poza tym niczego więcej się nie dowiem. Ani to granica terytorium, ani nic ciekawego. – Zenek jest praktyczny. Granice wilczych "obwodów" można poznać między innymi po nasileniu i częstotliwości znakowania w tych miejscach.

W Magurskim Parku Narodowym nachodzą na siebie terytoria trzech grup rodzinnych. Jeden wilczy dom zwykle choćby w części zachodzi na inny, i odwrotnie.

W drodze powrotnej silny wiatr wieje nam prosto w twarze. Nieco wyżej szybko przegania chmury, które przysłaniają świecące do tej pory słońce.

Doświadczenie oznacza, że eliminujesz wcześniej popełnione błędy. Jakie sam zrobił? Chciał zobaczyć od razu, za szybko. W ten sposób przepłoszył sporo zwierząt.

Co mnie się w wilkach podoba? To, że są od wszystkiego wolne. I że są nomadami. Co prawda w obrębie swoich terytoriów, ale stale się przemieszczają. Jednego dnia są tu, drugiego mogą być już nawet kilkadziesiąt kilometrów dalej.

*Fragmenty książki "Instynkt. O wilkach w polskich lasach" Anny Maziuk. Książka do kupienia na Publio>>>

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie i niezawodne przepisy kulinarne - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl