Reportaż
Krzyże przy zasiekach we wsi Minkowce, w tle zasieki przy granicy polsko-białoruskiej (Ewa Jankowska)
Krzyże przy zasiekach we wsi Minkowce, w tle zasieki przy granicy polsko-białoruskiej (Ewa Jankowska)

To było zawsze bardzo spokojne miasteczko – opowiada kobieta z kwiaciarni przy rynku w Krynkach. – A teraz są tu wojskowi z karabinami, dużo policji, nad ranem i wieczorami latają helikoptery, położyli nowe zasieki na granicy, płot mają stawiać.

Na pierwszy rzut oka Krynki na Podlasiu to nadal jest "bardzo spokojne miasteczko". Na unikatowym rondzie, które stanowi rynek miasta, kilku mężczyzn siedzi na ławkach, wokół biegają dzieci, kobiety spacerują z wózkami.

Wóz wojskowy przejeżdżający przez rynek w Krynkach (Ewa Jankowska) , Sklep spożywczy pana Marka na osiedlu popegeerowskim w Krynkach, ulica Bema (Ewa Jankowska)

Pozornie nic nie wskazuje na to, żeby w mieście działo się coś niepokojącego.

W biały dzień na ulicy natknąć się można na uchodźców. Kilka dni temu widziałam, jak wieźli ich ciężarówkami. Niby wojsko tłumaczy, żeby się nie bać, ale my się boimy, przy samej granicy w końcu jesteśmy – mówi pani z kwiaciarni. – Mam bydło i stodołę 30 metrów od domu. Jak tam idę, to się rozglądam, bo może ktoś się tam ukrył – pyta i gładzi się po przedramieniu. – Gęsiej skórki dostaję, jak o tym mówię.

Pozornie nic w Krynkach się nie dzieje.

Idą

Mieszkańcy miasteczka przekonują, że uchodźcy przechodzą regularnie przez granicę już od ponad miesiąca. Zazwyczaj idą w kilku-, kilkunastoosobowych grupach. Jedni widzieli cudzoziemców ukrywających się w kukurydzy przy cmentarzu prawosławnym w Krynkach. Inni byli świadkami, jak Straż Graniczna zatrzymuje ich za osiedlem bloków popegeerowskich przy ulicy Bema. Jeszcze inni obserwowali, jak służby wyłapują uchodźców za sklepem przy ulicy Grochowej, a nawet na rynku, tam, gdzie teraz gawędzą mężczyźni.

Pole kukurydzy, w którym, jak twierdzą mieszkańcy, ukrywali się uchodźcy (Ewa Jankowska)

Mieszkanka wsi pod Krynkami znalazła kobietę z trójką dzieci ukrywającą się w drewnianych balach na jej podwórku. Jeszcze inni znajdowali uchodźców kryjących się w stodołach. Cudzoziemcy pukają do drzwi i proszą o wodę, część próbuje łapać autostop. 18 sierpnia media obiegła informacja, że prawdopodobnie od tygodnia – zdaniem niektórych mieszkańców nawet od 10 dni – w pasie granicznym przy wsi Usnarz koczuje około 50-osobowa grupa imigrantów z Iraku i Afganistanu. Są w niej kobiety i malutkie, płaczące dzieci. 

Dzień wcześniej w mediach pojawiło się nagranie, na którym widać, jak białoruscy pogranicznicy zachęcają migrantów do wejścia na terytorium Polski. Mężczyźni stoją na granicy pomiędzy mundurowymi z polskiej Straży Granicznej a żołnierzami białoruskimi.

"A wiadomo, kto przyjdzie?"

Jak 40 lat tu mieszkam, to nigdy chaty nie zamykałam, a teraz zamykam. Ale co oni mogą zrobić? Najwyżej o jedzenie poproszą – zastanawia się mieszkanka Zubrzycy Wielkiej, wsi koło Krynek. Uchodźców widziała tylko raz, jak przechodzili wiejską drogą, mniej więcej półtora tygodnia temu. – Po godzinie już po nich na sygnale Straż jechała – dodaje. 

Jej córka i zięć kilkukrotnie widzieli, jak służby zatrzymują uchodźców. – Zięć, który na kombajnie jeździ po polu przy granicy, opowiadał, jak wojsko go wypytywało, czy nie widział, żeby ruscy [Białorusini] przerzucali kogoś przez granicę – dodaje.

Kolejna mieszkanka wsi mówi, że również zamyka drzwi na klucz. Po chwili prostuje, że robi to właściwie już od jakiegoś czasu - odkąd znany wszystkim z rynku w Krynkach "pijak" wszedł do niej na podwórko.

Przy traktorze na polu w Jurowlanach spotykam dwóch młodych rolników, na oko 30-letnich. Też pytam ich o uchodźców. Mężczyzna w czapce z napisem "Radek" mówi, że widział ich raz, niecałe dwa tygodnie temu. – Kilkunastoosobowa grupka przechodziła koło rzeczki w Jurowlanach. Byli cali poharatani od tych zasieków, co je postawiło wojsko wzdłuż granicy – opowiada.

Na dowód, że uchodźcy idą przez wsie, rolnicy pokazują wydeptaną rzekomo przez nich ścieżkę w zbożu. Zapewniają, że zwierzyna zostawia zupełnie inne ślady.

To biedni ludzie są, nie mają wyjścia, muszą tu iść, jak ich z Białorusi wyganiają pod bronią – przekonuje jego towarzysz. – Tu ich wyłapią, nakarmią, zapewnią lekarza. Podobno żadnych dokumentów ci ludzie nie mają – opowiada.

Wydeptana ścieżka przez zboże, rzekomo przez uchodźców, wieś Jurowlany (Ewa Jankowska) , Wieś Jurowlany przy granicy polsko-białoruskiej (Ewa Jankowska)

Ludzie się boją – przyznaje. – Tu są prawie same starsze osoby, bo młodzi wyjechali. Tamci nie przestaną przechodzić, będzie ich więcej. A wiadomo, kto przyjdzie? Na razie są bezbronni, jest lato, mogą siedzieć w trawie, w lesie. Ale co będzie zimą? Jak zieleń zniknie, zboże zniknie, będą się po domach ukrywać. Jak człowiek głodny, to zdesperowany. Jakby pani była głodna i szła na śmierć i życie, to też byłoby pani wszystko jedno.

Strażnik graniczny idący wzdłuż zasiek przy granicy polsko-białoruskiej (Ewa Jankowska)

A jak zaczniemy ich przepędzać na Białoruś, to wojna będzie – wtóruje mu "Radek".

Mężczyźni pokazują mi, gdzie są zasieki położone przez wojsko około dwóch tygodni temu. Widać je z oddali, błyszczą w słońcu. Wzdłuż nich chodzi strażnik graniczny. Podejdę pod nie wieczorem, kiedy już go nie będzie.

Zasieki z bliska można też zobaczyć kilka kilometrów dalej, za wsią Minkowce. Są rozłożone tuż przy domach mieszkańców. Obok stoją krzyże.

Zasieki przy granicy w Jurowlanach (Ewa Jankowska) , Zasieki przy granicy w Minkowcach (Ewa Jankowska)

Jak w pierwszym akcie jest strzelba...

Marta, która tuż przy rynku prowadzi antykwariat, bardziej od uchodźców boi się wojska i służb. Siada na ławeczce przed antykwariatem, zapala papierosa i opowiada: – Są pod bronią ostrą, jeżdżą nieoznakowanymi samochodami – bez tablic rejestracyjnych – chodzą z odpiętymi pagonami. Nie mam pojęcia, z kim mam do czynienia. Wczoraj jechałam z Krynek do Kuńdzicz, to drogę zatarasowały mi dwa samochody cywilne. Wysiedli wojskowi z palcami na cynglach, na razie lufami w dół. Na razie. Jak coś takiego widzę, to od razu przypomina mi się Czechow: jeśli w pierwszym akcie jest strzelba, to w kolejnym musi wystrzelić.

Ma wątpliwości co do jakości przeszkolenia jednostek. – Jeżdżą ciężarówkami pod prąd, pytają ludzi, jak się dostać do Stanicy Kresowej. Co to za wojsko, które nawet nie wie, gdzie się znajduje? Nie ma GPS-a?

Park na rynku w Krynkach (Ewa Jankowska) , Antykwariat przy rynku w Krynkach (Ewa Jankowska)

Marta słyszała, jak ludzie opowiadali, że strażnicy złapanych uchodźców zakuwali w kajdanki, że długo trzymali ich w pełnym słońcu. – Ci ludzie są kompletnie bezbronni, jak dzieci. Zresztą wśród nich są i dzieci. Jedni trochę znają angielski albo rosyjski, inni nie potrafią się porozumieć w żadnym europejskim języku – opowiada.

Marta mówi, że ma szczęście, bo uchodźców osobiście nie spotkała. – Jakbym spotkała, tobym od razu pomogła – mówi.

Dlaczego szczęście? Bo obawiałaby się reakcji wojska i Straży Granicznej. Pytam Martę, czy zna kogoś, kto już pomógł. Potakuje, ale zdradzić kto, nie chce.

"Podawałem im wodę, bułeczki"

Większość mieszkańców czuje się dziwnie z obecnością wojska w mieście. Ale jednocześnie bezpiecznie. Ufa Straży, że ma sytuację pod kontrolą. Wielu ma znajomych wśród pograniczników. Ci wiedzą, że jak tylko zobaczą gdzieś uchodźców, od razu mają dzwonić po Straż, na policję. Przekonują, że gdyby spotkali tych ludzi osobiście, to bez zastanowienia daliby im wodę, coś do jedzenia. Ale nic więcej, bo baliby się, że "Straż Graniczna będzie się ich czepiać", że jeszcze zostaną posądzeni o przemyt czy ukrywanie uchodźców. Te obawy nie dziwią, biorąc pod uwagę narrację rządu, który podkreśla, że uchodźcy przekraczają granicę nielegalnie.

Mieszkanka ulicy Bema widziała, jak grupa uchodźców czeka na przyjazd ciężarówki Straży Granicznej. Stali przed samym blokiem. Strażników chwali: – Podawali im chleb, wodę – mówi. Jedzenie kupowali u pana Marka, właściciela osiedlowego sklepu spożywczego.

Spotykam go na podwórku przed jego domem. Potwierdza: – To było około tydzień temu, przy ulicy siedziało jakieś 10 osób, wśród nich była jedna kobieta w ciąży. Zaniosłem im bułeczki, chlebek, jakieś kabanosy drobiowe. Byli głodni, wyczerpani, cali umorusani, mieli przy sobie tylko małe plecaki – opowiada. Też mówi, że Straż dobrze się spisuje.

Od kwiaciarki na rynku dowiaduję się, że uchodźcom jedzenie dawał pan Wiesław, właściciel agroturystyki w Kuńdziczach. Wchodzę na jego podwórko, pukam do drzwi, ale nikt nie otwiera. Ktoś beztrosko zostawił w nich klucze. Czekać? Najpierw zjawiają się dwa konie, swobodnie spacerują po działce. Kilka minut później przychodzi gospodarz. Nie ma nic przeciwko temu, że weszłam na jego teren. Jest zmęczony: organizował w agroturystyce dwudniowe wesele. Ale chętnie opowie o uchodźcach.

Osobiście ich nie widziałem, więc niech ta kwiaciarka nie opowiada, że żywię uchodźców! – śmieje się. Tłumaczy, że komendant posterunku Straży Granicznej w Bobrownikach jest jego znajomym. – Poprosił mnie w zeszłym tygodniu o ugotowanie czegoś bez wieprzowiny, bo na jedną osobę przypada podobno tylko 5,80 zł. Taki duży gar pożywnej zupy gotowałem im codziennie. Nie wiem, dla ilu osób, chyba 40. Niespecjalnie chce mi się to robić, ale jak trzeba, to trzeba. Nie odmówię przecież pomocy – mówi. 

Pomocy nie odmówiłaby też jego siostra Jolanta, która chodzi boso po swojej działce. – Nie zostawiłabym człowieka na pastwę losu. Ktoś opowiadał, że matka z dwójką dzieci pod mostem się ukrywała. Biedni ludzie – mówi.

Brat Jolanty i Wiesława, Paweł, pozostaje jednak sceptyczny. – Dopóki do nas na podwórko nie wchodzą, to nie ma się czego bać. Ale w piątek na pogrzebie znajomi mówili, że w oddziale Straży Granicznej w Szudziałowie już kończy się dla nich miejsce. I skąd my mamy wiedzieć, co to za ludzie? Mogą być dobrzy, a mogą być źli – przekonuje.

W ciągu dnia zawsze drzwi otwarte zostawiałam, a teraz zamykam – dodaje Jolanta.

Bez komentarza

Lokalni samorządowcy nie angażują się w sprawę. Zwłaszcza że teraz wakacje, pozornie nic się nie dzieje. W urzędzie gminy w Krynkach obecny jest więc tylko sekretarz Jerzy Citko. Burmistrzyni Jolanta Gudalewska przebywa od kilku dni na dwutygodniowym urlopie.

Sekretarz w pierwszej chwili jest wręcz przekonany, że przyszłam rozmawiać o budowie przemysłowej fermy drobiu w okolicy Kruszynian, która budzi duże kontrowersje wśród miejscowej społeczności. O uchodźcach wie tyle, ile dowie się od mieszkańców, sam widział ich raz, przy ulicy Bema. Gdy pytam o atmosferę w mieście, mówi, że mieszkańcy nie są zaniepokojeni. Jednocześnie przyznaje, że sytuacja jest wyjątkowa. Paradoks?

Odsyła mnie do Straży Granicznej, ewentualnie do starosty sokólskiego Piotra Rećki z PiS, który przewodzi Zespołowi Zarządzania Kryzysowego w sprawie przekraczania granicy przez imigrantów. Ale zarówno on, jak i wicestarosta są na urlopie. Na miejscu w urzędzie powiatowym jest tylko sekretarz Katarzyna Nowak. Nie jest jednak członkiem Zespołu Zarządzania Kryzysowego, więc nie będzie się wypowiadać na temat uchodźców.

Urząd miejski w Krynkach (Ewa Jankowska) , Starostwo powiatowe w Sokółce (Ewa Jankowska)

Straż Graniczną oraz wojsko w ciągu doby spotkałam w okolicy Krynek kilkukrotnie – na granicy polsko-białoruskiej za wsią Usnarz, na rynku w Krynkach, kilka razy minęłam się z samochodami SG na drodze. Gdy jechałam w stronę Minkowców, strażnicy zatrzymali mnie i zajrzeli na tylne siedzenie mojego samochodu w poszukiwaniu uchodźców. Zapytali żartobliwie, czy nie ukrywam kogoś w bagażniku. Strażnik poinformował, żebym na siebie uważała, bo jestem blisko granicy, a uchodźcy mogą być niebezpieczni, mogą wśród nich być terroryści.

Tyle dowiedziałam się od strażników przez cały dzień. Mają zakaz przekazywania jakichkolwiek informacji, odsyłają do rzecznika prasowego Straży Granicznej lub MSWiA. Nie dopuszczą mnie też do uchodźców, nie pozwolą wejść do oddziału Straży Granicznej w Szudziałowie, gdzie przebywają zatrzymani ludzie. Choć jest ze mną Jakub Bieniasz, wolontariusz organizacji Salam Lab, który mógłby być moim tłumaczem.

Oddział Straży Granicznej w Szudziałowie (Ewa Jankowska)

Próby przekroczenia granic 

Do wtorku wiele wskazywało na to, że taktyka polskich władz wobec imigrantów z Iraku i Afganistanu przekraczających polsko-białoruską granicę polega na zatrzymywaniu ich przez Straż Graniczną i osadzaniu w zamkniętych ośrodkach. Zgodnie z konwencją genewską uchodźcy uciekający przed wojną mogą ubiegać się o azyl w Polsce.

18 sierpnia MSWiA wydało oficjalny komunikat, w którym informuje, że Straż Graniczna podejmuje próby zapobiegania przekraczaniu granicy przez uchodźców. Tylko z wtorku na środę 138 osób próbowało dostać się do Polski. Powiodło się zaledwie ośmiu cudzoziemcom. Od początku sierpnia próbę podjęło 2100 osób, z czego 1342 się to nie udało. Co się z nimi stało? Nie wiadomo. Prawdopodobnie zostały cofnięte na teren Białorusi. "Rząd Prawa i Sprawiedliwości od początku sprzeciwia się nielegalnej i niekontrolowanej migracji. Nie ma zgody Polski na wjazd do naszego kraju osób, które mogą stanowić zagrożenie dla naszych obywateli" – czytamy w oświadczeniu MSWiA.

Rząd chce "dostosować przepisy do aktualnej sytuacji migracyjnej występującej na granicy zewnętrznej". Rozwiązaniem mają być kary za nielegalne przekraczanie granicy, nieprzyjmowanie wniosków o ochronę międzynarodową od osób, które granice nielegalnie przekraczają. Procedury deportacji mają zostać przyspieszone i odformalizowane. Jak mówi Karol Wilczyński z organizacji pozarządowej Salam Lab, planowane zmiany w prawie są wbrew obowiązującym przepisom prawa międzynarodowego.

Ciężarówka wojskowa, wojsko i straż graniczna tuż przy granicy polsko-białoruskiej we wsi Usnarz (Ewa Jankowska)

Rząd szykuje się też na wzrost liczby imigrantów. Trwają prace nad rozporządzeniem, które zezwala na zwiększenie liczby miejsc w ośrodkach dla cudzoziemców przez zagęszczenie: do tej pory na osobę musiały przypadać cztery metry kwadratowe. Resort Mariusza Kamińskiego chce zmniejszyć ten metraż do dwóch metrów.

Polska ma gdzieś prawa człowieka

Karol Wilczyński z Salam Lab mówi, że to, co dzieje się na granicy polsko-białoruskiej, to jakiś koszmar: – Jeżeli Straż Graniczna naprawdę próbuje zawracać osoby szukające schronienia, to sytuacja jest fatalna, bo oznacza, że działają niezgodnie z prawem i krzywdzą ludzi. To jasny komunikat, że jako państwo polskie lekceważymy prawa człowieka i konwencję genewską. Poziom lęku w społeczeństwie i cynizmu wśród populistycznych polityków jest tak duży, że nie jesteśmy już w stanie zobaczyć człowieka wśród ludzi, którzy proszą nas o ochronę przed wojną i prześladowaniem. Tych ludzi należy wpuścić do kraju, udzielić im tymczasowego schronienia, a następnie – jeżeli będzie taka konieczność – uruchomić procedury deportacyjne bądź udzielić im ochrony.

Zdaniem Karola nie mamy do czynienia z żadnym kryzysem imigracyjnym. – Władze mówią o próbie zatrzymania grupy osób, które mają stanowić zagrożenie dla obywateli, mówią o kryzysie migracyjnym, by podgrzewać atmosferę lęku. Ale kryzys jest w państwach takich jak Liban, Turcja czy Iran, gdzie żyją miliony osób, które uciekły z sąsiednich krajów. Polska co roku też udziela schronienia ludziom – zaledwie 20 lat temu przyjęliśmy niemal 100 tys. Czeczenów. To pokazuje, że do wyczerpania naszych możliwości jest naprawdę daleko. Zupełnie nie rozumiem też, jak można nazywać zagrożeniem dla 38-milionowego kraju grupę 50 osób aktualnie przebywających na granicy z Białorusią. Oni uciekają przed wojną, nie są uzbrojeni, tam jest ośmioro dzieci. Rozumiem jednak, że w przypadku paniki wzbudzanej przez populistów nie ma to znaczenia, o jakich ludziach mowa i w jakiej liczbie – stwierdza.

***

Z Jolantą, tą, która boso chodziła po swoim podwórku, wymieniłyśmy się numerami telefonów. W środę po południu zadzwoniła do mnie. Powiedziała, że jej znajoma pojechała do cudzoziemców koczujących na granicy polsko-białoruskiej z zupą i pizzą, żeby ich nakarmić. – Mówiła, że strażnicy nie chcieli przekazać posiłku, widziała, jak stali nad uchodźcami zamaskowani, z karabinami w rękach. A tam podobno rodziny z dziećmi. Dopiero później, jak już jedzenie wystygło, to podobno coś im dali – opowiada Jolanta.

W czwartek przed południem do uchodźców w końcu dopuszczono przedstawicieli organizacji pozarządowych.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. Jeśli chcesz się podzielić ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.

Zbiórka na rzecz ofiar kryzysów w Afganistanie i Haiti

19 sierpnia na całym świecie obchodzony jest Światowy Dzień Pomocy Humanitarnej. Polska Akcja Humanitarna rozpoczęła w związku z tym specjalną zbiórkę na rzecz ofiar kryzysów w Afganistanie i Haiti. Działania PAH można wesprzeć poprzez wykonanie przelewu na konto nr: 02 2490 0005 0000 4600 8316 8772 z dopiskiem "Pomoc w naszych rękach" lub poprzez stronę PAH: https://www.pah.org.pl/pomoc-w-naszych-rekach