Reportaż
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Czuję się jej ofiarą, to ona sama mnie do tego skłoniła. Winy swojej żadnej tu nie widzę. Znałem ją wcześniej jako pasażerkę. Bywało, że i dwa razy dziennie jeździłem przez jej miejscowość. Woziłem ją, jeszcze jak do szkoły chodziła. Ja wiem, że przed prokuratorem zeznałem, że na trzeźwo bym jej na pewno nie dotknął, bo brzydka i brudna. Ale jak się ubrała, to nie była taka brzydka. A wtedy jakoś tak się odpierniczyła, bo na egzaminy w szkole jechała.*

Znali ją wszyscy kierowcy PKS. "O, laska", po cichu śmiali się na jej widok. "Jak ktoś chce, to może z nią iść". Ona bardzo interesowała się komunikacją. Wiedziała, gdzie który jeździ, na pamięć znała trasy. Chwaliła się, że prawo jazdy zrobi i też będzie kierowcą. Ale nie zrobiła, gdzie tam. Gdy wsiadała, to lubiła zagadać: "Cześć, kolego, co słychać, jak tam na trasie, co tam w pekaesie".

Jak tylko było wolne miejsce, to siadała z przodu. Obok kierowcy właśnie. I tak męczyła tym gadaniem, że nie raz się prosiło, by do tyłu przeszła. To było w jesieni. Pamiętam, że ciężarowe buraki woziły. Wiadomo, jak buraczarze jeżdżą, to jest trudniej na drogach. Dojechałem do Lublina, pasażerowie wysiedli.

Jadłem kanapkę i liczyłem utarg. Nagle podeszła ona. Zapytała, co słychać. Ja jej na to: wszystko w porządku, bo co tam może być słychać. A ona do mnie: może byśmy się trochę pokochali? I że dzięki temu będzie miała szczęście na egzaminach.

Odparłem, że mam dzieci, żonaty jestem i co ona sobie myśli. Miałem wtedy ponad pięćdziesiąt lat, ona jakieś dwadzieścia. Do tej pory nie wiem, dlaczego mnie wybrała. Ani ja brzydki, ani przystojny. Średni. Powiedziałem jej jeszcze, że za chwilę jadę na główny dworzec, bo mam trasę. Ona – czy by się mogła zabrać. Bo będzie miała bliżej do szkoły.

Czemu nie? I tak pusty jadę. Powiedziała, że wysiądzie pod sklepem Gala. Zatrzymałem się w zatoce przystankowej, na tył poleciała. Myślałem, że do drzwi. Poszedłem za nią, patrzę, a ta już roznegliżowana na siedzeniu leży. Uległem. Jak to mężczyzna, wiadomo. Żałuję.

Znali ją wszyscy kierowcy PKS (fot. Suhtterstock)

*

KLAUDIA

Nie kontaktowałam się z ojcem dziecka, bo się bałam. By mnie znowu nie skrzywdził. Jechałam do Lublina, on wysadził trochę ludzi na południowym dworcu, miał jechać do głównego, poprosiłam, by mnie podwiózł. Miałabym bliżej do szkoły.

Zamiast mnie grzecznie podwieźć, zaczął się do mnie dobierać i zmusił mnie do wszystkiego. Za ubranie złapał i na tył zaciągnął. Do tej pory jak widzę autobus, to się panicznie boję, że on może jechać.

Miałam dziewięć lat, mieszkałam z babcią. Wtedy sprowadził się do nas wujek. Bił mnie o byle co, aż zaczęłam się zacinać w wymowie i tak mi zostało do tej pory. A kiedyś to mi zęba wybił, o, tego tu, co mi brakuje, pan popatrzy. Dnia nawet nie widziałam go trzeźwego.

Jak wyszło, że jestem w ciąży z tym kierowcą PKS, to wujek się zdenerwował bardzo. Powiedział, że pewnie to on będzie mnie musiał teraz utrzymywać i że nie życzy sobie, bym go naciągała na kasę. Moczył ręcznik i mnie nawalał wszędzie. Jak urodziłam, to on zabił. Gdyby się nie powiesił tu, w tym domu, tobym wolała dalej w więzieniu siedzieć, niż wracać. Chociaż i w więzieniu było strasznie. Zawsze musiałam patrzeć w podłogę, bo jak się spojrzałam gdzie indziej, inne więźniarki zaraz krzyczały: – Gdzie się patrzysz, dziecioboju! Dla ciebie to tylko podłoga!

*

Klaudia, z zawodu krawcowa po specjalnej szkole zawodowej, dostała dziesięć lat, odsiedziała siedem i dwa miesiące. Ciało dziecka znaleziono na schodach plebanii. Było w worku, obok kartka z prośbą o pochówek. Podpisano: Zbigniew. Charakter pisma – Klaudia.

Urodziła latem w ceglanej altanie naprzeciwko domu. Chłopczyk.

Wiele razy zmieniała zeznania. Twierdziła, że zgwałcił ją kierowca PKS, że sąsiad, że obaj. Mówiła, że ją zastraszali. Twierdziła, że zabiła sama, potem, że z wujkiem, potem, że znowu sama. Wuj był tymczasowo aresztowany, wyszedł i popełnił samobójstwo. Nie wytrzymał spojrzeń ludzi.

Sąd uznał potem: zabiła sama. Dlaczego? Zeznała kilka razy: – Dla mnie to wstyd mieć dziecko z rozwodnikiem, a z żonatym to jeszcze bardziej.

Sąd uznał, że to wiarygodne. I odzwierciedla poglądy społeczności lokalnej. Dziecko z gwałtu Klaudia mogła wychować, ale żonaty to wstyd.

Dlatego zabiła.

Schwyciła synka za prawą nóżkę, podniosła i uderzyła o ziemię. Potem jeszcze raz, o blat ławki.

Mówi: – To wina wujka, on zabił. Związał mnie. Ja bym na to nie pozwoliła. Mieszkam z konkubentem. Urodziłam mu córeczkę. Żyje, wychowuję ją. Ja za dziećmi przepadam.

Urodziła latem w ceglanej altanie naprzeciwko domu. Chłopczyk (fot. Shutterstock)

*

ZBIGNIEW

Że z tego dziecko będzie, pojęcia nie miałem. Nie pomyślałem. Ale uważam, że to kobieta powinna myśleć, kiedy można, a kiedy nie. Dowiedziałem się dopiero, jak mnie prokurator przesłuchiwał. Zaprzeczałem, bo wstydziłem się wedle rodziny powiedzieć, że miałem z Klaudią stosunek dobrowolny.

Potem powiedziałem szczerą prawdę, jak było. Jak się dowiedziałem, że ona dziecko zabiła, to poczułem wstręt do niej i żal. Żal było mi siebie i dziecka. Powiedziałem panu prokuratorowi, że jestem bardzo wrażliwy i nawet małych kociaków nie potrafiłem utopić. Bo tak jest, jestem wrażliwy. Koguta nie mogę zaciąć, sąsiada wtedy wołam. Bardzo lubię zwierzęta, mam dobrego psa.

Poszedłem na wcześniejszą emeryturę. O tym dziecku człowiek cały czas myśli. Szkoda, jak każdego dziecka. Gdyby mi powiedziała, że jest w ciąży, pewnie, że bym płacił. Sam z siebie, wiadomo. W domu by mi się pogorszyło, ale płaciłbym.

*

Gardzę nią bardzo za to, co zrobiła. Za takie postąpienie nie ma żadnego przebaczenia. Na grobie dziecka nie byłem. Nie wybieram się. Nerwowo źle by to na mnie wpłynęło. Najchętniej to całkiem bym o tym zapomniał. Już po pana pierwszym telefonie to tak mi ciśnienie skoczyło, że do lekarza musiałem iść. Dał mi relanium, tabletki uspokajające, ale i tak całą noc nie spałem. Mam do niej pretensje. Jestem wciągnięty przez nią w tę sprawę, nerwowy i chodzę jak głupi, myśląc pierun wie o czym. Zawsze byłem wierzący. Teraz co tydzień jestem w kościele. Po tym wszystkim stałem się jeszcze bardziej religijny.

Uważam się za dobrego ojca. Wychowałem dwie córki. Wykształcenie zawodowe i ekonomiczne. Nie ma z nimi żadnych problemów. Zięciowie też mi się trafili dobrzy.

Wtedy już byłem dziadkiem, a teraz wnuków to mam już pięcioro. Garną się do mnie. Mam do tego poważanie w społeczeństwie. Gdy idę gdzieś, każdy mi mówi dzień dobry. Swoją pracę zawsze wykonywałem dobrze, z autobusu nikogo nie wyrzuciłem. Było mi podwójnie ciężko, jak ta sprawa zabójstwa wyszła, bo żona w szpitalu akurat była. Na cukrzycę, nie mogła chodzić, bo nogi jej spuchły. Byłem przy niej. Dostałem załamania nerwowego. Z tego powodu i z powodu tego dziecka. Myślałem odebrać sobie życie.

Uważam się też za dobrego męża. Żona zadowolona, nie kłócimy się. Nie pracowała nigdy. Najważniejsza w małżeństwie jest miłość. I dlatego bardzo pana proszę, niech pan tak to napisze, by żona się nie zorientowała. Ona nic nie wie.

Paweł Piotr Reszka (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

*Fragmenty książki "Białe płatki, złoty środek. Historie rodzinne" Pawła Piotra Reszki. Książka do kupienia w Kulturalnym Sklepie

Paweł Piotr Reszka. Ur. 1977. Reporter "Dużego Formatu", były wieloletni dziennikarz lubelskiej "Gazety Wyborczej", laureat Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki za książkę "Diabeł i tabliczka czekolady" (Wydawnictwa Agora 2015), czterokrotnie nominowany do Nagrody Grand Press w kategorii reportaż prasowy. Jego ostatnia książka "Płuczki. Poszukiwacze żydowskiego złota" (Wydawnictwo Agora 2019) znalazła się w finałach nagród: Nagrody Literackiej Nike 2020, Nagrody Literackiej Gdynia 2020, Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus 2020, Grand Press 2020 – Książka Reporterska Roku oraz VIII edycji Nagród Newsweeka im. Teresy Torańskiej.