Reportaż
Ales, Magda i Helenka w domu w Pradze (fot. Ula Idzikowska)
Ales, Magda i Helenka w domu w Pradze (fot. Ula Idzikowska)

Marzy im się własny sklep. Oczywiście na Morawach. Stamtąd pochodzą rodzice Petra, którzy od dawna mają sklep. Pojechali tam podczas pierwszej wizyty Sylwii. – Byłam przerażona. Nie znoszę zakupów. Po obiedzie ciągle słyszałam: "Jedeme do sklepa". Pomyślałam: ile będziemy siedzieć w tym sklepie?

Okazało się, że całe popołudnie. Bo ‘sklep’ to po czesku ‘piwnica’, a morawskie wino posmakowało Sylwii. Teraz rodzinna piwniczka win to jedno z jej ulubionych miejsc. Ślub z Petrem wzięła w morawskiej winnicy.

W zaproszeniu zaznaczyliśmy, że chodzi o ceremonię przejścia, bo do samego końca nie wiedzieliśmy, czy udzielą nam ślubu – opowiada Sylwia. – Urzędniczka mnożyła problemy. Miesiąc przed ceremonią okazało się, że jeden z dokumentów jest nieważny, bo przepisy się zmieniły. Początkowo nie uznawała też tłumaczeń wykonanych przez polskiego tłumacza. Czeskie tłumaczenia przysięgłe wyglądają inaczej: dokumenty wraz z oryginałem są przedziurawione i połączone sznureczkiem w czeskich barwach narodowych…

Powstał zatem plan B.

Kuzyn Petra skończył żeglugę na szczecińskiej uczelni. Jako marynarz posiada uprawnienia do udzielania ślubu na łodzi. – Niedaleko są Nové Mlýny, zbiorniki zaporowe na rzece. Musielibyśmy tylko odpłynąć dwa kilometry od brzegu – wyjaśnia Petr po czesku. – Nie było takiej konieczności, bo urząd w końcu wyraził zgodę. Trochę to absurdalne, niby jesteśmy w Unii Europejskiej, ale procedury pozostają skomplikowane.

Podczas ceremonii na Sylwię czekała jeszcze jedna niespodzianka. – Zamarłam, gdy urzędnik powiedział, że panna młoda przyjmuje nazwisko męża. A tyle tłumaczyliśmy, jak mam się nazywać! Dopiero po chwili dodał, że zachowam też panieńskie – opowiada.

Wydawało jej się dziwne, żeby w połowie życia – ślub brali, gdy miała 38 lat, a Petr 37 – nagle zacząć inaczej się przedstawiać. Petr proponował, że przyjmie jej nazwisko. Ale to był dla niej o krok za daleko. Stanęło na Svorova Pawełkowicz. – W Czechach używam czeskiego nazwiska, a w Polsce polskiego.

Z perspektywy czasu uważa, że nie był to najlepszy pomysł. – W Czechach poważnie traktowane jest drugie imię. A Sylwia Krystyna Svorova Pawełkowicz nie mieści się na przykład na recepcie!

Przed pandemią i urodzeniem dziecka Sylwia ciągle była w rozjazdach. Pracuje jako konserwatorka zabytków. Specjalizuje się w badaniach – określa oryginalny kolor budynków, datuje powstanie dzieł sztuki, sprawdza, czy obrazy są oryginałami. – To niszowe zajęcie. W Polsce mam renomę. W Czechach trudno się przebić.

Sylwia i Petr, zdjęcie ślubne w piwniczce (fot. Marcin Kruk)

Jedna z technik, które Sylwia wykorzystuje w pracy, to mikroskopia elektronowa. Petr jest specjalistą w tej dziedzinie. – Poderwał mnie na te elektrony.

Atomy! – poprawia ją mąż, który bawi się z 10-miesięcznym Guciem.

Petr oświadczył się już przy pierwszym spotkaniu, na konferencji w Pradze.

Po studiach Sylwia została zatrudniona do badań malowideł w Lidzbarku Warmińskim. Historycy sztuki przypisywali je szkole czeskiej. Sylwia szukała dowodów, które potwierdziłyby tę hipotezę. – Związek historyczny był jasny. W okresie, z którego pochodzą malowidła, biskupem warmińskim był Sorbon, były sekretarz Karola IV. To on ściągnął do Lidzbarka czeskich artystów. W trakcie badań nawiązałam kontakt z Czeską Akademią Nauk. Temat ich zainteresował. Przyjechali wykonać badania nieinwazyjne – ta metoda była jeszcze rzadkością w Polsce. Nawet poświęcili malowidłom konferencję. W ostatniej chwili zdecydowałam się w niej uczestniczyć.

Pierwsza rozmowa Petra i Sylwii dotyczyła piwa. Bo poprzedniego wieczoru Sylwia bezskutecznie poszukiwała gospody. Petr od razu zaproponował wspólne wyjście. Zaoferował też, że przyniesie czeską marihuanę, bo Sylwię interesował jej wpływ na świadomość. Skąd ją wziął? Z ogródka rodziców. Ci dodają marihuanę do zupy ze względu na jej właściwości zdrowotne. Sylwię nurtowało pytanie, czy hodowla jest legalna.

Stwierdzili, że raz była, później nie, po czym przepisy znów się zmieniły. Teraz już się nie orientują. Ale zapewniali, że każdy ma to w ogródku i wszyscy o tym wiedzą – opowiada.

Petr: – Po niedawnym aresztowaniu sąsiada przestali hodować. Akurat załadował samochód, a tu znikąd pojawiła się policja. Pewnie wiedzą, kto handluje, a kto hoduje kilka krzaczków dla zdrowia.

***
W Polsce nie można spokojnie zapalić skręta na ulicy. To jedyna rzecz, która irytuje Davida, partnera Marty. Podczas wizyty w Warszawie musiał się chować przed policją. – W Czechach nikt się nie przejmuje, każdy robi, co chce. Ludzie są dużo bardziej zrelaksowani – opowiada na Zoomie.

Marta, która wcześniej mieszkała na Mokotowie, potwierdza: – Tempo życia w Warszawie jest znacznie szybsze niż w Pradze. Tutaj nie ma takiego wyścigu szczurów. Czesi przywiązują też znacznie mniejszą wagę do wyglądu. Kobiety się zbytnio nie malują ani nie stroją, nawet na piątkowe wyjście. Wiele osób chodzi po mieście w sportowych ubraniach. Na początku obserwowałam ludzi z niedowierzaniem: jak można wyjść z domu w takich butach?, myślałam. Po pewnym czasie zaczęłam doceniać tę normalność.

Marta i David (fot. Archiwum prywatne)

David do 13. roku życia mieszkał w Anglii, gdzie później studiował. Gdy wracał do Pragi, znajomi patrzyli na niego jak na ufoludka. – Mówili, że wyglądam jak pozer. W Londynie wiele osób dwa razy się zastanowi, zanim coś włoży. Ja też się wtedy porządnie ubierałem.

Ale mu przeszło. Na pierwsze spotkanie z Martą poszedł w tym, co miał pod ręką. – Nie postrzegałem tego w kategoriach randki, bo byłbym stremowany. Chciałem po prostu mile spędzić czas.

Odezwał się do Marty w lutym tamtego roku na Tinderze. – Zapewniał, że jest zabawny. Powiedział też, że mieszka na Karlinie. Nigdy tam nie byłam, więc poprosiłam, żeby mnie oprowadził – wspomina ona. 

David słabo zna historię swojej dzielnicy. Ruszyli w stronę Żiżkova, gdzie trwał festiwal jedzenia wegańskiego. – Byliśmy tak pogrążeni w rozmowie, że minęliśmy to miejsce. Nie wypiliśmy też ani jednej kawy! – wspomina Marta.

Przegadali 10 godzin. David myślał, że Marta nie zgodzi się na kolejne spotkanie. – Na odchodnym nie dałem jej nawet buziaka. Poza tym się rozwodzę, mam dziecko. Wychodziłem z założenia, że żadna kobieta mnie nie zechce.

Dla Marty związek z Davidem też był zaskoczeniem. – Obiecywałam sobie, że nigdy więcej nie spotkam się z żadnym Czechem! – mówi. Do Pragi przeprowadziła się ze względu na byłego partnera. Czesi, z którymi umawiała się przez Tindera, wydawali jej się nudni. – Prawdopodobnie przez barierę językową. Większość nie mówiła dobrze po angielsku więc ich żarty wypadały słabo.  

Marta i David wciąż komunikują się po angielsku. David próbował nauczyć się polskiego, ale się poddał. – To taki trudny język! Brzmi jak upośledzony czeski!

Dla Marty związek z Davidem też był zaskoczeniem (fot. Archiwum prywatne)

***
Petr nauczył się polskiego ze słuchu. Poznał Sylwię pod koniec listopada, a cały grudzień spędził już w Polsce. – Moi rodzice się martwili. Byli przekonani, że jest bezrobotny. A on wziął po prostu cały urlop – opowiada Sylwia. To wiele dla niej znaczyło. – Wykazał się inicjatywą, nie bał się przyjechać do obcego kraju. Dzięki temu miałam poczucie, że też mogę do niego przyjechać. Poza tym było mi to na rękę, bo koniec roku jest zawsze niezwykle intensywny. Jeszcze w styczniu kończę zamówienia z grudnia. A później mam przerwę. Wtedy wyżywam się artystycznie.

Sylwia pokazuje obrazy na ścianie. – Moje dzieła. Męża też uwieczniłam.

Na małym płótnie widać Petra grającego w hokeja na lodzie.

***
Honza też nie miał oporów, żeby odwiedzić Martynę we Wrocławiu. Poznali się podczas wymiany studenckiej we Włoszech. – Dobrze się bawiliśmy, ale od początku było wiadomo, że nasze drogi się rozejdą – każde miało wrócić do siebie – opowiada Martyna, kiedy rozmawiam z nią i z Honzą na Zoomie.

Rozłąka nie trwała długo. Trzy miesiące po powrocie do Czech pracodawca Honzy wysłał go w podróż służbową do Warszawy. – Na lotnisku pomyślałem o Martynie. Odezwałem się. Zaczęliśmy do siebie pisać. 

Przez półtora roku utrzymywali związek na odległość. Aż Martynie skończyła się cierpliwość. Z perspektywy czasu Honza przyznaje, że "to ciągnęło się zbyt długo". Martyna akurat odeszła z pracy. Decyzja wydawała się oczywista – to ona przyjedzie do Pragi. Chociaż Honza nie miałby nic przeciwko przeprowadzce do Wrocławia. – Mile wspominam wieczory w barach pod Nasypem. Życie nocne w Polsce jest dużo lepsze niż w Czechach. Knajpy są otwarte do późnych godzin. Tutaj wiele pubów zamykają już o 10 wieczorem.

– Dlatego ludzie chcą się tak wcześnie umawiać na piwo! – wnioskuje Martyna. Przez ostatnie trzy lata zastanawiała się, z jakiego powodu znajomi proponują spotkanie o czwartej po południu…

Przed poznaniem Martyny Honza niewiele wiedział o Polsce. – Katolicyzm i wódka – to jedyne skojarzenia. Nie jestem wyjątkiem. Wielu Czechów nie wykazuje zainteresowania północnym sąsiadem. To frapujące, że w Polsce jest na odwrót. Ciekawe, skąd to się bierze? My wcale nie jesteśmy tacy śmieszni. 

Martyna miała styczność z czeską kulturą od dziecka. Mieszkała w Głubczycach, 15 km od granicy. – W latach 90. spędzaliśmy w Czechach praktycznie każdy weekend. Wiadomo dlaczego: ze względu na smažený sýr! Z mieszkańcami Krnova dogadywaliśmy się bez problemów. Mówiliśmy po polsku, a oni odpowiadali po czesku. Myślałam, że tak jest wszędzie. Dlatego zaskoczyło mnie, że nie mogłam się porozumieć z recepcjonistką praskiego hotelu. 

Honza chciałby lepiej mówić po polsku. Przez chwilę próbował ćwiczyć z aplikacją DuoLingo, ale szybko się poddał. – Powinniśmy się porządnie zabrać do nauki – patrzy znacząco na Martynę. Ta przyznaje mu rację: – Tych parę lekcji przy piwie nie przyniosło rezultatów.

Honza i Martyna świętujący czwartą rocznicę w Edynburgu (fot. Archiwum prywatne)

– To głupie, że myślałem, że polski nie będzie mi potrzebny. Nie pomyślałem o twojej mamie. Tak naprawdę nigdy nie przeprowadziłem z nią żadnej pogłębionej rozmowy. Komunikacja z twoimi znajomymi też jest utrudniona, bo nie wszyscy mówią po angielsku – dodaje Honza.

Martyna podsunęła mu raz książkę "Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic". Akcja rozgrywa się między innymi w Pradze. Czytali ją razem. Razem też lepią pierogi. Przez lockdown mają dużo więcej czasu.

Martyna przygotowuje ciasto, nadzienie to moje zadanie.

***
U Davida i Marty jest tak, że to ona zwykle gotuje. Zawsze bez mięsa. To dla Davida duża zmiana. – Wcześniej myślałem, że wegetariańska kuchnia to smažený sýr s hranolkami [z frytkami]. Teraz wiem, jak smakują tofu, brokuły, leczo, soja. I żurek! Bardzo lubię tę zupę. Chociaż wolę ją z mięsem.

Żurek to jedno z nielicznych polskich słów, które zna David. Marta za to coraz lepiej mówi po czesku. – Wypada nauczyć się języka. W końcu jestem w tym kraju gościem. Poza tym znajomość czeskiego otwiera przede mną więcej możliwości na rynku pracy.

***
Martyna i Honza też na początku rozmawiali po angielsku. Po siedmiu latach przestawili się na czeski. – Wciąż od czasu do czasu wtrącam polskie słowa – zastrzega Martyna. – Przeważnie, kiedy jestem zmęczona i nie mam cierpliwości, żeby wyjaśnić coś po czesku.

Zamierzają wychowywać dziecko dwujęzycznie. – Szczęśliwe dranie! Nie będą musieli się uczyć! – śmieje się Martyna, mając na myśli swoje przyszłe dzieci.

***
Dwujęzyczne są też córki Aleša i Magdy: Helena i Basia – nazywana przez teściów Barą lub Barunką. – Czeskie zdrobnienia też mi się podobają – zapewnia Magda.

Aleš i Magda szukali imion, które będą brzmieć tak samo w obu językach i podobnie wyglądać w piśmie.

Sylwia i Petr podążyli tym samym tropem. Padło na Augusta. – Ani Augustyn, ani Gustaw nie wchodzili w grę. Nie tylko ze względu na akcenty w języku czeskim. Augustyn kojarzył nam się z postacią religijną, a Petr jest antyklerykałem. Z kolei Gustáv Husák, prezydent z okresu komunistycznego, to mocno nieciekawa postać – tłumaczy Sylwia.

Husák przeprowadził między innymi wielką czystkę w partii i doprowadził do usunięcia wszystkich działaczy, którzy nie zgadzali się na politykę całkowitej zależności od Moskwy. A w 1970 roku, jeszcze jako sekretarz generalny partii, podpisał umowę o przyjaźni, współpracy i wzajemnej pomocy z ZSRR, która sankcjonowała "okresowe" stacjonowanie armii radzieckiej na obszarze Czechosłowacji.

Skoda na ślubie Magdy i Alesa w Łodzi (fot. Ula Idzikowska)

***
Magda nigdy nie rozważała przeprowadzki za granicę. – Bo po co?

Zmieniła zdanie, gdy w Turcji poznała Aleša. – To był spontaniczny wyjazd. Pojechałyśmy odwiedzić koleżankę, która była na Erasmusie w Sakaryi, 300 km od Stambułu – opowiada.

Rozmawiamy w mieszkaniu w praskiej dzielnicy Hloubetín.

Kilka tygodni po wyjeździe Magdy Aleš odwiedził ją w Łodzi. – Moja mama nie była zbytnio szczęśliwa – przyznaje Aleš po polsku.  

W ciągu dziewięciu miesięcy nie pojechał ani razu do domu do Turnova  – wtrąca Magda.

Rzadko rozmawiałem z rodziną, bo Internet był kiepski. Czeski roaming to masakra.

Tak było 10 lat temu. Po kilku miesiącach związku na odległość Magda przeprowadziła się do Pragi. Początki były trudne. – Ryczałam. Zastanawiałam się, po co tu przyjechałam. Skończyłam archeologię, a w Pradze wylądowałam w IT, w service desk. Ta praca nie miała żadnego związku z moimi zainteresowaniami i wykształceniem. Kosztowało mnie to sporo stresu. Musiałam się przestawić na angielski, co też było męczące.

Kroplą, która przelała czarę goryczy, była śmietana. – U nas jest jedna: gęsta, kwaśna. A tu używa się dwóch. Smetana na varení [do gotowania] jest rzadka. Chciałam zrobić sos. W sklepie wzięłam pierwszą z brzegu śmietanę dwunastkę. Otwieram, wlewam do garnka, a tu mleko! Wtedy się załamałam. W tym kraju wszystko jest dziwne, nawet normalnej śmietany nie ma, myślałam. Zaczęłam mówić mężowi, jakie Czechy są beznadziejne. Do tej pory mi to wypomina.

Aleš spogląda na żonę z rozbawieniem. – Dla mnie Polska to dziwny kraj. Na jednym billboardzie przeczytałem: Dla odporności waszych dzieci. W czeskim ‘odporny’ znaczy ‘obrzydliwy’.

Wpadki językowe są nieuniknione ze względu na podobieństwo czeskiego i polskiego.

Raz powiedziałam: "Ale mi się chce piciu". Aleš spojrzał na mnie wytrzeszczonymi oczami i poprosił, żebym tak więcej nie mówiła. Zwłaszcza przy jego rodzicach. ‘Píca’ to wulgarne określenie kobiecego narządu rozrodczego lub samej kobiety…

Na pierwszym spotkaniu z rodzicami Aleša nie doszło do żadnych nieporozumień, ale nie obyło się bez niespodzianek. – Teściowa pewnie pomyślała, że urwałam się z choinki. Umalowana, ze zrobionymi paznokciami, obwieszona biżuterią – trochę odstawałam od turnovskiej normy. Tam wszyscy chodzą w sportowych ubraniach i górskich butach. A ja przyjechałam z Łodzi. Na co dzień nosiłam szpilki!

Magda podejrzewa, że teściowa na początku jej nie rozumiała. – Dzień przed ślubem byłam u manikiurzystki, a teściowa: po co? A ja mam normalnie umalowane paznokcie, to co dopiero na własny ślub! Ale się przyzwyczaiła. Traktuje mnie jak córkę. Chyba dlatego, że moja mama jest daleko… Może w końcu dzielić się przepisami! U nas nie ma przekomarzania się, czyj sposób na tę czy inną potrawę jest lepszy. Bo w Polsce nie robimy svíckovej [danie z polędwicy wołowej z sosem śmietanowym na bazie warzyw korzeniowych, z dodatkiem bitej śmietany i żurawiny] ani cesnecki [zupa czosnkowa]!

***
Chociaż Magda tęskni za Polską, to nie zamierza wracać. Podejrzewa, że z dwójką dzieci byłoby trudno zacząć wszystko od nowa.

Martyna i Honza z chęcią pomieszkaliby za granicą. Najchętniej we Włoszech. – Na pewno nie w Polsce! – zarzeka się Martyna.

Petr w Czechach nie znajdzie już lepszej pracy, dlatego razem z Sylwią myślą o wyjeździe. Rozważają Australię. I Polskę.

Marta i David zostają w Czechach. Po rozwodzie Davida i pandemii planują ślub. – Taki na luzie, w pobliskim parku Stromovka. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że kiedykolwiek wyjdę za mąż. A już na pewno nie za Czecha!      

Ula Idzikowska. Dziennikarka, reporterka. Absolwentka filologii niderlandzkiej, literatury porównawczej i dziennikarstwa śledczego. Obecnie mieszka w czeskiej Pradze. Poprzednie 11 lat spędziła w Belgii, Holandii i reszcie świata. Pisze o migracji i tematyce społecznej.