Reportaż
Gdy uczniowie na chwilę wrócili do szkoły między falami pandemii, Ola zauważyła, że są o wiele bardziej agresywni (Bartosz Banka / Agencja Gazeta)
Gdy uczniowie na chwilę wrócili do szkoły między falami pandemii, Ola zauważyła, że są o wiele bardziej agresywni (Bartosz Banka / Agencja Gazeta)

Lekcja 1: "Do mnie nie idzie się za karę"

Ola od dziewięciu lat pracuje jako psycholog w dwóch szkołach podstawowych. 11 godzin w jednej, tyle samo w drugiej. W pierwszej ma pod opieką 330 dzieci, w drugiej 320.

Gdy pytam o jej rolę w szkole, od razu odpowiada: walka z podejściem, że psycholog "to ten od wariatów". – Jest problem z uczniem, rodzic przychodzi do mnie i mówi: "Chce pani z mojego dziecka zrobić wariata. On tylko symuluje" albo: "Przechodzi okres buntu". A w rzeczywistości jemu wali się świat. Albo ma niezdiagnozowane zaburzenie. Raz przez dwa lata walczyłam, żeby rodzice poszli z dzieckiem do poradni pedagogiczno-psychologicznej. Diagnoza – zespół Aspergera. Inni martwią się, "co ludzie powiedzą". Wracają z płaczem, gdy jest już bardzo źle, bo "syn nie wraca na noc, wpadł w złe towarzystwo, uderzył mnie".

Anna też ma po pół etatu w dwóch zespołach szkół. Pod jej opieką jest około 450 dzieci. Gmina, w której pracuje, dopiero dwa lata temu dała dyrekcjom szkół pieniądze na psychologa. Anna stworzyła to stanowisko od zera.

Po wielu latach mieszkania i studiowania w mieście wróciłam w rodzinne strony. Zderzyłam się z zupełnie inną rzeczywistością. W jednej ze szkół dzieci mają ogromne problemy z agresją, nauka jest dla nich nudna, zbyt trudna. Na prawie każdej przerwie ktoś się z kimś bije, często przyjeżdża policja. Większość dzieci przeklina. Gdy przychodzi rodzic, często okazuje się, że i z nim trudno jest rozmawiać, bo porozumiewa się krzykiem. Tutaj ciężko osiągać wysokie cele, codziennie zajmujemy się interwencjami – opowiada.

Między dwiema falami pandemii, gdy dzieci dowiedziały się, że znów muszą wrócić do nauki zdalnej, zaczęły płakać (Agnieszka Sadowska/ Agencja Gazeta) , (Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)

Na początku niewielu uczniów do niej przychodziło, więc zaczęła organizować dla nich dodatkowe zajęcia. – Graliśmy w planszówki, rozmawialiśmy. Z czasem zaczęli mi ufać, zobaczyli, że do mnie nie idzie się "za karę".

Szkoły, jak mówi, w dalszym ciągu funkcjonują na utartych schematach. – Jak dzieci się pokłócą, idą do pedagoga, żeby się przeprosić, potem dostają uwagę do dzienniczka. Sprawa zamknięta. Zdarzyło się, że nauczyciel przy mnie krzyczał na uczniów. Ja pracuję innymi metodami – mówi Anna.

Magdalena przez trzy lata pracowała w wiejskiej szkole podstawowej na południu Polski. Była tam pierwszym w historii psychologiem. Ale się wypaliła. Przeniosła się do miasta średniej wielkości, znalazła pracę na pół etatu w dwóch szkołach ponadpodstawowych. Ma pod opieką około 800 dzieci.

Mówi, że w szkole podstawowej na wsi praca nad dzieckiem była tak naprawdę pracą nad rodzicem, który często nie chciał współpracować. – Dziecko kopie innych uczniów, szczypie, jest nadpobudliwe. Wzywamy mamę – nie przychodzi. Tata? Przepadł albo wraca do domu co kilka miesięcy. Na oczy go nie widziałam. Wtedy pozostaje jedno – wysłanie pisma do sądu.

Gdy już jakiś rodzic się pojawia, mówi: szkoła szuka guza, proszę nie drążyć.

W liceum dzieci same do niej przychodzą. – Młodzież szuka dla siebie pomocy. Uczeń mówi mi, że potrzebuje terapii, że sobie nie radzi. Jeśli nie ma skończonych 18 lat, muszę powiadomić rodziców, jaka jest sytuacja. A rodzic ma już opinię na ten temat, zazwyczaj sterowaną przez stereotypy: "Po co mu terapia, ludzie powiedzą, że głupi jest. Ja sobie jakoś sam radziłem, więc on też sobie poradzi".

W czasie szkolnego lockdownu Anna, Magdalena i Ola pracują zarówno zdalnie, jak i w szkole. Z uczniami i nauczycielami kontaktują się przez Librusa, programy do wideokonferencji, a także telefonicznie. Taką rozmowę z uczniem nie zawsze udaje się przeprowadzić – może nie być do niej warunków. Z braku komputera czy stabilnego internetu kontakt dzieci ze szkołą, nauczycielami, rówieśnikami bywa utrudniony.

Anna, Magdalena i Ola są tego samego zdania: problemy wypłyną dopiero wtedy, gdy dzieci na dobre wrócą do szkół.

Lekcja 2: "Czasem muszę wybierać"

Praca w dwóch szkołach jednocześnie to orka na ugorze. – Zdarza się, że pod moim gabinetem ustawia się kolejka dzieci – mówi Ola.

Regularnie spotyka się z uczniami z tak zwanymi orzeczeniami i opiniami z poradni psychologiczno-pedagogicznej, na przykład z dziećmi ze spektrum autyzmu. Nie ma prywatności, bo gabinet dzieli ze szkolnym pedagogiem. Na zajęciach używa pomocy dydaktycznych, które kupuje za własne pieniądze. Bo szkoły nie stać. Ostatnio na zestawy obrazków z sytuacjami społecznymi wydała 280 zł. Miesięcznie zarabia 2300 zł na rękę.

Jestem taką "zapchaj dziurą". Gdy tylko nie ma jakiegoś nauczyciela, dyrekcja wysyła mnie na zastępstwo albo dyżur, niepłatny dodatkowo, bo „w ramach obowiązków służbowych”. Bywało, że chodziłam z dziećmi na rekolekcje, bo nauczycielowi coś wypadło. Albo że miałam umówione spotkanie z rodzicem, ale musiałam je odwołać, bo nie miał kto iść z dziećmi do kina – opowiada Ola.

Po pierwszej fali pandemii, gdy dzieci z klas 1–3 wróciły do szkół, na pracę psychologa zostały jej dwie godziny, ponieważ dyrekcja oddelegowała ją do opieki nad uczniami w świetlicy. A pracy było coraz więcej, bo dzieci zgłaszały stany depresyjne, zaczęły się samookaleczać. – Od dyrektora zawsze słyszę to samo: nie mam kogo dać.

Anna na czas pandemii nagięła swoje zasady i udostępniła numer telefonu rodzicom. – Nie wszyscy potrafią obsługiwać komputer – tłumaczy. – Bywa, że ktoś dzwoni o 21, bo coś pilnego. W Wigilię też miałam telefon. Rozumiem rodziców, ale nikt mi za pracę po godzinach nie płaci.

Magdalena spotkania z uczniami ma zazwyczaj umówione na kilka tygodni do przodu. – Po pomoc przychodzą do mnie sami albo przyprowadzają siebie nawzajem. Uczeń mi mówi: "Wie pani, ja mam kolegę, który potrzebuje pomocy, to ja z nim do pani przyjdę". Potem czeka pod gabinetem, aż skończę z nim spotkanie – opowiada. – To zabrzmi okrutnie, ale czasem muszę wybrać, zdecydować, czy danemu uczniowi poświęcę tylko trzy–cztery spotkania, czy więcej – mówi.

Bo na jego miejsce już czeka kolejne dziecko.

Lekcja 3: "Na efekty trzeba poczekać"

Zdarza się, że mną się dzieci straszy: "Jak będziesz niegrzeczny, pójdziesz do psychologa!". Czasem nauczyciel przyprowadza do mnie krnąbrnego ucznia i mówi: zrób z nim coś. Tak jakbym miała przekręcić śrubkę i oddać naprawione dziecko. To tak nie działa – buntuje się Ola.

Trafiła do niej dziewczynka ze zdiagnozowanym mutyzmem wybiórczym – odzywała się tylko do kilku osób: rodziców, dziadków. W szkole do nikogo. Do tego była bardzo nieśmiała. – Nie miała koleżanek, kolegów, chodziła ze spuszczoną głową, twarz chowała za włosami. Nauczyciele nie wiedzieli, czy potrafi czytać, liczyć – opowiada Ola.

Miała terapię poza szkołą i zajęcia z Olą. – Spacerowałam z nią po całej szkole, odwiedzałyśmy panie kucharki w stołówce, panie w sekretariacie, zaglądałyśmy do pani dyrektor, do woźnych. Żeby powiedzieć „dzień dobry”. Po raz pierwszy odezwała się do mnie po pół roku: "Proszę pani, mam nowe buty". Do wychowawczyni – po roku. Dało mi to mnóstwo radochy. Po czym w pokoju nauczycielskim usłyszałam: "Tak długo ci to zajęło?".

W pracy psychologa na efekty trzeba nieraz długo czekać – mówi Anna.

A nauczyciele potrafią powiedzieć: "Zgłosiłem ucznia do pani psycholog, ale jak widać, spotkania nic nie dają". Nawet im trudno zrozumieć, że to trwa. Na przykład uczeń X – niebezpieczny, agresywny, skory do bójek, nieobliczalny. Wybuchał jak wulkan. Był traktowany zawsze jak sprawca. – Nikt nie próbował dowiedzieć się, skąd się bierze takie zachowanie – wspomina Anna.

'Czasem nauczyciel przyprowadza do mnie krnąbrnego ucznia i mówi: zrób z nim coś. Tak jakbym miała przekręcić śrubkę i oddać naprawione dziecko' (Shutterstock.com) , (Bartosz Bańka / Agencja Gazeta)

Okazało się, że każda przerwa była dla niego udręką, bo dzieci się z niego wyśmiewały, wykluczały go z grupy. – To zaczynało się już rano, w szkolnym autobusie. Wyzywały go, zaczepiały. Chłopak miał nietypową sytuację rodzinną: sześcioro rodzeństwa, dzieci miały różnych ojców. Uczniowie wołali: "Twoja matka się puszcza", albo śmiali się z jego ciemnoskórego ojczyma. Chłopak nie wytrzymywał i wpadał w szał: bił, kopał, doszło do tego, że rzucał w oprawców kamieniami – opowiada.

Kiedy zaufał Annie, okazało się, że jest bardzo wrażliwy. Potrzebował wsparcia, nie umiał reagować na wyzwiska, zwłaszcza gdy dotyczyły jego rodziny. Chciał jej bronić. – Niestety w sposób, który był niebezpieczny dla innych. Tylko taki znał. Pracowałam z nim nad samokontrolą, uczył się oddychać, rozpoznawać i wyciszać emocje, wyrażać swoje zdanie w akceptowalny sposób, bronić się. Wuefista udostępnił mu worek bokserski, żeby mógł rozładować napięcie. Z miesiąca na miesiąc udawało mu się coraz lepiej kontrolować swoje reakcje, wzmacniała się jego samoocena. Równocześnie pracowałam wraz z wychowawcą z jego grupą rówieśniczą. Chłopak bardzo się zmienił. Myślę, że gdyby nie otrzymał pomocy psychologicznej, bardzo szybko wszedłby w konflikt z prawem – mówi Anna.

Jej zdaniem w szkołach mało czasu poświęca się na budowanie zespołu, mediacje, na działania związane z przeciwdziałaniem dyskryminacji. – Prawie w każdej klasie jest ktoś wykluczony – z różnych przyczyn – a uczniowie bywają bezlitośni – tłumaczy psycholożka.

Teraz, gdy dzieci do szkoły nie chodzą, to wykluczanie odbywa się online. – Dzieci mają swoje grupy, czaty klasowe, do których nauczyciele i rodzice nie mają dostępu. Uczniowie zgłaszają mi, że są tam obrzucani wyzwiskami. Ale nie do końca wiemy, co się między dziećmi dzieje. Pewnie we wrześniu wyjdzie na jaw, jaka jest skala problemów.

Magdalenie kontakt zdalny ułatwił pracę. Jej zdaniem spotkania w szkole to nie terapia. – Nie ma na to warunków. W każdej chwili nauczyciel może mi wejść do pokoju i poprosić mnie do pilnej sprawy. Nie ma anonimowości. Inni uczniowie widzą, że ich kolega u mnie był. Bywa, że nauczyciel mi mówi: "Słuchaj, jest taki uczeń, o którego się martwię, ale wiem, że sam do ciebie nie przyjdzie". Wtedy przygotowuję dla klasy zajęcia na przykład o depresji. Zachęcam dzieci, żeby opowiedziały mi o tym, co je niepokoi, bo po co żyć z niepokojem? Potem one opisują mi w Librusie swoje historie. Ale spotkać się nie chcą, bo się wstydzą. Mówią: "To ja będę do pani pisać, bo tak mi łatwiej, dobrze?".

Ale już z nastolatką, której rodzice się rozstali, Magdalena widzi się co tydzień – raz osobiście, raz online. Dziewczynka została z tatą. Z mamą kontaktuje się tylko telefonicznie lub przez Skype’a. – Nauczyciel ją do mnie pokierował, bo przestała przychodzić na lekcje, nie oddawała prac. Jest zagrożona z kilku przedmiotów i istnieje ryzyko, że nie zda do kolejnej klasy. Ma stany depresyjne. Mówi, że zazdrości koleżankom, że idą z mamą na zakupy, ona nie wie, co to znaczy. Mama się z domu wyprowadziła, jak ona miała siedem lat – opowiada Magdalena.

Lekcja 4: "Trudno do nich dotrzeć"

Między falami pandemii, gdy dzieci wróciły do szkoły, zauważyłam, że są wobec siebie bardzo agresywne, nie panują nad swoimi emocjami, jak tylko im się coś nie podobało, od razu kopały, biły. Gdy dowiedziały się, że znów muszą wrócić do nauki zdalnej, zaczęły płakać – opowiada Ola.

Wśród starszych dzieci panuje marazm, są przeciążone, mają bardzo obniżony nastrój, zaburzony cykl dobowy. – Chodzą spać późno, bo oglądają do nocy seriale, grają w gry, budzą się zmęczone, lekcje odpalają w łóżku, nie wychodzą cały dzień z piżamy, bo nie muszą. Piszę do nich na Teamsach, często nawet nie odczytują wiadomości. Trudno do nich dotrzeć – wylicza psycholożka.

Wśród starszych dzieci panuje marazm, są przeciążone, mają bardzo obniżony nastrój, zaburzony cykl dobowy (Shutterstock.com) , (Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

Była niedawno na wizycie domowej – mama nie wiedziała, co robić z synem, bo przestał wychodzić z pościeli, myć się, jeść. Trzeba było wzywać pogotowie. – Do dziecka, które ma objawy ciężkiej depresji, bo od dwóch tygodni nie opuszcza łóżka, jest apatyczne i nie je, nikt by jednak nie przyjechał. W Polsce trzeba powiedzieć, że dziecko chce się targnąć na własne życie. Tak to u nas działa – mówi Ola.

Pierwszy sygnał, że coś jest nie tak: uczeń przestaje się logować na lekcje, ma coraz gorsze oceny albo nie wiadomo, czy się loguje, czy tylko udaje, że jest zalogowany, bo kamerka wyłączona, mikrofon też. – Gdy skontaktujemy się z rodzicami – a nie zawsze jest to możliwe – wychodzi na jaw, że "mąż stracił pracę, robi w domu burdy, córka nie chce wchodzić na Teamsy, bo boi się, że ojciec zrobi coś głupiego albo że jak włączy mikrofon, to będzie słychać awanturę" – opowiada Ola.

Dla Anny praca z dziećmi online to wyzwanie. Trudno jej podczas takich zajęć sprawić, żeby się nie nudziły, nie zamykały się. – W gabinecie mam zabawki, planszówki, jak dziecko jest wycofane, mogę w każdej chwili chwycić za piłkę albo bierki i rozmawiać z nim, jednocześnie się bawiąc. Zdarzyło mi się kilka rozmów interwencyjnych online. Na przykład rodzic zgłosił mi, że jego dziecko się samookalecza. Miałam z nim porozmawiać przez kamerę. Ono jej nie włączyło. To była szalenie trudna rozmowa – wspomina.

Najbardziej niepokoją ją nastroje uczniów. – Są jakby odłączeni, wycofani, nie chcą się pokazywać w kamerkach, nie wiadomo, co robią w czasie rozmowy czy lekcji. Niektórzy mają ogromne zaległości w nauce. Inni są nią przeciążeni, tylko się uczą, z nikim się nie spotykają.

Pandemia pogłębiła problem, który Anna widziała już wcześniej – że dzieci nawiązują coraz mniej kontaktów społecznych. – Kiedyś problemy siedmio-, ośmioklasistów głównie kręciły się wokół spraw rówieśniczych, ważne były przyjaźnie, pierwsze zakochania. Teraz oni nie mają na to przestrzeni. Albo nie potrafią budować relacji, mówią, że się wstydzą. Dzieciom brakuje dziś luzu, mają gorzej niż pracownicy korpo. Co z tego, że znają na pamięć daty powstań, pół katechizmu, cykle rozmnażania się pantofelka, jeśli jednocześnie wstydzą się rozmawiać, nie mają przyjaciół, popadają w depresję, czują się samotne.

Magdalena nie pamięta, żeby kiedykolwiek założyła tyle Niebieskich Kart, ile w grudniu zeszłego roku – jako psycholog szkolna może wszcząć taką procedurę. – Wiedziałam, że dzieci są zamknięte w domach, wiedziałam, że wiele ma bardzo trudną sytuację – same zgłaszały mi, że doświadczają przemocy psychicznej lub fizycznej ze strony któregoś z rodziców. Wiedziałam też, że nie będę mieć z nimi przez miesiąc kontaktu, bo rząd połączył przerwę świąteczną z feriami.

Wierzy, że Niebieska Karta działa. – W wielu rodzinach przemoc wiąże się z chorobą alkoholową. Niebieska Karta może nie zmusi rodzica do leczenia się, ale przynajmniej sprawi, że odczuje on negatywne skutki picia: musi zgłosić się do poradni uzależnień, złożyć odpowiednie dokumenty, porozmawiać z dzielnicowym – wylicza.

Lekcja 5: "Skąd czerpać satysfakcję?"

W pierwszej klasie poznajesz takiego brzdąca z plecakiem, który jest od niego większy. Ten brzdąc rośnie. Ani się obejrzysz, a on jest już w ósmej klasie, wyższy od ciebie i musisz zadzierać głowę, żeby z nim pogadać. I on wtedy mówi: "Dziękuję za rozmowy, pani psycholog" – mówi Ola.

Anna największą satysfakcję czuje, gdy dzieci się otwierają, okazują radość, że mają kogoś, kto po prostu zapyta "co słychać?". Kto ich wysłucha bez oceniania. – A najbardziej cieszą się te, które sprawiają najwięcej "kłopotów".

Magdalena nie lubi narzekać na swoją pracę. Mówi, że to nic nie zmieni. Udało jej się stworzyć system wsparcia, który działa – współpracuje na co dzień z dwoma psychiatrami dziecięcymi, Poradnią Pedagogiczno-Psychologiczną i Zespołem ds. Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie, gdzie może dzieci skierować. – To dla mnie ważne, bo nie jestem sama.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. Jeśli chcesz się podzielić ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.