Reportaż
Widok na Rzeszów (fot. Shutterstock)
Widok na Rzeszów (fot. Shutterstock)

9 maja Rzeszów ma wybrać prezydenta. Polityczni komentatorzy przywiązują do tego wydarzenia dużą wagę. Okaże się bowiem, czy zjednoczona opozycja ma szansę wygrać z coraz bardziej podzieloną prawicą.

"Prawdziwy Rzeszów" też bywa podzielony. Jedna połowa kibicuje Stali, druga Resovii, jedna ubóstwia PiS, druga go nienawidzi, jedna ogląda tylko TVP Info, druga TVN 24. Ale mimo podziałów wszyscy mają "oko na swojego". Sąsiad pilnuje sąsiada, samochód można zostawić przed blokiem otwarty i nikt go nie ruszy.

To dlatego ludzie z zewnątrz nigdy w Rzeszowie łatwo nie mieli. I dlatego handlarze z targowiska w pobliżu ścisłego centrum miasta i niedaleko dużej galerii handlowej zarzekają się, że żaden ze "spadochroniarzy" (jak nazywa się kandydatów na prezydenta spoza Rzeszowa) nie będzie miał w wyborach szans. I dlatego przez 18 lat rządził miastem jeden człowiek, Tadeusz Ferenc, który z powodu słabego zdrowia ogłosił odejście z urzędu w wieku 81 lat.

O schedę po nim walczą:

– Marcin Warchoł, poseł Solidarnej Polski, sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, oficjalnie popierany przez ustępującego prezydenta;

– Ewa Leniart, wojewoda podkarpacka, kandydatka popierana przez PiS;

– Waldemar Kotula, radny Rzeszowa wystawiony przez Porozumienie Jarosława Gowina;

– Konrad Fijołek, wiceprzewodniczący rady miasta, wspólny kandydat partii opozycyjnych (Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, PSL i Polski 2050);

– Grzegorz Braun, poseł Konfederacji;

– Maciej Masłowski, były poseł Kukiz ’15;

– Kazimierz Rochecki, przewodniczący rady osiedla Śródmieście, były działacz Samoobrony.

Kandydat na urząd prezydenta miasta Rzeszowa Marcin Warchol (po prawej) oraz były prezydent miasta Tadeusz Ferenc (fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta)

Najpoważniejszymi kandydatami do urzędu są Warchoł i Fijołek, choć spore szanse na wejście do drugiej tury ma Leniart. Na to wskazuje sondaż IBRIS, według którego kandydat opozycji w drugiej turze wygrałby zarówno z kandydatem Solidarnej Polski, jak i kandydatką PiS.

Prawdziwe problemy

Wielka polityka bardzo chce się mieszkańcom narzucać. Na rynku co chwila ustawiają się kandydaci, przed kamerami ogłaszają swój program albo oskarżają politycznych rywali. W okolicach ratusza rozstawiły się wozy telewizji, reporterzy z mikrofonami biegają po starówce i pytają przechodniów o polityczne preferencje.

Pan Marian, który zmierza właśnie do salonu optycznego, narzeka, że na rok 2021 miał wyznaczoną operację biodra. Ale planowany od dawna zabieg odwołano i przesunięto na "święty nigdy".

Pyta pan, jak się żyje w Rzeszowie, to mówię: żyje się do d… – pan Marian odpowiada krótko. Dodaje, że Rzeszów nie jest jednak na mapie polski wyjątkiem. Jego siostra mieszka w Łodzi i tam jest to samo: siostra ma nowotwór, a w przychodni musi czekać w długich kolejkach. Co z tego, że będzie czternasta emerytura, skoro wszystko, łącznie z lekami, strasznie drożeje? A na to prezydent Rzeszowa nic nie zaradzi. Dla pana Mariana wybory nie mają więc znaczenia, bo niewiele zmienią.

Właścicielka sklepu obuwniczego na rzeszowskiej starówce tylko macha ręką. – W pandemii obroty spadły prawie o połowę. Najgorsza była pierwsza fala koronawirusa, wiosną poprzedniego roku. Wtedy ludzie tak się wystraszyli, że przez miesiąc było zupełnie pusto. Potem trochę się polepszyło, ale ostatnio znowu jest źle. Przychodzą tylko stali, wierni klienci.

Kolejne fale pandemii przekładają się na obuwniczy biznes szczególnie pechowo. – Wie pan, dla nas najlepszy okres to jest jesień: powrót z urlopów, powrót do szkół. Wtedy ludzie kupują buty najchętniej. I tak się składa, że przypadków koronawirusa najwięcej jest jesienią i teraz, wiosną, kiedy ruch też jest zwykle większy. A czynsz, ZUS i podatki trzeba płacić…

Jak się żyje w mieście? Całkiem dobrze – uważa. Według niej Rzeszów wypiękniał za czasów prezydenta Ferenca. Starówka ma ładne, urokliwe uliczki, jest parę parków, bulwary nad Wisłokiem.

Innego zdania jest jej pracownica: – Rzeszów został zabetonowany. Jest za mało terenów zielonych, drzewa wycięte, wszędzie tylko kostka brukowa – mówi.

Szefowa kręci głową: – Jedyne, co mogłoby się zmienić, to ruch uliczny. Dojeżdżam do pracy codziennie i w godzinach szczytu stoję w korkach 30–40 minut. Na kogo głosuję? Na patriotę – uśmiecha się porozumiewawczo.

Według właścicielki sklepu obuwniczego Rzeszów wypiękniał za czasów prezydenta Ferenca (fot. Mariusz Sepioło) , Starówka ma ładne, urokliwe uliczki, jest parę parków, bulwary nad Wisłokiem (fot. Mariusz Sepioło)

Co do zmiany?

Gospodarka przestrzenna i ruch uliczny – tu należy szukać głównych zarzutów wobec ustępującego prezydenta. Krytycy Tadeusza Ferenca twierdzą, że nie zapanował nad samowolką deweloperów, a nawet więcej – pozwolił im wgryzać się w miejską tkankę coraz głębiej. Dziś w Rzeszowie powstają biurowce i apartamentowce, wciśnięte w krajobraz plomby odgrodzone od reszty miasta wysokimi płotami i szlabanami.

Kolejny zarzut: zabudowa nabrzeży Wisłoka. Nad rzeką powstają osiedla bloków. Wzrósł więc ruch samochodowy, a w miejscach, w których mogłoby być po prostu zielono, są parkingi na kilkaset aut.

I większy jest ścisk w autobusach. Na lepsze zmieniła się estetyka miasta, a na gorsze przestrzeń. Jest bardziej chaotyczna, mniej zielona, mniej przyjazna pieszym i seniorom – uważa Patrycja, mieszkanka Rzeszowa od dekady.

Wychowała się w małej miejscowości pod Rzeszowem, ale to tu uczyła się w liceum i studiowała. – Rzeszów był dla mnie naturalnym centrum życiowej aktywności niemal od zawsze: tutaj robiło się zakupy, tu pracowali rodzice, tu zdobywałam wykształcenie. To z Rzeszowem wiążą się najlepsze wspomnienia z młodości: licealne przyjaźnie i miłości, imprezy, piwo pite po maturze na rynku, ślub w ratuszu czy pierwsze kroki mojego syna stawiane na rzeszowskich ulicach – mówi Patrycja.

Jak wielu rzeszowian różnych pokoleń długo nie wyobrażała sobie momentu, w którym prezydent Tadeusz Ferenc ustąpi.

Kiedy został prezydentem, miałam 17 lat, więc całe moje dorosłe życie to był Rzeszów Tadeusza Ferenca – przyznaje.

Gospodarka przestrzenna i ruch uliczny – tu należy szukać głównych zarzutów wobec ustępującego prezydenta (fot. Mariusz Sepioło)

Ale czym innym jest sentyment, a czym innym realne perspektywy, jakie dawało i daje to miasto.

Po doświadczeniu emigracji, zagranicznych studiach i pracy, powrót do Rzeszowa był z jednej strony decyzją oczywistą: tu jest moja rodzina, są przyjaciele, z drugiej – niezwykle trudną. Miałam świadomość, że zawężają się moje możliwości zawodowe i edukacyjne.

Patrycję wkurzają ceny nieruchomości niewspółmierne do zarobków. I uboga oferta kulturalna, rekreacyjna, chaos urbanistyczny, zła jakość powietrza, brak terenów zielonych.

Te braki w swojej kampanii chce wykorzystać Konrad Fijołek. Zapytany o cele prezydentury na pierwszym miejscu wymienia poprawę gospodarki przestrzennej. A Patrycji najbardziej brakuje właśnie zieleni, przestrzeni do rekreacji, miejsc bez samochodów.

Ale nie tylko. Także zróżnicowanego i atrakcyjnego finansowo rynku pracy. I przestrzeni na kulturę oddolną. Możliwości włączenia się szerokiej grupy mieszkańców do aktywności w bieżących sprawach. Poczucia, że to jest nasz dom i mamy prawo żądać od władz, by o niego dbały – wylicza.

Ewa, starsza o pokolenie od Patrycji, brak przestrzeni dla "kultury oddolnej" nazywa ostrzej: – Mafia rzeszowska. Układy i układziki zajmują stołki od lat. Co się powinno zmienić? Ratusz i układy po Ferencu.

Trudno stwierdzić, czy mityczny "układ" w ogóle istnieje i kto tak naprawdę miałby go tworzyć. Wiadomo jedno: dla stron politycznego sporu "układ" jest zawsze argumentem w dyskusji, wygodną pałką do bicia politycznego rywala.

Inny rzeszowianin się irytuje: – Scenę polityczną zabetonowano na 20 lat. Powstawiano swoich. Prezesi spółdzielni mieszkaniowych będą prezesami dożywotnio. Deweloperzy mają dużo do powiedzenia, media w dużym stopniu też były kontrolowane przez ratusz. Opozycja nie miała szans, żeby się wybić.

Konrad Fijołek, zapytany o cele prezydentury na pierwszym miejscu wymienia poprawę gospodarki przestrzennej (fot. Mariusz Sepioło)

Sensacja w lany poniedziałek

W święta znów cała Polska patrzyła na Rzeszów. W Poniedziałek Wielkanocny gruchnęło: w tym mieście zaszczepić się może każdy, niezależnie od wieku, bez rejestracji. W mediach społecznościowych pojawiły się zdjęcia kolejek do przychodni przy ul. Rejtana. Efekt? Z rządowego raportu wynika, że w Rzeszowie, mieście na prawach powiatu liczącym niecałe 190 tys. mieszkańców, zaszczepiono dotąd już ponad 119 tys. osób.

Sprawa stała się okazją do politycznej przepychanki. Opozycja pytała w mediach, czy masowe szczepienia w Rzeszowie nie są formą "wyborczego przekupstwa". Głos zabrał Michał Dworczyk, pełnomocnik rządu ds. szczepień, który przekonywał, że szczepienia przebiegają wszędzie w takim samym tempie, czyli szybko

Mieszkańcom masowe szczepienia się podobają.

Teraz już przestało być ważne, kto to wymyślił i dlaczego. Jak jest okazja się zaszczepić, to się szczepimy. Ja też się zaszczepiłem i przynajmniej jestem spokojniejszy – mówi rzeszowianin mieszkający z mamą w wieku emerytalnym, szczególnie zagrożoną ciężkim przebiegiem choroby.

Dr Stanisław Mazur, prezes Centrum Medycznego "Medyk", które tak sprawnie szczepi mieszkańców miasta, zarzeka się, że sprawa nie ma związku z polityką, a "jego partią jest miasto".

Czy podobne zasady wyznaje ustępujący prezydent Rzeszowa? Wielu zaczęło w to wątpić, kiedy okazało się, że Tadeusz Ferenc sympatyzuje z politykiem Solidarnej Polski.

Dawnych wyborców Ferenca dziwi też, dlaczego poparł "przyjezdnego". Warchoł, urodzony w miejscowości Nisko, 60 km od Rzeszowa, studia kończył na Uniwersytecie Warszawskim. Od lat mieszka w stolicy. Stamtąd przyjechał niedawno do Rzeszowa, by przekonywać mieszkańców do siebie, chodząc po ulicach bez maseczki.

Rzeszowianie zadają sobie pytanie: czy poparcie dla Warchoła to polityczny deal? Przypominają, jak jesienią 2020 roku prezydent Ferenc w obecności Marcina Warchoła podpisał akt notarialny przekazujący na rzecz Ministerstwa Sprawiedliwości, w którym Warchoł pełni funkcję sekretarza stanu, teren pod budowę nowego budynku sądu okręgowego. W zamian miasto miało otrzymać do użytkowania jeden z najbardziej charakterystycznych i reprezentacyjnych budynków: Zamek Lubomirskich, dotąd należący do ministerstwa. Prezydent Ferenc ogłosił, że wymiana doszła do skutku "dzięki rozmowom prowadzonym z panem Marcinem Warchołem oraz przychylności ministra Zbigniewa Ziobro".

Dziś biuro poselskie Marcina Warchoła wielkim szyldem informuje, że zagwarantuje on miastu "dobrą kontynuację". To oczywiste nawiązanie do "dobrej zmiany".

Biuro poselskie Marcina Warchoła (fot. Mariusz Sepioło)

Odpowiednie podejście

Tadeusz Ferenc przez lata był przez większość mieszkańców uważany za kogoś stojącego ponad politycznymi sporami. Rzeszowianom, którzy od 2002 roku wybierali go na kolejne kadencje, nie przeszkadzało, że od 1964 do końca PRL należał do PZPR. Liczyły się konkrety: nowe, równe ulice, bloki mieszkalne, galerie handlowe i obiekty sportowe dla miejscowych klubów. Podczas kiedy konkurenci do stanowiska prezydenta „lali wodę”, Ferenc lał beton i zdobywał kolejne pokolenia zwolenników.

Stał się fenomenem na skalę ogólnokrajową. Aż 95 procent mieszkańców Rzeszowa przebadanych przez IBRIS (sondaż przeprowadzony w 2021 roku) uznało, że w mieście żyje się dobrze. Pracę samego prezydenta pozytywnie oceniło 88 procent pytanych, 85 procent podkreśliło, że w Rzeszowie jest bezpiecznie, 83 procent chwaliło usługi komunalne, a 71 procent kontakt z urzędem miasta. Najgorzej wypadł rzeszowski rynek pracy, z którego zadowolonych było tylko 45 procent ankietowanych.

Gdyby Ferenc nie zrezygnował, to ludzie wybraliby go na następną kadencję. Powiem więcej: gdyby żył 120 lat, toby go wybierali – mówi Jacek, budowlaniec ("Szeroka oferta: od domów po nagrobki"), ojciec czworga udanych, studiujących i pracujących dzieci, który wpadł właśnie z wizytą do koleżanki sprzedającej na targowisku ubrania.

Jacek schował się za straganem, przysiadł na jednym stoliku, na drugim postawił butelkę, z której raz po raz pociąga łyk piwa. To właśnie on, zatoczywszy ręką w powietrzu, powiedział: "To jest prawdziwy Rzeszów". Tu, na targowisku.

Prawdziwy Rzeszów głosuje na swoich. Prawdziwy rzeszowianin zapytany przez przyjezdnego o drogę skrzywi się i nie odpowie. Jest dumny i zawzięty – jak się do czegoś przyzwyczai, to łatwo nie odpuści.

– Przed chwilą szedłem przez miasto – opowiada Jacek. – Dwóch młodych zapytało, czy podpiszę się na liście poparcia Grzegorza Brauna. Powiedziałem, że go nie znam, więc nie będę się podpisywał. A jeden młody na to: nieważne, podpisać pan może. O, nie, nie, nie! Ja, człowiek stąd, nie będę własnym nazwiskiem popierał kogoś, kto miasto zna z pocztówek. Moja rodzina jest w Rzeszowie od 200 lat. Ja mieszkam w 115-letnim domu. Moi sąsiedzi wiedzą, kiedy wychodzę, kiedy wracam, z kim wracam. Mam cukrzycę i gdybym na ulicy w Warszawie się przewrócił, powiedzieliby: pijany śpi. A w Rzeszowie się pochylą, wezwą pogotowie.

W jego ustach jest to argument za tym, że najbliższe wybory wygra Konrad Fijołek, z rzeszowskim samorządem związany od lat.

Konrad Fijołek, wiceprzewodniczący Rady Miasta, kandydat na urząd prezydenta miasta Rzeszowa (fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta)

Co w Rzeszowie decyduje o sympatii mieszkańców? Według Kasi, koleżanki, do której Jacek wpadł na pogawędkę, przede wszystkim wyrobiona opinia.

– Jak w biznesie – mówi. – Ja handluję od 1991 roku. Najpierw miałam stragan pod halą, potem przeniosłam się tutaj. I wie pan co? Do dziś przychodzą do mnie klienci, którzy bywali pod halą. Teraz już z dziećmi, z wnuczkami, całe pokolenia. Przychodzą czasem tylko po to, żeby pogadać. W polityce, tak jak w biznesie, liczy się kontakt z ludźmi, odpowiednie podejście, otwartość.

Targowisku i biznesom Kasi, a także innych, którzy się tu wystawiają, niestraszny jest kolejny lockdown. Handlarze mają w ofercie odzież, buty i galanterię, świeże warzywa, owoce prosto z sadów, jajka prosto od kury, biżuterię i zegarki, tanie książki, albumy, a nawet ścienne malowidła. Przychodzą do nich ciągle ci sami, ufający im klienci. Odwiedzą ulubione stoiska, zagadną, kupią więcej, niż zaplanowali. W ten sposób dadzą handlarzom chleb. Sprzedawcy i ich klienci są jak jedna wielka rodzina. To tu, na lokalnym targowisku, jest "prawdziwy Rzeszów". "Prawdziwy", ale podzielony.

Kasia na Konrada Fijołka nie zagłosuje. Wybierze tego, którego poparł Ferenc – Marcina Warchoła. Ale zgadza się z Jackiem, że sprawa wyborów jest już praktycznie przesądzona.

– Pod jednym warunkiem – dodaje Jacek. – Niech pan się przejdzie po małych kościołach, posłucha, co księża mówią na kazaniach. Może nie wprost, ale podpowiedzą, na kogo należy głosować. I ludzie zagłosują. Jeśli kler podpowie Warchoła, prezydentem zostanie Warchoł.

Polityczny targ

Patrycja, młoda mieszkanka Rzeszowa, nie ma w tej sprawie pewności. Uważa, że Rzeszów nie jest taki, jakim chcieliby go widzieć przedstawiciele pokolenia dziadków i rodziców.

Oczywiście, to nadal miejsce położone w bardzo konserwatywnym regionie Polski, religijne i głosujące na prawicę. Ale podlega takim samym procesom i przemianom jak reszta Polski – uważa.

Jakie to procesy?

Laicyzacja młodzieży, późny wiek zawierania związków małżeńskich, coraz większy odsetek dzieci urodzonych poza małżeństwem.

Przypomina, że to Rzeszów był pierwszym miastem we wschodniej Polsce, w którym odbył się Marsz Równości.

I to liczny – dodaje Patrycja. – W ostatnich protestach kobiecych uczestniczyło po kilka tysięcy osób.

Ale gdyby wnioski, na kogo zagłosują młodzi, wyciągać tylko z naocznej obserwacji, można by stwierdzić, że zwycięstwo w kieszeni ma… Grzegorz Braun. Z okręgu rzeszowskiego został wybrany do Sejmu, tu ma swoje biuro poselskie. Udało mu się coś, co nie udaje się innym: zmobilizował młodych. Ale innych niż ci, o których mówi Patrycja. Młodzi Brauna pogardzają i rządem, i opozycją, choć najgorszą z opcji jest dla nich lewica. Zamiast wolności, równości i tolerancji na sztandarach niosą nacjonalizm, katolicyzm i gospodarczy liberalizm. Choć często słabo pamiętają czasy sprzed wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, chcą państwa narodowego, poza Wspólnotą Europejską.

Wolontariusze Konfederacji chodzą dwójkami po rzeszowskiej starówce. Pora jest wczesna, do tego wieje lodowaty wiatr. Przemierzają ulice wzdłuż i wszerz, zatrzymują ludzi, podają do podpisania listę poparcia. Kilka dwójek sprawdzam: podpisów zdążyli już zebrać po kilkanaście.

Jak ludzie reagują? A wie pan, całkiem dobrze, przyjaźnie. Tylko raz się zdarzyło, że ktoś nas zwyzywał – mówi wolontariusz i nagle przerywa, bo podchodzi do niego mężczyzna i prosi o listę "na wynos". – Zaniosę do zakładu pracy. Wszyscy podpiszą – mówi i odchodzi.

Zostawiam młodych wolontariuszy i tą samą drogą, którą przyszedłem, wracam do samochodu. Zahaczam raz jeszcze o targowisko.

W kampanijnym Rzeszowie, w podzielonym na pół kraju, nawet na targu wszystko wydaje się ironiczne (fot. Mariusz Sepioło)

W kampanijnym Rzeszowie, w podzielonym na pół kraju, nawet na targu wszystko wydaje się ironiczne.

Dżemiki mam, dżemiku pan spróbuje – woła z prawej sprzedawca ze straganu.

Od niego pan niech nie kupuje, on jest za Dudą – odpowiada z uśmiechem handlarz z lewej. – Do mnie niech pan przyjdzie, ja Dudy nie lubię. Drożdżówki mam.

Książki Mariusza Sepioło do kupienia w Publio 

Mariusz Sepioło. Reporter. Publikuje w m.in. w Tygodniku Powszechnym, Polityce i Gazecie Wyborczej. Autor książek reporterskich: "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w więzieniu, "Himalaistki" (wyd. Znak, 2017) o najwybitniejszych wspinających się Polkach i "Nanga Dream" o Tomku Mackiewiczu. Jest autorem podcastu "Człowiek z plecakiem".