Reportaż
Grupa nastolatków z ogarniętego wojną Mali przygląda się surferom łapiącym fale, Puerto de la Cruz, Teneryfa (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)
Grupa nastolatków z ogarniętego wojną Mali przygląda się surferom łapiącym fale, Puerto de la Cruz, Teneryfa (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)

Na Teneryfie spotkałam wielu Polaków, którzy postanowili uciec od zimy i od pandemii. Razem z Zanzibarem to ostatnio popularny kierunek podróży: restrykcje covidowe są lżejsze niż w Polsce, można zjeść w restauracji, wypić piwo w barze, zachorowań jest dużo mniej, a do tego świeci słońce. Polacy i inne europejskie nacje wynajmują mieszkania lub pokoje hotelowe, które w kryzysie są tańsze, i spędzają na wyspach kilka tygodni czy miesięcy, robiąc kursy nurkowe, surfingowe czy chodząc po górach. Przylatują i pracują zdalnie. Bo mogą.

Czy to nie jest ironia, że wielkie łodzie, które wyławiają ryby z naszych wód i nie pozostawiają w nich nic dla nas, pochodzą właśnie z europejskich krajów, niedających nam, Senegalczykom, wiz ani legalnych możliwości pracy? – pyta mnie zrezygnowany Adama. Dopłynął na Teneryfę na 50-osobowej łodzi z Saint-Louis trzy miesiące temu. – Dlaczego każdy Europejczyk może przyjechać sobie do Senegalu, a my nie możemy pracować u was? Ciężko i choćby sezonowo?

Adama wybrał drogę na łodzi, bo nie miał już innych możliwości. – Wysyłałem pisma i aplikacje do różnych krajów. Próbowałem zapisywać się do szkół, programów pomocowych. Zero odzewu. Może ty możesz pracować zdalnie w czasie COVID-u, ale połowa mojego kraju była bezrobotna jeszcze przed pandemią. Teraz nie ma już nic. Rozejrzyj się, siedzą tu nie tylko rybacy, którym europejskie i chińskie biznesy zabrały możliwości zarobku, ale i taksówkarze, i właściciele zamkniętych hoteli czy nauczyciele – mówi.

Osób w takiej sytuacji jak Adama jest w Senegalu czy sąsiedniej Gambii wielu. Świetnie pokazuje to film polskiej reżyserki Gosi Juszczak pt. "Stolen Fish": życie w Gambii staje się niemożliwe przez obecność na wodach morskich chińskich statków. Wyławiają one ryby, z których produkowana jest mączka rybna. Europa jest na obu końcach tej historii: jako klient, który chętnie kupuje tanią mączkę z chińskich fabryk, żeby karmić nią między innymi bydło, oraz jako gospodarz, który zatrzaskuje drzwi przed głodnymi gośćmi, choć wcześniej ukradł im rybę. Do geoekonomicznych wątków dochodzą też konflikty w Mali czy Kongu, susze w Maroku i przemytnicy – ich ofert jest coraz więcej, bo zauważyli, że szlak zachodnioafrykański to złoty interes.

Młodzi migranci z Senegalu i Maroka zakwaterowani w opuszczonym hotelu Holiday Club Puerto Calma, Puerto Rico, Gran Canaria (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency) , 'Patera', którą z Maroka przypłynęły 42 osoby, w tym 10 dzieci, port Arguineguin, Gran Canaria (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)

***

Wyspy Kanaryjskie leżą właśnie na zachodnioafrykańskim szlaku migracyjnym. To jedna z dróg, którą afrykańscy uchodźcy docierają do Europy. O szlaku śródziemnomorskim – z Libii na Maltę czy do Włoch – słyszeliśmy w ostatnich latach dużo. Ze szlaku wschodniego – z Turcji do Grecji – widzieliśmy w mediach setki zdjęć. Ale dlaczego nagle tak wiele łodzi dobija do brzegów hiszpańskich wysp?

Z północy Maroka uchodźcy z Afryki próbowali przedostawać się do hiszpańskich enklaw: Melilli i Ceuty. Ale odkąd Unia Europejska przekazała Maroku 175 mln euro na tak zwaną poprawę zarządzania migracją, kontrole na północy wzmocniono, płot urósł i szlaki się zmieniły. Do tego COVID, którego obecność odczuliśmy wszyscy, postawił mieszkańców zachodniej Afryki w jeszcze trudniejszej sytuacji ekonomicznej. I tak oto w 2020 roku do brzegów Wysp Kanaryjskich dopłynęło 23 tys. osób.

W prostej linii, w najkrótszym miejscu, Maroko i kanaryjską Fuerteventurę dzieli 100 km. Dla porównania: Syryjczycy migrujący między Turcją a greckimi wyspami muszą pokonać 12–15 km. Ale z Maroka płyną na Wyspy Kanaryjskie nieliczni. Do niedawna najwięcej osób wybierało trasę z Ad-Dachili w Saharze Zachodniej. To 472 km. Ale w 2020 roku coraz bardziej popularne stały się trasy: z Mauretanii – 791 km, z Senegalu – 1541 km, z Ghany – 2136 km czy nawet z Gwinei – 2423 km. Prawie 2,5 tys. km.

To czasem nawet 12 dni na otwartych wodach oceanu. 12 dni bez osłony przed słońcem, w przemoczonych ubraniach, na wietrze. 12 dni oparzeń i otarć. 12 dni głodu, bo przemytnicy po afrykańskiej stronie zapewniają silnik, benzynę i butlę gazową, ale wody czy ryżu wystarcza najczęściej tylko na pierwszych kilka dni. Czasem silniki się psują, benzyna kończy, a kuchenki wybuchają. Czasem pogoda sprzyja, innym razem wiatr znosi łódź w głąb Oceanu Atlantyckiego i wtedy nie ma już ratunku. Najczęściej ciało nękają choroba morska i zatrucia – po wypiciu słonej wody. Do tego potworne wyczerpanie organizmu. I potworna trauma. Bo dopłynięcie do drugiego brzegu wcale nie jest oczywiste. W tej chwili jedna na pięć łodzi tonie.

***

Znów warto spojrzeć na mapę: Wyspy Kanaryjskie oddalone są od kontynentalnej Hiszpanii o 1,7 tys. km. Geograficznie należą do Afryki, logiczne wydaje się, żeby wchodziły w skład Maroka. Nazywane kiedyś Wyspami Szczęśliwymi, zamieszkane były przez lud Guanczów, pokrewny Berberom, który został prawie całkowicie wytępiony przez Europejczyków w wielu krwawych bataliach i częściowo zasymilowany. A do tego od początku okresu kolonialnego do końca II wojny światowej większość europejskich imigrantów w Wenezueli i na Kubie to byli właśnie Hiszpanie z Wysp Kanaryjskich. Wielu z nich, albo ich potomków, wróciło potem na Wyspy. Kanaryjczycy twierdzą, że rozumieją migrację lepiej niż ktokolwiek inny.

Kolejka po jedzenie w nowo powstałym obozie Las Raices, Teneryfa (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency) , Ekskluzywne kurorty na południu wyspy, Los Gigantes, Teneryfa (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)

***

Wyspy rzeczywiście wyglądają rajsko. Na takiej Teneryfie na przykład są plaże piaskowe na południu, plaże czarne z idealnymi do surfingu falami na północy, do tego wulkan El Teide na środku wyspy. Większość Hiszpanów żyje tutaj z turystyki: prowadzą hotele, restauracje czy szkoły sportów wodnych. Rok z COVID-em był dla nich tragiczny. Przez wiele miesięcy hotele stały puste, turystyczne biznesy jeden po drugim upadały. Ale nawet teraz, kiedy loty się odbywają i Europejczyków na plażach Teneryfy przybywa, spotkanie podczas urlopu dobijającej do brzegu łodzi z setkami wyczerpanych uchodźców wielu może przerazić. To nie są jednak widoki codzienne.

Najczęściej straż przygraniczna wypływa do zbliżających się afrykańskich łodzi, przejmuje ludzi na swój pokład, transportuje do portu, a potem do zamkniętych ośrodków. Jednak zderzenie tych dwóch światów to sytuacja trudna dla obu stron: tych wypoczywających na plaży czy jedzących lunch w porcie i dla tych, którzy po wielodniowej przeprawie przez morze nagle dobijają do wrót wymarzonej Europy.

Uchodźcy przypływają łodziami nazywanymi cayucos albo pateras. Nie ma dnia, żeby do którejś z kanaryjskich wysp nie dotarła taka łódź. Niektóre niosą 50 osób, inne 100, ale rozmawiałam też z ludźmi, którzy przypłynęli ze 152 innymi pasażerami.

Zaraz na brzegu kontrolę nad uchodźcami przejmują policja, Czerwony Krzyż i Frontex. Czasem jest wśród nich tylko jeden tłumacz. Musi z jednej strony uspokoić tłum przybyszów, z drugiej – przeprowadzić śledztwo w sprawie przemytu i przemytników. Ci, którzy dopływają, są wyczerpani, często w szoku, bo na łodziach widzieli śmierć. Ciała trzeba było zostawić za burtą.

Niedawno byłam przy landingu łodzi, płynęła nią matka z kilkuletnimi bliźniaczkami – opowiada Sara, tłumaczka, która nie powinna rozmawiać z dziennikarzami. – Jedno z bliźniąt nie przeżyło podróży, matka dopłynęła tylko z tym drugim. Możesz sobie tylko wyobrazić, w jakim była stanie.

Tłumacze tacy jak Sara mają być do dyspozycji 24/7, w gotowości, żeby dojechać do portu, kiedy zajdzie taka potrzeba. Tłumaczą nie tylko słowa, ale i kontekst kulturowy czy emocje. Nie mają żadnej pomocy psychologicznej.

Yame (27) z Senegalu przed Hotelem Concordia Playa, Puerto de la Cruz, Teneryfa (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency) , Obóz Colegio León przeznaczony tylko dla Marokańczyków, Las Palmas, Gran Canaria (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)

***

Paręnaście dni temu świat obiegło zdjęcie maleńkiej dziewczynki z Mali reanimowanej na portowym pomoście na Gran Canarii. Miała 2 latka i płynęła z Mauretanii razem z mamą, siostrą, 28 innymi kobietami, 14 mężczyznami i 7 dzieci. Jedna trzecia pasażerów tej łodzi dopłynęła w stanie krytycznym. Na słynnym zdjęciu Paula i Miguel, pracownicy Czerwonego Krzyża, ratują dziewczynce życie. Prosto z portu zostaje zabrana do szpitala, a jej mama do zamkniętego zakładu karnego Baranco Seco. Dziecko umiera po pięciu dniach, a matka może się z nim tylko pożegnać.

Lokalne władze tłumaczą rozdzielanie rodziców od dzieci zaraz po landingu kwestiami ich bezpieczeństwa. Ponoć zdarzają się nadużycia i obcy ludzie udają podczas migracyjnej drogi  rodziny, którymi nie są. Od czerwca do grudnia 2020 roku rozdzielanie rodzin było na porządku dziennym. Miesiącami trwało zrobienie testów DNA, zdobycie certyfikatu urodzenia czy innych dokumentów potwierdzających powinowactwo. Nawet dzieci karmione piersią były matkom zabierane.

– Ten system niszczy prawa dzieci i kobiet – mówi Helena Maleno, aktywistka z organizacji Caminando Fronteras, gazecie "El Diario". – Ile może trwać ustalenie, która z kobiet jest matką dziecka? To jest system wstydu!

***

"Przystanią wstydu" (dock of shame) w listopadzie 2020 roku został nazwany port Arguineguin, w którym reanimowana była dziewczynka. Między sierpniem a listopadem przeszło przez niego ponad 14 tys. osób. W krytycznym momencie 830 osób uwięziono w miasteczku namiotowym na jego pomoście. Lokalne władze nie miały pomysłu, co zrobić z ludźmi, i świat zaczął mówić o Wyspach Kanaryjskich nie tylko jako o celu urlopowych podróży.

Dziś po listopadowych wydarzeniach pozostały jedynie czarne kółka na asfalcie – ślady po paleniskach, przy których ludzie się wtedy ogrzewali i gotowali jedzenie.

Hiszpania zdecydowała się pod koniec ubiegłego roku na ciekawy krok: skoro hotele na wyspach stały puste, a nie było gdzie umieścić przybywających uchodźców, rozwiązanie samo się pojawiło. 17 hoteli, wakacyjnych kompleksów i urlopowych ośrodków, przyjmując rządowe dopłaty, przyjęło też tysiące potrzebujących.

"Migranci z hotelowych balkonów" – grzmiały nagłówki gazet. Część lokalnych mieszkańców, których biznesy upadały przez pandemię, z zazdrością zaciskała pięści. To właśnie wtedy pojawiły się pierwsze rasistowskie ataki, zaczepki i pobicia. Na WhatsAppie skrzykiwały się grupy urządzające polowania na ciemnoskórych chłopaków. Uchodźcy proszeni byli o pozostanie w hotelach, a jednocześnie tamtejsza ochrona była coraz bardziej przemocowa.

Mohammed (19) i Abdul Karim (21) z Maroka, nieformalny obóz Las Raice, Teneryfa (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency) , Hotel Concordia Playa, Puerto de la Cruz, Teneryfa (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)

– Mieliśmy zakaz robienia zdjęć czy filmowania – mówi mi Marokańczyk Hamza, który mieszkał w znanym hotelu na południu Gran Canarii przez dwa miesiące. – Nie chcieli, żebyśmy nagrali to, w jaki sposób się do nas zwracali, jak nas popychali. Jeśli ktoś się odważył nagrać, jego telefon od razu był rozbijany o podłogę.

Ulokowanie uchodźców w hotelach było rozwiązaniem nie tylko kontrowersyjnym, ale też tymczasowym. W listopadzie nowo wybudowane obozy dla uchodźców na terenie wojskowych baraków – dwa na Teneryfie, cztery na Gran Canarii i jeden na Fuerteventurze – nie były jeszcze gotowe. Teraz, kiedy turyści powrócili już na wyspy i hotelarze nie chcą, żeby ktoś zakłócał ich spokój, rząd po cichu przenosi uchodźców do obozów. Autobusy jeżdżą po wyspach, wożąc zdezorientowanych chłopaków.

***

Bardzo powoli wstaje dzień w obozie Las Raices, 8 km od Santa Cruz de Tenerife. Na wzgórzu w lesie panuje swoisty mikroklimat: jest bardzo wilgotno. Nad namiotami unosi się mgła, ci, co wyszli na zewnątrz, przestępują z nogi na nogę, żeby się ogrzać i nieco rozprostować. Wielu ma na nogach tylko klapki, otulają się kocami. W obozie już teraz jest około 2 tys. osób, które podzielono pomiędzy 64-osobowe namioty. Prawie nie ma ciepłej wody, nie ma dostaw ubrań, a w kolejkach po jedzenie stoi się godzinami. Jedzenia jest mało, w dodatku już 15 osób wylądowało w szpitalach z powodu zatruć. W obozie nie ma nocami lekarza, a konflikty się zdarzają, jak w każdym miejscu, do którego włoży się tłumy zdesperowanych ludzi z różnych krajów i kultur.

– To nie przypadek, że obóz jest na uboczu – mówi Roberto Mesa, jeden z głównych okołoobozowych aktywistów. – Tak tu, jak i w całej Europie uchodźców próbuje się schować, odciąć od rzeczywistości, zabrać z widoku.

W obozach umieszcza się nieletnich, choć powinni trafić do oddzielnych ośrodków. – Hiszpania łamie Konwencję Praw Dziecka, międzynarodowy układ z 1989 roku – mówi mi prawniczka Cora, która od miesięcy codziennie jest w Las Raices. – Przy landingach nie chce im się sprawdzać wieku młodych chłopaków, nie zabierają ich na testy dentystyczne, którymi można potwierdzić wiek. Nikt nie wierzy ich dokumentom. I kończy się to tak, że mamy 14- czy 15-latków w obozie dla dorosłych mężczyzn. Wiesz, co to znaczy, prawda? – patrzy mi smutno w oczy.

Cmentarzysko łodzi 'pateras', Los Cristianos, Teneryfa (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency) , Muhammed (17) z Mauretanii, nieformalny obóz Las Raices, Teneryfa (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)

Na szczęście lokalny rząd wysp postanowił niedawno wzmocnić program tymczasowych rodzin zastępczych. Oznacza to, że Kanaryjczycy mogą gościć nieletnich z Afryki, którzy dopłynęli tu bez bliskich. Chłopcy nie mieszkają w namiotach, mogą chodzić do szkoły czy na zajęcia sportowe, uczyć się języka. Niełatwo w to uwierzyć, ale na wyspy docierają czasem 11- i 12-latkowie, bez opieki, całkiem sami. Nikt nie wie, ile czasu w ich przypadku potrwa procedura ubiegania się o azyl, relokacji do innego europejskiego kraju albo połączenia z biologiczną rodziną. Ale nie jest to dla nich stracony czas. Zastępcze rodziny, których jest już 270, biorą też na siebie odpowiedzialność utrzymywania kontaktu z prawdziwymi rodzinami chłopców: tymi w domu, ale też tymi w Europie. Bo prawie każdy, kto przypływa na łodziach, kogoś w Europie czy w kontynentalnej Hiszpanii już ma: ojca, wujka czy kuzyna.

Dzieją się też inne dobre rzeczy. Do namiotowego miasteczka przy Las Raices, gdzie wylądowali ci, którzy nie mają gdzie się podziać, przyjeżdżają z ubraniami czy jedzeniem lokalni mieszkańcy. Nauczyciele i uczniowie ze szkoły IES La Laboral dwa razy w tygodniu wpadają prowadzić lekcje językowe i grać w gry. – Chcemy pokazać własnym przykładem, że mieszkańcy wysp nie godzą się na nieludzkie traktowanie uchodźców – mówią.

Zabierają chłopaków na przejażdżki po okolicy, do swoich ogrodów. Twórcy projektów artystycznych zapraszają do wspólnego malowania murali. A fryzjerzy czy tatuażyści zaglądają popołudniami podzielić się swoimi usługami za darmo. Pojawił się też pomysł treningów sportowych: okazuje się, że w obozie mieszka mistrz Senegalu w zapasach, a na Kanarach popularnością cieszy się Lucha Canaria: kanaryjskie zapasy. Chłopcy z lokalnych szkół chcieliby trenować z mistrzem, a nauczyciele zastanawiają się, jak to zorganizować.

Zawiązało się też Tenerife Migrants Support Assembly, jak sami o sobie mówią: komuna starych i nowych sąsiadów. Wśród nich są organizacje pomocowe, aktywiści wolni strzelcy, ale też liderzy wspólnot reprezentujących różne narodowości zamieszkujące obóz. Rozmowy toczą się zawsze w wielu językach, zgromadzeni dbają o to, żeby wszyscy rozumieli, o czym jest mowa. Co zrobić, żeby uchodźcy nie utknęli na wyspach? Jak legalnie i skutecznie sprzeciwiać się deportacjom? Jak rozwiązywać bieżące wyzwania?

I tak podczas ostatniego spotkania Assembly ustaliło, że potrzebne jest wprowadzenie szczególnych środków ostrożności od 13 kwietnia, czyli początku ramadanu, kiedy to obozowe życie może stać się trudniejsze, choćby z powodu różnych godzin posiłków przedstawicieli różnych kultur.

'Liberté, Liberta', hasło solidarnościowej demonstracji w San Cristóbal de La Laguna, Teneryfa (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency) , Młodzi mężczyźni próbujący połączyć się z siecią Wi-Fi przed obozem Canarias 50 w Las Palmas, Gran Canaria (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)

– To nie są złe chłopaki – mówi Candelaria, może 50-letnia pracownica stacji benzynowej niedaleko obozu Las Raices. To tu wszyscy przychodzą dla darmowego wi-fi. – Choć jest ich tak wielu, choć żyją w takich trudnych warunkach, ani razu nie mieliśmy tu w okolicy problemu. Mnie osobiście jest mi ich bardzo szkoda. Czasem częstuję ich papierosami.

– Największym problemem dla nas jest niewiedza – mówi Kalidu z Mali. – Nikt nic nie wie. Jakie są następne kroki? Co nam wolno? Gdzie złożyć prośbę o azyl?

Potwierdza to Andres Gutierrez, fotograf lokalnej gazety, który odwiedza obóz codziennie: – Żeby aplikować o azyl, trzeba wiedzieć, że w ogóle można aplikować. I wiedzieć, gdzie oraz jak to zrobić. Do tego trzeba mieć pieniądze na autobus, żeby dojechać w odpowiednie miejsce, no i pieniądze na zrobienie zdjęcia paszportowego. Samo zrobienie takiego zdjęcia jest wyzwaniem, kiedy lokalsi patrzą na ciebie spod oka, a ty nie masz pojęcia, gdzie znaleźć studio fotograficzne.

Dlatego Andres w wolnym czasie robi chłopakom zdjęcia, potem je wywołuje w formacie do paszportu, wycina dla każdego osobno. Miał pomóc kilku, ale w kolejce ustawiło się prawie sto osób. Tylko z takim zdjęciem, kiedy pojedzie się na komisariat policji, można podać swoje dane, zostawić odcisk palca i w ten sposób wejść do hiszpańskiego i europejskiego systemu ubiegania się o azyl. Ale ani w obozach, ani w hotelach nikt takiej informacji ludziom nie udziela.

Dopiero po wstępnej wizycie na komisariacie dostaje się zaproszenie na prawdziwe przesłuchanie, podczas którego urzędnicy i tłumacze będą zadawać szczegółowe pytania o powody ubiegania się o azyl w Europie, o historie rodzinne i sytuację w kraju. To wtedy zapadnie decyzja o przyszłości przesłuchiwanego człowieka. Najbliższe daty rozmów? Kwiecień 2022 roku. Czyli ponad rok czekania. Ale jeśli już ma się wyznaczony termin, oznacza to, że danej osoby nie można deportować i może ona przemieszczać się po terytorium całej Hiszpanii. Teoretycznie.

***

Teoretycznie. W praktyce od miesięcy nikt nie wpuszcza takich osób na pokład samolotu czy promu udającego się na hiszpański ląd. Rząd czasem transportuje wybrańców, ale są to albo kobiety, albo osoby z Gambii czy Mali, których jest niewiele. I wcale nie ma w tym reguły.

Nieformalny obóz Las Raices, Teneryfa (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)

Nikt nic nie wie także o deportacjach. Kiedy mężczyźni dostają informację, że mają się w parę minut spakować i są zabierani z hotelu do autobusu albo na prom, nie mają bladego pojęcia, czy płyną z powrotem do Maroka, czy do Hiszpanii kontynentalnej, czy po prostu na inną wyspę. Nie są informowani o niczym. Dzwonią tylko histerycznie do rodzin, żeby powiedzieć im, że coś się dzieje, ale nie wiedzą co.

– Jak myślisz, dokąd nas zabierają? – pyta mnie właśnie na promie między Gran Canarią a Teneryfą zdezorientowany Najm. – Wsadzili nas na ten prom, oddzielili taśmą od innych pasażerów i kazali o nic nie pytać.

Ponad połowa ludzi w obozach na wyspach to Marokańczycy. Już w listopadzie minister spraw wewnętrznych Hiszpanii Fernando Grande-Marlaska Gómez poleciał do Rabatu ustalić system deportacji między Hiszpanią a Marokiem. Z powodu komplikacji spowodowanych testami covidowymi i bałaganem z transportowaniem uchodźców pomiędzy hotelami i obozami na różnych wyspach masowe deportacje się opóźniły. Ale od początku kwietnia ma to być aż 80 osób tygodniowo.

Z ogólnodostępnych informacji wynika, że uchodźcy będą deportowani liniami Royal Air Maroc,  zamknięci w plastikowe kajdanki. Transportowani będą do Al-Ujun, czyli na terytorium Sahary Zachodniej, zaraz przy granicy z Marokiem. 200 km stamtąd wielu z nich wsiadło na łodzie, żeby przypłynąć do Hiszpanii.

Nic dziwnego, że Marokańczycy próbują nowych sposobów ucieczki do kontynentalnej Hiszpanii: ostatnio wielu chowa się pod ciężarówkami, które w środy wypływają na promach z Teneryfy do Huelvy. W ostatnią środę 50 osób zostało złapanych i wyrzuconych na ulicę.

– Ja wiem, że żadne deportacje nie pomogą – mówi Sara, tłumaczka. – Skoro ludzie zdecydowali się wejść na łódź, to znaczy, że nie mają jak żyć. Ani do czego wracać. Jeśli zostaną deportowani, przypłyną jeszcze raz.

"Barca ou barzakh", mówi się w języku wolof w Senegalu. Wyjechać do Barcelony albo umrzeć.

***

Myślę o tym wszystkim, stojąc na tak zwanym cmentarzysku łodzi. Powstało za wysokim płotem, niedaleko miejskiego basenu w Los Cristanos na południu Teneryfy. Przez dziurę w płocie widać niewiele, ale kiedy się ten płot przeskoczy, można zobaczyć leżące pod ławkami dziecięce rękawiczki, opakowania po jedzeniu czy fragmenty kamizelek ratunkowych. Kilkadziesiąt łódek duchów, które niosą w sobie trudne historie.

Anna Alboth. Dziennikarka i aktywistka. Media officer w Minority Rights Group, prowadzi programy dla europejskich dziennikarzy, a z wyjazdów, które organizowała na granice unijne i do obozów dla uchodźców w Europie i Afryce, powstało ponad 600 tekstów i nagrań. Od 20 lat publikuje w polskich mediach, najczęściej na tematy prawnoczłowiecze. Współtworzyła organizację European Youth Press, inicjowała kampanie migracyjne: od zbiórek do śpiworów do nominowanego do Pokojowej Nagrody Nobla: Civil March For Aleppo.