Reportaż
Michalina na Mistrzostwach Polski Juniorów, 2019 (fot. Z archiwum Michaliny Gąsienicy-Laskowy)
Michalina na Mistrzostwach Polski Juniorów, 2019 (fot. Z archiwum Michaliny Gąsienicy-Laskowy)

Podobno jeśli istnieje sport, o którym nikt nie słyszał i który nikogo nie obchodzi, to Polacy są w nim dobrzy. Aufguss, loty balonem, zawody baristów. Mamy nawet mistrzynię świata w cukiernictwie. Jest też sztuka walki, która nie ma absolutnie żadnego zastosowania praktycznego, wymaga kosztownego sprzętu, własnego wkładu finansowego, nie mówiąc już o pokładach czasu i energii. Bywa bolesna i nieprzyjemna. Polki zdobywają w niej medale.

Ale po kolei.

W 2004 roku dzięki staraniom japońskiej wolontariuszki Shizuki Takahashi na mistrzostwa Europy pojechała po raz pierwszy polska drużyna kobieca. Nikt nie spodziewał się, że w ogóle wyjdą z grupy. Zajęły dziewiąte miejsce. Rok później zdobyły brązowy medal. To było ich pierwsze podium na zawodach międzynarodowych. Ale nie ostatnie.

Pojawił się ktoś, kto zaczął nas uczyć kendo po japońsku, po kobiecemu, a nie według ówczesnej polskiej myśli treningowej: zajechać do wyrzygu – mówi Natalia Maj, wieloletnia zawodniczka reprezentacji, członkini pierwszej drużyny. – Shizuka nie odpuszczała, nie była pobłażliwa. Jej trening był ciężki, ale kobiecy, skupiony nie na sile, jak często jest w przypadku mężczyzn, ale na wytrzymałości, wytrwałości, wykorzystaniu wad przeciwnika i strategii walki. Wtedy trenerzy zaczęli zmieniać podejście.

Shizuka wyjechała z Polski, ale kendo kobiet przetrwało. Na ostatnich mistrzostwach świata Polki dotarły do ćwierćfinału.

Mistrzostwa Świata w Japonii, 2015. Od lewej: Agata Wierzbowska, Agnieszka Wial, Alina Gdeczyk, Maria Bober, Joanna Labak (fot. Z archiwum Marii Bober) , Mistrzostwa Europy w Belgradzie 2019 (fot. Z archiwum Przemysława Szymca) , Agata Wierzbowska, Alina Gdeczyk, Aleksandra Polok, Przemysław Szymiec (asystent trenera kadry kobiet), Agnieszka Wial, Monika Stachowicz, Joanna Labak, Maria Bober, Monika Małachowska (psycholog kadry), Wiesław Biel (trener kadry kobiet) (fot. Z archiwum Przemysława Szymca)

Najgorszy jest men

Kendo na zdjęciach prezentuje się bardzo efektownie. Nie jest to z pewnością dyscyplina dla sportowych influencerów – musieliby ukryć nawet twarz, nie mówiąc o mięśniach – ale jego estetyka jest pociągająca. Przynajmniej z zewnątrz. Ubrania, czyli hakama (szerokie spodnie) i keikogi (bluza), są całkiem wygodne. Oczywiście o ile nie trzeba ich założyć przed kolejnym treningiem tego samego dnia, gdy jeszcze nie wyschły po poprzednim. Brak ubrań na zmianę skutkuje bardzo nieprzyjemnym dotykiem mokrego i zimnego materiału na ciele. Później jest jeszcze gorzej. Jeśli mamy własną zbroję – pół biedy. Jeśli klubową... spróbujmy nie myśleć o litrach potu, które wsiąkły w nią przez lata. To jednak trudne, gdy unoszący się zapach wciąż o tym przypomina.

Szeroki pas, tare, i napierśnik – do. Trochę niewygodnie, ale da się przeżyć. Kote, rękawice, mają chronić przedramiona, ale mało kto jest w stanie uniknąć siniaków. Najgorszy jest men, osłona głowy. Ciężki, ograniczający widoczność, z kratą z przodu. Gorzej słychać, trzeba nauczyć się w nim oddychać i patrzeć tak, by nie zezować.

Podczas treningu nie można nawet obetrzeć napływającego do oczu potu. A jeśli tenugui (prostokątny kawałek materiału wiązany na głowie pod menem) jest źle zawiązane i spada, tym trudniej się zorientować, co się dzieje dookoła. Napić się można w czasie przerwy, kiedy sensei, czyli nauczyciel, pozwala zdjąć meny. Ale pięć minut później znowu musisz zawiązać na głowie nasiąknięte potem, mokre tenugui. A po treningu sprawdzasz stan odcisków na dłoniach i pęcherzy na stopach. Uda i łydki bolą od poruszania się w pozycji kamae – ugięta prawa noga z przodu, lewa z tyłu, pięta nad ziemią. Napięte mięśnie, gotowe do zrywu w każdej chwili. Ręce zmęczone od zadawania ciosów bambusowym mieczem, posiniaczone od ich przyjmowania. 

Maria Bober, psycholog sportu, zawodniczka: – Faceci są wychowani tak, że czują wstyd wtedy, kiedy okażą się za słabi. My mamy być delikatne, czuć wstyd, że komuś przeszkadzamy. Jeśli mężczyzna uprawia sztuki walki, to jest waleczny i twardy, zgodnie ze wzorcem kulturowym. A grzeczna dziewczynka się nie bije, ona pomaga słabszym. Tylko że w sztukach walki nie ma miejsca na bycie grzeczną. Jak wchodzisz na pole i uderzysz kogoś nie tam, gdzie trzeba, to nie możesz stanąć i przeprosić.

Maria Bober na zgrupowaniu z Angelą Pappaccio (fot. Paulina Ratajczak)

Anna Betley-Uchańska, zawodniczka, trenerka: – W grupie dziecięcej jest mniej dziewczynek niż chłopców, ale widać po nich determinację i talent. Są drobniejsze, więc mocniej obrywają, mimo to do 18. roku życia nie ma między chłopcami i dziewczynkami różnicy w dynamice, technikach. Pojawia się dopiero później, kiedy rolę zaczyna grać siła fizyczna. Poza tym w pewnym wieku ludzie przywiązują wagę do wyglądu. Hakama i keikogi są piękne, ale to, co się z tobą dzieje po ściągnięciu bogu – już nie do końca. Pocisz się, śmierdzisz, boli cię... Poza tym są osoby, głównie faceci, którzy wyładowują się na innych. Sama znam dziewczyny, które odeszły z ich powodu.

Anna

W 2000 roku Anna ma 18 lat, artystyczne zacięcie i sporo problemów. Szuka czegoś dla siebie. Inspirują ją półlegendarne historie o japońskich mistrzach sztuk walki. Próbuje aikido, ale to nie to. Trener proponuje kendo. Anna idzie na trening, ale nie zostaje przyjęta do grupy – nabór zamknięty, za dużo ludzi. To szczyt popularności kultury japońskiej. W jej liceum plastycznym wszyscy zachwycają się japońską grafiką, w innych liceach po prostu czytają mangi i oglądają "Ghost in the Shell". Chętne do trenowania są 52 osoby. Anna nie odpuszcza, na każdych zajęciach siada na trybunach z książką Hiroshiego Ozawy – jedyną wtedy dostępną po polsku publikacją o kendo. Po trzech miesiącach zostaje dopuszczona do treningów.

Dzisiaj, 20 lat później, jest trenerką kadry juniorów. Kiedy jedzie na trening, pakuje do samochodu nawet cztery zbroje: swoją, męża, siedmioletniego Tadeusza i pięcioletniej Janiny.

Mając dwójkę dzieci i własną firmę, nie jestem w stanie trenować tak, jak bym chciała, ale trenerstwo zapewnia mi poczucie przynależności. Myślę, że 90 procent kobiet rezygnuje z kendo przez względy życiowe. Próbowałam nawiązać kontakty z dawnymi koleżankami z europejskich kadr. Te, które założyły rodziny, nie trenują wcale albo trenują bardzo mało – mówi.

Kiedyś przyszła na trening z dziećmi. Były głośno, więc została wyproszona.

Wciąż jest bardzo silne oczekiwanie społeczne, że kobieta zrezygnuje z siebie. Musiałam przepracować to nawet z najbliższą rodziną. Wyjeżdżałam na zgrupowania z laktatorem. Potrzebna jest pasja, upór, walka. Walczysz o to, żeby trenować, ale też o to, żeby dzieci naturalnie weszły w kendo. Moje się w nim wychowały. Teraz Tadek tańczy w kamae, a Janina skacze w okuriashi [krok odstawno-dostawny w pozycji kamae - przyp.red.] – opowiada.

Dzisiaj, 20 lat później, Anna jest trenerką kadry juniorów (fot. Z archiwum Anny Betley-Uchańskiej) , Kiedy jedzie na trening, pakuje do samochodu nawet cztery zbroje: swoją, męża, siedmioletniego Tadeusza i pięcioletniej Janiny. (fot. Z archiwum Anny Betley-Uchańskiej)

Francuzi? Maszyna do zabijania

Jest maj 2017 roku, Budapeszt. Trwa finał mistrzostw Europy w kendo. Naprzeciw Francuzek, najsilniejszych europejskich zawodniczek, staje drużyna polska. Mimo zaciętej, jak zwykle, walki Joanna Labak ulega przeciwniczce. Agata Wierzbowska zdobywa punkt w ostatnich sekundach. Alina Gdeczyk pokonuje Ines Loidi 2:0. Szala zwycięstwa przechyla się na stronę Polek. Emocje rosną. Niestety, kapitan drużyny Agnieszka Wial przegrywa jednym punktem. Obie strony mają po dwa zwycięstwa i 3 punkty, dokładnie łeb w łeb. O wszystkim zadecyduje ostatni pojedynek meczu – Maria Bober przeciw Pauline Stolarz, francuskiej zawodniczce polskiego pochodzenia. Po długiej i wyrównanej walce kapitan drużyny francuskiej kończy starcie z jednym punktem na koncie. Polki stają na podium ze srebrnymi medalami. Dwa dni później Stolarz po raz drugi zdobędzie mistrzostwo Europy.

– Francuska drużyna jest maszyną do zabijania – mówi Natalia. – To zawodowcy, zadaniowi. U nas było dużo emocji, jak w rodzinie, a z rodziną, jak wiemy, najlepiej wychodzi się na zdjęciach, zwłaszcza medalowych. Ale wszyscy wiedzieliśmy, że robimy to z miłości do kendo, więc mogłyśmy najpierw się pokłócić, potem zdobyć medal i iść na wódkę.

Maria Bober, obecna mistrzyni Polski, podkreśla, jak wiele pracy pozatreningowej należy włożyć, by drużyna była zgrana. Zwłaszcza w polskich realiach. – W sporcie jest jeden główny cel i dla jego realizacji wszystko odkłada się na bok. Tyle że mówimy o sportach, w których jesteś profesjonalistą, czyli ci za to płacą. W kendo poświęcasz własne pieniądze i czas. O wiele trudniej funkcjonować wtedy w środowisku, w którym są podziały. W kadrze dbamy o relacje. Mężczyźni są bardziej zadaniowi, a kobiety relacyjne – jeśli coś robią, wolą wiedzieć po co. Konflikt w drużynie? Nie jest zły, ale trzeba coś z niego wyciągnąć.

Michalina

– Powinno być odwrotnie – mówi Michalina, wskazując na swój zekken. Na nasuwanym na pas zbroi kawałku materiału widnieje logo jej krakowskiego klubu i napis „G. Laskowy”. – Gąsienica to nazwisko, a Laskowy przydomek.

Tradycyjne góralskie nazwisko. Michalina pochodzi z Zakopanego i to właśnie tam – w mieście, które bardziej kojarzy się z czekanem i ciupagą niż z mieczem – zaczynała ćwiczyć kendo.

– W gimnazjum byłam na obozie RPG, gdzie nauczyłam się robić piankowe miecze – opowiada. – Zrobiłam sobie taki z PCV i pianki izolacyjnej. Potem biłyśmy się z koleżanką w ogrodzie. Zawsze przegrywałam, więc wpisałam w wyszukiwarkę „szermierka Zakopane”.

Mimo że kendo nazywane jest "japońską szermierką", niewiele ma z nią wspólnego. Punktowane są tylko cięcia w trzy miejsca: głowę, przedramiona, prawą lub lewą stronę korpusu, oraz pchnięcie w gardło, a trafieniu musi towarzyszyć równoczesny okrzyk i tupnięcie. Ale to skojarzenie pomogło Michalinie znaleźć zajęcia z kendo.

Michalina podczas przygotowań do walki (fot. Z archiwum Michaliny Gąsienicy-Laskowy)

Po przeprowadzce do Krakowa, gdzie chodziła do liceum, Michalina nadal trenowała, chociaż przez długi czas bez entuzjazmu. Na zajęciach patrzyła na zegarek. – Ale kendo stało się moją „cechą charakterystyczną”, w szkole mówiłam, że robię kendo i grafikę 3D. Pewnie dlatego nie przestałam trenować. Ale bałam się jeździć na zawody i zgrupowania – opowiada.

W listopadzie 2018 roku nadchodzi przełom. Na koniec wrocławskiego zgrupowania odbywa się niewielki towarzyski turniej. 17-letnia Michalina jest zdenerwowana. – Nigdy w życiu nie wygrałam walki – mówi.

Wygrywa. Pierwszą od czterech lat treningów.

Dokładnie rok później staje na podium mistrzostw Polski z brązowym medalem na szyi. Przez ten rok była w zasadzie na każdym zgrupowaniu i każdych zawodach. Dziś mówi: – Asia wzięła mnie pod swoje skrzydła [Joanna Labak, wieloletnia zawodniczka reprezentacji – przyp. aut.]. Ale myślę, że największy wpływ psychologiczny miała na mnie Kasia. Zobaczyłam na zawodach dziewczynę w moim wieku, która trenuje krócej i wygrywa turnieje. Postanowiłam ją dogonić – mówi o Katarzynie Babińskiej.

Michalina po każdych zawodach ogląda swoje walki. Ma notesik, w którym zapisuje ich wyniki. Najpierw było dużo więcej przegranych, później proporcje zaczęły się odwracać. Ważny moment? Pierwsza pochwała od senseia. – To jak ze scrollowaniem social mediów: nudny post, nudny post i nagle masz tę nagrodę w postaci dobrego posta. Zły trening, zły trening... I nareszcie sensei mówi: „Dobrze ci poszło” – tłumaczy.

W tym sezonie nagroda za wysiłek jest połowiczna. Przez pandemię i odwołane mistrzostwa. – Dostanie się do kadry było moim marzeniem. Spełniło się, ale nie do końca. Nie byłam na wyjeździe z kadrą, nie mam zekkena Polski, bluzy, nie mam nawet posta z powołaniem na Facebooku, który mogłabym pokazać znajomym. Przez rok myślałam tylko o kendo, a ono zniknęło. Mam grafikę, ale co z tego? Jak wygram zawody, to 20 osób mi gratuluje, a jak zrobię grafikę, to pokażę ją może trzem.

Kiedy ostatni raz się widziałyśmy na żywo, była jeszcze przed maturą. Teraz studiuje w Belgii. Opowiada: – Gdyby nie kendo, może nie byłabym dzisiaj tutaj na studiach. Już się nie boję rozmawiać z ludźmi starszymi ode mnie, pokonałam kompleks angielskiego. Pewnie bałabym się wyjechać za granicę, gdybym wcześniej nie polubiła tak bardzo międzynarodowej społeczności na kendo. Uważam się za najszczęśliwszą osobę, jaką znam, i chociaż po drodze były dołki, kendo bardzo się do tego przyczyniło.

Alina

Alina ma typową sylwetkę sportowca, szczupłą i umięśnioną. Dużo się uśmiecha, trudno jej nie lubić, a przynajmniej nie znam nikogo, kto choćby próbował. Duży talent i ogrom ciężkiej pracy. Podeszła do problemu metodycznie. Od pięciu lat działa z planem, od trzech pracuje z psychologiem sportu. Opowiada: – Na początku sezonu biorę kalendarz i zapisuję wydarzenia, liczę tygodnie. Jeśli w sezonie są mistrzostwa Europy albo świata, wyznaczam sobie kamienie milowe, czyli na przykład inne turnieje, które sprawdzają realizację planu treningowego. Najpierw przez około siedem tygodni robię siłę, później, podczas zawodów, sprawdzam efekty, następnie skupiam się na szybkości – łapię te momenty w walce, gdy nie wykorzystałam okazji. Ostatni element to technika.

Przełomem było jednak dołożenie treningu mentalnego.

– Coś wreszcie zaskoczyło – przyznaje Alina. – Wcześniej skupiałam się na tym, co zrobi przeciwnik. Teraz zastanawiam się, jak ja zareaguję. To mała zmiana perspektywy, ale robi niesamowitą różnicę. Skupiam się na sobie, swojej walce, w jaki sposób ja ją mam rozegrać. Jeśli podczas walki zaczynasz mieć wątpliwości, to działa na twoją niekorzyść. Przeciwnik jest w stanie to wyczuć. Kluczem jest, by narzucić swój rytm zamiast dostosowania się. Po treningu wypisuję sobie trzy plusy i jedną rzecz do poprawy. To najlepsze narzędzie do pracy i weryfikacji tego, co się robiło. Przed turniejem sięgam do tej listy. Pozwala mi przywrócić pewność siebie.

Alina na Mistrzostwach Polski (fot. Filip Frańczyk)

Zadziałało. W 2018 roku Alina po raz pierwszy została mistrzynią Polski.

Dla Aliny ostatni czas nie był łatwy. – Ciosem było samo odwołanie mistrzostw – mówi. – Przećwiczyłyśmy sezon, włożyłyśmy masę pracy, ale nie ma tej kropki nad i. Mistrzostwa są zwieńczeniem niezależnie od wyniku, to jest podsumowanie, zamknięcie ram sezonu.

Alina wciąż trenuje regularnie.

Maria: – Żyjemy w etosie talentu. To jest kwestia predyspozycji, ale jeśli je masz, nie znaczy, że będziesz zawsze wygrywać. Możesz być mistrzem świata, nie mając talentu. W sztukach walki piękne jest to, że nigdy nie wiesz, kto wygra. W innych dyscyplinach wiesz, na jakie czasy pływa lub biega przeciwnik. A tu możesz stanąć naprzeciw mistrza danego kraju i wygrana jest możliwa. Osoby mniej doświadczone są nieprzewidywalne. Osoba z doświadczeniem zareaguje w konkretny sposób, a przeciwnik zrobi nagle coś niespodziewanego i chorągiewki w górę. Nie powiedziałabym o sobie, że mam talent, ale jest za mną sporo lat ciężkiej pracy. Moje wyniki są konsekwencją treningów.

Natalia

Morąg, niewielkie miasto na Mazurach w połowie drogi pomiędzy Olsztynem i Elblągiem. W 2002 roku 14-letnia Natalia, wywieziona z warszawskiego blokowiska na mazurską wieś, zapisuje się tu na dodatkowe zajęcia sportowe. Morąski klub jest jednym z najlepszych w Polsce – to stąd pochodzi Agnieszka Wial, późniejsza wieloletnia kapitan reprezentacji. Natalii spodoba się na tyle, że kontynuuje przygodę z kendo po powrocie do Warszawy. I na tyle, że w 2004 roku zostaje mistrzynią Polski i zdobywa jeden brązowy medal oraz dwa srebrne za granicą: w Pradze, Sztokholmie i Londynie.

Przez kolejne lata do Morąga będą zjeżdżać na ogólnopolskie obozy osoby z całego kraju, zarówno dorośli, jak i juniorzy. Mało kto ze stałych bywalców dowie się, że w mieście jest bardzo ładny rynek i zamek krzyżacki. Ich życie będzie się toczyło pomiędzy salą, internatem Zespołu Szkół Zawodowych i Ogólnokształcących, czasem w chwilach wytchnienia i restauracją Park. Tymczasem Natalia raz trenuje, potem znika, znów wraca. Czasem pojawia się po przerwie na zawodach, by je spektakularnie wygrać.

Dzisiaj ma 11-letniego syna i tyle medali, że nie jest w stanie policzyć (więcej niż 30, ale mniej niż 100, coś około 50). Jest jedną z trzech Polek ze stopniem 5 dan, który określa poziom mistrzowski. Pracuje jako technik weterynarii, hoduje zwierzęta egzotyczne, a w tym roku rozpoczęła studia z psychologii. Kiedy rozmawiamy, wróciła właśnie z dziesięciogodzinnego dyżuru.

Mało kto może pochwalić się takim dorobkiem, i to jeszcze przed 35. rokiem życia. Ale Natalia postanowiła nie tyle zwolnić tempo, ile wypróbować nową ścieżkę. Po 20 latach trenowania zrezygnowała z kendo. Dlaczego?

Maria Bober na Mistrzostwach Europy, Belgrad 2019 (fot. Alexander Konstantinov (KendoFam))

Kendo było w moim życiu tak długo, zapełniało pewne pustki. Kiedy inni robili studia, doktoraty, osiągali sukcesy w pracy, ja robiłam kendo. Potrzebuję separacji. Chciałam rozwijać się jako Natalia pracownica, Natalia matka, studentka, partnerka. Jeśli później znajdzie się miejsce dla kendo w moim życiu, pewnie wrócę. Wciąż rozmawiam z przyjaciółmi stamtąd o tym, co się wydarzyło na zawodach, treningach. Kendo ma wymiar uniwersalny, uczy życia, bo wymaga od nas przekucia wad w zalety, a to samo robimy, chociażby idąc na rozmowę o pracę.

Maria: – Jesteśmy półprofesjonalistami. Amatorami, bo nie zarabiamy, ale trenujemy prawie tak często jak profesjonaliści. Różnica jest taka, że musimy chodzić do pracy, ale są ludzie, którzy mimo to potrafią zrobić dwa treningi dziennie. To nie jest łatwe. Trenerowi nie płacą, tobie nie płacą, a ty masz właśnie zły dzień i nie masz ochoty go słuchać. Poświęcamy swój czas, poświęcamy swoje pieniądze i chcemy być najlepsi.

Agata

Wnętrze lewej dłoni Agaty Fanti jest jeszcze gładkie. Trenuje wciąż za krótko, żeby mieć charakterystyczne dla długoletnich kendoków cztery odciski ułożone w siódemkę. Ćwiczy dużo krócej niż jej syn.

Mikołaj mówi mi: Mamo, jestem twoim senpaiem [senpai – starszy kolega, osoba wyższa stopniem – przyp. aut.]. Ja na to: Ale ja jestem twoją matką. Nie mam problemu z tym, żeby mnie uczył. Ale powtarzam: Nie mów, że robię źle, bo to niczego nie wnosi, powiedz mi, jak mam zrobić dobrze. Na początku próbował się rządzić, w końcu ma dopiero 10 lat, ale zaczął się reflektować, mówić, co poprawić – opowiada Agata.

Mikołaj był zafascynowany kendo od pierwszego treningu. Zaczął jeździć na obozy, zawody, wygrywać. A Agata wraz z nim. W końcu miała dość siedzenia na ławce.

To fajne, że możemy robić coś razem – mówi. – Mogę być obok Mikołaja inaczej niż jako nadopiekuńcza kendomama. Podoba mi się atmosfera i filozofia, wychowanie, które w tym jest: ty jesteś starszy, musisz pomagać innym dobrze ćwiczyć. Kiedyś walczyłam z chłopakiem z kadry juniorów i usłyszałam, jak ktoś z boku mówi: Żeby moja mama tak chciała trenować.

Ale Mikołaj nie stosuje wobec mamy taryfy ulgowej. Agata wspomina swoją pierwszą walkę, ćwiczyła wtedy w zbroi od zaledwie pięciu dni: – To był turniej na koniec zimowego obozu, trafiłam na gigantycznego faceta z Litwy. Walka skończyła się remisem, a Mikołaj podszedł i powiedział: Mamo, to było żenujące – śmieje się. – Jestem zdziwiona, ile emocji może wzbudzić sama walka. Myślałam, że jestem opanowana, a ostatniego dnia zgrupowania miałam problem, żeby powstrzymać się od płaczu. Czujesz, że żyjesz, kończysz trening, nie wiesz, jak się nazywasz, jesteś w stanie tylko na autopilocie trafić do samochodu i dojechać do domu. Fajnie by było, żeby wychodziło mi chociaż w połowie tak dobrze jak Mikołajowi. Ale przecież skądś ma te geny.

Maria: – Doświadczony zawodnik kadry powinien być ci wdzięczny, że ma przeciwnika, dzięki któremu może się uczyć. Jeśli ktoś nie chce trenować ze słabszymi, to ma problem – żeby się rozwijać, trzeba ćwiczyć z jak największą liczbą przeciwników. Nikt nie powinien mieć pretensji, że go nie trafiłaś. On też nie trafia. A poza tym oboje się na to pisaliście. 

Dan

W Polsce jest trzech mężczyzn ze stopniem 6 dan, żadnej kobiety. Przez długi czas jedyną zawodniczką z 5 dan była Agnieszka Wial. Dwa lata temu dołączyły Anna i Natalia.

To był najtrudniejszy egzamin w moim życiu – mówi Anna. – W Polsce nie ma kobiet z wyższymi stopniami, nie ma się od kogo uczyć, nie wiesz, jak walczy osoba na wysokim poziomie. Od mężczyzn trudniej się uczyć, bo występują dysproporcje fizyczne.

Egzamin nie polega na tym, żeby wygrać.

Pokazujesz swoje kendo, a twój partner je uwydatnia. Walka na takim poziomie jest jak dobrze namalowany obraz. Jak stanęłyśmy naprzeciwko siebie, poczułam nić porozumienia, pierwszy raz od lat ze sobą nie konkurujemy, nie walczymy o medal. Jedna pociągnęła drugą – mówi Natalia. – Zdając na stopień kyu – uczniowski – dopiero poznajesz podstawy, później dodajesz kolejne elementy, a kendocy z 7, 8 dan przeszli taką długą drogę, że są w stanie stworzyć nową wizję kendo.

Anna niedługo podejdzie do egzaminu na 6 dan.

Alina i Maria – na 5.

Nadchodzi czas artystek.