Reportaż
Protest pracowników świnoujskiej części Stoczni Remontowej Gryfia (fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)
Protest pracowników świnoujskiej części Stoczni Remontowej Gryfia (fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

Któregoś dnia przy obiedzie o mało się zupą nie udławiłem, jak usłyszałem premiera Gowina, który mówił w telewizorze, że zadba o każde jedno miejsce pracy – opowiada Jacek.

Jest jednym z 200 pracowników Morskiej Stoczni Remontowej w Świnoujściu, którzy dostali wypowiedzenia. Stało się to jeszcze przed świętami. 100 byłych stoczniowców zdążyło już złożyć oddzielne pozwy do sądu pracy. Sąd nadał sygnatury każdej sprawie osobno, a powód był prosty: w pandemii nie można zapełnić sali sądowej setką osób jednocześnie.

Być może żal zwolnionych nie byłby tak duży, gdyby firma rzeczywiście sobie nie radziła. I gdyby przez lata nie słyszeli zapewnień, że włos z głowy im nie spadnie. Ale stało się inaczej: stocznia w Świnoujściu zamyka się po pół wieku działania. Przeżyła komunę, zawieruchy polityczne i poradziła sobie w trudnych czasach kapitalizmu.

Jedna z najlepszych stoczni w regionie. Z jej usług byli zadowoleni armatorzy i zleceniodawcy z zagranicy, w tym ze Skandynawii. Przynosiła zyski i dawała pracę fachowcom związanym z nią od pokoleń – mówi Rafał Zahorski, pełnomocnik marszałka woj. zachodniopomorskiego ds. gospodarki morskiej.

Politycy i sympatycy PiS z regionu zarzucają mu, że „uczepił się” władzy i nowego zarządu stoczni, szczególnie Krzysztofa Zaremby, byłego posła PiS, prezesa stoczni od lutego 2020 r. Ale on powtarza, że błędy i niedopatrzenia kierujących stoczniami punktował od lat, od czasów rządów SLD, AWS, przez osiem lat władzy PO, do dziś.

Jego zdaniem kłopoty stoczni MSR w Świnoujściu zaczęły się, gdy zdecydowano o połączeniu jej z większą SSR Gryfia w Szczecinie. – Wcześniej przez lata szczecińscy związkowy jeździli do Warszawy i posłom wszelkich opcji narzekali, że stocznia w Szczecinie przynosi straty tylko dlatego, że Świnoujście stanowi dla nich konkurencję. Bo tam wszystkie doki były w pełni obłożone, a zleceń na półtora roku do przodu. W 2013 r., pomimo oporu niemal wszystkich środowisk związanych z gospodarką morską, udało im się przekonać polityków PO i PSL z Warszawy do pomysłu połączenia obu stoczni – tłumaczy Zahorski.

Pierwszy gwóźdź do stoczniowej trumny wbito za rządów Platformy Obywatelskiej.

Efekt? Obroty Świnoujścia stały się obrotami Szczecina. Ale też długi Szczecina zaczęły obciążać Świnoujście. – Jaki jest finał? Po latach stocznie połączone w jeden zakład przynoszą straty. Co stało się jednym z argumentów za likwidacją, moim zdaniem, dużo lepszej stoczni w Świnoujściu – mówi Zahorski.

Zdaniem Zahorskiego kłopoty stoczni w Świnoujściu zaczęły się, gdy zdecydowano o połączeniu jej z większą stocznią w Szczecinie - działającą jako Szczeciński Park Przemysłowy (fot. Artur Kubasik / Agencja Gazeta)

W 2017 r. stocznię w Świnoujściu odwiedzał sam premier Mateusz Morawiecki. Otoczony wianuszkiem działaczy kładł słynną stępkę – tradycyjnie pierwszą część budowanego kadłuba statku – w tym wypadku pod budowę promu dla Polskiej Żeglugi Bałtyckiej. „Jesteśmy świadkami odradzania się przemysłu stoczniowego” – mówił premier. W TVP czołowy polityk PiS, pochodzący ze Szczecina Joachim Brudziński, przepraszał stoczniowców za „upokorzenia” jakich doznali za rządów Platformy. 

Stoczniowcy patrzyli na stępkę kładzioną przez premiera i drapali się po głowach: „Jaka budowa promów? Przecież my tu jesteśmy od remontów!”.

Stępka to było… – Zahorski dzieli słowa długimi pauzami – …jedno – wielkie – kłamstwo! I mówi dalej: – Zanim położono stępkę pod budowę promu, nie wykonano jego projektu, nie sporządzono żadnej jego dokumentacji technicznej. Co więcej, w ostatnim punkcie listu intencyjnego „w sprawie budowy promów pasażersko-samochodowych” z 9 czerwca 2016 r. zapisano, że „niniejszy listy nie stanowi wiążącej oferty żadnej ze stron” i „nie powoduje powstania jakichkolwiek roszczeń”.

Wielkie przenosiny

Kiedy wiadomo było, że połączone stocznie generują straty, jesienią 2020 r. zapadła decyzja o likwidacji. Ale dlaczego padło na Świnoujście? Stoczniowcy, z którymi rozmawiam, nie mają wątpliwości: zamknięcie dużego państwowego zakładu w stolicy regionu i mateczniku ważnego polityka z zarządu PiS byłoby ogromną wizerunkową klęską.

Odbudowa przemysłu stoczniowego była jedną z obietnic wyborczych PiS. W czasie kampanii wyborczej w 2019 r. politycy rządzącej partii brali udział w urządzonym z pompą wodowaniu lodołamacza „Puma” w szczecińskiej stoczni. „Puma” miała być przykładem tego, jak w „dobrej zmianie” stocznie się odbudowują. Do prasy wyciekły zdjęcia z hali produkcyjnej przedstawiające opłakany stan lodołamacza i wykonaną przy nim w pośpiechu fuszerkę.

Drugi powód likwidacji stoczni podaje Rafał Zahorski: – Doki stoczni w Szczecinie, przez lata nieremontowane, mają obniżoną wyporność, a drugi co do wielkości dok nr 1 czeka na złomowanie wyłączony z eksploatacji od stycznia 2020 roku – zresztą wraz z dwoma mniejszymi pontonami. To oznacza, że mogą obsługiwać coraz lżejsze statki. Jedyną możliwością wyposażenia Szczecina w lepszy, wydajniejszy sprzęt było „zachachmęcenie” doków ze Świnoujścia. Likwidacja oznacza więc nie tylko wyrzucenie ludzi, ale też zabranie doków do Szczecina wraz z całym wyposażeniem i parkiem maszynowym Świnoujścia.

Straceni klienci

Likwidacja stoczni jest dla Świnoujścia tym, czym np. dla Bełchatowa byłaby likwidacja elektrowni. To zakład, który dawał zatrudnienie kilku pokoleniom, całym rodzinom, nie tylko w Świnoujściu, ale i w okolicznych miejscowościach. Za pracą specjalnie na wyspę Uznam przyjeżdżali fachowcy z całej Polski.

W 40-tysięcznym Świnoujściu życie opiera się głównie na turystyce. Ale dostęp do morza dawał tu ludziom zarobek także dzięki prężnie działającej świnoujskiej stoczni – niezbędnej dla funkcjonowania Świnoujskiego portu morskiego oraz bardzo ważnej jednostki Marynarki Wojennej - naszej jednostki Nato. Po jej likwidacji pracę i pieniądze na życie tracą nie tylko zwolnieni stoczniowcy i ich bliscy, których utrzymywali – bywało, że z jednej wypłaty. Stocznia nie istniała przecież w zawieszeniu, gdzieś kupowała materiały, kogoś zatrudniała do sprzątania, z kimś dzieliła się zleceniami.

Likwidacja stoczni jest dla Świnoujścia tym, czym np. dla Bełchatowa byłaby likwidacja elektrowni (fot. Dariusz Gorajski / Agencja Gazeta)

Alternatywy? Praca w handlu, drobnych usługach albo wyjazd za granicę. Tę ostatnią opcję zwolnieni stoczniowcy wymieniają jako najbardziej prawdopodobną. Nie widzą przyszłości za ladą w sklepie. Szukając pracy w zbliżonych branżach w Polsce, wszędzie słyszą: wakatów brak z powodu pandemii.

Żyć nie umierać

Michał w stoczni w Świnoujściu pracował od 2012 r. Ostatnio jako inspektor – był odpowiedzialny za jakość. Dzisiaj mówi: – Od momentu konsolidacji w 2013 skończyło się wszystko: kursy, szkolenia, premie. Zaczął się za to strach, ciągłe zagrożenie, że za chwileczkę nas wyrzucą, że stoczni nie będzie. I mydlenie oczu, że jak tylko PiS wygra wybory, to stocznia przetrwa. PiS doszedł do władzy i co? Trzeci miesiąc jestem na wypowiedzeniu.

Jakieś plusy? Dużo wolnego czasu – puszcza oko Michał – bo zwolnieni pracownicy do końca wypowiedzenia nie muszą pracować. – Leżę do góry brzuchem, czytam książki i płacą mi pensję. No żyć nie umierać! – ironizuje.

Niedługo wypowiedzenie się skończy, ale w Świnoujściu pracy dla niego nie ma. Turystyka, rozrywka, gastronomia – osłabione koronawirusem. Stocznie niemieckie nie chcą przyjmować, bo zatrudnienie w czasie pandemii to ryzyko – jeśli praca stanie, ludziom i tak trzeba będzie wypłacać pensje. W dobie ekonomicznej niepewności nikogo na to nie stać.

Zostałem sam, z rodziną na utrzymaniu. Wie pan, ja pewnie sobie jakoś poradzę. Ale wypowiedzenia dostali też ludzie na chwilę przed emeryturą. Kolega tapicer do pracy przychodził w roku 1972, a w 1971 wyprodukowana została maszyna, na której pracował – opowiada Michał. – Jak facet, który całe życie nap***dalał młotkiem, może pójść do pracy na recepcji w hotelu? Pomagać w kuchni? Za granicę nie wyjedzie, bo nie zna obcych języków. Drugi – nie jest w stanie się przekwalifikować, bo 40 lat robił to samo: spawał. Był w tym dobry, dokształcał się, zbierał certyfikaty. Ale co mu po papierach spawacza na kasie w supermarkecie?

A młodzi ludzie, którzy wierzyli, że stocznia przetrwa? To była ich pierwsza praca, zaraz po szkole. Zakładali rodziny, brali kredyty na 30 lat, bo wmawiano im, że włos im z głowy nie spadnie. Zaraz tych kredytów nie będzie z czego spłacać.

Dziś, wylicza Michał, o pracę będzie trudno nie tylko pracownikom fizycznym, ale i technologom, kreślarzom, inspektorom. – Tylko garstka z nich zdążyła uciec za granicę, zanim to wszystko upadło. Reszta została – mówi. – Jeśli będzie trzeba, sam pójdę do Biedronki albo Żabki, bo tam zawsze zatrudniają i żadna praca nie hańbi. Poza tym na wejście dostaje się tyle, ile u nas po 12 latach pracy. Więc tak, pójdę tam do pracy, ale z całym szacunkiem – będę się marnował.

Często słyszy: „roszczeniowi ci stoczniowcy”, „zarabiają dobrze, a chcieliby więcej”. – Dobrze? – dziwi się Michał. – U nas średnia pensja to 2,5-3,5 tys. zł na rękę. Na kierowniczych stanowiskach może tysiąc więcej. W pewnym momencie było tak, że koleżanki ze stoczni w weekendy jeździły do Niemiec do sprzątania pokoi. To wykwalifikowane pracownice, ale stocznia ich nie docenia. I przywoziły w euro tyle samo, ile miesięcznie zarabiały w stoczni.

Dziś, wylicza Michał, o pracę będzie trudno nie tylko pracownikom fizycznym, ale i technologom, kreślarzom, inspektorom (fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

Utrzymać się na powierzchni

Jacek, który oglądał premiera Gowina i prawie zadławił się zupą, miał ochotę wstać, chwycić telewizor i wyrzucić go przez okno. Bo słyszał zapewnienia, że władze dbają o miejsca pracy, a przed nim na stole leżało wypowiedzenie.

Dzisiaj jest już pewny, że ludzkie życie przeliczane jest na głosy. 40 tys. mieszkańców w Świnoujściu i 400 tys. w Szczecinie. Dla polityków rachunek był prosty. Mniejsze miasto przehandlowali na wyborczym targu.

Sytuacja na dziś: zostaje bez środków do życia, kiedy skończą się pieniądze. On, jego narzeczona i pięcioro członków rodziny, w tym trzy osoby tuż przed emeryturą. W sumie siedem osób z jednej rodziny straciło pracę. Jacek – po 14 latach. – Przez ostatnie dwa lata byłem inspektorem, wcześniej pracowałem jako mechanik – opowiada.

Dwa lata temu wysiadł mu kręgosłup. – W końcu sytuacja była tak zła, że prawie nie mogłem chodzić. Zdecydowałem się na operację, żeby móc pracować dalej, ale już na innym stanowisku.

Zwolnieni stoczniowcy mają dostać odprawy, ale i te szybko wyparują z kont, bo wyniosą tyle, ile trzymiesięczne pensje. Co wtedy? – Musimy coś z narzeczoną wymyślić – mówi Jacek. – Nie chciałbym wyjeżdżać. Trzy tygodnie być poza domem, potem na tydzień wrócić, ledwie zagrzać łóżko i znowu za granicę. Rząd miał sprowadzać Polaków do ojczyzny, a nie swoimi decyzjami zmuszać nas do zarobkowania za granicą. Ale jeśli będzie trzeba, tak zrobię. Będę musiał przetrwać, utrzymać się na powierzchni.

Gdyby dało się to wszystko odkręcić, gdyby politycy się opamiętali, wróciłby do pracy w stoczni. Narzeczona też. Tak, potwierdza, jest coś takiego jak etos stoczniowca. Zestaw wartości, który mógłby się przydać choćby politykom. – Były sprzeczki, czasem jeden na drugiego krzyknął, ale zaraz obaj szli razem, bo robotę trzeba było zrobić. Czuło się, że każdemu zależy na tym samym, że jeden stoi za drugim – mówi. I dodaje: – Zostałem inspektorem po 12 latach. A tu były poseł przychodzi i zostaje prezesem… No, mnie się to w głowie nie mieści.

Jacek mógłby to powiedzieć prezesowi prosto w oczy. Ale nigdy nie spotkał go w Świnoujściu.

Krzysztof Zaremba był nie tylko politykiem. Pracował wcześniej jako sprzedawca. Miał posadę w spółce Drobnica, należącej do Zarządu Morskich Portów Szczecin i Świnoujście. Potem został sekretarzem spółki Żegluga Polska, należącej do przedsiębiorstwa państwowego Polska Żegluga Morska, a nadzorowanej przez ministra Marka Gróbarczyka. Był też członkiem rady nadzorczej Zarządu Morskich Portów Szczecin i Świnoujście SA.

Michał prezesa nazywa „łaskawym panem”. – Dał nam możliwość dojeżdżania do pracy w Szczecinie – mówi Michał. – Na własny koszt, samochodem albo pociągiem, dwie i pół godziny. Liczyłem, ile by mnie to kosztowało. 1400 zł miesięcznie na benzynę.

Jacek twierdzi, że dla takich inspektorów jak on nie ma już w Szczecinie miejsca. – U nas pracowało sześciu, w Szczecinie – z dziesięciu – dodaje. – Zresztą jaką mamy gwarancję, że za trzy miesiące i ze Szczecina nas nie wyrzucą? Takiego zapisu w wypowiedzeniach nie ma. Poza tym jak facet, którego pracownicy nie widzieli u siebie w Świnoujściu, śmie nam teraz mówić, żebyśmy dojeżdżali do pracy 120 km?

Michał prezesa nazywa 'łaskawym panem' (fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

Ciężar odpowiedzialności

W karierze politycznej Krzysztofa Zaremby, prezesa Morskiej Stoczni Remontowej Gryfia SA w Szczecinie, sporo było zakrętów.

Skończył politologię na Uniwersytecie Szczecińskim. Przez kilka lat stał na czele zachodniopomorskich struktur partii Ruch Stu, z którą związani byli m.in. Czesław Bielecki i Andrzej Olechowski. W latach 2001-2006 prezesował regionalnej Platformie Obywatelskiej, by w 2009 r. dołączyć do eurosceptycznego Libertas, a rok później wystartować w wyborach samorządowych z list Prawa i Sprawiedliwości. Członkiem partii został w 2011 r., a jej posłem w 2015 r.

Dziś wydaje się, jakby jego dawni koledzy byli dla niego największymi wrogami. Norberta Obryckiego z PO nazywał „Herr Obryckim”. Zwolnienia w stoczniach? Za czasów Platformy było ich najwięcej – przekonuje w Radiu Szczecin. Likwidacja zakładu? Nie ma żadnej likwidacji, jest tylko sprzedaż części majątku – tłumaczy w Radiu Maryja. „Wiem, że Platformę boli to, że Gryfia staje na nogi. Powiedziałem, że nie będzie żadnej niemieckiej konkurencji, bo jej nie wpuścimy – ani do Świnoujścia, ani do Szczecina” – dodaje.

Na początku lutego wysłałem do prezesa Zaremby e-mail z pytaniami. Jakie były powody zwolnienia 200 pracowników stoczni w Świnoujściu? Jaka będzie przyszłość samej stoczni i czy to prawda, że część sprzętu (a także wyposażenia biur i stanowisk pracy) już została przetransportowana do Szczecina? Jak odniesie się do opinii pracowników stoczni, którzy negatywnie oceniają jego pracę jako prezesa stoczni Gryfia? Do dziś nie odpowiedział.

Prezes Zaremba nie stanął oko w oko ze zwalnianymi stoczniowcami – występował za to w mediach.

Sprawiedliwość w nazwie

Stoczniowcy ciągle walczą.

Do sądu pracy wpłynęło 100 pozwów od zwolnionych pracowników przeciwko stoczni. Sprawy monitoruje mecenas Patryk Zbroja. – W tym momencie sąd powinien już wysyłać te odwołania do stoczni Gryfia, ta z kolei powinna się ustosunkować do postawionych w ich treści zarzutów. Jakich? Pracodawca poszedł na skróty: zdecydowanie uprościł procedurę zwolnień grupowych i konsultacji ze związkami zawodowymi. Mówiąc prosto: ta procedura wystartowała zbyt szybko i za szybko się zakończyła. Trochę między wierszami będziemy również wykazywać, że zarząd prowadził rozmowy ze związkami w sposób jednostronny, mając z góry założoną tezę, nie dzieląc się dokładnymi informacjami, ekspertyzami ekonomicznymi, mimo że związki zawodowe wyraźnie wskazywały, że to branża remontowa, a nie budowlana, ma dość dobre rokowania ekonomiczne w sytuacji spowolnienia gospodarczego – tłumaczy adwokat.

Kilkunastu zwolnionych zawiązało Komitet Społeczny Obrony Miejsc Pracy i Terenów Stoczni w Świnoujściu. W styczniu protestowali przed siedzibą stoczni. Wsparli ich związkowcy z „Solidarności” ze spółki Tauron Serwis ze Śląska. Jeden z nich mówił: „To, w jaki sposób rozstano się z pracownikami stoczni, było dla mnie niegodne, a przede wszystkim niegodne rządów, które opierają się na prawie i sprawiedliwości”.

Imiona stoczniowców zmieniłem.

Mariusz Sepioło. Reporter. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Autor książek reporterskich: "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w więzieniu, "Himalaistki" (wyd. Znak, 2017) o najwybitniejszych wspinających się Polkach i "Nanga Dream" o Tomku Mackiewiczu. Jest autorem podcastu "Człowiek z plecakiem".