Reportaż
Wczesną wiosną w polskiej szkole było jak na wojnie (fot. Shutterstock)
Wczesną wiosną w polskiej szkole było jak na wojnie (fot. Shutterstock)

Na lekcji matematyki u Aliny logują się między innymi Ferdynand Kiepski i Muminek. - To nowa klasa, spotkałam ich po raz pierwszy we wrześniu i ledwie zaczęłam rozpoznawać twarze, przeszliśmy na zdalne nauczanie. Proszę, żeby wstawili jednak swoje zdjęcia, bo kiedy wrócimy do szkół, połowy z nich nie rozpoznam - mówi.

W marcu i kwietniu prawie nie spała, bez przerwy siedziała przed komputerem lub przy telefonie.  - Tego, co wtedy przechodziliśmy jako społeczność szkolna, nie zapomnę. Dziś jest łatwiej. Co rano jeżdżę do mojej szkoły. Punktualnie o ósmej dzwoni dzwonek, a ja włączam komputer i zaczynam lekcje . Po ostatniej –  wylogowuję się i wracam do domu – dodaje. I choć nadal sporo czasu poświęca na przygotowanie lekcji i indywidualny kontakt z uczniami, wszystko dzieje się już dobrze znanym rytmem. I bez tego ścisku w żołądku, który nie dawał zasnąć. 

Wczesną wiosną w polskiej szkole było jak na wojnie. 16 marca 2020 r. zamknięto szkoły, a  nauczycielki i nauczyciele na własnych plecach przenosili naukę do sieci. Po kilku miesiącach wróg (zdalne nauczanie) został rozpoznany, broń (komunikatory, platformy, programy) przetestowana. Szkoły starały się ujednolicić narzędzia i kanały komunikacji, nauczyciele starali się sypiać nocami, uczniowie i rodzice – wytrwać do wakacji.

We wrześniu dzieci i młodzież wrócili do szkół, ale druga fala pandemii deptała wszystkim po piętach. 24 października w domach zostali uczniowie od IV klasy szkoły podstawowej wzwyż. 9 listopada dołączyły do nich dzieci z klas I–III (ci uczniowie jako jedyni 18 stycznia wrócili do szkół).

Mniej więcej w tym czasie zaczęły się ubiegłoroczne protesty w ramach Strajku Kobiet, a na teamsowych kontach wielu dziewcząt pojawiły się błyskawice. Dyrektor jednej ze szkół, w której uczy Jola, otrzymał w listopadzie pismo od kuratora – domagał się stanowczego reagowania na takie sytuacje. Jolanta: – Akurat wtedy przerabiałam z dziećmi na WOS-ie temat „Obywatelskie nieposłuszeństwo”. Nie kazałam im niczego usuwać!

We wrześniu dzieci i młodzież wrócili do szkół, ale druga fala pandemii deptała wszystkim po piętach (fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)

Kiedy piszę ten tekst, jest koniec stycznia, kobiety znów strajkują. Niedługo minie rok od przejścia szkół na zdalne nauczanie po raz pierwszy. – Opanowaliśmy narzędzia, mogliśmy skupić się na tym, co w szkole powinno być najważniejsze. Na relacjach – mówią mi nauczyciele. Jakie lekcje wyciągają z tego doświadczenia? I co jest ważniejsze od klasówki?

Lekcja pierwsza: Ekran skraca dystans

Sporo uczniów nam zniknęło. Ale równolegle zadziało się jeszcze coś: gdzieniegdzie zaczęli uaktywniać się uczniowie do tej pory mocno wycofani. Myślę, że poczuli się pewniej, kiedy nikt na nich nie patrzył. Nie boją się, że koledzy stroją za ich plecami miny, że sami powiedzą coś głupiego na forum. Miałam wrażenie, że niektóre z tych dzieci dopiero poznaję, że rozwinęły skrzydła – mówi Katarzyna, nauczycielka w technikum. I dodaje: – Takim dzieciom bardzo pomaga indywidualny kontakt. Czasem chcą dopytać o coś, co dotyczy lekcji. Często – powiedzieć, jak się czują. 

Alina, która również uczy w technikum, potwierdza: – W szkole, gdy ktoś chce o czymś trudnym porozmawiać, musi zostać po lekcji w klasie, wszyscy to widzą. Dla wielu to bariera, rezygnują. Teraz uczeń daje mi znak przed w prywatnej wiadomości, żebym się nie wylogowywała po lekcji, i po prostu zostajemy razem w systemie. I rozmawiamy. Niedawno chłopiec zwierzył mi się, że miał awanturę z bratem, pobili się. Myślę, że na żywo, ani nawet z włączoną kamerą, bym tego nie usłyszała.

Katarzyna dodaje: – Jedna z sytuacji bardzo mnie poruszyła. Mam niezwykle zdolnego ucznia: oczytany, krytycznie myślący, aktywny. Podczas lekcji zdalnych wycofał się, ale przed wakacjami był jeszcze systematyczny: wysłał zadania, szedł do przodu z programem. Martwiłam się o niego, byliśmy w kontakcie. Po wakacjach pogorszyło się, w końcu przyznał, że nie daje sobie rady. On ma bardzo dobrą sytuację w domu, ale nie wytrzymywał tego, że szkoła weszła mu w jego prywatną przestrzeń. Zatarła mu się granica między szkołą i domem, nie mógł tego znieść. Dzięki temu, że się przede mną otworzył, mogłam szybko zareagować. W przypadku tego ucznia skończyło się na konsultacji psychiatrycznej i przejściu na leki – opowiada.

W szkole, gdy ktoś chce o czymś trudnym porozmawiać, musi zostać po lekcji w klasie, wszyscy to widzą. Dla wielu to bariera, rezygnują (fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

Nauczycielki i nauczyciele przyznają, że z niektórymi uczniami skrócił im się dystans, mają wgląd w sprawy i wydarzenia, którymi w innych okolicznościach uczeń niekoniecznie by się podzielił. To wiąże się z jeszcze większym poczuciem odpowiedzialności. W szkole Katarzyny pedagożka i psycholożka dyżurują przy komputerach bez przerwy. – One same napisały do nas, nauczycieli: jesteśmy tu też dla was, jeśli z czymś sobie nie radzicie, dajcie znak. I ja skorzystałam z tej propozycji. Musiałam na nowo przemyśleć, w jaki sposób chcę dbać zarówno o uczniów, jak i o siebie i swoich bliskich. Zatopiłam się w problemach szkolnych i nagle zauważyłam: Przecież mój własny syn zdaje w tym roku maturę! - mówi.

Lekcja druga: sprawdziany do lamusa

- Mam dużo dzieci – mówi Jolanta, i jakkolwiek nie zinterpretujecie tego zdania, będziecie mieli rację. Jest mamą siódemki, z czego czworo uczy się zdalnie w domu (dwoje w podstawówce, jedno w liceum i jedno w szkole policealnej). Ma również pod opieką około 500 uczniów. – W liceum uczę WOS-u i historii, w technikum: historii i wychowania do życia w rodzinie, do tego dochodzą jeszcze zajęcia w szkole policealnej – wylicza.

Każdemu ze swoich 500 uczniów musi wystawić trzy oceny w semestrze.  Aby je dostać, piszą pracę. To daje łącznie 1500 prac.  -  Nie pojechałam na ferie z rodziną, siedzę i sprawdzam – mówi. Czasem w kilkudziesięciu pracach trafia na ten sam błąd. - Nie zamierzam nikogo za to ścigać. Moi koledzy próbują zastawiać zmyślne pułapki, na przykład dają dzieciom tylko kilka minut na napisanie odpowiedzi na pytanie, żeby nie zdążyły ściągnąć. Ale one sobie radzą. Sprawdzają w sieci, proszą o pomoc rodzeństwo albo rodziców. Moje też.

Jola opowiada, jak to wygląda w jej domu: Młodszy syn idzie do starszego, ten – do starszej córki. Najmłodsza córka świetnie się urządziła, bo idzie do wszystkich. Czy zdarzyło mi się podać dzieciom odpowiedź na jakieś pytanie? Oczywiście, przecież ja też gram w tę grę! Niestety, dzieci dwa razy kiepsko na tym wyszły. Raz pomyliłam długość geograficzną z szerokością. Pała. Za drugim razem wstyd był większy, bo syn przyszedł z pytaniem z WOS-u, którego uczę. Coś mi się wydaje, że źle je usłyszał i dostał jedynkę. To znaczy ja dostałam! Podczas kolejnego sprawdzianu skopiował odpowiedź z Wikipedii. Dostał piątkę. Na szczęście lepiej mi poszło u córki na niemieckim (śmiech).

Alina poprosiła swoich uczniów o to, by w czasie sprawdzianu włączyli dźwięk. - Chciałam słyszeć, czy sobie nie podpowiadają, choć to oczywiście żadna gwarancja uczciwości – mówi. W domu jednego z nich na cały głos grał telewizor, przekrzykiwany przez matkę, która rozmawiała jednocześnie przez telefon. - Mój uczeń poprosił o ciszę, ale to nic nie dało. Domownicy hałasowali, leciały przekleństwa. Wszyscy wiedzieliśmy, u którego dziecka panują takie warunki, bo okienko przypisane do każdej osoby miga podczas mówienia. Miałam potem straszne wyrzuty sumienia – dodaje.

Michał, polonista z małej, wiejskiej podstawówki: – Powstał cały rynek, który ułatwia uczniom zaliczanie elektronicznych testów i sprawdzianów. Nauczyciele korzystają z różnych platform, na których po wypełnieniu testu otrzymuje się końcową liczbę punktów. Słyszałem od uczniów, że nauczyciele wyznaczają im czas na uzupełnienie sprawdzianu i każą natychmiast wysłać sobie zrzut ekranu, z aktualną godziną, co ma być dowodem na to, że uczeń nie zdążył ściągnąć. No i okazuje się, że ktoś handluje tymi print-screenami, że jest popyt, który wytwarza pomysłowe rozwiązania:  potrzebny taki a taki test, taka godzina, i dostajesz plik, który przesyłasz nauczycielowi. Sprytne, proste, kompletnie obnażające anachronizm podejścia do edukacji opartej na ocenozie i testozie.

Jolanta: – Dzieci rzadko chcą włączać kamerę. Nie tylko dlatego, że mają trudną sytuację w domu. Moje własne kombinują. Wchodzę do pokoju i widzę, że młodsza pisze -„Kamera mi nie działa”. A syn udaje, że nie ma dźwięku (śmiech). Ale zobaczyłam, że kiedy zelżała presja szkoły, zaczęli robić więcej twórczych rzeczy, córka rzuciła się na prace manualne, ciągle coś wycina, poprosiła też o sprawienie świnek morskich i zajmuje się nimi. Tego im w szkole bardzo brakuje, teraz wykroili sobie na to przestrzeń.

Powstał cały rynek, który ułatwia uczniom zaliczanie elektronicznych testów i sprawdzianów (fot. Shutterstock)

Lekcja trzecia: system musi pęknąć

Jolanta: – Polska szkoła chce produkować specjalistów. Przykleja dziecko do ławki na osiem godzin, każe mu sprawnie przeskakiwać między konwencją strasburską a rozwojem kalwinizmu. Przez osiem godzin siedzisz napięty jak struna - tu sprawdzian, tam cię mogą zapytać. Z każdego przedmiotu: od matematyki, przez chemię, fizykę, biologię, po język polski, WOS, historię i języki obce. Nie dajemy uczniom możliwości wyboru, na każdym przedmiocie żądamy specjalistycznej wiedzy. Edukacja ma ostatecznie uformować tego młodego człowieka w każdym z zaproponowanych przez nas, dorosłych, obszarów. Już wcześniej czuło się w polskiej szkole, że uczymy za dużo, w pandemii przeładowanie podstawy programowej mamy jak na dłoni. I jeśli teraz ten system nie pęknie, to nie wiem, kiedy to się stanie.

Michał w ten system nie wierzy już od dawna: – Mam kolegów i koleżanki, którzy są ortodoksyjnymi wyznawcami podręcznika i klasówki. Bezproblemowo przenieśli na system zdalny wykłady, ocenianie i wyćwiczone strategie, nie wykorzystując tych kilku małych plusów, jaki online może dać w pracy z grupą. W mojej szkole od jakiegoś czasu trwały prace nad zmianami w statucie – chcieliśmy odejść od sztywnego systemu oceniania, nie zdążyliśmy przed pandemią i teraz się z tym męczymy. To samo jest z podstawą programową – szczególnie na języku polskim widzę, jak jest przeładowana i ile treści zupełnie nie przystaje do tego świata. Aż się prosi o to, by – zwłaszcza w przedmiotach humanistycznych - pracować z uczniami bardziej przekrojowo.

Jolanta: – Zamiast podawać wiedzę i sprawdzać, ile dzieci zapamiętały, musimy zmienić cele kształcenia, zastanowić się, co ma być jego efektem końcowym. Powinna to być umiejętność krytycznego myślenia, samodzielnego poszukiwania informacji i weryfikacji zdobytej wiedzy.

Światełka w mroku

 - Zdalne nauczanie dla większości nauczycieli, uczniów i rodziców to koszmar, z którego chcą się już obudzić. W ich opowieściach  pojawiają się jednak pewne wspólne wątki, dotyczące tego, co taka forma edukacji może po sobie zostawić pozytywnego – mówi Anna Buchner. Wspólnie z Marią Wierzbicką opracowały na zlecenie fundacji Centrum Cyfrowe dwa raporty „Edukacja zdalna w czasie pandemii”. Pierwszy raport powstał wiosną 2020 roku, badania do niego socjolożki przeprowadzały już na przełomie marca i kwietnia, czyli zaledwie parę tygodni po wprowadzeniu zdalnego nauczania. Druga część była opracowywana wczesną jesienią, kiedy szkoły działały jeszcze normalnym trybem, choć krążyło widmo kolejnego ich zamknięcia.

- Nasi rozmówcy zgodnie podkreślali, że nic nie zastąpi im kontaktu osobistego z uczniami. Jednocześnie mieli poczucie, że minione miesiące przyniosły ważną wiedzę i wskazówki dotyczące tego, jak usprawnić nauczanie w szkołach. I co zrobić, żeby przystawało ono bardziej do współczesnych czasów – mówi Maria Wierzbicka. - Wielu nauczycieli dostrzegło potencjał indywidualnego kontaktu z uczniem: konsultacje „jeden na jeden” czy sprawniejsze przekazywanie niezbędnych informacji w sytuacji, gdy na przykład uczeń zachoruje. Ten kontakt online szczególnie pomocny okazał się także w przypadku osób o indywidualnym toku nauczania.

Anna Buchner dodaje, że bardzo alarmującym zjawiskiem są uczniowie, którzy wypadli z systemu – przez braki w sprzęcie, kiepskie warunki domowe, pogorszenie stanu psychicznego. Równolegle wielu  nauczycieli przyznawało, że zdalne lekcje pomogły im „odkryć” niektórych uczniów do tej pory pozostających w cieniu, tych ze słabszymi wynikami.

Nasi rozmówcy zgodnie podkreślali, że nic nie zastąpi im kontaktu osobistego z uczniami (fot. Shutterstock) , Jednocześnie mieli poczucie, że minione miesiące przyniosły ważną wiedzę i wskazówki dotyczące tego, jak usprawnić nauczanie w szkołach (fot. Shutterstock)

- Zapamiętałam szczególnie historię geografa – mówi socjolożka. - Miał ucznia, który już kilkakrotnie zostawał na drugi rok. Postanowił o niego zawalczyć – zajrzał na facebookowe konto chłopca i zobaczył, że ten interesuje się bardzo motorami. Poprosił go więc o przygotowanie prezentacji opartej na trasie wyprawy motorowej dookoła świata. I ten uczeń zrobił to rewelacyjnie! Sukces tak go podbudował, że zaczął angażować się w inne lekcje, co wcześniej nigdy nie miało miejsca. Nauczyciel prawdopodobnie nie wpadłby na pomysł, by inspirować się kontem swojego ucznia na Facebooku, gdyby nie pandemia i fakt, że od jakiegoś czasu ich relacja funkcjonowała już między innymi w oparciu o media społecznościowe.

Wielu nauczycieli deklaruje, że  po zdalnym nauczaniu „zostawią sobie” zebrania online, choćby dlatego, że i oni, i rodzice na spotkania w takiej formie muszą poświęcić mniej czasu niż wywiadówkom na żywo. Niektórzy w pandemii wypróbowali metody, które – skuteczniejsze w „onlajnie” - mają szansę przynosić dobre efekty również wówczas, gdy uczniowie wrócą do klas. W rozmowach z socjolożkami nauczyciele deklarowali m.in., że w ostatnich miesiącach częściej stosowali metodę odwróconej lekcji: zamiast wykładać wiedzę, a potem ją sprawdzać, zadawali temat, przekazywali materiały, a potem wspólnie z dziećmi rozwiewali wątpliwości, weryfikowali informacje i dochodzili do konkluzji.

Badania pokazały również, że nauczyciele, w początkach pandemii uważani za grupę nieszczególnie zaawansowaną cyfrowo, w wielu przypadkach nadgonili te braki z nawiązką i stali się ekspertami od nowoczesnych narzędzi edukacyjnych. - To im pokazało, że współczesna szkoła z jej metodami i przeładowanym programem nie przystaje do dynamicznej rzeczywistości, do cyfrowych czasów, w których ważniejsze od kucia formułek z podręcznika powinny być kompetencje związane z samodzielnym poszukiwaniem i weryfikowaniem wiedzy – podkreśla Maria Wierzbicka.

I kolejna ważna rzecz, która wynika z badań socjolożek: nauczyciele czują się kompletnie pomijani przez rząd i kuratorium. - Kiedy rodzice pytają ich: „Co dalej ze szkołą, jakie są plany?”, ci odpowiadają: „O wszystkim dowiadujemy się tak jak wy, z mediów”. To na nich spoczął cały ciężar organizacji zdalnego nauczania, a jednak dane są tu zatrważające: zaledwie 5 procent badanych przez nas osób uważa, że otrzymało od MEN wsparcie merytoryczne. Poczucie, że ministerstwo zadbało również o ich wsparcie psychologiczne, wypada jeszcze gorzej – deklaruje je zaledwie 1 procent nauczycieli – mówi Anna Buchner.

Czy zdalna szkoła zdaje egzamin? Badaczki nie mają wątpliwości: W żadnym wypadku. Dla wielu nauczycieli i ich uczniów to trauma.

Dorota macha do okien

- Myślę, że to wszystko, co może działać w zdalnym nauczaniu w starszych klasach, nie ma zastosowania w przypadku najmłodszych uczniów – mówi Dorota, nauczycielka klas I–III w wiejskiej, gminnej podstawówce.

 - Podczas pierwszej fali byłam w kontakcie głównie z rodzicami, wysyłałam zadania dla dzieci mailowo. Na Wielkanoc nagrałam dla nich film, przebrałam się za zajączka. Rodzice odpisywali, że dzieciom się bardzo podobało, że ktoś się popłakał, bo tęsknił - opowiada. Jesienią spodziewała się kolejnego zamknięcia szkół, choć miała nadzieję, że maluchom się upiecze.

 - Teraz prowadzę już lekcje na Teamsach. Dzieciom, które nie mogą być o wyznaczonej porze przed komputerem, nagrywam filmy. Ale to wszystko atrapa. Jeśli nie mogę stanąć przy dziecku i spojrzeć mu przez ramię, nie wiem, czy wszystko rozumie – mówi. Ale nadążanie z programem to nie największy problem.

- Znam dobrze każde moje dziecko. Wiem, kto ma trudną sytuację rodzinną. Wystarczy, że spojrzę w oczy i widzę: w domu gorzej. Takie dzieci często spacerują ze mną podczas przerw, coś przebąkną i już wiem, że muszę się im przyjrzeć. I dać im znać, że je widzę: pogłaskać po głowie i przytulić. Mogę reagować, gdy widzę, że problem przerasta dziecko. Zdalne nauczanie to wyklucza – mówi. - To oddzielenie od dzieci jest nie do zniesienia. Widzę po moich uczniach, że stali się apatyczni, jakby pogrążeni w letargu, zniechęceni. Czasem któreś zadzwoni: „Przejeżdżałem obok pani domu, machałem!”. Czasem zachodzę pod dom któregoś ucznia, proszę, żeby stanął w oknie, pomacham, pożartuję przez płot. Tylko tyle mogę zrobić.

Czekanie na dzwonek

Michał: – Obawiam się, że po pandemii wszystko wróci na stare tory, że nawet to doświadczenie to za mało, by odrzucić stare przyzwyczajenia i złamać system.

Jolanta: – Widzę, że wielu dzieciakom pandemia dała przyzwolenie na poluzowanie, na zdystansowanie się do opresyjnego systemu, jakim rządzi się polska szkoła. I właściwie nie dziwię się, że z tej okazji skorzystały.

Alina: – Boję się, że to stracony rok. Ale wierzę, że szybko się po nim pozbieramy.

Dorota: – Czekam, aż to wszystko się skończy, stanę przed dziećmi w klasie i powiem: widzę was.

18 stycznia uczniowie klas I–III wrócili do szkół. Data powrotu starszych dzieci wciąż jest nieznana.

Dorota Borodaj. Reporterka, dziennikarka, absolwentka kulturoznawstwa oraz Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Grand Prix na Festiwalu Twórczości Wrażliwej Społecznie, członkini zarządu Towarzystwa Krajoznawczego Krajobraz.