Reportaż
Wspinaczka w Nepalu (fot. Archiwum prywatne Kiliana Jorneta)
Wspinaczka w Nepalu (fot. Archiwum prywatne Kiliana Jorneta)

Postanowiłem, że ruszę normalną trasą, granią północno-wschodnią [na Everest - przyp.red.]. Odpocząłem dzień w obozie wysuniętym na wysokości 6300 metrów i rozpocząłem ostatnią fazę aklimatyzacji przed atakiem szczytowym. Po śniadaniu wrzuciłem do plecaka czekan, anorak i grube rękawice, a następnie ruszyłem w górę. Bez zbytniego wysiłku najpierw wspiąłem się na Przełęcz Północną, po czym poszedłem granią północną, odpychając się kijkami. To jest kilometr w pionie, tak jak w Fully, tyle że z prędkością podzieloną przez pięć. Niesamowite wrażenia. Mogę utrzymać stałe dynamiczne tempo, a nawet robić sprinty i przekonać się, jak reaguje moje ciało, żeby później nie przyszło mi za to zapłacić. Pomyślałem, by otrzeć się o 8000 metrów i zejść, ale jako że zajęło mi to cztery godziny i jeszcze mam sporo siły, wspinam się dalej. W niecałe sześć godzin docieram do obozu trzeciego, ostatniego, w którym zatrzymują się uczestnicy komercyjnych ekspedycji przed atakiem szczytowym.*

Kręcę się między namiotami i zauważam Pembę, nepalskiego przewodnika - prowadzi członków wyprawy, z którymi dzielimy pozwolenie.

- Namaste, Pemba, jak leci?

- Bardzo dobrze. - Zdejmuje maskę tlenową. - Skąd idziesz? - Na jego twarzy maluje się zaskoczenie, nie spodziewał się mnie tutaj.

- Rano wyszedłem z ABC.

- Zostajesz tu na noc? - Patrzy na mnie zdziwiony, musi chyba dokonywać obliczeń.

- Nie, nie mam namiotu. A poza tym niżej śpi się lepiej! Chciałem się tylko rozejrzeć.

- Jesteś szalony! - Śmieje się i patrzy na mnie z niedowierzaniem.

Odpowiadam mu uśmiechem, podnoszę rękę w geście pożegnania i wspinam się dalej, powoli, aż na początek grani północnej na wysokość 8400 metrów. Tam robię pauzę. Widoki są niesamowite, a teraz, wczesnym popołudniem, słońce mocno grzeje i jest dość ciepło. Waham się kilka chwil, nie wiem, czy wspinać się dalej, w końcu jestem już tak blisko.

Bez zbytniego wysiłku najpierw wspiąłem się na Przełęcz Północną, po czym poszedłem granią północną, odpychając się kijkami. To jest kilometr w pionie, tak jak w Fully, tyle że z prędkością podzieloną przez pięć (fot. Archiwum prywatne Kiliana Jorneta)

Postanawiam jednak trzymać się ustalonego planu: tego dnia tylko aklimatyzacja, a ze zdobyciem szczytu poczekam tydzień. Spędzam tam jeszcze kilka minut, ciesząc się widokami, a później zaczynam schodzić. Ponieważ czuję się dobrze, biegnę ośnieżonym zboczem i powrót do obozu wysuniętego nie zajmuje mi nawet trzech godzin. Odświeżam się trochę, rozpakowuję plecak i jem kolację. Bez wątpienia jest to dzień, w którym czuję się najlepiej pod względem fizycznym, co pokazuje sukces procesu aklimatyzacji, który potwierdza forma na dużej wysokości. Nauczyłem się dziś, że jeśli czuję się dobrze, to lepiej kontynuować wspinaczkę i zobaczyć, co się stanie, ponieważ wysokość nie daje zbyt wielu szans.

Panuje nocna cisza 21 maja, a ja czuję się jak złodziej, który kradnie chwile zarezerwowane dla górskiego spokoju - nikogo nie powinno być w tej okolicy, na grani powyżej 8500 metrów, kiedy słońce chowa się za Czo Oju. Wszystkie góry, które widzę dookoła, wydają mi się małe, i pomimo osłabienia (zbiera mi się na wymioty i mam biegunkę z powodu grypy żołądkowej, która dopadła mnie w najgorszym możliwym momencie) zapominam o wszystkim, przeżywając intensywnie te wyjątkowe chwile, kiedy mogę objąć tę spokojną i piękną noc.

Przez ostatnie cztery dni odpoczywałem w obozie bazowym Rongbuk, skąd wyruszałem, żeby pobiegać i jeść frytki w tybetańskich schroniskach. W namiocie się po prostu nudziłem.

A przecież 20 godzin wcześniej, 20 maja, po kolacji opuściłem równinę pełną kurzu i kamieni, gdzie kończy się droga, z której codziennie wysypują się turyści, żeby zrobić sobie zdjęcie z najwyższym szczytem świata w tle i ewentualnie kupić jakąś pamiątkę, i gdzie jakieś 10 tysięcy lat temu Milarepa schronił się w jaskini, żeby medytować. Zarzuciłem plecak na plecy ze wszystkim, czego potrzebowałem: kombinezonem puchowym, butami z rakami, czekanem, dwoma kijkami, litrem wody, kilkunastoma żelami i batonami energetycznymi, latarką czołową, rękawiczkami i rękawicami z jednym palcem oraz okularami przeciwsłonecznymi.

Zbocze Everestu (fot. Archiwum prywatne Kiliana Jorneta)

Skład każdego materiału był analizowany i optymalizowany całymi latami. "To nie, to odpada, to możemy usunąć", słyszeli inżynierowie albo projektanci, kiedy odwiedzałem ich podczas procesu tworzenia prototypów butów, ubrań i plecaków. Brałem gumkę do ścierania i zaczynałem usuwać z rysunków suwaki, kieszenie i wszystko inne, co uważałem za zbędne, aż projekt wyglądał tak prosto, że dało się go narysować jednym pociągnięciem ołówka. Na przykład buty, które miałem na sobie, wyglądały niczym wielkie skarpety z materiału izolacyjnego z podeszwą z włókna węglowego  z już wbudowanymi rakami. Dzięki temu zajmują mało miejsca i są bardzo lekkie, mogę więc wyruszyć w butach trekkingowych, a po dotarciu na śnieg włożyć na nie te niby skarpety z rakami i kontynuować wspinaczkę po lodzie.

O dziesiątej wieczorem zacząłem biec i przez noc pokonałem tę ciągnącą się w nieskończoność 20-kilometrową morenę, aż dotarłem do lodowca, gdzie znajdował się obóz wysunięty. Zatrzymałem się na parę godzin, żeby odpocząć, zjeść coś i napić się w oczekiwaniu, aż wzejdzie słońce i zrobi się nieco cieplej. Wraz z pierwszymi promieniami słońca ruszyłem po lodowcu i wspiąłem się na Przełęcz Północną. To właśnie wtedy się zorientowałem, że tego dnia nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Miałem rozstrojony żołądek i od czasu do czasu zaskakiwał mnie odruch wymiotny. Kiedy stwierdziłem, że dopadła mnie grypa żołądkowa, przekroczyłem już wysokość 8000 metrów. Szczerze mówiąc, nie miałem ochoty schodzić, znajdując się już tak blisko szczytu.

W każdym razie było dla mnie jasne, że przetrwam ten ból brzucha i biegunkę, co najwyżej dadzą mi się trochę we znaki. Najbardziej dokuczliwa była biegunka, ponieważ musiałem rozpiąć kombinezon i opuścić górną część, żeby móc zrobić kupę, co w takim miejscu było dość uciążliwe. Znalazłem jednak rozwiązanie: przestałem jeść. Organizm mógł zużywać tłuszcz całymi godzinami, chociaż wiązało się to ze znacznym spadkiem energii. Ale przynajmniej mogłem się powoli wspinać.

Zważywszy na panujące warunki, bez zagrożenia lawinowego, oraz na to, że znajdowałem się na grani, jedyne niebezpieczeństwa wiązały się z tym, że mógłbym nabawić się obrzęku płuc albo odmrożeń. Pomału wspinałem się więc dalej i nie zauważyłem żadnych niepokojących objawów.

Na szczycie (fot. Archiwum prywatne Kiliana Jorneta)

Kiedy słońce schowało się za Czo Oju, znów się zawahałem, czy kontynuować. Wiedziałem, że jeśli pozostanę w ciągłym ruchu, nie będzie żadnego problemu, bez względu na to, jak bardzo by było zimno. Wspinałem się więc krok po kroku, bez poczucia czasu i bez zmartwień, obejmując samotność i mrok, które ofiarowała mi noc.

Tam wysoko postrzeganie czasu jest dziwne. Unosi się wokół ciebie, wyczuwasz go, ale nie możesz dotknąć. Jest rozmyty. To samo dzieje się z myślami, które się zatrzymują i znikają. Umysł jest zajęty głęboką medytacją, daleko od ciała, które walczy, by się poruszać z niewiarygodną powolnością. Jedynie jakaś techniczna trudność wyciąga umysł z tego niebytu i na kilka chwil myśli powracają, aby nakazać precyzyjne wykonanie konkretnej czynności, a później znowu pogrążają się w pustce.

Teraz odnoszę wrażenie, że na szczyt powinienem był dotrzeć już dawno temu. W ciemności nie widzę, gdzie kończy się góra, i za każdą skałą, którą pokonuję, marzę, żeby był to koniec drogi, ale wciąż pojawia się kolejna. Aż nadchodzi moment, kiedy dostrzegam grań i światła po drugiej stronie, które powoli się poruszają.

Po raz pierwszy od wielu godzin spoglądam na zegarek. Minęła już północ. Wtedy widzę przed sobą flagi modlitewne, które powiewają na szczycie góry. Wycieńczony siadam obok nich i oddycham głęboko z głową ukrytą między kolanami.

W tym momencie nie czuję satysfakcji, a jedynie wielką ulgę. "Wreszcie, wreszcie nie muszę się już dalej wspinać". Żeby dojść do siebie, wyciągam z kieszeni żel energetyczny i go zjadam. To pierwsze, co jem od wielu godzin.

 

Noc jest czarna i przejrzysta. Z północy i z południa obserwuję świetliki, które opuszczają ostatnie obozy, kierując się tutaj, gdzie właśnie się znajduję. Satysfakcja zaczyna pukać do moich drzwi. Mówi mi, że tak, że jestem w najwyższym punkcie, w jakim w ogóle mógłbym być. Na szczęście zmęczenie jest silniejsze niż to uczucie i nie pozwala, żeby głowa straciła świat z pola widzenia i dała się pokonać emocjom. Nie czekając zbyt długo, powoli zaczynam schodzić.

Kiedy docieram do piramidy, na wysokość 8700 metrów, żołądek daje o sobie znać, zmuszając mnie do ponownego rozpięcia kombinezonu puchowego i ukucnięcia. "Nie powinienem był jeść tego żelu, do cholery!" Chwytam kamień i podcieram się nim. Nie jest to łatwe w tak grubych rękawicach.

Uff, jakoś daję sobie radę i schodzę dalej, śmiejąc się z całej sytuacji. U podnóża piramidy mijam długi oświetlony rząd około 50 osób - tragarzy, przewodników i klientów - wspinających się w milczeniu, przywiązanych do lin i tworzących korki na najbardziej technicznych odcinkach.

Gdy tylko zostawiam za sobą ostatnie światło tej kolejki, znowu jestem sam. Schodzę po grani, aż witają mnie pierwsze promienie słońca. Osłonięty od wiatru, w przyjemnym cieple wschodzącego słońca, przystaję i się kładę. Odpoczywam przez chwilę.

 *Fragmenty książki "Niemożliwe nie istnieje" Kiliana Jorneta , tłumaczenie: Barbara Bardadyn

Kilian Jornet, autor książki 'Niemożliwe nie istnieje' (fot. Archiwum prywatne Kiliana Jorneta)