Reportaż
Himalaje (fot. Magda Lassota)
Himalaje (fot. Magda Lassota)

Mingma Gyalje Sherpa, zwany Mingmą G., ma 32 lata, choć jak większość Szerpów i w ogóle Nepalczyków, wygląda na znacznie starszego. Ma kruczoczarne włosy, ciemnobrązowe oczy, twarz pooraną bliznami - wydaje mi się, że po młodzieńczym trądziku - w ustach często trzyma wykałaczkę. Pochodzi z Rolwaling, nie ma żony ani dzieci. Wspina się od 2006 roku, z miłości do gór i do pieniędzy.

Wszyscy mężczyźni w jego rodzinie się wspinali, w końcu i jemu zaproponowano udział w wyprawie. Zgodził się i szybko zrozumiał, że w ten sposób może zarobić znacznie więcej niż na pracy biurowej. Ale wspinanie to nie tylko praca, Mingma ma ambitne cele - chce zdobyć Koronę Ziemi oraz Koronę Himalajów i Karakorum.

Próbował też dokonać pierwszego wejścia na sześciotysięcznik Chobuche zachodnią ścianą z myślą o Złotym Czekanie - znanej nagrodzie za osiągnięcia wspinaczkowe - i o rozgłosie. Rozgłos się pojawił, ale na Złote Czekany nie było szans. Mingma wszedł na szczyt, jednak z zejściem było znacznie trudniej. Po dwóch nocach biwaku bez sprzętu i jedzenia, które stracił podczas podchodzenia, musiał wezwać pomoc. Ze szczytu zabrał go helikopter.

Gdy później, już w bazie, będę mówić innym, że jestem z Imagine Nepal, odpowie mi znaczące kiwanie głowami. Mingma G. jest dobrze znany. Mówi się, że jest dobrym wspinaczem, silnym, zdecydowanym, ale trochę szalonym. Jeśli Mingma ma cel, to uparcie do niego dąży. Chce, żeby klienci byli zadowoleni, ale liczą się również wyniki. Lubi wprowadzać na szczyt "pierwszych ludzi". Jego agencja ma już na koncie kilka takich osiągnięć, między innymi wprowadzenie na Everest Chińczyka Xia Boyu w protezach po amputacji obu nóg, które notabene odmroził 43 lata wcześniej właśnie na Evereście. W tym roku Mingma będzie prowadził na dach świata na przykład dwie Greczynki, które mogą zostać pierwszymi Greczynkami na Evereście. Sam do tej pory stanął na nim pięć razy.

Mingma jest dla mnie dobry, dobry poza to, za co mu płacę.

Gdy później, już w bazie, będę mówić innym, że jestem z Imagine Nepal, odpowie mi znaczące kiwanie głowami (fot. Magda Lassota)

- Mingma, czy ja też mogę się wspinać na Lobuche? - pytam go, gdy tylko dowiaduję się, że taki jest plan dla pozostałych uczestników wyprawy. Ten himalajski sześciotysięcznik mają zdobywać dla aklimatyzacji. - Tylko, Mingma, nie mam sprzętu, nie mam butów, raków, uprzęży. No, nic nie mam. Ale bardzo bym chciała, już kiedyś weszłam na sześciotysięcznik.

- Możesz - odpowiada Mingma.

- Naprawdę? - pytam zdziwiona.

- Tak - pada lakoniczna odpowiedź.

Dopytuję go jeszcze kilka razy, czy na pewno, i za każdym razem słyszę: "tak, na pewno", aż wreszcie rozumiem, że Mingma nie żartuje, choć jest oszczędny w słowach i nie patrzy mi w oczy.

- Ze sprzętem nie ma problemu - rzuca. - Wyślę ci do bazy helikopterem.

Mingma wycenił mój udział w wyprawie na 10 tysięcy dolarów. Trudno mi było uwierzyć, że muszę zapłacić aż tyle. Bo za co właściwie? Za spędzenie kilku tygodni w namiocie na lodowcu?

Chciałam się jeszcze upewnić, czy nie da się tego zrobić taniej, napisałam więc mail do jednej ze znanych amerykańskich agencji z pytaniem, za ile wzięliby mnie ze sobą do bazy. Po jakimś czasie przyszła odpowiedź: 20 tysięcy dolarów.

Zaraz po przyjeździe do Katmandu trzęsącymi się dłońmi wręczyłam Mingmie 10 tysięcy dolarów, znów zadając sobie pytanie: co ja właściwie robię? Na ile podróży by mi to wystarczyło, na ile miesięcznych czynszów?

(...)

Jest 2.00 rano. Ledwo spałam z tych nerwów, może z godzinę, sparaliżowana myślą o lawinach, spadających na głowę serakach i mnie spadającej z drabiny, wpadającej do szczelin. Lepiej by było, gdybym się wyspała, bo dziś idę na Icefall. Idę z Mingmą.

Co rusz ktoś mi mówił: "Idź, musisz koniecznie spróbować, jesteś tu, nie zmarnuj tej szansy. Jedna tylko będzie taka okazja". Namawiali, przekonywali, wiercili dziurę w brzuchu. Idź wspinać się po Icefallu, mówili.

Mingma wycenił mój udział w wyprawie na 10 tysięcy dolarów (fot. Magda Lassota)

- Mingma, czy ja bym mogła pójść na Icefall? - W końcu jednego dnia pytam go, choć sama nie wierzę, że mógłby się zgodzić.

Nie zapłaciłam za to, do tego zbliża się okno pogodowe, ataki szczytowe, wszyscy mają teraz mnóstwo na głowie. Ale pytam, bo te namowy zaczynają odnosić skutek.

- Dobrze, nie ma problemu, pójdziemy - odpowiada, jak zwykle zdawkowo. Tym razem wiem, że nie muszę pytać dwa razy. Wiem, że będzie, jak mówi.

Z daleka nie widać, jaki Icefall jest naprawdę. Patrzę na niego codziennie, podczas moich spacerów po bazie. Nie da się spędzić dnia w EBC, żeby choć raz nie spojrzeć na Icefall. Jest ogromny. Na dole szeroki, zwęża się ku górze, prowadzi między Lho La a Nuptse, wyżej znika z oczu. Z daleka nie widać, że to labirynt. Ani że może stać się labiryntem bez wyjścia.

Chyba nikt nie ma do niego obojętnego stosunku. Jest piękny, potężny i groźny. Poza wysokością w późniejszej fazie wspinaczki to właśnie Icefall jest najniebezpieczniejszym odcinkiem drogi na Everest. Szerpowie, pamiętając tragedię z 2014 roku, nie lubią tego miejsca, boją się go, przechodzą przez nie najszybciej, jak mogą. Ale w sezonie i tak muszą pokonać lodospad kilka, kilkanaście razy. Wspinacze też się boją. Niektórzy przez niego się poddadzą, zrezygnują z marzenia o Evereście, inni, żeby w drodze na dół ominąć ten fragment trasy, wezwą helikopter, który zabierze ich z powrotem do bazy. Ale dla wielu jest to wyzwanie, z którym chcą się zmierzyć. Wielu właśnie dla niego wybiera wejście na Everest od strony nepalskiej.

Idziemy tylko ja i Mingma. Mam na sobie czapkę i rękawiczki, spodnie puchowe, polar, kamizelkę puchową, w których jak zwykle spałam. Wkładam puchową kurtkę, na nogi skorupy, te z Lobuche, i starannie je zawiązuję. Biorę plecak, do którego spakowałam aparaty fotograficzne, ogrzewacze do dłoni i stóp, koc ratunkowy, czyli złoto-srebrną folię z Decathlonu, i grube rękawiczki. Idę do mesy szerpów, tam czeka już śniadanie: owsianka, tosty, jajka, gorąca herbata. Czuję wyrzuty sumienia, że dla mnie jednej tyle zachodu, takie starania, pobudka w środku nocy. Przy stupie pali się ogień. Wygląda to dokładnie tak samo jak wtedy, gdy w górę wychodzą szerpowie albo wspinacze na rotacje. Gdy wychodzę przed kuchnię, widzę Icefall, przyglądam mu się chwilę, potem przenoszę wzrok na stupę i wpatruję się w płomienie. Ten ogień pali się za nas i mówi, że to nie są żarty, że ta wspinaczka będzie naprawdę niebezpieczna. Coraz bardziej się boję.

Poza wysokością w późniejszej fazie wspinaczki to właśnie Icefall jest najniebezpieczniejszym odcinkiem drogi na Everest (fot. Magda Lassota)

Wychodzimy o 3.00. Założyliśmy uprzęże, na głowach mamy kaski. Przechodzimy lewą stroną stupy, rzucamy ryżem, który kucharze w miseczce postawili na stupie, opuszczamy obóz. Zaraz się zacznie.

Docieramy do dolnej części Icefallu, a po jakimś czasie - do miejsca zakładania raków. Poza nami tej nocy na Icefallu są tylko szerpowie. Wynoszą ostatnie depozyty, niedługo zaczną się pierwsze ataki szczytowe na Evereście. W ciszy i skupieniu przypinają do butów raki i bez słowa ruszają w górę. Szybko znikają nam z oczu. Noc jest ciepła, bezwietrzna, niebo bezchmurne, rozgwieżdżone, widzę fragment lodowca oświetlony przez moją czołówkę. Mam miękkie kolana, raki zapinam lekko trzęsącymi się dłońmi. Nie wiem, czy to nerwy, czy podekscytowanie.

Od razu ruszamy mocno pod górę. Idę pierwsza, Mingma trzyma się blisko za mną. Dobrze, że tyle nauczyłam się od Dawy na Lobuche, bo Mingma rzadko każe mi się wpinać w poręczówki, sam robi to jeszcze rzadziej, tylko wtedy, gdy jest to naprawdę konieczne, gdy wspinamy się po pionowej ścianie.

Nawet nie zauważam, kiedy mija strach. Teraz skupiam się na samej wspinaczce, a każdy kolejny odcinek Icefallu wydaje mi się ciekawszy od poprzedniego. Czuję się jak na wielkim placu zabaw. Raz drabina, raz pionowa ściana, raz lodowy tunel.

Wokół szczeliny, seraki, wielkie sople lodu. Nie myślę o tym, że mogą spaść mi na głowę, że drabina może się oderwać od ściany, że lina może się zerwać, że mogę wpaść do szczeliny. Męczę się i ciężko oddycham, ale wystarczy, że na chwilę przystanę, uspokoję mocno bijące serce i mogę iść dalej. Jestem ciekawa, co będzie za zakrętem, jakie nowe trudności na mnie czekają. Już nie pamiętam, że jeszcze parę godzin temu umierałam ze strachu.

Podoba mi się wspinaczka po Icefallu, bo niczego nie muszę, nie muszę nawet tu być. Nie jest to moja praca, nie spełniam swojego marzenia, nie mam zobowiązań wobec sponsorów. Jeśli mi się nie uda, nie zaprzepaszczę Korony Ziemi, nie stracę kontraktów, żadnych pieniędzy. Nie będę musiała tu wracać.

Czuję się jak na wielkim placu zabaw. Raz drabina, raz pionowa ściana, raz lodowy tunel (fot. Magda Lassota)

Bez presji idzie mi się lekko i szybko. Także dlatego, że jestem już dobrze zaaklimatyzowana, że jestem zdrowa i w tej chwili czuję się bardzo silna. Idziemy znacznie szybciej niż nasz zespół, tak mówi Mingma, w trzy godziny docieramy do połowy drogi do obozu pierwszego. Chcę iść dalej, do jedynki, a może nawet do dwójki. Dam radę. Chcę zobaczyć, jak jest wyżej, jaki stamtąd roztacza się widok. Jednak tutaj musimy zawrócić, tak się umówiliśmy, Mingma nie daje się przekonać. Czuję niedosyt.

Schodzimy do bazy i wracamy do naszego obozu. Słońce już wzeszło, w ciepłych ubraniach zaczyna mi się robić nieznośnie gorąco. Siadam w cieniu pod wielkim głazem przed naszymi mesami. W ustach czuję krew z popękanych warg, potwornie boli mnie gardło, ledwo mogę mówić. To przez szybkie oddychanie zimnym i suchym powietrzem lodowca, przez to, że nie potrafię się wspinać z bufką nasuniętą na twarz. Parują mi wtedy okulary i nic nie widzę. Jestem jednocześnie zmęczona i pobudzona. Mogłabym wstać i jeszcze raz pójść na Icefall.

Pierwszy raz w mojej głowie pojawia się ta myśl, ta sama, o której już tyle razy słyszałam, gdy rozmawiałam ze wspinaczami: chcę wejść na Everest. Icefall to był dopiero początek. Zupełnie nie potrafię tego wytłumaczyć, ta góra zaczyna mnie przyciągać, a ja nie umiem się temu przyciąganiu oprzeć. Chcę wejść na Everest - ta myśl jest tak samo ekscytująca, jak przerażająca, bo przecież to poważne przedsięwzięcie. I niebezpieczne.

*Fragmenty książki "W cieniu Everestu" Magdy Lassoty

KSIĄŻKA DOSTĘPNA W FORMIE EBOOKA  NA STRONIE PUBLIO.PL

Magda Lassota, autorka książki 'W cieniu Everestu' (fot. Materiały prasowe)