Reportaż
W Polsce seksualność jest tematem tabu (fot. Shutterstock)
W Polsce seksualność jest tematem tabu (fot. Shutterstock)

To Hania ma chłopaka?

- Piegowaty, rudy, Łukasz miał na imię - wspomina Hania swoją pierwszą nastoletnią miłość. - Lubił przebywać w moim towarzystwie. Niestety, wygadałam się koleżance, po dwóch dniach wiedziało całe gimnazjum. Łukasz przestał się do mnie odzywać. Najgorsze było to, że dalej chodziłam z nim do klasy. Leczyłam się z tego zawodu dwa lata.

To był dla Hani trudny czas. W gimnazjum i liceum spotkała się z innym traktowaniem niż kilka lat wcześniej. Dzieciom wózek nie przeszkadzał, a nastolatkom już tak. Z Hanią nie można było pójść na wagary, bo trudno jej było przemykać korytarzem tak, żeby nikt nie zauważył. Rodzice znajomych z klasy też za nią nie przepadali. Mówili o tym otwarcie na wywiadówkach i zabraniali pożyczać zeszyty.

Na dodatek na korytarzach z czasem pojawiało się coraz więcej pocałunków i splecionych dłoni. - Czułam wtedy ukłucie zazdrości: "czy mnie to kiedykolwiek spotka?". Ale te myśli były ukryte bardzo głęboko.

Po kilku latach "to" spotkało i Hanię.

Darka, obecnego partnera, poznała na jednym z portali randkowych. Rejestrowała się gdzie tylko mogła, czuła się bardzo samotna. A jak na złość skrzynkę odbiorczą zalewały jej wiadomości, których wolałaby nie dostawać.

"Założyłem się z kolegą, że Cię zaliczę".

"Mam 67 lat i potrzebuję towarzystwa, chętnie Ci we wszystkim pomogę".

- Gdy czułam, że trafia mi się wartościowa znajomość, zwykle zatrzymywała się ona na etapie koleżeństwa. Jak mówiłam, że jestem na wózku, to większość chłopaków po prostu ucinała kontakt bez żadnego "cześć", "do widzenia". Klasyczna zagrywka.

Rejestrowała się gdzie tylko mogła, czuła się bardzo samotna. A jak na złość skrzynkę odbiorczą zalewały jej wiadomości, których wolałaby nie dostawać (fot. Shutterstock)

Większość, ale nie wszyscy. Darek pisał dalej.

Ona ma tytanowe śruby w kręgosłupie, on tytanowe zastawki w głowie, bo kiedyś miał wypadek. Żartowali, że dobrze się dobrali.

Cztery koleżanki pomagały szykować się Hani na randkę. Załatwiła kwitek z akademika, żeby w razie czego mógł nocować za darmo. Było bardzo miło. Pocałowali się. - Ale miałam moment zawodu. Powiedział mi, że podejrzewają u niego zaburzenia paranoidalne. Ktoś się zaczął mną interesować na serio i od razu wariat.

Psycholog powiedział, że skoro sama chce dostać szansę, to może warto dać ją też komuś innemu. Ze schizofrenią przecież też można żyć.

Związek dużo zmienił w życiu Hani. Poczuła się pewniej, zaczęła odkrywać własną kobiecość. Trudno było ją do tej pory budować na przezwiskach i odrzuceniu.

Najważniejszy moment tej relacji - kiedy Darek przyjechał poznać rodzinę Hani. Pomyślała wtedy, że on o związku myśli na serio. Kupił bardzo dużo kwiatów.

- Skąd tyle tego? - babcię Hani zapytała znajoma, która wpadła z wizytą tuż po ich wyjeździe.

- A, bo w weekend zięcie byli.

- Jakie zięcie? Hani chłopak? Jak to! Hania ma chłopaka?

- No ma.

- Ale normalnego?

- Chyba normalnego .

Hania długo nie chciała uwierzyć, że ten związek to nie sen. Darek mówił jej, że ładnie wygląda tak o, nawet w zupełnie niespodziewanych chwilach, kiedy jej zdaniem nigdy nie wygląda się ładnie.

Hania długo nie chciała uwierzyć, że ten związek to nie sen (fot. Shutterstock)

Nie ma dobrego momentu

Szara bluza, ciemne włosy, dość krótkie, zaczesane na bok. Szczupła twarz, drobna postura, wzrost średni.

Mama nigdy nie mówiła Grzegorzowi: "ale fajny z ciebie facet", "przystojnie wyglądasz". Mówi tak tylko ciocia, ale ona mieszka w Ameryce i przyjeżdża raz na cztery lata.

Grzegorz uważa, że najlepszy okres na poznawanie nowych ludzi jest w liceum i na studiach. On z tej okazji nie skorzystał. Gdy był nastolatkiem, cały swój czas przeznaczał na naukę i rehabilitację. Rozmów, podrywu, ciepłych spojrzeń uczy się dopiero teraz, kiedy rówieśnicy mają żony i dzieci.

- Początki były trudne, ale jest coraz lepiej. Kawał Warszawy już przespacerowałem z dziewczynami.

Poznaje je w grupach dla singli na Facebooku. Do tej pory na spotkania z nim decydowały się trzy "typy" kobiet. Tak opisuje je Grzegorz:

"opiekuńcze" - pielęgniarki, nauczycielki z przedszkoli i opiekunki dzieci;

"zranione" - potrzebują odskoczni od małżeństwa i problemów z dziećmi, zwykle chcą się po prostu pocałować, przytulić i być wysłuchane;

"niepostępowe" - źle reagują na niepełnosprawność, po randce więcej się nie odzywają.

Na to, żeby powiedzieć o niepełnosprawności, nigdy nie ma dobrego momentu (fot. Shutterstock)

Na to, żeby powiedzieć o niepełnosprawności, nigdy nie ma dobrego momentu. Kiedy napisze o tym, jeszcze zanim się spotkają, dziewczyna wklepuje nazwę choroby w wyszukiwarkę, widzi najgorsze, najbardziej drastyczne przypadki i przestaje się odzywać. A ukrywanie takiej informacji do końca też nie jest dobrym wyjściem. Więc Grzegorz znalazł inny sposób. Uprzedza tylko, że ma problemy z chodzeniem, nie mówi nic więcej.

Ale gdy już spacerują lub siedzą w jakimś miłym miejscu, to przestaje wystarczać. Wtedy między kawą i ciastem pojawia się pytanie: "Na co chorujesz?".

- Nie wiem, po co je zadają - mówi Grzegorz. - Możemy gadać o czymkolwiek, ale i tak zawsze słyszę to pytanie. Na każdej randce. I zawsze trzeba wyjaśniać to samo, a sprawa nie jest prosta. Nie da się wytłumaczyć w dwóch zdaniach. Ile czasu ja już na randkach o tej chorobie rozmawiałem.

Iwona w swoim profilu zawsze zamieszcza zdjęcie na wózku, więc nie musi nic wyjaśniać. Aga, jej przyjaciółka, tak nie chce. Woli wrzucić zdjęcie, na którym po prostu wygląda dobrze, a nie takie, na którym koniecznie widać kółka. Ceną jest to, że wielu facetów przestaje się odzywać, gdy słyszy o jej niepełnosprawności. Kolejna grupa to tacy, którzy wykruszają się tuż przed spotkaniem. Jeden z chłopaków napisał Adze, że jednak nie przyjdzie, bo "widział kiedyś osobę niepełnosprawną i bał się, że Aga też tak będzie wyglądać".

Barbara wspomina randkę: chłopak stanął przed nią jak wryty. Mimo że uprzedzała go i ona, i wszyscy wspólni znajomi.

- Spodziewał się chyba, że kule są, żeby mi lekko pomóc - wspomina Barbara. - A nie żeby się na nich wlec.

- I co pani myśli o takiej osobie? - pytam.

- Że nie miała wcześniej kontaktu z kimś z niepełnosprawnością. I tyle.

(fot. Karolina Bialowska White Studio)
Iwona w swoim profilu zawsze zamieszcza zdjęcie na wózku, więc nie musi nic wyjaśniać (fot. Daniel Krupko)

Patryk ma wypracowane różne sztuczki, by na randce na pewien czas ukryć niepełnosprawność. Zatrzymuje się, gdy druga osoba na niego patrzy. Odwraca uwagę od nóg, grzebiąc w plecaku. Często stara się przyjść pierwszy i zająć miejsce, bo gdy siedzi, niepełnosprawności nie widać.

O chorobie mówi, gdy już zrobi dobre pierwsze wrażenie. Ale nie wdaje się w szczegóły. - Mówię, gdy czuję, że mogę już sobie pozwolić na okazanie słabości. Gdy wiem, że to będzie tylko jakiś dodatkowy czynnik.

Jak zaczynał z randkowaniem, partnerów szukał m.in. na Gaydarze. Przez pewien czas chodził wtedy o kuli. Zdarzało mu się informować o tym na profilu. Dopisywał wtedy: "jeżeli ci to przeszkadza, to spadaj". - To nie jest hasło agresywne, bardziej obronne. Zdajesz sobie sprawę, że wiele osób skreśla cię z powodu niepełnosprawności i starasz się bronić poczucia własnej wartości. OK, jestem niepełnosprawny, ale jeśli wam to przeszkadza, to spadajcie, szkoda mojego czasu na was. Ciągle jestem singlem, ale czy z powodu niepełnosprawności? Nie wiem.

Kilka miesięcy temu Patryk postanowił zaangażować się w aktywizm LGBT. Wraz z kolegą stali przed kościołem z tęczową flagą i tłumaczyli ludziom, o co chodzi w queerze. Mieli kartony z napisem "warto rozmawiać". Dla Patryka wystawienie się na widok ze swoją niepełnosprawnością to forma terapii. Stoi na ulicy, podchodzi do jednej osoby, drugiej, więc widać, jak się porusza.

- To mi daje więcej pewności siebie. Staram się nie wyobrażać sobie, że każdy, kto mnie widzi, zastanawia się, co mi się stało.

Kilka miesięcy temu Patryk postanowił zaangażować się w aktywizm LGBT (fot. Archiwum prywatne)

Co zabiera niepełnosprawność

Renata miała wyrozumiałych rodziców, pozwalali jej się wyszaleć. Z ekipą znajomych jeździła pod namiot, na ogniska, chodziła do knajp, mimo że do każdej prowadziły schody, autobusy jeżdżące za miasto zawsze były wysokopodłogowe, a wózek - ciężki. Chodziła na imprezy, dyskoteki, koncerty. Jak zwyczajne nastolatki. - Miewałam też złamane serce, ale to trzeba przeżyć. Bo wzmacnia, kształtuje. Daje nam poczucie sprawczości i panowania nad swoim życiem. Niepełnosprawność i tak dużo zabiera.

Na przykład czas. Jeśli Renata chciałaby przed randką pójść na "ciuchowe" zakupy, musi przeznaczyć na to sporą część dnia. Nie pójdzie do zwykłej sieciówki i nie ubierze się tam od stóp do głów, bo rozmiarówka nie obejmuje budowy ciała innej niż kanon, a przymierzalnie są ciasne i nie pomieszczą wózka. Żeby wybrać coś w sklepie z bielizną, Renata musi najpierw ją kupić, pójść do toalety i tam ją przymierzyć. I tak do skutku, dopóki nie znajdzie odpowiedniego modelu.

Renata jest autorką bloga Zaniczka. Edukuje, działa społecznie, zawodowo zajmuje się osobami chorymi psychicznie. Głośno mówi o barierach i trudnościach. Na przykład o tym, że na wózek nie ma miejsca w niektórych salonach kosmetycznych i fryzjerskich.

- W Polsce nadal istnieje stereotyp osoby niepełnosprawnej, która utrzymuje się tylko z renty i na wiele rzeczy nie ma pieniędzy. Na luksusową bieliznę, fryzjera, kosmetyczkę. A przecież wielu niepełnosprawnych realizuje się zawodowo i stać ich na korzystanie ze sklepów i usług. Tylko czasem opór, brak edukacji i empatii ich pracowników doprowadza do absurdalnych sytuacji i tłumaczeń w stylu: proszę nie wjeżdżać, bo koła mogą zarysować podłogę. W Polsce trzeba mieć wiele samozaparcia i kreatywny umysł, żeby dbać o swoje zdrowie i wygląd. Nie jest niczym złym niefarbowanie włosów, niedepilowanie nóg czy bikini. Ale tu chodzi o wybór. Nam się ten wybór odbiera - mówi Renata.

Renata jest autorką bloga Zaniczka (fot. Anna Harasim-Polak)
Renata i Bogumiła (fot. Paweł Orłowski)

Czasem na randkę po prostu nie da się pojechać. Takie historie zna Bogumiła, autorka youtubowego kanału Anioł Na Resorach, gdzie mówi głównie o kosmetykach, ale też o swojej niepełnosprawności: - Bardzo często rozmawiam z dziewczynami, które mieszkają na wysokim piętrze i nie mają windy. Piszą mi, że one bardzo chciałyby kogoś poznać. Ale nawet jak się uda, na przykład przez Internet, to i tak nie mają jak wyjść z domu.

Podczas jednego z pobytów w szpitalu Iwona poznała przystojnego rehabilitanta na praktykach. Przychodził na plotki, potem wymienili się numerami. Ale nie udało im się spotkać. Iwona mieszkała z  rodzicami na wsi. Trudno jej było gdziekolwiek dojechać, nie miała elektrycznego wózka, była zależna od pomocy innych. Znajomość rozeszła się po kościach.

Aga: - Od czasu kiedy mam "elektryka", moje życie wygląda zupełnie inaczej. Wcześniej byłam uzależniona od innych. Trzeba było po mnie przyjść, zaprowadzić mnie, o moich planach zawsze musiał ktoś wiedzieć. Odkąd jestem zależna od siebie, moja samoocena się podniosła. Otworzyłam się na nowe znajomości.

Iwona: - Teraz z "elektrykiem" sama decyduję. Nie muszę tylko siedzieć w pokoju przy łóżku. Mogę spotkać się z ludźmi, pojechać na wycieczkę, pójść na zakupy. To dla mnie wolność.

Aga: - Od czasu kiedy mam 'elektryka', moje życie wygląda zupełnie inaczej. Wcześniej byłam uzależniona od innych (fot. Archiwum prywatne)

Zagubieni w trosce

Bogumiła: - Bardzo późno odkryłam, że oprócz tego, że jestem osobą z niepełnosprawnością, to jeszcze jestem kobietą. Ten przełom można zauważyć na zdjęciach. Jak wspominam pierwszy rok studiów, to myślę sobie: "jak ja mogłam się tak ubierać, przecież byłam już dorosła". A nie było tego po mnie widać.

Gdy Iwona jako nastolatka jeździła do swojej starszej siostry, na miejscu od razu wyciągały z szafy sukienki i spódniczki. W domu mama ciągle ubierała ją w dresy. W dresach najwygodniej, zwłaszcza gdy dziecko jeździ na wózku. Z czasem człowiek się przyzwyczaja, że dla niego są tylko dresy. W większości szare, czarne, bezkształtne. Z czasem robią się przetarte i powyciągane. Siedząc na wózku, człowiek tonie w tych dresach, znika w fałdach materiału.

Dla Renaty dresy to symbol "odseksualnienia". Walczyła z nim, gdy na siedleckiej uczelni pracowała jako konsultantka ds. osób niepełnosprawnych. - Miałam taką studentkę, która twierdziła, że jeśli jest niewidoma, to nie musi o siebie dbać, nie musi mieć ułożonych włosów, pomalowanych ust i tak dalej. Tłumaczyłam jej, że podkreślenie kobiecości nie jest konieczne, ale jest miłe. Że może sprawić przyjemność. To było 20 lat temu, teraz o płci mówi się inaczej. Ale tu znów chodzi o wybór. Osoby niepełnosprawne często z góry mają przypisaną przez opiekunów płeć nijaką. Wygodniej i łatwiej im nie widzieć tego, że z dzieci stają się dorosłymi i oprócz jedzenia, spania potrzebują też zaspokojenia potrzeb seksualnych.

Dla Renaty dresy to symbol 'odseksualnienia'. Walczyła z nim, gdy na siedleckiej uczelni pracowała jako konsultantka ds. osób niepełnosprawnych (fot. Shutterstock)

Barbara: - Rodzice długo myślą o swoich podopiecznych w kategoriach dziecka. Nie dopuszczają możliwości, że dziecko dorasta, że kiedyś wyrośnie z tych dresów. I potem zdarzają się przypadki, że w szpitalu ląduje czterdziestolatka z nowotworem dróg rodnych, która nigdy nie była u ginekologa, mimo że w historii rodziny nowotwory u kobiet występowały wielokrotnie. Przecież osoby z niepełnosprawnościami też dojrzewają. I należy im się szacunek jak każdemu innemu. Myślałam o tym dużo po jednym z postów na grupie zamkniętej dla opiekunów, gdzie pewna mama pytała, czy golić miejsca intymne jej córki, czy nie. Zadałaby to samo pytanie, mając w domu zdrową nastolatkę?

Iwona: - Znam dziewczyny, które są w związkach już od kilku lat i chcą zamieszkać z partnerem, a rodzice im tego zabraniają, bo mówią, że on na pewno je zostawi. Chcą je chronić przed zawodem miłosnym, ale przecież pełnosprawne osoby też takie zawody przechodzą. Później się to w życiu przydaje. Chodzi o to, żeby powiedzieć "dobrze, spróbuj, w razie czego pamiętaj, że masz nas". A nie zamykać w domu.

Tato Hani wciąż jest w szoku, że w życiu jego córki pojawił się Darek. Gdy była w liceum, jej siostra poznała pierwszego chłopaka, takiego na poważnie. Pewnego razu, kiedy rodzice asystowali Hani w łazience, zapytała, co by powiedzieli, gdyby ona też kogoś poznała.

- Ale ty wiesz, że pewne rzeczy nie są dla ciebie? - usłyszała od taty.

Zamilkła. Długo się podnosiła po tej rozmowie. Przerabiała ją na wielu wizytach u psychologa.

Rodzina Darka ma pretensje, że Hania zrobiła sobie z niego darmowego asystenta, że to za duże poświęcenie z jego strony. Martwią się o niego. Martwi się też tato Hani, że Darek będzie z jego córką dla pieniędzy. - Zamiast związku jest jedno wielkie zmartwienie, które potem przerzuca się na nas.

Bogumiła uważa, że to wszystko przez miłość. - Po pierwsze, rodzice tak bardzo nas kochają i chronią, że nie widzą nas jako kobiety, mężczyzny, tylko nadal jako dziecko. Moi zapakowali mnie na 18 lat w złotą klatkę. Dbali o mnie, chuchali, pilnowali, żebym nie narażała się na trudy tego świata. Dlatego nie przeżyłam takiego typowego okresu dorastania. Tak bardzo bali się o moje życie i zdrowie, że wyparli to, że staję się młodą kobietą. Po drugie, rodzice też często nie potrafią sobie wyobrazić tego, że ich niepełnosprawne dziecko może współżyć, może być matką albo ojcem. To jest nie do ogarnięcia. Moi nadal tego nie widzą. Są bardzo szczęśliwi, że jestem żoną, ale gdy wchodzimy na ten trudny temat macierzyństwa, to bardzo szybko z niego wychodzimy, bo widzę, jak bardzo są na to niegotowi.

Rodzice tak bardzo nas kochają i chronią, że nie widzą nas jako kobiety, mężczyzny, tylko nadal jako dziecko (fot. Shutterstock)

W raporcie przygotowanym przez Projekt SeksON, zajmującym się seksualnością i rodzicielstwem osób z niepełnosprawnością, autorzy opracowania przytaczają wypowiedź jednego z rodziców: "doszliśmy do wniosku z byłą żoną, że niech on lepiej w ogóle nie zna tego świata i nie wie, o co chodzi, bo będzie miał tylko kolejne źródło frustracji''.

Renata rozumie jednak to podejście i rozumie samych rodziców. Robią to z miłości i z troski, w której zdarza im się zagubić. Sami potrzebują wsparcia psychologicznego. Dziecko chodzi na kilka terapii - oni na żadną. Nie mają osoby, która powiedziałaby im, jak mimo niepełnosprawności wychować pewnego siebie, niezależnego, decydującego o sobie i świadomego swojej seksualności człowieka.

- Poza tym, jeżeli opiekują się swoim dzieckiem całą dobę - dodaje Renata - to może być im trudno pojąć, że ktoś może je pokochać na tyle, żeby tak bardzo się poświęcić jak oni. Z góry zakładają rozstanie. Ale udanych związków jest mnóstwo. Ja potrzebuję pomocy 24 godziny na dobę i od 20 lat jestem szczęśliwą mężatką. Moja rodzina też brała go na stronę, żeby zapytać, czy wie, na co się pisze. Dopiero po ślubie się o tym dowiedziałam. Oni uznali, że muszą zainterweniować. Ale rozumiem to. Boją się. Uważają, że przez swoje deficyty dziecko cierpi, więc nie chcą, żeby cierpiało jeszcze bardziej. Tylko że tak się nie da żyć.

W Polsce nigdy nie było łatwo

Niektórzy rodzice piszą do Oli, która prowadzi na YouTube kanał "99% able". Ola umieszcza filmiki poświęcone różnym aspektom jej życia z niepełnosprawnością: przeprowadzce i studiom w Wielkiej Brytanii, samodzielnemu mieszkaniu, asystentom, kompleksom, malowaniu paznokci i depilacji.

Zgłaszają się do niej na przykład 20-latkowie, którym urodziło się dziecko z artrogrypozą (wrodzoną sztywnością stawów). Pytają, jak Ola sobie radzi w łazience, jak to później jest z partnerami, jak wygląda związek. Chcą wiedzieć, co zrobić, by ich dziecko też mogło się cieszyć tym, czym oni cieszą się teraz. - Mówię im prawdę. Że w Polsce nie było nigdy łatwo. Tam nikt nigdy się mną nie interesował. Ale w Anglii zauważyłam bardzo dużą zmianę. Gdy tu przyjechałam, moje życie towarzyskie zupełnie się odmieniło. Nie było żadnych problemów z umawianiem się. Wtedy się utwierdziłam w przekonaniu, że w Polsce problemem była niepełnosprawność. Bo przecież nie zmieniłam się ja, tylko miejsce zamieszkania.

 

Pierwszych znajomych znalazła tuż po przeprowadzce. Rozpoczynał się "Freshers' week", tydzień imprez dla nowych studentów. Wytańczyła się za wszystkie czasy. W Polsce na imprezach od razu czuła na sobie czyiś wzrok, słyszała komentarze, więc nie lubiła ruszać się na parkiecie. Nawet na osiemnastkę zaprosiła tylko najbliższych znajomych.

Najważniejszy moment całego tego tygodnia zdarzył się już pierwszej nocy. - Na imprezie po raz pierwszy pocałował mnie chłopak. Nigdy wcześniej nie czułam, że komuś mogę się podobać. Nie mówię, że od razu mu się jakoś bardzo spodobałam, ale. spojrzał na mnie w bardziej seksualnym znaczeniu. W Polsce nikt nigdy mnie tak nie widział. Od tamtej pory miałam dwóch chłopaków, parę innych pocałunków po drodze i wydaje mi się, że zaczynam zauważać, że ja też mam wybór. Wcześniej mi się wydawało, że jak ktoś już mnie wybierze, powie, że chce ze mną być, to już muszę się go trzymać, bo nikt inny mnie nie będzie chciał. Ale teraz to się zmienia. Zaczynam czuć, że ja też mogę wybrać. Że nie muszę się martwić, że jeżeli z kimś zerwę, to będę samotna do końca życia.

Jeśli chodzi o seks, do tej pory w Wielkiej Brytanii Ola spotkała się z podejściem "zobaczymy, jak będzie". Przecież każdy ma jakieś ograniczenia fizyczne czy preferencje. To nie tak, że tylko ona nie może się podeprzeć. Ktoś nie ma wystarczająco dużo siły, komuś jest niewygodnie, kogoś boli tego dnia łokieć. "Spróbujemy, zobaczymy, jak to dziś wyjdzie" - słyszy.

Jeśli chodzi o seks, do tej pory w Wielkiej Brytanii Ola spotkała się z podejściem 'zobaczymy, jak będzie' (fot. Archiwum prywatne)

Ciało jest jakie jest

Iwona kompleksów nauczyła się od koleżanek. Gdy w szkole zaczęły mówić, że są grube, mają za szerokie biodra i za małe biusty, najpierw je pocieszała. Potem sama spojrzała na siebie surowo.

- Moje ciało wygląda zupełnie inaczej niż określają to kanony piękna, więc stwierdziłam, że skoro koleżanki narzekają, to ze mną tym bardziej coś jest nie tak. No i zaczęłam dostrzegać różne swoje deformacje.

Dlatego ukrywała się pod ubraniami. Nawet latem nosiła spodnie do kostek i długie rękawy. Bardzo się męczyła. W końcu uznała: dość. Przecież nie ma wpływu na swój wygląd. Nie wyprostuje sobie kręgosłupa, nie przytyje dziesięciu kilo, zawsze będzie miała wystające, kościste ramiona. - W końcu do mnie dotarło, że to bez sensu, żebym się katowała. Moje ciało jest jakie jest. I zawsze takie będzie.

By każde ciało mogło cieszyć się udanym seksem, może być potrzebnych wielu specjalistów. Neurolog, urolog, ginekolog, androlog, chirurg plastyczny, psychoterapeuta, psycholog, psychiatra.

Hania zaczęła od ginekologa. Choć nie do końca świadomie - gdy skończyła 18 lat, chciała po prostu się przebadać. Mama zapisała ją do "swojej" lekarki. Miały przyjść już po zamknięciu gabinetu, bo to było w Grójcu, niedużej miejscowości - Hania martwiła się, co pomyślą inni. Dlatego też ostatecznie zrezygnowała z wizyty.

Po kilku miesiącach spróbowała raz jeszcze. Tym razem poszła z kumpelą do specjalistki mającej doświadczenie w pracy z pacjentkami na wózkach. Na korytarzu na swoją kolej czekały dziewczyny z całej Polski. Jak już poznają lekarza, który nie boi się ich dotknąć, to potrafią do niego przejechać nawet kilkaset kilometrów.

Gdy weszła w związek, zdecydowała się na wsparcie seksuologa. - Dla wielu par seks jest ważnym fundamentem związku. Zaczęło docierać do mnie, że coś mnie omija.

Na korytarzu na swoją kolej czekały dziewczyny z całej Polski. Jak już poznają lekarza, który nie boi się ich dotknąć, to potrafią do niego przejechać nawet kilkaset kilometrów (fot. Shutterstock)

Ale do dziś Hania walczy z bólem. On nakręca stres, a stres nakręca ból. Przed seksem pomaga sobie alkoholem i skrętami. Ale czasem używki nie wystarczą. - Co mam zrobić? Dobija mnie ta sytuacja. Wszyscy ludzie, którzy mogli mi pomóc - pomogli. Ale mam wrażenie, że w niektórych kwestiach oni też są bezradni.

Czy ma pani cipkę?

"To ty masz okres?" "Czy możesz uprawiać seks?" "Jak to jest z osobą na wózku?" - takie pytania od osób sprawnych słyszy Iwona. - Jeśli ktoś zapyta o coś bardzo intymnego, to nie odpowiadam - mówi. - Seksualność nie jest dla mnie tematem tabu, ale mam też swoje granice.

Tu Aga nie zgadza się z Iwoną. - Uważam, że o cokolwiek by mnie mieli nie zapytać, to lepiej, żeby zapytali, niż żeby sobie sami snuli domysły i tworzyli nie wiadomo jakie historie. Panuje straszna niewiedza. Jedni nie chcą pytać, drudzy nie chcą odpowiadać.

- Zdarza mi się słyszeć dziwne i przykre pytania - mówi Hania. - Często potem słyszę: "a, nie pomyślałem o tym". Ja się nie gniewam, że ludzie nie myślą.

Renatę obcy człowiek zapytał: "czy pani ma cipkę?". Tak właśnie zatytułowała swoje wystąpienie na konferencji SeksON.  

- Dopóki to będzie nadal "wow", że ktoś z niepełnosprawnością urodził dziecko, ma partnera, fantazje seksualne, że miał orgazm, że być może jest osobą nieheteronormatywną, trzeba to normalizować, mówić o tym, poruszać temat seksualności, edukować społeczeństwo. Ale jeśli ktoś nie chce o tym rozmawiać - też okej, ja to rozumiem. Nie każdy musi chcieć. Ale znowu - tu chodzi o wybór - podkreśla Renata.

***

Zastanawiam się do teraz, czy ten tekst nie powinien być o seksualności w ogóle. Bez podziału na sprawnych i tych z niepełnosprawnością. Skoro mamy normalizować, może nie powinno się tworzyć kategorii.

Iwona odpowiedziała mi na te wątpliwości: - Jeżeli napiszesz ogólnie o seksualności ludzi, to, bądźmy szczerzy, kto sobie pomyśli o osobach niepełnosprawnych? Większości przyjdą do głowy tylko sprawni.

Dominika Klimek. Dziennikarka, autorka podcastu #ważne . Prowadzi warsztaty dźwiękowo-radiowe. Pisze reportaże o tematyce społecznej.