Reportaż
Osoba współuzależniona żyje życiem uzależnionego (fot. Shutterstock)
Osoba współuzależniona żyje życiem uzależnionego (fot. Shutterstock)

Narodziny

9 czerwca, Warszawa. Jest chwila po 19, gdy mężczyzna przechodzący obok śmietnika przy ul. Symfonii słyszy płacz dziecka. Zagląda przez otwór w metalowych drzwiach, ale niczego nie może dojrzeć między ciasno ustawionymi kontenerami. Płacz nie ustaje.

Inspektor Dariusz Nowicki ze Straży Miejskiej właśnie zaczynał z kolegą wieczorny dyżur. Pierwsze zlecenie: wezwanie do bezdomnego w śmietniku. - Nic nowego, gdyby nie dodatkowa informacja, że ta osoba jest z dzieckiem - dziwi się Nowicki. - Przyjechaliśmy, odsunęliśmy kontenery i zobaczyliśmy panią, która trzymała w rękach sinego noworodka. Ale żył. Matka siedziała na zakrwawionym materacu i próbowała go karmić piersią. Pępowina nie była odcięta, łożysko leżało w torbie obok, zawinięte w szmaty. Nie ukrywam, wystraszony byłem. W Straży pracuję ponad 28 lat. Głowę dałbym sobie uciąć, że widziałem już wszystko. Ale czegoś takiego to nie.

Dlaczego kobieta nie poszła do szpitala, nie wezwała karetki? - Nie zdążyła. Ale dodała, że to jej dziewiąte dziecko, więc wiedziała, co robić - relacjonuje inspektor Nowicki. - Mówiła sensownie, wydawała się trzeźwa. Wezwaliśmy pogotowie. A ona opowiadała o swoim życiu: że jej partner też jest bezdomny i, jak ona, krąży w tym rewirze, że ośmioro dzieci oddała, ale że to chce sobie zostawić, że już imiona dla niego wybrała. Na pewno jedno to Kalina, bo to się dziewczynka okazała.

Dzieciństwo

Anna P. przychodzi na świat w sylwestra 1982 roku. Nie ma łatwego życia, bo jej rodzice są alkoholikami. Piją i zaniedbują dzieci - dziewczynka ma przyrodniego, dwa lata młodszego brata Radka. Tuż przed trzecimi urodzinami zostaje razem z nim zabrana z rodzinnego domu. Pół roku później do rodzeństwa uśmiecha się los. W domu dziecka zjawia się małżeństwo, które chce adoptować Anię i Radka. - Co to była za rodzina! Ona prokurator, on prywatna inicjatywa, piękne trzypokojowe mieszkanie na pierwszym piętrze. Na tamte czasy, umówmy się, to była taaaaka kasa - sąsiadka z bloku przy ul. Symfonii wykonuje gest ręką nad głową, żeby pokazać ogrom dobrobytu, który otaczał rodzinę. - Warunki super! Widzi pani tę górkę? - kobieta pokazuje teren obok bloku. - Oni to wszystko zagospodarowali, obsadzili, zadbali, byleby te dzieci miały miejsce do zabaw.

Co się stało z Radkiem? Nie wiadomo, podobno żyje gdzieś w Polsce. - Radek był sprawny intelektualnie, ale Ania - niestety nie, dlatego chodzili do różnych szkół. Ona do nas, bo byliśmy specjalistyczną placówką terapeutyczną, a on do zwykłej podstawówki - opowiada była nauczycielka z nieistniejącej już szkoły podstawowej przy ul. Wokalnej w Warszawie. - Moim zdaniem u niej uszkodzenia mózgu miały charakter organiczny, urodziła się podobno z zespołem FAS, bo jej matka piła przez całą ciążę.

Anna P.: - Uczyłam się słabo. Nie lubiłam niektórych przedmiotów.

Nie ma łatwego życia, bo jej rodzice są alkoholikami (fot. Shutterstock)

Dom

Anna P. jest drobna, niska. Trudno uwierzyć, że dziewięć razy rodziła. Dziecięcy typ urody, z którym silnie kontrastują bruzdy na twarzy wyrzeźbione przez alkohol. Mówi wolno i niezbyt wyraźnie. Spotykamy się w okolicach kościoła przy ul. Dereniowej, gdzie ursynowscy bezdomni spędzają życie.

Anna P.: - W rodzinie było różnie, rodzice często między sobą się spierali. Jedno w jednym pokoju, drugie w drugim. A my między nimi. Wszystkie najlepsze wspomnienia wiążą się z tatą. Bardzo go kochałam. Przede wszystkim dlatego, że zawsze był. I był pozytywny. A tą pozytywną energią potrafił zarazić mnie. Radością, którą miał w sobie. Zabierał mnie w różne miejsca. Jeździłam z nim do AK, bo był kombatantem. Z matką unikałam jakichkolwiek kontaktów, zawsze rozmawiałam o wszystkim z ojcem. Ona jest prawniczką. Osobą surową i bardzo wymagającą. Ciągle się kłóciłyśmy.

O co? O bałagan w pokoju, o spóźnienie, o ukochanego mieszańca wilczura i owczarka kaukaskiego o imieniu Ares.

Anna P.: - Matkę wkurzało, że Ares sra jej pod oknem, darła się na mnie o to. Kłóciłam się też z nią o tatę, o brata. Słowem o wszystko.

Nastolatka

Ania nie radzi sobie z napadami złości. Chodzi do szkoły średniej, gdzie uczy się na fryzjerkę, ale jak mówi - idzie jej źle. - A to dlatego, że ręka mi nie pozwoliła - pokazuje blizny na wewnętrznej stronie dłoni. - Rozwaliłam szybę, bo rozzłościł mnie mój młodszy braciszek - ironizuje. - Zaczął się ze mną kłócić o coś, nie miał racji, więc walnęłam w szybę szkolnych drzwi, żeby nie walnąć jego.

Kolejny wybuch złości przynosi znacznie poważniejsze konsekwencje. Anna: - Trzepnęłam matkę drzwiami, wychodząc z chałupy. Zapomniałam, że są metalowe. Złamałam jej żebra, matka wylądowała w szpitalu. Zgłosiła to na policję. Miałam wtedy 16 lat i byłam na nią zła. Więc się urżnęłam. A w ogóle to poszło o smycz. Matka uparła się, że ma leżeć tam, a nie tu. Złapała za nią i mnie walnęła. To ją wydarłam i jej oddałam.

Ania trafia do Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego dla dziewcząt w Głębokiem, 40 km od Lublina. - Matka mnie tam wsadziła sądownie. Jest prokuratorem. Wszystko może - przekonuje Anna. I opowiada: - Musiałam chodzić do szkoły. Do wyboru był tylko jeden zawód: kucharz. Tydzień szkolny trwał sześć dni. Co drugi dzień się gotowało, co drugi siedziało na lekcjach. I tak na okrągło.

Nastolatce udaje się skończyć pierwszą klasę. W trakcie trwania drugiej staje się pełnoletnia i opuszcza ośrodek. Jak mówi, przez nauczyciela. - Umarł mój chłopak, bardzo to przeżyłam - wspomina. - Płakałam. A nauczyciel do mnie przy całej klasie: ty (tu pada nazwisko), co się mażesz, jakbyś w ryj dostała? To ja do niego: (tu pada nazwisko), ty kurwo, czy ja do ciebie mówię po nazwisku? Czy ja z tobą, kurwo, wódkę piłam, żebyś do mnie tak mówił?

Ania nie radzi sobie z napadami złości (fot. Shutterstock)

Wiele lat później, bo w 2009 roku, Anna P., będąc w ciąży, trafi do więzienia za pobicie mężczyzny w parku. - Wszedł mi do tojtojki, chłopaki się nim zajęły. A jak skończyłam, co miałam zrobić, sama sprzedałam mu parę gongów - opowiada Anna. - Wiem, nie wyglądam na taką, ale poszłam siedzieć na cztery miesiące i 16 dni. Napisałam do dyrektora więzienia, że mam mamę chorą na serce i córkę, i że muszę się nimi obydwiema zająć. Zwolnili mnie, ale wyrok dostałam dwa lata w zawieszeniu na pięć.

Matka

Anna z ośrodka wychowawczego w Głębokiem wraca do mieszkania rodziców, nie pracuje. Podobno pije. Sąsiadka: - Była nie do opanowania. Miała wyjątkową zdolność do ładowania się w nieciekawe towarzystwo. Kilka razy w domu interweniowała policja. Przez jakiś czas był spokój. A potem znowu to samo.

W 2002 roku Anna zachodzi w pierwszą ciążę. - To była wpadka - mówi. Ktoś zasugerował jej, żeby poddała się nielegalnej aborcji. - Przecież nie jestem zabójczynią dzieci! - podnosi głos. - To nie jest wina dziecka, że jest we mnie. To zawsze jest wina faceta - kwituje.

Pierwsze dziecko, syn, dostaje imię Bronisław. Po dziadku, który nie doczekał wnuka. - Ojciec odszedł tuż przed moimi 20. urodzinami. Miał 80 lat - opowiada Anna. - Bardzo to przeżyłam.

Jaki los spotkał chłopca? Nie wiadomo. Anna mówi, że trafił do adopcji. Nie chciała go zatrzymać przy sobie. - Jak miałam sama dziecko wychować? Bez faceta? - pyta z pretensją w głosie.

Następna rodzi się Alicja. Jest 2005 rok. Anna jej wychowaniem też nie chce się zająć, jak mówi - nie ma warunków. Ale dziewczynką postanawia zaopiekować się adopcyjna mama Anny, Leokadia. Daje jej swoje nazwisko.

Anna: - Potem już dat nie kojarzę, ale kto po kim się rodzi, to pamiętam.

I tak po Alicji jest kolejny syn, też Bronisław. Potem dwie córki: Monika i Matylda. Później znowu Bronisław, następna jest Marta, dalej Krzysztof Kamil. - Nasz pierwszy - słychać dumę w głosie Roberta, obecnego partnera Anny. Ojcami jej starszych dzieci byli różni mężczyźni. - I ostatnia jest nasza niunia. Kalina Leokadia. Drugie imię ma po mojej mamie - tłumaczy kobieta.

Co się dzieje z Krzysztofem Kamilem? - Poszedł do adopcji. Robert nawet nie wiedział, że była akcja w sądzie. Co będzie z Kaliną? Chcemy ją wychować, tylko czekam na sprawę, żeby ją odzyskać.

Sąd

Kalina na świat przychodzi 9 czerwca, a już dzień później na wniosek szpitala jej sprawa trafia na wokandę mokotowskiego sądu, który tego samego dnia wszczyna z urzędu "postępowanie w przedmiocie pozbawienia matki dziecka władzy rodzicielskiej nad małoletnim dzieckiem". - Sąd zdecydował też o natychmiastowym umieszczeniu go w pieczy zastępczej, postępowanie jest w toku - tłumaczy sędzia Dorota Trautman, rzeczniczka prasowa ds. rodzinnych Sądu Okręgowego w Warszawie. Podobne postępowania toczyły się przed tym sądem w sprawie trójki innych dzieci Anny P.

Chodzi o dziecko urodzone w 2011 roku - Anna P. została pozbawiona władzy rodzicielskiej, a sąd zdecydował o umieszczeniu dziecka w placówce opiekuńczo-wychowawczej. Kolejne, które przyszło na świat w 2013 roku - Anna P. i ojciec dziecka zostali przez sąd pozbawieni władzy rodzicielskiej, a ono trafiło do domu dziecka. I następne, które urodziło się  w 2016 roku - Anna P. zgodziła się na jego przysposobienie.

Pierwsze dziecko, syn, dostaje imię Bronisław. Po dziadku, który nie doczekał wnuka (fot. Shutterstock)

Co się stało z pozostałymi dziećmi Anny P.? W tym z przedostatnim, urodzonym w 2018 roku? Nie wiadomo. Sąd tego też nie wie. - Nie posiadamy żadnych informacji o sytuacji pozostałych dzieci (...). Nie możemy w ogóle potwierdzić, aby tych dzieci było dziewięcioro, a jeśli nawet, to nie możemy potwierdzić, czy trafiły one do placówek, czy zostały przysposobione - mówi rzeczniczka prasowa ds. rodzinnych Sądu Okręgowego w Warszawie.

Jak to możliwe? Wystarczy, że Anna P. urodziła dziecko lub dzieci w innym szpitalu lub innej miejscowości, by to tamtejszy sąd podjął decyzję dotyczącą losu noworodków. Jednocześnie sądy nie wymieniają się informacjami na ten temat.

Czy którakolwiek instytucja gromadzi dane na temat losu wszystkich dzieci Anny P.? - Nie - odpowiada sędzia Trautman.

Zobacz wideo Beata prowadzi rodzinny dom dziecka. Adoptowała pięć córek

Ośrodek Pomocy Społecznej

Wiedzy o losie pozostałych dzieci Anny P. nie mają też pracownicy Ośrodka Pomocy Społecznej przy ul. Cybisa 7 na Ursynowie. Jej sprawa jest im znana od 2011 roku. - Wielokrotnie próbowaliśmy jej pomóc - mówi Beata Oliwa, kierowniczka Działu Pomocy Specjalistycznej. - Ale żeby komuś pomóc, ta osoba musi chcieć pomocy, musi się na nią zgodzić. A tutaj zgody nie było .

Co ośrodek może zaoferować? - Powstaje plan pracy, na który rodzina musi się zgodzić. Musi też spełnić określone warunki, żeby pomoc dostać - tłumaczy Luiza Przychodzień, specjalistka pracy socjalnej. Ponieważ Anna P. mieszkała przy ul. Symfonii z partnerem, OPS oferował rozwiązania nie pojedynczej osobie, ale parze, którą traktuje właśnie jak rodzinę. - Między innymi trzeba przestać pić. Pomagamy w podjęciu leczenia odwykowego, możemy pomóc w dotarciu na detoksykację, czyli odtrucie organizmu. Anna P. wszystkie te formy pomocy odrzucała.

Z wyciągniętej ręki pomocy społecznej skorzystała jedynie raz. W 2013 roku OPS udzielił Annie P. pomocy finansowej oraz rzeczowej w formie posiłków w punkcie żywieniowym. - Pracownik socjalny od 2011 roku do 2014 roku prowadził szeroko zakrojoną pracę polegającą na motywowaniu klientki do zachowywania abstynencji alkoholowej i podjęcia terapii dla osób uzależnionych - przekonuje Luiza Przychodzień. - W 2013 roku z rodziną próbował współpracować asystent rodziny, jednak Anna P. nie wyrażała na to chęci.

Jak podkreślają pracownicy OPS, w pismach do sądu regularnie informowali o niskich kompetencjach opiekuńczo-wychowawczych rodziny oraz dużych deficytach w funkcjonowaniu społecznym, co uniemożliwiało rodzicom sprawowanie opieki nad kolejnymi dziećmi. - Ostatni kontakt z Anną P. miałam 30 kwietnia 2014 roku, kiedy pracownik socjalny podjął próbę rozmowy, jednak nie został wpuszczony do mieszkania, a Anna P. powiedziała, że nie życzy sobie współpracy z ośrodkiem - mówi Luiza Przychodzień.

Prokuratura

- Nie wiem, jak to możliwe, żeby opieka społeczna nie interesowała się, co dzieje się z tą Anią. Ona jeszcze jakieś dwa lub trzy lata temu tu mieszkała - mówi sąsiadka z ul. Symfonii. - Poza tym przecież co chwilę rodziła kolejne dzieci. Nawet było o niej głośno, bo sama poród w domu sobie przyjęła. A jak w przedostatniej ciąży chodziła, z dwa lata temu, to już była bezdomna. Kiedyś ktoś tu pogotowie do niej wzywał, bo kompletnie pijana z brzuchem pod nosem wywróciła się na chodniku. Ludzie się bali, że to dziecko zabiła.

Jak podkreślają pracownicy OPS, w pismach do sądu regularnie informowali o niskich kompetencjach opiekuńczo-wychowawczych rodziny oraz dużych deficytach w funkcjonowaniu społecznym (fot. Shutterstock)

- Rzeczywiście, w czerwcu 2018 roku kolejni pracownicy socjalni dostali informację o bezdomnej kobiecie spodziewającej się dziecka, którą okazała się nasza była klientka - mówi Beata Oliwa. - Dowiedzieliśmy się wtedy, że jest bezdomna, w zaawansowanej ósmej ciąży, przebywała w altanach śmietnikowych i nadużywała alkoholu. Proponowaliśmy jej pomoc w znalezieniu schronienia w placówkach dla osób bezdomnych lub w wynajęciu pokoju. Nie zgodziła się. Również na pobyt w Warszawskim Ośrodku Interwencji Kryzysowej. Próby motywowania do zachowywania abstynencji alkoholowej spełzły na niczym.

W 2018 roku pracownicy Ośrodka Pomocy Społecznej złożyli w Prokuraturze Rejonowej Warszawa- Mokotów zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa narażenia na utratę zdrowia i życia przez Annę P. wobec jej nienarodzonego dziecka poprzez notoryczne picie alkoholu. Prokuratura odmówiła wszczęcia dochodzenia.

Dlaczego? Zawiłości paragrafów próbuje tłumaczyć Aleksandra Skrzyniarz, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Upraszczając: Artykuł 157a paragraf 1 Kodeksu karnego mówi, że kto powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego podlega karze grzywny, ograniczenia wolności lub więzienia. Jednocześnie paragraf  3 tego samego artykułu mówi, że jeśli osobą uszkadzającą jest matka, to ona karze nie podlega. I dlatego prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania.

Komisja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych

- Nie rozumiem, dlaczego prokuratura w takiej sytuacji nie przekazała tej sprawy do sądu rodzinnego - mówi Beata Oliwa. - Może sąd skłoniłby Annę P. do leczenia? My możemy wzywać Straż Miejską lub policję, które zawiozą kobietę na izbę wytrzeźwień lub wezwą do niej pogotowie, gdy będzie w widocznej ciąży. Niestety, jest grupa klientów, z którymi bardzo trudno współpracować, bo mają własny pomysł na życie. Uzależnienie ogranicza świadomość i właściwe rozpoznawanie zagrożenia.

Osobę uzależnioną od alkoholu do podjęcia leczenia może zobowiązać działająca w każdej gminie Komisja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. - Nie ma jednak takiego pojęcia jak przymusowe leczenie - pracownik działającej na Ursynowie komisji, do którego dodzwoniłam się podczas jego dyżuru, rozwiewa wątpliwości. - Alkoholizm jest chorobą i osoba chora, która nie jest ubezwłasnowolniona, może o sobie decydować, czy chce się leczyć, czy nie. Można do nas złożyć wniosek, uruchomimy procedurę zobowiązania do leczenia. Jeśli chory dobrowolnie go nie podejmie, to sąd nałoży na niego taki obowiązek. Ale jak chory nie zacznie się leczyć, to nikt mu za to nic nie zrobi. Przykro mi o tym mówić, bo wiem, że powinny być nakładane jakieś sankcje, ale to, niestety, od nas nie zależy.

A co, jeśli z powodu alkoholizmu cierpi osoba bezdomna? - To już jest w ogóle bardzo trudne, bo z osobą bezdomną nie mamy jak się kontaktować!

Procedura zobowiązania do leczenia trwa od pół roku do roku. - W przypadku Anny P. rozpoczęcie jej było całkowicie pozbawione sensu, bo zakłada ona ścisłą współpracę z chorym człowiekiem, a tutaj nie było na to szans - mówi Beata Oliwa. - Proszę zrozumieć, że jak ktoś nie chce naszej pomocy, to nie jesteśmy w stanie mu jej udzielić. Sytuację utrudnia fakt, że pani nie ma stałego miejsca zamieszkania i często zmienia miejsca pobytu.

Alkoholizm jest chorobą i osoba chora, która nie jest ubezwłasnowolniona, może o sobie decydować, czy chce się leczyć, czy nie (fot. Shutterstock)

System

Z tą opinią nie zgadza się Adriana Porowska, prezeska Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej oraz członkini Rady Społecznej przy Rzeczniku Praw Obywatelskich. Od lat zajmuje się pomocą osobom w kryzysie bezdomności i prowadzi w Warszawie schronisko dla mężczyzn.

- Cała ta smutna historia obnaża nieudolność systemu, którego poszczególne elementy są ze sobą niekompatybilne w bardzo wielu aspektach. Ta kobieta potrzebuje wsparcia. Powinien być ktoś: pracownik socjalny, lekarz pierwszego kontaktu, ktoś, kto bierze w stu procentach odpowiedzialność za nią. Ktoś, komu ona najzwyczajniej w świecie zaufa, kto będzie z nią i wesprze ją w różnych aspektach - uważa Porowska. - Na pewno ta kobieta nie radzi sobie z wieloma kwestiami: prawnymi, zdrowotnymi, mieszkaniowymi, finansowymi, psychologicznymi. Nie ma instytucji czy osoby, która skupia w swoich rękach wszystkie te kompetencje. Gdyby pani chciała uzyskać odpowiedź, dlaczego ta kobieta mieszka w śmietniku, a nie ma mieszkania, to musiałaby pani kontaktować się z wydziałem zasobów lokalowych. Ale z którym wydziałem? W której dzielnicy? Czy tam, gdzie ostatnio była zameldowana, czy może tam, gdzie długo przebywa? To samo dotyczy pomocy społecznej. Właściwą do wsparcia jednostką jest ta, gdzie ostatnio była zameldowana, czy tam, gdzie przebywa? Nikt chyba nie ma wątpliwości, że ta kobieta potrzebuje wsparcia, bo znalazła się w jakimś głębokim kryzysie: jest bezdomna, przed chwilą była w kolejnej ciąży, jest uzależniona od alkoholu. Warto, żeby porozmawiał z nią lekarz lub psychiatra, żeby sprawdzić, czy nie zagraża sama sobie i innym, a przede wszystkim swojemu dziecku.

Jak podkreśla Adriana Porowska, żeby osoba będąca w takiej sytuacji jak Anna P. uzyskała pomoc, musi spełnić mnóstwo warunków i dostosować się do mało elastycznych zasad, które narzuca ustawa o pomocy społecznej. Nie ma w tym miejsca na indywidualne potrzeby. Tymczasem system pomocy powinien być tak zbudowany, żeby dostosowywać się do ludzi.

- Dla mnie jest niewyobrażalne, żeby osoba zaburzona psychicznie, nieświadoma bardzo często tego, co się wokół niej dzieje i konsekwencji, które może ponieść, była pozostawiona zupełnie bez opieki - mówi prezeska Misji Kamiliańskiej. - Jeśli było wiadomo, że ta kobieta jest bezdomna, że w ciąży przebywa w miejscu, które absolutnie do mieszkania się nie nadaje, to przecież zagrażała nie tylko sobie, ale też zdrowiu i życiu tego dziecka. Skoro nikt nic z tym nie robi, to znaczy, że ustawowy zapis o ochronie życia poczętego jest martwy. Jako społeczeństwo umiemy tylko zabierać tej kobiecie kolejne dzieci, które w momencie urodzenia są skazane na taki sam albo gorszy los, jak ich matka.

Bezdomna

Anna P. dokładnie nie pamięta, kiedy straciła mieszkanie. - To było dwa, trzy lata temu. Matka je sprzedała, a ja wylądowałam na bruku - opowiada. - Sama ma dom pod Warszawą.

Sąsiadka z bloku przy ul. Symfonii dziwi się, że matka Anny P. tak długo tolerowała, że jej córka w domu urządziła melinę. - Imprezy, bezdomni, awantury - to było na porządku dziennym - kiwa ze zgorszeniem głową. - A ta matka płaciła czynsz, żeby nie stracić mieszkania.

Anna P. dokładnie nie pamięta, kiedy straciła mieszkanie (fot. Shutterstock)

Potwierdzają to notatki pracowników OPS: mieszkanie kobiety było bardzo zaniedbane, regularnie odbywały się tam alkoholowe imprezy.

Anna P. kategorycznie temu zaprzecza. Mówi, że nie ma problemu z alkoholem, nie nadużywa go, a dziećmi nie była w stanie się zająć, bo w pojedynkę nie dałaby rady. Jej zdaniem za wszystkie kłopoty, które ją spotkały, odpowiada matka, która zabrała jej dom. - Nikt mi nie chciał przez te wszystkie lata pomóc - mówi. - Teraz to potrzebowałabym mieszkania i pracy. Najlepiej jako dozorczyni, bo się na tym znam. W gastronomii jestem już słaba.

Anna i Robert deklarują, że chcą walczyć o Kalinę w sądzie. Choć Robert nie wierzy w powodzenie ich zamiarów. - Kto odda bezdomnym dziecko? - pyta retorycznie.

- Chcemy z partnerem się nim zająć. Czekam tylko na wiadomość, kiedy zacznie się walka. Dostanę ją na telefon. Cały czas chciałabym być mamą. O dzieciach swoich myślę bez przerwy - przekonuje Anna.

Mimo to Anna P. ani razu nie odwiedziła Kaliny w domu dziecka. Mówi jednak, że marzy jej się drużyna piłkarska. Jedenaścioro dzieci. Na pytanie, kto je wychowa, wzrusza tylko ramionami.

Babcia

Niewielki szary dom z czerwonym dachem w podwarszawskiej miejscowości. W ogrodzie pełnym kwiatów poszczekują dwa kundelki, w oknach kraty, furtka zamknięta na klucz. Po kilku godzinach zjawia się starsza zgarbiona kobieta, porusza się wolno, przy balkoniku. Po radości kundelków wiem, że to na nią czekam. Dziwi ją moja wizyta, ale godzi się porozmawiać. Dopytuje, na jaki temat. Gdy słyszy, że chcę rozmawiać o Annie, zmienia się na twarzy. Jakby imię jej adopcyjnej córki wywoływało najgorsze skojarzenia. - Nie mam nic do powiedzenia - oświadcza lodowatym głosem i zatrzaskuje mi furtkę przed nosem. - Niech pani z nią rozmawia. Ja już więcej nie mam na to siły.

Sąsiedzi mówią, że starsza pani chodzi tylko czasem po zakupy. W ogrodzie nie widują jej nigdy. Po trawie ciężko prowadzi się balkonik. Za to 15-letnia dziś Alicja, córka Anny P., którą po narodzinach zaopiekowała się Leokadia, chętnie teraz spędza popołudnia z psami na świeżym powietrzu. Ale tylko w czasie wakacji.

W okresie roku szkolnego przebywa w ośrodku wychowawczym prowadzonym przez siostry. Były z nią kłopoty, więc ją tam babcia oddała.

Imiona Anny P., jej dzieci oraz rodziców zostały zmienione.

Katarzyna Trębacka. Dziennikarka, redaktorka, wydawczyni. Pracowała dla wielu redakcji, m.in. Życia Warszawy, Życia, Expressu Wieczornego, Wiadomości TVP i portalu Gazeta.pl. To tu na blisko dziesięć lat porzuciła dziennikarstwo i zajęła się rozwojem biznesu. Skończyła polonistykę na UW oraz studiowała Gender Studies w IBL PAN. Obecnie jest doktorantką w Szkole Doktorskiej Nauk Humanistycznych UW, a w pracy badawczej zajmuje się tematyką żydowską w literaturze drugiej połowy XIX i początkowych latach XX wieku. Feministka i miłośniczka zwierząt.