Reportaż
Droga w Libii (fot. Shutterstock)
Droga w Libii (fot. Shutterstock)

Początek 2011 roku. Libijczycy buntują się przeciwko biedzie, bezrobociu i rządom Muammara Kaddafiego. Wybucha wojna domowa. Giną tysiące ludzi. Państwa członkowskie Organizacji Narodów Zjednoczonych wysyłają wsparcie dla rebeliantów. Ministerstwo Spraw Zagranicznych szuka kilkunastu chętnych medyków z Polski na misję do libijskiej Misraty. Wyjazd na front to szaleństwo. Ale pani jedzie.*

Jadę.

Dlaczego?

Bo jestem zdesperowana. Mam niespłacony kredyt, męża, który dostał udaru, i dom wystawiony przez komornika na licytację. Jadę, bo mimo trzydziestu lat pracy jako pielęgniarka anestezjologiczna w jednym z największych warszawskich szpitali zarabiam tysiąc osiemset złotych na rękę.

Tysiąc osiemset złotych na pełnym etacie?

I na pełnej odpowiedzialności. Wie pani, na czym polega praca na bloku? Przyjeżdża pacjent na zabieg. Przerażony. I trzeba go do tego zabiegu przygotować. Należycie, żeby nie umarł na stole. Zbadać, zmierzyć wszystkie parametry i znieczulić. Później, w trakcie operacji, jak już pacjenta otworzą, monitorować saturację, EKG, ciśnienie. i reagować. Bo nieraz jak chirurg za mocno ściśnie jakiś narząd, to akcja serca przyspiesza. Wtedy trzeba farmakologicznie pogłębiać sedację albo obniżać ciśnienie. A najgorzej jest, jak nic na pacjenta nie działa i tak nam przyspiesza albo tak zwalnia, że jest niemal pewne, że zaraz będzie koniec. A my mimo leków, mimo monitorowania nic na to nie możemy poradzić.

I wtedy jest bezradność?

Bezradność i stres, i niepokój. Dlatego zawsze sobie ceniłam mój dom. Po pracy wsiadałam w samochód i jechałam do bezpiecznego miejsca. A teraz, wie pani, ten mój dom to już nie jest mój. Komornik go zajął, bo jak mąż zachorował, tośmy nie mieli pieniędzy na spłacenie kredytu. Skończyło się wystawieniem go na aukcję, ale chętnych nie ma. W Polsce jest takie prawo, że nie wolno wyrzucić na bruk osoby niepełnosprawnej. Jakby ktoś ten dom zlicytował, musiałby mieszkać z moim mężem. I ze mną, bo się nim zajmuję. Można więc powiedzieć, że zostawili nas w spokoju. To znaczy o tyle o ile, bo ściągają nam emerytury. Moja wynosi tysiąc trzydzieści złotych brutto. Wie pani, że netto to tylko osiemset dwadzieścia złotych. Więc dorabiam sobie w domu opieki dla starców. Żyjemy z mężem skromnie. Nieraz nie ma czym za gaz zapłacić, zimno jest.

I ten dom już nie jest taką oazą?

No nie jest.

W jaki sposób dowiedziała się pani o wyjeździe na misję?

Koleżanka z oddziału znalazła w sieci ogłoszenie. Za miesiąc płacili dziesięć tysięcy. Ona też miała problemy finansowe. Powiedziała: "Dawaj, Iwona, jedziemy. Odkujemy się".

Tripoli, stolica Libii (fot. Shutterstock)

Wahała się pani?

Nie.

Nie czuła pani, że to wielkie ryzyko?

Wtedy nie. To ogłoszenie było na stronie MSZ-etu. Profesjonalnie zrobione, estetyczne. Jak się na nie patrzyło, to się nie myślało, że się jedzie ryzykować, tylko pomagać. Zawiozłyśmy papiery do MSZ-etu i czekałyśmy, aż się odezwą. Po kilku dniach dostałyśmy telefon, że udało się zebrać grupę dwunastu medyków z Polski - głównie pielęgniarki i lekarze ortopedzi. Zaprosili nas na szkolenie z zakresu bezpieczeństwa. Ładna pani wymieniała, czego w Libii nie wolno.

Czego?

Chodzić roznegliżowanym, dyskutować z miejscowymi, fotografować i najważniejsze - nie wolno się przeciwstawiać. W sytuacji zagrażającej życiu należy wykonywać wszystkie rozkazy agresorów. Tyle dziś pamiętam. Aha, i powiedzieli, że mamy zabrać ze sobą kalosze. To była chyba najbardziej praktyczna rada, jakiej nam wtedy udzielono.

Takie tam było błoto?

Błota tam nie było wcale. Ale o kaloszach to zaraz opowiem.

Pierwsze wspomnienie z Libii?

Wspomnienie balkonu. Bo myśmy spały u przyjaciela naszej tłumaczki, który miał dom pod Misratą. Kilkanaście kobiet, medyczek z Europy. Dom zniszczony bombami. Wszystko zniszczone, a to wcale nie jest front, bo front ze dwadzieścia kilometrów dalej. Tam gdzie nasz szpital. Ale wtedy jeszcze szpitala nie widziałam, tylko był ten balkon. Patrzyło się z niego na gruzowisko. Wyciągnęłam aparat, żeby zrobić zdjęcie. Nagle strzał. Koleżanka łapie mnie za fraki i wciąga do pokoju. "Czyś ty oszalała? Jak rykoszet pójdzie i cię zmiecie z balkonu, to się oduczysz robienia zdjęć!". To się już od tego momentu pilnowałam i zdjęć z wyjazdu nie mam żadnych. Jak reagowali na was Libijczycy? Pierwszy kontakt z miejscowymi miałam dopiero drugiego dnia rano, kiedy Amerykanie opancerzonym wozem wieźli nas do szpitala. Jak nas widzieli Libijczycy, to się cieszyli i krzyczeli: "Bolanda! Bolanda!". To znaczy Polska. Niby byli za nami. Niby wiedzieli, że jesteśmy ze szpitala i że im pomagamy.

Zawsze się zastanawiałam, jak naprawdę wygląda szpital polowy przy linii frontu. Czy jest tak jak na filmach wojennych? Jak na filmach?

Nie, zapewniam panią, że nie jest jak na filmach. W piekle nigdy nie byłam, ale myślę, że piekło może wyglądać podobnie. Wielki biały namiot, jęki, krzyki i ranni. Jeden koło drugiego, leżą na dechach, kocach, starych prześcieradłach - generalnie na tym, na czym ich przynieśli z pola walki. Leżą tak i jeden koło drugiego umierają.

Działało się automatycznie, bardzo szybko, bez słów (fot. Shutterstock)

Ilu rannych trafiało do was w ciągu dnia?

A wie pani, że kiedyś nawet policzyłam? Rebelianci przynosili do nas kolejnych pacjentów mniej więcej co dziesięć, piętnaście minut. Podczas dwunastogodzinnej zmiany było ich średnio pięćdziesięciu.

A ilu z nich umierało?

Tego liczyć nie chciałam. Ale zdecydowana większość. A to wszystko takie młode chłopaki. Rozszarpane nogi i ręce. Podziurawione głowy. Rany kłute brzucha. Jak kładli takiego na ziemi, to podlatywałam i mierzyłam parametry. Później libijscy pielęgniarze przenosili na stół, a ja znieczulałam. Przychodził chirurg i była amputacja albo wyjmowanie kuli i zszywanie rany. Innych zabiegów tam nie robiliśmy. Ale często do operacji w ogóle nie dochodziło, bo już było za późno.

Rozmawialiście z nimi?

Tam nie było czasu na rozmowy. Działało się automatycznie, bardzo szybko, bez słów. Jak ktoś coś mówił po angielsku, to zazwyczaj płakał: "Brother, brother", bo ich bracia ginęli na wojnie. A matki i siostry były poukrywane I ci, co za braćmi płakali, często po kilku godzinach do tych braci dołączali.

Jak się umiera na linii frontu?

Inaczej niż tutaj. Szybciej. Nieraz jak nam wrzucali rannych do namiotu, to nawet nie zdążałam zmierzyć parametrów. Podchodziłam, a oni łapali mnie za rękę. Tak mocno ściskali na raz, dwa, trzy, cztery, pięć. jakieś pięć sekund. A potem uścisk się rozluźniał i ręka opadała na ziemię.

I biegło się szybko do kolejnego pacjenta?

Szło. Raczej się szło, bo tam za ślisko było na bieganie. Po to właśnie te kalosze. Cała podłoga była we krwi i ta krew, w tych warunkach strasznie szybko krzepła. Zmieniała się w galaretę, po której myśmy się ciągle ślizgali. I trzeba było uważać, żeby w tę krew nie upaść.

W jakim trybie pani pracowała? Dniami? Nocami?

Wszyscy pracowaliśmy w trybie dwunastogodzinnym, były zmiany poranne i popołudniowe. Niby te popołudniowe były gorsze, bo więcej rannych, a z drugiej strony nie trzeba było spędzać nocy w domu. Bo Libijczycy pod osłoną nocy migrowali. Uciekali ze swoich domów, które były zbyt blisko frontu, i szukali schronienia. Walili w nasze drzwi, błagali o pomoc. A myśmy cichutko siedziały i udawały, że nas nie ma. Była jedna taka noc, podczas której myślałam. byłam pewna, że umrę. Grupa mężczyzn wrzeszczała: "Open! Open!" i tłukła kolbami karabinów w drzwi wejściowe. Marne drzwi. Myśmy siedziały na górze i modliłyśmy się, każda w innym języku. W końcu powiedziałam, że ktoś musi zejść na dół i sprawdzić, czy zasuwa się nie otwiera pod wpływem walenia. Ale żadna nie chciała. To poszłam ja. Po cichu ześlizgnęłam się w dół po poręczy, bokiem, żeby w razie jak zaczną strzelać w drzwi, kula mnie nie dosięgła. Na szczęście jestem szczupła. Cichutko podeszłam pod drzwi, patrzę, a zasuwa już do połowy odsunięta. To ją dosunęłam. Nie usłyszeli. Powalili jeszcze chwilę i pobiegli szukać innego schronienia. Gdybym tego nie zrobiła, toby weszli i nas pogwałcili. A na szkoleniu uczyli, żeby nie protestować, bo zabiją.

Libijczycy w trasie, 2011 r. (fot. Shutterstock)

O czym pani myślała tamtej nocy?

Jak walili w drzwi i byłam pewna, że nie ustąpią, póki nie wejdą, to po prostu żegnałam się z moją przyjaciółką z oddziału. Mówiłyśmy sobie, że to już teraz. Nasz koniec. Do widzenia. A później jakaś wola walki we mnie wstąpiła i myśl, że trzeba szybko tę zasuwę sprawdzić. A jeszcze później, jak już poszli, to przypomniał mi się mój pacjent z bloku. Jedna z niewielu operacji na cito, bo zazwyczaj to były jednak zabiegi planowe. Siwy pan po pięćdziesiątce z dziurą w wątrobie. Rana kłuta. Konwój przewożący gotówkę do banku został napadnięty przez grupę przestępców. Ten mężczyzna był ochroniarzem. Rzucił się na napastników. Na stole cały czas przyspieszał i zwalniał, ledwo żeśmy go odratowali. Jak wychodził ze szpitala, powiedział, że już nigdy życia dla pieniędzy nie zaryzykuje. "Ja tę gotówkę własnym ciałem zasłoniłem, byłem szalony!" - mówił.

To właśnie pacjent, o którym miała mi pani opowiedzieć?

Nie. Ten, którego bez względu na wszystko nigdy nie zapomnę, był Libijczykiem. Chłopaczyna, góra dwadzieścia lat. A nigdy go nie zapomnę, bo każda palpitacja, każde zaburzenie rytmu mojego serca - a mam ich ostatnio wyjątkowo dużo - przypomina mi o nim. Wrzucili nam go do namiotu. Poszarpany, ale do odratowania. Parametry, stół, znieczulenie. Chirurg już ma operować, a tu nagle wpada banda uzbrojonych facetów. To nie są rebelianci. To ci drudzy. Wrzeszczą: "Turn around! Hands up! Up!". Obok mnie lekarz i pielęgniarka, oboje z Libii. Odwracamy się, podnosimy ręce. A oni puszczają kanonadę. Ładują w chłopaka kilka, może kilkanaście kul. Później przestrzeliwują maszynę anestezjologiczną. A ja stoję zaraz obok, czuję, że pociski przelatują koło mojego ramienia. Jakby któryś się odbił od tej maszyny, to po mnie. Byłam pewna, że skoro dla nich zabicie tego chłopaczka to nic, mnie też zabiją. Nas wszystkich w tym szpitalu wyrżną. Ale nie zabili. Wrzasnęli jeszcze kilka razy i wybiegli. A ja stałam z rękami w górze, cała we krwi pacjenta, i już sama nie wiedziałam, czy żyję, czy nie żyję. Od tego momentu dostałam arytmii. Mam też nadciśnienie, jestem na lekach. Moje serce nie może się ustabilizować. A to się szamocze jak dziki ptak w klatce, a to zwalnia i niemal się zatrzymuje. Przynajmniej się cieszę, że zdążyłam chłopaka znieczulić i że spał, jak go zabijali.

W jaki sposób po takiej traumie była pani w stanie wytrwać do końca misji? Jak sobie pani poradziła?

Marnie. Na szczęście to był już koniec wyjazdu, kilka dyżurów i do domu. Wszystko robiłam na autopilocie, jak robot. A jak lecieliśmy samolotem do Polski, to słyszałam świsty nad głową. Jakby kule czy bomby ciągle gdzieś latały.

Rebelianci w Libii (fot. Shutterstock)

Czy pani i inni uczestnicy misji dostali wsparcie psychologiczne?

To bardzo naiwne pytanie. I ja bym się z niego zaśmiała, gdyby nie to, że w tym samolocie też naiwnie sobie wyobrażałam, że może w Polsce będzie czekać na nas jakiś psycholog. A wie pani kto czekał? Dziennikarze. Ledwo wylądowaliśmy, a już podleciała do mnie kobieta z telewizji i pyta, czy gdybym mogła jeszcze raz wyjechać na misję, tobym wyjechała.

I co pani odpowiedziała?

Na autopilocie odpowiedziałam. Że tak, że trzeba pomagać. A potem na autopilocie, z innymi medykami, pojechaliśmy na kolację z Sikorskim. To był jakiś hotel, już nie pamiętam nazwy. Fanfary, gratulacje, zdjęcia, roladki z łososia, zupa szpinakowa. A mnie się tak ręce trzęsły, że nie mogłam trafić widelcem w jedzenie. Nie tylko ja. Wiem, że było kilka osób, które już się nigdy psychicznie po tej misji nie dźwignęły.

A pani?

Ja też nie. Ale nie zwariowałam. A część tamtych powariowała. Może dlatego, że nie mieli kaloszy? Bo jakby mi przyszło latać po tym szpitalu w adidasach, przez które przemakałaby krew na moje skarpetki i na moje stopy, to ja też bym zwariowała. Wie pani, kalosze to była jedyna rzecz, która mnie tam chroniła. Myślę, że każdy medyk musi mieć takie coś, co będzie go chronić. Dzięki Bogu, że te kalosze spakowałam.

*Fragmenty książki "Trudny przypadek" Marianny Fijewskiej. Książka jest dostępna w Publio.pl>>>

Marianna Fijewska, autorka książki 'Trudny przypadek' (fot. Gabriel Bugajny)