Kiedy się siedzi naprzeciwko niego, łatwo zapomnieć, czego się dopuścił i w jaki sposób to zrobił. Kiedy opowiada o swoim bracie i rodzinie, sprawia wrażenie ciepłego, serdecznego człowieka. Z miłością w oczach mówi o swoim Babie, mamie i dorastaniu w Ma'anie na skraju pustyni.*
- Nikt nas nie kochał tak jak tata - przypominam sobie wyznanie jego córki, kiedy spotkałyśmy się na pustyni. W pewien szczególny sposób rozumiem, co chciała przez to powiedzieć. Człowiek przede mną zdaje się chwilami kochającym ojcem. Roztacza wokół siebie spokój i łagodność, jakie najczęściej spotyka się u starszych ludzi.
Jego historia sprawia, że niełatwo nienawidzić go bez reszty. Sposób, w jaki ją opowiada, powoduje, że pragnę go zrozumieć, znaleźć jakieś wytłumaczenie, co niekoniecznie oznacza usprawiedliwienie tego, co zrobił. Wygląda, jakby żałował swojego czynu, choć przypuszczalnie tylko tak mi się wydaje.
Tak czy inaczej, jest wierzącym muzułmaninem i musi pięć razy dziennie bić pokłony, spotykać Allaha i prosić go o wybaczenie za swój życiowy wybór. Przypuszczam, że to robi. Musi. A może i nie?
Rahman zbiera drobne monety ze stolika i zgarnia je z powrotem do woreczka. Składa zdjęcie brata i wsuwa je do kieszeni kurtki. Potem znów siada wygodnie i patrzy mi w oczy.
- Czego właściwie chcesz ode mnie? - pyta.
Można odnieść wrażenie, że to siódme spotkanie nagle kazało mu się zastanowić, dlaczego tak ciekawi mnie historia jego życia.
- Spotkałam pana córkę - mówię i pochylam się ku niemu.
Przez jego twarz przebiega drgnienie.
- Żałuje pan, że próbował pan ją zabić?
(...)
Nienawiść matki**
- Coś ty zrobiła, ty bezbożna suko? - wykrzyknęła matka. Oddech Aiszy świszczał w płucach, oczy miała szeroko rozwarte, jak oczy krów szlachtowanych na targowisku. Spojrzenie bez cienia nadziei, pomyślała Amina. Spojrzenie jakby pogodzone z tym, co ma się stać, lecz pełne strachu, że to będzie bolało.
Próbowała unikać jej wzroku. Nie chciała wstydzić się, że zadenuncjowała własną siostrę. Pragnęła tylko wydostać się z tej sytuacji. Zniknąć z tej wąskiej plaży otoczonej przez skałki i cierniste chaszcze. Jak najdalej od Aiszy i matki. Chciała pobiec z powrotem, po kamieniach, do domu, minąć stół, na którym stał talerz ze śniadaniem Aiszy i wciąż ciepły kubek herbaty. Chciała pobiec na górę, do łóżka, schować się pod kołdrę, aż to wszystko się skończy.
Ale za każdym razem, gdy się poruszyła, matka ją przygważdżała surowym spojrzeniem, każąc zostać.
Matka szturchała Aiszę, krzycząc na nią. To pchnięcie, to kuksaniec. Aisza stała potulnie z pochyloną głową, nie broniła się. Matka chwyciła ją za przeguby rąk i ścisnęła tak mocno, że aż jej pobielały kłykcie. Tarmosiła ją i krzyczała prosto w twarz. Do Aminy to nie docierało. Zdawało jej się, jakby stała obok samej siebie. Słowa były wartkim strumieniem nieczytelnego dźwięku.
Oczy matki stały się prawie czarne i Amina spostrzegła w nich coś, czego nigdy przedtem nie widziała. Pomyślała, że to nienawiść. Aisza uklękła przed matką. Błagała o przebaczenie. Ale matka ją od siebie odtrąciła. Aisza upadła na plecy. Zakaszlała i pozostała tak, leżąc na ziemi i osłaniając sobie twarz rękami. Matka patrzyła na nią. Stała tam, zaciskając pięści. Potem się nad nią pochyliła. Czubkami swoich mocnych palców otworzyła oczy Aiszy, prawie się do nich dogrzebała, i zajrzała jej w twarz.
- Jeżeli spotkasz się z nią jeszcze raz, to przysięgam na imię Proroka, że cię znajdziemy. A jak już cię znajdziemy, to żaden sąd w tym zapomnianym od Boga i ludzi kraju nie skaże nas za to, co z tobą zrobimy. Rozumiesz to? - Wyprostowała się i splunęła na Aiszę trzykrotnie. - Nie jesteś już moją córką.
Amina zapragnęła usiąść na ziemi przy siostrze i przytulić jej głowę, ale się nie odważyła.
- Starczy już, mamo - powiedziała tylko słabym głosem.
Matka spojrzała na nią. Stała tam w czarnej jak noc burce, z lodowatym spojrzeniem, podobna do anioła śmierci, którego Amina widziała w książeczce, którą czytały, kiedy były dziećmi.
- Wystarczy? - warknęła. - Uważasz, że to już wystarczy? Ja nawet jeszcze nic nie powiedziałam waszemu ojcu.
Aisza otworzyła oczy i pozwoliła płynąć łzom. Załkała. Amina podeszła do niej i przysiadła obok. Przytuliła ją do siebie i kołysała spokojnie, głaszcząc ją po głowie. Mówiła, że Allah jej wybaczy, że Allah pomoże, że tylko wystawił ją na próbę.
- Ona nic na to nie poradzi, mamo. Taka się urodziła. Trzeba jej pomóc. Przecież sama mówiłaś.
- Nikt się nie rodzi sodomitą, Amina! Nikt się nie rodzi chory! Wszyscy rodzimy się zdrowi. Gdy się zapada na jakąś chorobę, nie starczy pozbyć się objawów, trzeba usunąć całą chorobę.
- Jak możesz tak mówić? - zaprotestowała Amina. - Niektóre dzieci przecież rodzą się cho re.
- Nie. Chore dzieci nie powinny się rodzić. Nie są stworzone, by żyć na tym świecie! Są tylko próbą zesłaną na rodzinę, nie rozumiesz tego?
Aisza zaszlochała i zawołała do matki: - Więc wolałabyś, żebym się nigdy nie urodziła? Chcesz mnie zabić?
Matka prychnęła ze złością.
- Zabójstwa honorowe są dobrze przemyślane i zaplanowane. To nie jest morderstwo w afekcie albo z zazdrości.
Aisza usiadła porwana gniewem i otarła sobie łzy.
- Myślałam, że jesteś moją matką! Że będziesz mnie bronić! Islam oznacza troskę, dopuszcza błądzenie. A kim ty jesteś, by mnie sądzić?
Matka skinęła głową.
- Masz rację. W aptece dosyć jest pigułek, a w kuchni dosyć noży, byś sama mogła odpowiedzieć za własne grzechy. Słyszysz mnie?
Znowu się pochyliła i chwyciła za hidżab Aiszy. Odwinęła go z jej głowy szybkimi ruchami.
- Może ty się nie boisz Allaha, ale nikt nie uniknie jego wyroków! Dokonałaś swojego wyboru, ale nasza rodzina jest silniejsza niż ty.
Zaczęła recytować Koran, jak sędzia wygłaszający bezlitosny wyrok:
- Przecież u Boga jest przebaczenie dla tych, którzy popełniają zło nieświadomie i niezwłocznie się nawracają - powiedziała, patrząc triumfalnie na nie obie. Jakby to, co właśnie powiedziała, przemawiało na jej korzyść. Jakby to były fakty z podręcznej encyklopedii, czytywanej w soboty pod figowcem - z ostateczną odpowiedzią, świadczącą, że ona ma rację, a one się mylą.
- Sodomia i pedofilia to według szariatu plugawe, niecne i bezwstydne czyny, Aisza! Jak mogłaś?
Matka zebrała w dłoniach tkaninę hidżabu, rzuciła nią w Aiszę, odwróciła się do niej plecami i odeszła. Aisza znów spoczęła w objęciach Aminy.
- Doniosłaś na mnie - powiedziała i potrząsnęła głową. - Zdradziłaś mnie.
Żołądek ścisnął się Aminie.
- Ale oni mnie nie zabiją, Baba tego nie zrobi! Nie jest taki jak oni.
Aisza powiedziała to z tak wielkim przekonaniem, że Amina poczuła w sercu ból.
(...)
Ataki lęku
Za każdym razem, gdy Amina patrzyła na puste łóżko Aiszy, serce w niej prawie zamierało. Dni zamieniły się w tygodnie. Tygodnie w miesiące. Ciągle się zastanawiała, czy postąpiły właściwie.
Rozważała raz jeszcze, czy Baba naprawdę umiałby zabić swoje własne dzieci. Czy on - ich ukochany ojciec, który zawsze opiekował się nimi i dbał o nie - jest zdolny zamordować kogoś z własnej krwi?
Przypomniała sobie rozmowę z Babą na pustyni. Przedstawił to w ten sposób, że kiedy zabił własną matkę, sam był ofiarą swojej społeczności, tak jakby nie miał innego wyboru. Że to nie jego wina, że matka nie żyje, bo to ktoś inny poprosił go, żeby ją zabił. Ta kwestia ją pochłaniała.
Czy ktoś, kto zabił w imię swojej wiary, nie jest lepszy od kogoś, kto zabił po prostu dlatego, że nie miał odwagi odmówić? Baba uważał, że jest niewinny, bo żądania społeczności zdejmowały odpowiedzialność z jednostki. A czy osoba, która nie czuje się winna występku, którego żałuje, nie może zrobić tego samego jeszcze raz?
Odpowiedź brzmi: "tak". On mógłby zabić własne dzieci, myślała Amina. A w każdym razie doszła do takiego wniosku tego wieczoru, gdy postanowiła powiedzieć o wszystkim Aiszy.
- Boję się, że Baba cię zabije - wyznała po prostu i opowiedziała jej o jego przeszłości. Aisza przeraziła się, a na strach zareagowała fizycznie.
Przestała jeść. Nie mogła spać. Przez pierwsze wieczory wymiotowała. Tydzień później obudziła Aminę w środku nocy i powiedziała, że czuje się tak, jakby serce wyrywało się jej z piersi. Skarżyła się, że drętwieją jej dłonie i stopy. Amina nie wiedziała, co ma zrobić, położyła się więc przy Aiszy i przytulała ją, aż siostra zasnęła kilka godzin później.
Sama jednak nie mogła zmrużyć oka i nasłuchiwała oddechu Aiszy, bojąc się, że ustanie. Kolejnej nocy było jeszcze gorzej. Aisza miała problemy z oddychaniem. Trzymała się za szyję i ledwie łapała powietrze. Wyglądało to, jakby się dusiła.
Tym razem Amina nie mogła jej uspokoić - Aisza wywróciła oczy, jej ciało stężało w konwulsji. Przerażona Amina zaciągnęła siostrę do łazienki i polała jej głowę lodowatą wodą. Biła ją po twarzy, żeby przywrócić ją do przytomności.
Oszołomiona Aisza powoli przyszła do siebie. Ten incydent wystraszył je obie. To było ich pierwsze spotkanie z atakiem lęku. Jedno z wielu w następnych tygodniach. Któregoś wieczoru, kiedy Amina nie spała trzecią noc z rzędu i patrzyła, jak plecy Aiszy unoszą się i opuszczają w takt torsji nad muszlą klozetu, dotarło do niej, że coś musi zrobić.
- Jest gorzej niż przedtem - powiedziała Aisza, nim wymioty znowu zaczęły targać jej ciałem, a ona już nie miała prawie siły mówić. - Musimy do szpitala.
Amina nie wiedziała, co począć. Jeśli pojadą do szpitala, muszą powiedzieć pielęgniarkom, co się dzieje, i wmieszać innych w sprawę dotyczącą jedynie rodziny. Jeśli nie pojadą, nie była pewna, czym to się może skończyć. Nigdy nie widziała siostry tak chorej i słabej. Aisza zwymiotowała kolejny raz, a potem odchyliła się do tyłu z przekrwionymi oczami i odetchnęła.
- Nie mogę tutaj dłużej żyć, Amina! - powiedziała. - Muszę stąd uciec. Amina osunęła się obok niej na podłogę łazienki. Cała trzęsła się na myśl o tym, co się właśnie dzieje.
Jeśli Aisza ucieknie albo gdy zwrócą się do władz o pomoc, to będzie jak publiczne oskarżenie Baby o to, że chce je zabić. Czy rzeczywiście chcą oskarżyć swego ojca o zabójstwo? A co, jeśli się mylą? Co jeśli Baba naprawdę się zmienił?
Jednak wiedziała, że siostra ma rację. Ona nie mogła dalej żyć w ten sposób. Nie miały innego wyboru. Aisza musiała zniknąć.
- To takie niesprawiedliwe, że coś, co trwało tak krótko, odmieni całe twoje życie - powiedziała Amina.
- Wiesz, może ten krótki czas był wart całego życia - wyszeptała Aisza.
Aminie łzy zakręciły się w oczach. Jak ona mogła powiedzieć coś takiego? Ten komentarz był rozdzierająco szczery. To była prawda o miłości, która okazała się czymś innym. Czymś egoistycznym. Czymś cynicznym. Bo podczas gdy ona tu siedzi i rozpacza nad tym, że ich rodzina się rozpada, że Baba będzie oskarżony o zabójstwo i że jako siostry przypuszczalnie będą zmuszone zerwać ze sobą kontakt, Aisza niczego nie żałuje. Przeciwnie, zrobiłaby to samo jeszcze raz. Poświęciłaby wszystkich, którzy ją kochają, dla kogoś, kogo znała ledwie przez kilka miesięcy. Amina siedziała przy Aiszy milcząc.
*Fragmenty książki Lene Wold "Honor. Opowieść ojca, który zabił córkę", tłumaczenie: Mariusz Kalinowski. KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>> **Śródtytuły pochodzą od redakcji