Iza: - Pamiętam wrażenia z pierwszego dnia. Była zima, ciemno, chyba grudzień. Przed bramą zapytałam bratową: to ma być ten ośrodek? Zachwycił mnie płot. Niby płot, ale bardziej jak na ranczu - drewniany, niski. Weszłam do biura. Biuro też zrobiło na mnie dobre wrażenie, bo wyglądało całkiem schludnie. Ale byłam bardzo zawstydzona i w ogóle się nie odzywałam. Pamiętam, że wtedy przyszedł jeden z mieszkańców i zapytał Waldka: "Prezes, ciastko?". Pomyślałam: jaka rodzinna, fajna atmosfera! Nie mogłam się nadziwić, jak wszyscy są życzliwi, nikt nie krzyczy. Dziękuję, proszę, dzień dobry, razem jemy śniadanie, kolację. Teraz to już jestem oswojona, ale na początku... trudno mi było się przestawić.
Izę, prawie 40-letnią matkę czwórki dzieci, które przebywają w rodzinach zastępczych, do Torunia przywożą brat i bratowa. Jest 2017 rok. Ośrodek readaptacyjny "Mateusz" to dla niej szansa na ratunek. Miejsce pomiędzy trzeźwym życiem, na które ma nadzieję, a ośrodkami uzależnień, w których leczyła się z narkomanii i alkoholizmu. Po tamtych terapiach próbowała podjąć pracę, ale za każdym razem zaliczała "wpadki" i znowu zaczynała pić.
Waldek, opiekun domu, o nowych mieszkańcach mówi ze zrozumieniem: - Potrzeba kilku dni, by wejść w nowy rytm, nauczyć się wyrażać emocje inaczej niż przemocą, zauważyć, jak wielką wartością jest dbanie o wspólną przestrzeń i podejmowanie decyzji za siebie. Trzymanie się rygoru, dyscypliny, obowiązków.
Zasady ustalił Waldek: szczere mówienie o swoich problemach, proszenie o pomoc, równość wszystkich; zero alkoholu, narkotyków, agresji, przeklinania.
Panowanie nad własnym językiem to początek przemiany.
Rano nie mówimy sobie "siemano", tylko "dzień dobry". Po zjedzonym obiedzie dziękujemy i przysuwamy krzesło do stołu. Nie mówimy: "kopsnij mi, kurde, ten kubeczek, bo chce se zrobić czaj", tylko: "proszę, podaj mi kubeczek, chcę zrobić sobie herbatę". Wieczorem nie pada "śpij dobrze", tylko "dobranoc, śpij dobrze".
Tak powinni się ludzie do siebie zwracać. To wyrabia w nas normalne zachowania.
Dom to przede wszystkim ludzie
Po podwórku biegają trzy duże owczarki podhalańskie.
Iza podaje obiad. Dzisiaj ma na sobie t-shirt, krótkie spodenki, a na twarzy okulary w czarnych oprawkach. - Proszę - mówi chrypiącym, niskim głosem. - Izunia to dobra, wrażliwa dziewczyna - mówi mi o niej Waldek.
W jednym pokoju z Izą mieszka Teresa. Teraz rozwiesza pranie na sznurkach. Drobna, opalona, energiczna. Z krzywymi zębami, które pokazuje w serdecznym uśmiechu, w grubych okularach, które nosi zaledwie od dwóch tygodni, bo wcześniej nawet nie wiedziała, że ma wadę wzroku. Wygląda i rusza się jak młoda dziewczyna. - Ja już mam 50 lat, moja córka - 30. Jeszcze mam dwoje dorosłych bliźniaków - śmieje się. Mówi na Waldka "tata" albo "tatek".
Teresa za przestępstwo odsiedziała w więzieniu 12 lat. Po zakończeniu kary nie umiała się odnaleźć. - Co wiesz o świecie, do którego idziesz, a w którym przez 12 lat wszystko się zmieniło? Pojawiły się nowe technologie, nowe filmy, nowa muzyka, nowe zasady - mówi. - Co z tego, że za kratkami zdobyłam dwa zawody: kucharki i krawcowej? I tak wszystko musiałam zaczynać od zera.
Przy nowej drewnianej bramie pracuje dwóch szczupłych mężczyzn w roboczych ubraniach. Mogą być po pięćdziesiątce. Kazimierz i Marek. Obaj początkowo wydają mi się nieśmiali i bardzo do siebie podobni. Waldek mówi o nich "chłopaki", chociaż są zaledwie kilka lat od niego młodsi. Witają się nadgarstkami, bo mają umazane smarem ręce, nie chcą mnie ubrudzić.
Marek, jak później się dowiem, jest fanem czytania książek i Beatlesów.
Kazimierz z apaszką na szyi z trudem wydobywa z siebie "dzień dobry". To przez raka krtani, którego lekarze nie leczyli w więzieniu. Diagnozowali chore gardło.
Kazimierz siedział w więzieniu ponad trzy lata. Nie wiem z jakiego paragrafu. Nie chcę go męczyć pytaniami, widząc, ile trudu kosztuje go wydobycie głosu.
Marek od ponad 30 lat jest alkoholikiem. Przez 23 lata mieszkał we Włoszech, dokąd wyjechał, zostawiając w Polsce żonę i dwie córki. Prowadził na czarno firmę remontowo-budowlaną. Myślał, że ciuchy od Armaniego wynagrodzą córkom jego nieobecność. Jedna z nich nie chce mieć z nim kontaktu. Pomogła matce wymeldować ojca z domu. On tego nie rozumie, kupił jej mieszkanie.
Jeszcze kiedy Iza, Teresa, Marek i Kazimierz (i inni) byli w zakładach karnych albo w placówkach leczenia uzależnień, Waldek odwiedzał ich i mówił, że mogą mieć dom - nie ośrodek. I powtarzał im jedno: "jeśli zechcesz, możesz zrobić coś dobrego ze swoim życiem. Jeśli nie, pozostaje ci kryminał albo piach. Wybór należy do ciebie, innych opcji nie masz".
Dom to nie tylko sufit i ściany
Waldek: - W naszym mikroświecie możemy powiedzieć: żyjemy! Dom to nie jest tylko sufit i ściany. To ludzie. Jeżeli zamieszkamy pod namiotem, będziemy mieć dom pod namiotem. Pod warunkiem że będziemy siebie szanować. Jeżeli będziemy mieć większe aspiracje niż namiot, to sobie zbudujemy dom w postaci budynku. I my mieliśmy. W starych opuszczonych pomieszczeniach magazynu udało się ten dom urządzić. Wszystko wyremontowaliśmy sami.
My tu nie jesteśmy zamknięci. Chodzimy na miasto, na randki, do kina. Zgłaszamy: "tego i tego dnia wyjeżdżam czy wychodzę", żeby nikt się nie martwił. Jeżeli mamy się spóźnić, to trzeba poinformować. Ale najważniejsze są obowiązki domowe. Nie wyjdę w trakcie robienia obiadu, nie zostawię bez niego chłopaków, którzy wracają z pracy.
Mamy dyżury. W trakcie dyżuru sprzątamy łazienkę, pokój telewizyjny, podlewamy kwiaty. Trzeba uprzątnąć sierść i nieczystości po psach. Palenie w piecu zimą, zakupy, przyrządzanie posiłków - to też codzienne zadania mieszkańców.
Do obowiązków podchodzimy na luzie. Nie mówimy jak ludzie za ogrodzeniem: "śnieg pada, deszcz pada, ale na siłę musimy zrobić to, co zaplanowaliśmy". Nie, to nie tak ma wyglądać. Organizujemy grille, podwieczorki, oglądamy razem telewizję.
Jedna lodówka jest w magazynie, a z drugiej, w sali telewizyjnej, można korzystać na co dzień. Każdy je tyle, ile potrzebuje zjeść. Nie ma ograniczania posiłku do dwóch czy trzech kromek i jednej herbaty.
Możemy wypić dwie kawy dziennie. Rano i po południu. Dlaczego nie więcej? Większość osób trafia tu po chronicznym piciu alkoholu i braniu narkotyków. Kawa wpływa na podniesienie ciśnienia, na niepokój, a tu potrzebne jest wyciszenie.
Ojciec surowy i wymagający
W sobotę jedziemy z Waldkiem do warzywniaka po cebulę. Jeden kilogram na dzisiejszy obiad dla sześciu osób. Cebula będzie do kaszanki z ugotowanymi ziemniakami i surówką z białej kapusty. - Jadłaś kiedyś coś takiego? - pyta mnie Waldek. - Dzisiaj kaszanka, a jutro schabowe. Na niedzielę coś lepszego - mruga zachęcająco. - Takie zestawy wczoraj wszyscy zaplanowaliśmy. Pasuje? - pyta, ale nie czeka na odpowiedź. Pasuje. Jak wszyscy, to wszyscy.
Gdy trzeba, skrytykuje, ustawi do pionu, a nawet z domu wyrzuci. Jest tu ojcem, a ojciec bywa surowy i wymagający.
W niedzielę wczesnym rankiem Iza pakuje torbę podróżną i niespodziewanie postanawia wyjechać. Gdzie? Nie mam pojęcia, wczoraj w ogóle o tym nie wspominała. Nikt mi nie mówi, co się stało, ale mam złe przeczucia. Miała przygotować dla wszystkich śniadanie.
Kiedy kilka godzin później pijemy kawę na tarasie, na wyświetlaczu wyciszonego telefonu Waldka widzę kilkanaście nieodebranych połączeń od Izy. Jeden telefon odbiera. Iza bełkocze i krzyczy. W końcu pojawia się z torbą w bramie. Pijana. We dwójkę idą do biura, słychać krzyki awanturującej się kobiety. Przyjeżdża policja, zabiera Izę w kajdankach.
- Nienawidzę cię, nigdy więcej ci nie zaufam! - krzyczy bez tchu, zapłakana. - Nienawidzę cię, nienawidzę cię!
Patrzymy na siebie z Markiem, zaciskamy wargi. Słowa stają w gardłach.
Hokeista trafia do MONAR-u
Waldemar Dąbrowski ma 61 lat. Mówi, że wychowały go toruńskie przedmieścia i gra w hokeja. Nie lubił się uczyć, ale świetnie sobie radził na lodzie. Grał w najlepszych klubach sportowych i w kadrze narodowej Polski. Ale i to go zgubiło. W klubie zaczął pić - z kolegami i z kibicami ("kto nie chciałby się napić wódeczki ze znanym sportowcem?").
Oficjalnie - bo w PRL-u nie można było mieć tak niepożytecznego zawodu jak sportowiec - figurował na liście płac Merinoteksu. Do zakładu nie musiał jednak przychodzić. Dostał pensję dwa razy wyższą niż jego ojciec w fabryce - siedem tysięcy złotych. - Kopertę z gotówką oddawałem mamie. Mama przestrzegała: "synku, nie mów tacie, ile zarabiasz, nie sprawiaj mu przykrości".
Gdy w Polsce panował siermiężny PRL z maluchami, pustymi półkami i peweksami, on, mimo że zaledwie uczeń szkoły średniej, jeździł dobrym samochodem. Z Zachodu przywoził kolorowe buty, ubrania, jeansowe kurtki. I pił.
Na obozie sportowym nad morzem poznał siatkarkę z Gdańska ("wspaniała dziewczyna!"). Postarali się o dziecko, potem o drugie. Pobrali się, gdy miał 19 lat. Finansowo bardzo dobrze sobie radzili. Zdobywał kontrakty w zachodnich klubach (Hamburg, Wiedeń), a podczas powrotów do domu pojawiało się coraz więcej alkoholu.
- Próbowałem zrywać z piciem wiele razy, ale nie wychodziło - przyznaje. - Udało się na kontrakcie w Azerbejdżanie. Poznałem tam piękną kobietę, wzięliśmy ślub, choć w Polsce ciągle byłem żonaty. Wróciłem do kraju, a moja polska żona mówi: "Waldek, ty nie masz domu. Jedź do tej ruskiej k...". W portfelu miałem 300 złotych. Chciałem wziąć w banku jakieś pieniądze z mojego konta. Było zablokowane. Zadzwoniłem do koleżanki. Kupiłem wódkę i kurczaka, pojechałem do niej i jej przyjaciela. Położyłem się do łóżka, ale byłem tak zmęczony lotem i tym, co się stało, że nie mogłem zasnąć. Myśli plątały mi się w głowie.
"Gosia, nalej mi".
"Nie pij, Walduś, tak długo już nie piłeś".
"To moja wódka i nalej mi".
Nalała. Wtedy zaczął pić na umór. Ciało śmierdziało stęchlizną. Kilka tygodni spędził na ławce w parku albo snując się ulicami Torunia. Z domu udało się odzyskać ubrania zapakowane w foliowe worki. Wśród nich sportowy dres i kurtka z napisem "Polska" na plecach. Taka, którą wkładał na lód. W worku były też klucze do jednego z mieszkań kupionych w czasach prosperity. Na dziesiątym piętrze bloku planował: zejść na dół do sklepu, kupić pół litra wódki i dwa piwa. Bo jak można było inaczej wytrzymać?
Trafił do MONAR-u w Rożnowicach. Tam spotkał profesorów, lekarzy. Wszystkich łączył jeden smutny alkoholowy los. Popatrzył na tych ludzi i pomyślał: nie można ich traktować zbyt drastycznie, bez uczuć. Zaczął zastanawiać się nad swoim życiem. Co to za życie, gdy jest się bezpańskim i bez nadziei? Trzeba je zmienić, więcej dać z siebie innym.
Wymyślił Stowarzyszenie Profilaktyki i Resocjalizacji "Mateusz". Był 2009 rok.
Pomnik na cześć chorego syna
Waldek dostał od miasta działkę z budynkiem magazynowym przy ul. Kościuszki w Toruniu. Przez pierwsze dni spał na betonowej podłodze.
- Skąd nazwa "Mateusz"? - pytam.
- To pomnik dla pewnego głuchoniemego, niepełnosprawnego intelektualnie chłopca, syna mojej byłej żony. Wychowywałem go przez kilka lat. Traktowałem jak własne dziecko. Tym bardziej że w tamtym czasie nie miałem kontaktu z moimi biologicznymi synami z pierwszego małżeństwa. Mieszkałem w Hamburgu, a oni w Polsce - mówi Waldek Dąbrowski. - Mateusz uczył mnie cierpliwości, a ja uczyłem go życia i sportu. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy, a ta przyjaźń odmieniła mnie na zawsze.
O "Mateuszu" mówi, że to dom. Znajomi tłumaczyli mu, że w polskim prawie nie ma takiego rodzaju oficjalnej organizacji. To może być ośrodek. Ale nie dom.
- Będziemy tak mówić, żeby to nam, a nie instytucjom było dobrze - odpowiada Waldek. - Człowiek, który tutaj przychodzi, ma się cieszyć, że idzie do domu, a nie myśleć: nie mam gdzie spać, nie mam co jeść, deszcz pada na głowę, idę do "Mateusza". To ma być: idę, bo tam na mnie czekają. Co zupełnie zmienia perspektywę.
W pierwszych latach przez "Mateusza" przewinie się 100 osób, a w Grudziądzu powstanie filia dla kobiet, byłych osadzonych. W Toruniu początkowo przyjmowani są tylko mężczyźni, dopiero z czasem miejsce zyska koedukacyjny charakter. W 2017 roku środki na utrzymanie domu przekaże Ministerstwo Sprawiedliwości. O domu będą opowiadać specjaliści od resocjalizacji, profesorowie na uczelniach i praktycy.
Waldek: - Zabieram domowników na konferencje i do więzień. Mają możliwość wypowiedzenia się. Iza była ze mną w zakładzie karnym dla mężczyzn w Fordonie. Opowiadała o tym, jak jej się żyje w domu z mężczyznami. Wiele osób myśli stereotypowo, pytają mnie: jak są mężczyźni i kobiety w jednym miejscu, to musi coś się dziać? Nic się nie musi dziać! Jeżeli mamy świadomość, odpowiedzialność, pewnych rzeczy robić nie będziemy w danej sytuacji. Na zewnątrz też tworzymy związki odpowiedzialne. Nie dajemy nadziei bez pokrycia. Nie ma opcji, że dwa razy ktoś się z kimś prześpi, a potem powie: "Gienia, no wiesz, takie jest życie.". Nie ma jednak problemu, żeby zaprosić chłopaka czy dziewczynę do naszego domu, żeby wspólnie z nami spędzili czas, zjedli posiłek czy wypili kawę.
Złe doświadczenia - dobrymi zwyciężaj
Pytałam mieszkańców, czego ich nauczył "Mateusz".
Kazimierz: - Spokoju.
Teresa: - Zaufania do ludzi. Tego, że nie wszyscy są tacy sami. Bezpieczeństwa. Nie bać się świata, nawiązywać relacje, otwierać się. Przyznawać się do tego, kim jestem i gdzie mieszkam. Nie przejmować się, co o tym pomyślą inni. Tu przychodzę, widzę tatę, psy, i się cieszę.
Marek: - Walki ze słabościami. Na przykład gdy o szóstej rano trzeba napalić w piecu. Albo wybrać szambo. Samo się nie zrobi.
Waldek: - Tego, że mogę zrealizować swój cel. Dziękuję Bogu, że tak mnie doświadczył. I z alkoholizmem, i teraz z chorobą serca. Byłem na pograniczu. Miałem zawał, poważną operację, po której od wielu miesięcy dochodzę do siebie. Żyłem zgodnie z powiedzeniem: złym ludziom Bóg zamyka drzwi i okna, ale czasem któreś zostawia uchylone. Mnie zostawił.
Kilka tygodni później zaglądam na profil "Mateusza" na Facebooku. Na zdjęciach pozuje uśmiechnięta Iza, dostała kolejną szansę od Waldka. Znów robią pranie z Teresą. Marek z innym mężczyzną pracują przy płocie. Tata Waldek obiera ziemniaki na zupę zacierkową. Na zdjęciach pojawiają się też nowe twarze: kobiety i mężczyzny, kolejnych mieszkańców.
"Jeśli mam do wyboru: pozwolić komuś umrzeć, zostawić gdzieś w pustostanach, gdzie inni go skrzywdzą, czy pomóc, wybieram pomoc" - tłumaczy mi Waldek w rozmowie telefonicznej. "Jeśli trzeba, to kilka razy wyciągnę rękę. Jesteśmy tylko ludźmi, popełniamy błędy. Wierzę, że za którymś razem dojdzie do przemiany".
Na ścianie biura w ramce wisi zdjęcie Waldka i Mateusza z wakacji nad morzem. Obaj opaleni, w koszulkach bez rękawów. Po przeciwnej stronie nad biurkiem znajdują się stare zdjęcia z lodowiska i fotografie biologicznych synów Waldka, dziś już dorosłych mężczyzn. Jeden z nich studiuje resocjalizację, pracę licencjacką pisze z działalności domu, który prowadzi jego ojciec. Jeśli Waldek nie będzie już mógł pracować, to właśnie Kuba przejmie opiekę nad "Mateuszem".
Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.
Agnieszka Żądło . Dziennikarka i redaktorka, współpracowała m.in. z "Dużym Formatem", "Polityką", "Pismem", "Krainą Bugu", "Tęczą". Współautorka książek reporterskich i poetyckich ("Światła małego miasta", "Ni zaciszna...", "Dopo il viaggio", "Grała w nas gra" i innych). Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Stypendium im. Leopolda Ungera. W 2017 roku nominowana do Grand Press w kategorii wywiad.