Reportaż
Wadym Minziuk (fot. Paweł Pieniążek)
Wadym Minziuk (fot. Paweł Pieniążek)

Wadyma Minziuka znajduję w hali, w której stoi prowizoryczny piec do topienia metalu i leżą sterty złomu. Wszystko usiane jest czarnym pyłem, który wgryza się w buty i ubranie. Z nieszczelnego pieca przebija gdzieniegdzie jaskrawopomarańczowy kolor płynnego metalu, rozlewanego potem przez pracowników do form. Tak powstają ciężkie srebrzyste sztaby, które sprzedaje małym firmom 47-letni przedsiębiorca z Donbasu.

- Jak się tu przeprowadziliśmy, nie miałem środków, by kupić wyposażenie. Myślałem, jak zrobić coś z niczego - wspomina Minziuk.

Zbiera złom, opony, plastikowe butelki, siatki i inne odpady. Ludzie sami też mu je przywożą. Przetapia więc metal przy niemal zerowych kosztach. Służą mu do tego dwa reaktory ustawione przed wejściem do hali. Pracownik Wadyma właśnie pisze na obydwu urządzeniach czarną farbą po angielsku: "REACTOR 1" i "REACTOR 2". Dlaczego napisy są w obcym języku? Bo co jakiś czas przyjeżdżają obcokrajowcy i pytają, co to jest. Minziuk zapewnia, śmiejąc się, że numeru cztery nie będzie. Ponad 33 lata temu do awarii reaktora o właśnie tym numerze doszło w Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej. Tak zaczęła się jedna z największych katastrof nuklearnych w historii ludzkości. Całkowita liczba osób, które ucierpiały na jej skutek, jest trudna do określenia. Ponad 100 tysięcy ludzi zostało ewakuowanych z miejscowości w promieniu 30 kilometrów od elektrowni. Te tereny stały się strefą wykluczenia. Dytiatky, gdzie zamieszkał Wadym, są położone w strefie granicznej. We wsi poziom radiacji nie przekracza normy - badali to naukowcy z zagranicznych uczelni .

Jeden z robotników napisał właśnie farbą 'REACTOR 1' i 'REACTOR 2', by zaspokoić ciekawość gości zza granicy (fot. Paweł Pieniążek)

W 2015 roku teren, na którym Minziuk wytapia metal, był zapuszczony. Donbaski przedsiębiorca tchnął w to miejsce życie. Chociaż z rodzinnej Horliwki, miasta w obwodzie donieckim zamieszkałego przez 250 tysięcy mieszkańców, wyjechał w stanie apatii. Nie mógł tam zostać, bo we wschodniej Ukrainie rozpętała się wojna między wspieranymi przez Rosję separatystami a ukraińską armią. W jej rezultacie stracił wszystko - domy, fabrykę, majątek, bliskich. Przy granicy czarnobylskiej strefy wspólnie z żoną i kilkoma pracownikami, którzy też uciekli przed wojną, zaczyna życie na nowo. Mówi, że to jego ziemia obiecana.

W cieniu strefy wykluczenia

Dytiatky są oddalone o niecałe dwie godziny drogi na północ od Kijowa i ledwie kilkadziesiąt kroków od strefy. Mieszka tu około 500 osób. W pobliżu wsi rzadko kiedy można spotkać samochód. Sporadycznie trafiają się mieszkańcy okolicznych miejscowości, którzy sprzedają jagody przy drogach. Zdarzają się też autobusy wiozące turystów na wycieczki do Czarnobyla. W 2018 roku ich liczba wyniosła 70 tysięcy, a w tym roku - po sukcesie serialu HBO - ma wzrosnąć o kolejne 30 tysięcy.

Dytiatky nie są jednak beneficjentem tego sukcesu. Przynajmniej na razie. Nazwa kojarzyć się może z posterunkiem, przez który turyści wjeżdżają do strefy wykluczenia. Kontrolę przeprowadzają służby mundurowe. Używają dozymetrów, by nadto rozochoceni turyści nie wywieźli ze strefy skażonych przedmiotów. Do samej wsi rzadko kto się zapuszcza. Życie toczy się w niej powoli, na ulicach widać przede wszystkim starsze osoby, bo młodzi powyjeżdżali gdzie się dało. Minziuk zaś w 2015 roku wybrał odwrotny kierunek.

Dziś jest jego zwykły dzień pracy. Uśmiecha się. Twarz ma lekko przybrudzoną sadzą. Czarna czapka na głowie chroni go przed kawałkami rozżarzonego metalu. Ubrany jest w ciemne dżinsy i dziurawą krwistoczerwoną koszulkę z logo Ferrari. Przywiozły mu ją jego dzieci, gdy w 2010 roku były na wakacjach we Włoszech. Jest wspomnieniem po utraconej przeszłości - zamożności, szczęściu i beztrosce. Po tym wszystkim, co tak brutalnie przerwała wojna.

Przedsiębiorstwo Wadym Minziuka we wsi Dytiatky znajduje się tuż przy czarnobylskiej strefie wykluczenia (fot. Paweł Pieniążek)

Dziwny seans

Na początku 2014 roku działy się na Ukrainie dziwne rzeczy. Ale Minziuk nie sądził, że doprowadzą do wojny. Po protestach na kijowskim Majdanie i w trakcie aneksji Krymu przez Rosję odbywały się prorosyjskie demonstracje. Horliwka była jednym z pierwszych miast, w których do nich doszło. Demonstranci szturmowali miejscowe komisariaty i zdobywali broń. Minziuk początkowo lekceważył to, co się dzieje, i nawet przez myśl mu nie przeszło, że jest się czego bać.

W Horliwce był właścicielem fabryki, w której zatrudniał około 40 osób. Założył ją w 2000 roku, produkował akumulatory do samochodów, lokomotyw, a także ładowarek łyżkowych. Żył bardziej niż dostatnio. Twierdzi, że razem z żoną Ołeną zarabiali miesięcznie zwykle ponad 10 tysięcy dolarów. Rodzina Minziuków, w tym trzy córki i syn, specjalnie nie oszczędzała, cieszyła się życiem.

- Każdego roku moje dzieci jeździły wypoczywać do Europy, wybierałem się na narty do różnych krajów - opowiada. Wadymowi najbardziej podobał się Rzym, a Ołenie - Paryż.

Wtedy, w 2014 roku, w Horliwce zapanował rwetes, ludzie biegali w maskach, a jego sąsiad, administrujący dotąd cmentarzem, stał się dowódcą prorosyjskiej rebelii. Minziuk zaś nadal jeździł swoją toyotą hilux do pracy, tak jak robił to od 14 lat. Tylko uważniej się rozglądał.

- To było jak kino - wspomina. - Przyglądałem się tym ludziom. Najpierw byli w maskach, a potem już z karabinami.

Twierdzi, że wówczas nie czuł strachu.

Dwóch robotników z Horliwki wytapia metal (fot. Paweł Pieniążek)

Przeszłość jak kotwica

W trakcie zawieruchy szybko jednak znika bezpieczny dystans. Ich syn, który studiował w Doniecku, został pobity przez prorosyjskich demonstrantów podczas akcji poparcia Ukrainy. Minziuk poszedł do komisji wojskowej, by zgłosić się na ochotnika do ukraińskiego wojska. Był oficerem rezerwy i myślał, że przyjmą go z radością. A tam popukali się w czoło, powiedzieli, że go nie potrzebują, odprawili z kwitkiem. Za drugim razem próbował zaciągnąć się do batalionu ochotniczego. Podał ochotnikom swoje dane i pojechał na zrujnowany poligon w okolicach kontrolowanego do dzisiaj przez separatystów Doniecka. Liczył, że przygotują go tam do obrony kraju. Na miejscu zastał straszny bałagan. A gdy wrócił do domu, okazało się, że separatyści już go szukają. Znali jego adres, dlatego przez kilka nocy ukrywał się na cmentarzu. Minziuk do dziś uważa, że ktoś im podał dane z ankiety przekazanej ochotnikom. Uznał, że to korupcja i sprzedajność rządziły sytuacją. Wtedy definitywnie porzucił myśl o tym, by walczyć.

- I może tylko dlatego wciąż żyję - rzuca.

Ostatecznie też przekonał się, że to już nie jest kino. Któregoś razu jechał autem z rodziną, zatrzymali się na rutynową kontrolę przy jednym z posterunków prorosyjskich bojowników. Przed nimi stał jakiś samochód. Czekali. I wtedy nagle bojownicy zastrzelili kierowcę. Pasażerowi założyli worek na głowę, bili po niej kolbami, w końcu wrzucili go do innego pojazdu. Do samochodu Minziuków podbiegli z karabinami i sprawdzali, czy ci nic nie nagrali. Uzbrojeni mężczyźni kazali im zapomnieć o tym, co widzieli, i odjechać z miejsca zdarzenia.

Po incydencie na posterunku Wadym z żoną postanowili, że wywiozą z Horliwki dzieci. Oni zostali. To bardziej była decyzja jego niż żony.

- To moja mała ojczyzna. Pięć, sześć pokoleń mojej rodziny żyło w Horliwce - mówi. - Miałem tam fabrykę, mieszkanie, dom, przyjaciół. I grób matki.

Minziuk był przeświadczony, że to, co się działo, było zbyt absurdalne, by trwało wiecznie. Spędzał czas w fabryce i rosło w nim przekonanie, że na pewno wkrótce miasto zostanie wyzwolone z rąk separatystów i wszystko będzie jak dawniej. Zamiast tego przyszli uzbrojeni ludzi i zabrali wyposażenie z jego zakładu. Minziuk szacuje, że było warte 30-40 tysięcy dolarów. Skarżył się samozwańczym władzom, ale bez skutku. Nic nie załatwił. Ostatecznie był szczęśliwy, że wyszedł z tego cało. Opanowała go bezsilność, ale wciąż nie chciał wyjeżdżać, by nie rozkradli tego, co zostało. Zamieszkał w fabryce i pilnował dobytku. - Rozumiałem, że trzeba było wyjeżdżać, ale trzymał mnie mój majątek, który nazbierałem przez całe życie od zera - wspomina.

Wadym Minziuk ma 47 lat. Jeszcze kilka lat temu, gdy mieszkał w Donbasie, był zamożnym właścicielem fabryki. Teraz zaczyna wszystko od nowa (fot. Paweł Pieniążek)

Artyleria przed domem

Przychodzi jednak taki moment, że już nic człowieka nie trzyma.

Problem, co zrobić z fabryką, rozwiązała artyleria. Rakiety zdemolowały ją niemal doszczętnie. Spakowali się więc z żoną i zebrali do wyjazdu. Horliwka jednak nie chciała wypuścić małżeństwa Minziuków tak łatwo. Na skutek trwających walk z miasta bardzo trudno było wyjechać. Udało się im to dopiero po pewnym czasie, dzięki znajomemu, który koparką rył okopy dla separatystów. Wiedział, która droga jest bezpieczna. Minziukowie pojechali na wieś do obwodu charkowskiego.

- Nie mieliśmy pieniędzy, ale czuliśmy, że życie jest droższe od wszystkiego, co zostawiliśmy - mówi Wadym.

Ale kiedy we wrześniu 2014 roku, po podpisaniu pierwszych porozumień pokojowych w białoruskim Mińsku, sytuacja na froncie się uspokoiła, Minziuk znowu zaczął jeździć do domu. Przeszukał zniszczoną fabrykę, znalazł trochę sprzętu - resztki tego, czego nie rozkradziono i czego nie uszkodziły pociski. Znowu zaczął pracować. Wrócili z żoną do Horliwki.

Ten spokój był chwilowy. W okolicach nowego roku walki przybrały na sile. Na działce Wadyma, gdzie odpoczywał w trakcie weekendów, rosyjscy żołnierze ustawili działo samobieżne. Potem takie samo zatrzymywało się koło mieszkania Minziuków. Wiedzieli, że jeśli tramwaj kursujący pod ich oknami przestawał jeździć, znaczyło, że nadciąga artyleria. Działo samobieżne waliło od rana do wieczora. Jakby załoga była na zmianie w fabryce i musiała wyrobić normę wystrzelonych pocisków. Około 20.00 odjeżdżała na fajrant. Ku zdziwieniu Wadyma ukraińska artyleria nie odpowiadała.

Minziukowie na wszelki wypadek zamieszkali w piwnicy.

2 stycznia 2015 roku Ukraińcy odpowiedzieli rakietami Grad. Trafili w działo samobieżne i przy okazji to, co znajdowało się w pobliżu. Sąsiad, który akurat wyszedł na papierosa, dostał odłamkiem pod serce. Zmarł na miejscu. Budynek cały się zatrząsł, Minziuk upadł na ziemię. Gdy podniósł wzrok, zobaczył żonę stojącą z walizkami. Oznajmiła, że już nie może tu mieszkać. Znowu wyprowadzili się z Horliwki. Zamieszkali w Konstantyniwce, gdzie już były ich dzieci. Wkrótce potem Ołena poroniła.

Spróbować raz jeszcze

Przyjeżdżali do miasta od czasu do czasu. Nie mieli już siły, żeby wrócić na stałe. Chociaż pewnie Minziukowi gdzieś to kołatało w głowie.

Akurat byli w Horliwce, kiedy ich syn zemdlał i zapadł w śpiączkę. Miał niewykryte zapalenie opon mózgowych, w zaawansowanym stadium. Zmarł, nie odzyskując przytomności.

Minziukowie byli w opłakanym stanie psychicznym. Kiedy zobaczył ich bliski przyjaciel, zareagował stanowczo. Zawiózł ich do Dytiatek.

- Nie miałem pojęcia, że takie miejsce istnieje. Wiedziałem, że była katastrofa i jacyś ludzie się przesiedlali, ale to było daleko i mnie nie dotyczyło - przyznaje Minziuk.

Dzięki przyjacielowi kupili ziemię i trzy podupadłe domy za cztery tysiące dolarów, dużo taniej niż wynosiła cena rynkowa. Minziuk oddał dwa domy robotnikom, którzy tak jak on przyjechali z Horliwki i nie mieli grosza przy duszy. Ten, który zostawił dla siebie i żony, remontuje, gdy czas i pieniądze na to pozwalają. Na dachu zamontował panele słoneczne, które zapewniają prąd w budynku. Jeden z czterech pokoi jest prawie skończony. Chce, by pół domu było dla niego i żony, a reszta - dla gości. Od czasu do czasu odwiedzają go córki - dwie mieszkają w Kijowie, a najstarsza założyła rodzinę w Meksyku.

Wadym Minziuk pokazuje dom. Jeśli masz czas i środki, to powoli go remontuje. Chce tam mieszkać z żoną i gościć przyjezdnych, z którymi zawsze chętnie się pozna (fot. Paweł Pieniążek)

Podoba mu się otaczająca go przyroda i panujący spokój. Ciągle wybiega myślami do przodu i planuje, jak rozbudować swoje skromne przedsiębiorstwo. Trudno uwierzyć, że po tylu tragediach Minziuk ciągle się uśmiecha, znajduje w sobie siłę i z nadzieją patrzy w przyszłość.

Powtórka z historii

Odkąd Ołena i Wadym zamieszkali przy strefie wykluczenia, tylko raz ją odwiedzili. Chodzili po opuszczonej od ponad trzech dekad Prypeci. Oglądali pięciopiętrowe budynki, które wyglądały niemal identycznie jak ten, w którym mieszkali w Donbasie. Bloki w Czarnobylu przez dekady były zarastane krzakami i drzewami. - Tak widzę Horliwkę za 30 lat - nagle powiedziała swojemu mężowi Ołena.

Wadym zaś mówi, że skutki katastrofy w Czarnobylu i wojny w Donbasie są takie same. W 1986 roku ludzi zabijało promieniowanie, a trzy dekady później wojna. Czarnobyl wymarł i Ukraina faktycznie utraciła to terytorium, które do dzisiaj jest niezamieszkane. To samo dotyczy Donbasu. Minziuk twierdzi, że na jego klatce schodowej w Horliwce pozostała mniej niż jedna szósta mieszkańców, reszta była zmuszona wyjechać, zmarła lub zginęła. Minziuk głośno się zastanawia, czy za 30 lat - tak jak dzisiaj w Prypeci - w Horliwce też nikogo nie będzie.

***

Na skutek wojny w Donbasie zginęło 13 tysięcy osób, a 30 tysięcy raniono. Około dwóch milionów mieszkańców regionu opuściło swoje domy.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Paweł Pieniążek. Dziennikarz stale współpracujący z "Tygodnikiem Powszechnym". Relacjonował wydarzenia z m.in. Afganistanu, Iraku, Syrii i Ukrainy. Autor książek "Po kalifacie" (Wydawnictwo Czarne 2019), "Wojna, która nas zmieniła" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2017) i "Pozdrowienia z Noworosji" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2015).