Reportaż
Dom samotnej matki w Łodzi (fot. Tomasz Stańczak / AG)
Dom samotnej matki w Łodzi (fot. Tomasz Stańczak / AG)

- Daniel krzyczał, że chce wrócić do domu. To jest najcięższa rzecz na świecie, powiedzieć dziecku, że nie macie gdzie mieszkać.

Iwona musiała spakować w torby najważniejsze rzeczy, chwycić Daniela oraz dwójkę jego młodszego rodzeństwa i tramwajem pojechać do schroniska dla bezdomnych.

- Na świetlicę wyjdę, na dwór. Dobra zabawa - opowiada Daniel, jakby spędzał czas na kolonii. Ciszej już dodaje: - Nie mówię kolegom w szkole, gdzie mieszkam. Bo się będą śmiali.

Długa podróż tramwajem

Iwona do Torunia wyjechała za miłością. Za Łodzią nie tęskniła. Niby za czym? Za pracą w krojowni za grosze? Za przyjaciółmi, za których cztery lata spędziła w kryminale? W Toruniu zaczęła nowe życie. Z przytupem: od nocnych klubów przy rynku. Jej praca polegała na naganianiu klientów do lokali. Oj, umiała nawijać makaron na uszy! Potrafiła zaprosić faceta z narzeczoną i jeszcze przekonać ich, żeby jej postawili drinka. Śnieg sprzedałaby Eskimosowi.

Toruń, ul. Szeroka. Iwona naganiała klientów do tutejszych lokali (fot. Wojciech Kardas / Agencja Gazeta)

Z Markiem opiekowali się dziećmi na zakładkę. Kiedy ona wracała z klubu o piątej rano, on szedł na budowę. Mieszkali w piątkę: z dziewięcioletnim dziś Danielem, Julią lat pięć i Kacperkiem, który ma dwa i pół roku.

Marek zaczął strzelać fochy: co ona niby w tym klubie robi, czemu jej faceci płacą za drinki? Koledzy mu zaczęli dogadywać: twoja kobieta pracuje, a ty z dziećmi zostajesz?

- Chodź do klubu, nic tam się nie dzieje, przekonasz się - proponowała. Znalazła nową pracę, w fabryce, ale na tym etapie Marek już wolał iść z kolegami na piwo. Miał też zwyczaj niepłacenia za rachunki, co Iwona odkryła w fatalnych okolicznościach.

Pewnego dnia rano słyszy przekręcony klucz. Właściciel. Wyjął drzwi z zawiasów, wparował z pracownikami, zaczął wynosić meble. Dzieci przerażone, Iwona skoczyła: co pan niby robi? A on, że czynszu nie widział, w dupie to ma i meble zabiera. Iwona dzwoniła na policję. Mundurowi tłumaczyli właścicielowi: tak to się spraw nie załatwia, pan musi mieć nakaz, proszę grzecznie wstawić meble i drzwi. Ale Iwona wiedziała, że to już kres ich dni w tym miejscu. Parę dni później spakowała w torby najpotrzebniejsze rzeczy, chwyciła maluchy i tramwajem pojechała do ośrodka interwencji kryzysowej.

- Tę drogę tramwajem zapamiętam na zawsze. Środa, wcześnie rano. Czułam się dziwnie, niepewnie. Jak już byłam na miejscu, pracownicy powiedzieli, że nie mogą mi pomóc. W dowodzie mam łódzki adres i tam powinnam jechać. Coś pękło we mnie. Płakałam, zadzwoniłam do naszej kuratorki. Ogarnęła temat. W końcu nas przyjęli. Czekanie na tę decyzję to była najgorsza godzina w życiu.

Bywa, że dzieci z domów samotnej matki czy ośrodków interwencji kryzysowej nie mówią rówieśnikom gdzie mieszkają (fot. pexels.com)

Dzieci? Na świetlicy

A w środku: ciasne pokoje, piętrowe łóżka. Pokój dzielony z innymi kobietami. Żadnego miejsca do zabawy, nie mówiąc o odrabianiu lekcji.

- Daniel miał wybuchy agresji. Jak coś mu nie pasowało, albo się nie odzywał, albo miotał zabawką o ścianę. Przygniatał go brak własnego kąta. Kłócił się ze mną, krzyczał, że nie chce tu być. Nie mówił kolegom, gdzie mieszka.

Iwona też się nie chwaliła przed nauczycielami. Na mieszkanie od miasta nie mogła liczyć, bo w Toruniu oficjalnie nie mieszkała. Szybko odkryła, że prywatnego też nie wynajmie. - Jak właściciele słyszeli o dzieciach, odpowiadali: "nie, dziękujemy".

Sąsiadka Iwony z pokoju szarpała dzieci, przychodziła pijana. Druga tak biła trzyletniego syna, że Iwona nie wytrzymała. Chwyciła ją za rękę: Jeszcze raz mu coś zrobisz, to wyłapiesz, i to ciężko. No i był spokój.

Pracownicy denerwowali się: - Czy może pani zabrać dzieci do pokoju, bo my tu nie możemy pracować? Wywieszali kartki, że "dzieci przebywają tylko na świetlicy bądź w pokojach".

Po pół roku urzędnicy wykręcili numer do Domu Samotnej Matki w Łodzi. Zorganizowali busa, zapakowali jej rzeczy, dzieci i ją samą, wysłali w drogę do rodzinnego miasta.

A w nowym Domu: rewolucja. Dostali własny pokój! Do tego stołówka i kuchnia, pokój zabaw, wielki ogród. Dzieciaki biegają, przytulają się do pracowników, wołają "ciociu!" do sióstr zakonnych, które prowadzą Dom. Gdy trzeba, maleństwami zaopiekują się sąsiadki z pokoju obok. Skok jakościowy ewidentny, choć Daniel wciąż nie mówi kolegom, gdzie mieszka.

Kiedy najmłodszy Oskar podrośnie, Iwona poszuka pracy. Myśli o własnym mieszkaniu, gdzie dzieciaki będą miały swój pokój i tam będą szaleć, rozrzucać zabawki. A ona będzie mogła poleżeć, pooglądać telewizję, pogapić się w sufit. Takie marzenie.

Dom samotnej matki w Łodzi (fot. Tomasz Stańczak / AG)

Wstyd

W lutym cała Polska policzyła bezdomnych. Strażnicy miejscy, policjanci, pracownicy MOPS-u jednej nocy w całym kraju ruszyli w teren. Odwiedzali schroniska i domy opieki, ogródki działkowe i altany. Każdego bezdomnego pytali, jak długo nie ma go w domu, czemu znalazł się na ulicy, czy wie, gdzie szukać pomocy. Okazało się, że w kraju bez dachu nad głową mieszka ponad trzydzieści tysięcy osób. Sukces! - obwieszcza Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Liczba bezdomnych spada. Dwa lata temu było ich o trzy tysiące więcej. Jest jednak jedno "ale". W całym kraju doliczono się 992 bezdomnych dzieci - czyli osób bez dachu nad głową do 18. roku życia. W Szczecinie: 23. W Radomiu: dwójki. W Katowicach: 27. We Wrocławiu: aż 142.

A w Łodzi naliczono 37 dzieci. Wszystkie zlokalizowano ze swoimi mamami w domach samotnej matki lub w schroniskach. Nawet jeśli były gdzieś zameldowane, faktycznie były bezdomne. Razem z mamami nie miały gdzie się podziać.

- Ja nie wiem, jak to było liczone - Wioletta Jóźwiak-Majchrzak, pracowniczka socjalna z łódzkiego Domu Samotnej Matki, jest sceptyczna. - Tylko w naszym Domu jest ponad trzydziestka bezdomnych dzieci. A gdzie reszta?

- Liczba bezdomnych dzieci może rosnąć latem - wyjaśnia Katarzyna Skonieczka z łódzkiego MOPS-u. - Zimą kobiety z dziećmi boją się postawić mężowi. Nie chcą wylądować na ulicy. Bo co zrobią, jeśli w schronisku nie będzie miejsca? Jakoś znoszą bicie i znęcanie się, przeczekują do lata. Gdy robi się cieplej, znajdują więcej odwagi, by odejść od toksycznego partnera.

Na pytanie: skąd się biorą matki z dziećmi bez domu? Wioletta Jóźwiak-Majchrzak może udzielić odpowiedzi bez liku: od alkoholizmu partnera po zadłużenia i eksmisje. - Część kobiet nie wie nawet, jak wygląda prawdziwy dom. W 2017 roku połowa naszych matek wywodziła się z domów dziecka. Dom nie kojarzy im się z bezpieczeństwem.

Rynek pracy samotnym matkom też nie pomaga. - Była u nas matka, która pracowała jako grafik. Co tydzień podpisywała nową umowę. Potrzebowała coś załatwić w sądzie, mówimy: weź od pracodawcy zaświadczenie o wysokości dochodów. Okazało się, że umowy nie były nigdzie zgłoszone. Dziewczyna nie mogła nawet iść do lekarza.

Minister Elżbieta Rafalska. Jej resort zimą policzył bezdomnych (fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

Lepszy plan

Magda poznała go w sklepie monopolowym. Przychodził pod sklep, kiedy kończyła zmianę. Odprowadzał do domu. Zabierał na spacery. Bawił się z Tomkiem, jej synem z poprzedniego związku. Wprowadziła się do niego po trzech tygodniach.

Ta przeprowadzka to trochę z miłości, a trochę z musu, bo między Bogiem a prawdą nie miała za bardzo gdzie mieszkać. Z mamą pijaczką, która nie płaciła za prąd? - Bałam się, że zaraz się do mnie dobierze jakaś opieka społeczna. I zabiorą mi Tomka.

Poza tym w sklepie też nie było za różowo, umowa o dzieło, najniższa wypłata. Darek przynosił pieniądze z budowy, a od kolegów: dopalacze. Jak mu zabrała tabletki, to kopniakami przekonał ją, żeby jednak oddała.

- Jak byłam w ciąży z Malwiną, przyszedł tak nastukany, że aż podarł na mnie ubrania. Po policję dzwoniłam, bo już nie wiedziałam, co robić.

Pomoc społeczna przyszła kilka tygodni później, kiedy Magdy nie było w domu. Zabrali Malwinę do domu dziecka.

- Jeździłam codziennie do niej, tramwajem i autobusem, z Tomkiem pod rękę. W sierocińcu podpowiedzieli, że jeżeli chcę odzyskać córkę, muszę wyprowadzić się od Darka. Nie był z tego zadowolony, ale się postawiłam: nie, no idę do Domu Samotnej Matki, tak będzie lepiej. Dla mnie to szczęście w nieszczęściu, że Malwina trafiła do sierocińca. Gdyby nie to, nie miałabym odwagi, żeby go zostawić. Bałam się, że sobie nie poradzę.

Darek pomógł przewieźć rzeczy. Kręcił głową, ale się zgodził. Umówili się, że to tylko tymczasowo. Trzy tygodnie później odzyskała Malwinę.

- I wtedy się uspokoiłam. A jak skończył się okres pobytu, to aż nogi się pode mną ugięły. Nie chciałam do niego wracać. Udało mi się przedłużyć pobyt. Darek się uspokoił. Przyjeżdża, zabiera dzieci na spacer. Także Tomka.

Magda jest na liście oczekujących na mieszkanie od miasta. Niedługo znów ruszy do sklepu. Tylko nie wie, czy dostanie pracę między ósmą a szesnastą - tak żeby dzieci odebrać z przedszkola i żłobka. Wierzy, że jakoś się ułoży.

- Dzieciństwo miałam słabe i z tym Darkiem też było licho. Dla dzieci mam lepszy plan na życie.

Przemoc jest jedną z przyczyn bezdomności (fot. pixabay.com)

Wychodzić mieszkanie

W Łodzi, podobnie jak w innych miastach, nie znaleziono bezdomnych dzieci na ulicach. Wszystkie znajdowały się w ośrodkach takich jak Dom Samotnej Matki. Niektóre mieszkają tam po kilka miesięcy, ale są i takie, które przebywają w tym miejscu kilka lat. W marcu lokalna "Gazeta Wyborcza" opisywała Anię , która trafiła do schroniska w wieku czterech lat, a opuściła je jako 13-latka. Dziennikarze znaleźli też dziewięcioletnią Danusię, która mieszka w schronisku ze swoją mamą niemal przez całe życie.

Wioletta Jóźwiak-Majchrzak opowiada: - Są dzieciaki, które mieszkają tu z matkami po dwa, trzy lata. To wpływa na ich rozwój, tożsamość. Mamy dziewczynkę, która obleciała wszystkie ośrodki w Łodzi. Od razu do wszystkich mówi "ciociu". Nie zna granic. Nie ma swojego miejsca, pościeli, łóżka, zabawek. Do szkoły chodziła w kratkę. Pamiętam chłopca, który mówił: moi koledzy zapraszali mnie do domu, a ja gdzie mam ich zaprosić? Długo po wyjściu od nas musiał leczyć się u psychologa.

Jak wyjść po takim doświadczeniu na prostą? Niektóre mamy wynajmują mieszkanie razem, we dwie. Inne wracają do partnerów lub próbują wynajmować same. Co zwykle kończy się pożyczkami, chwilówkami i kolejnymi kłopotami, bo komercyjny rynek wynajmu dla samotnych matek nie jest łaskawy. Pozostaje mieszkanie od urzędu miasta.

- Co roku tylko jedna nasza podopieczna dostaje mieszkanie. Wszystkie mówią, że lokal od miasta trzeba sobie wychodzić. Przypominać się w urzędzie co tydzień, pisać pisma "z prośbą o przyznanie lokalu", potem "z uprzejmą prośbą o przyspieszenie". Jak się mama postara, to na mieszkanie poczeka dwa lata. Ale bywa, że i pięć.

Co ma być, to będzie

Paulina z podłódzkiego Zgierza ma imię Sebastiana wytatuowane na ręce. Sebastian biega po pokoju, chwyta gumowe kółka, podaje je rozmówcy, odbiega z dyktafonem. Bawi się świetnie.

Paulina miała 19 lat, kiedy zaszła w ciążę. Patryk, kolega z młodszej klasy - 17. - Chciałam mieć dziecko, choć nie wiedziałam, jak to się potoczy. Planować nie planowałam, tak wyszło. Z Patrykiem się nie zabezpieczaliśmy. On mówił: co ma być, to i tak będzie. I na początku naprawdę związek był super. Wiedziałam, że to jest to. Do czasu.

Dom samotnej matki w Łodzi (fot. Tomasz Stańczak / AG)

Mama Pauliny nie była zachwycona, ale zgodziła się, by zamieszkali u niej. Ale Paulina miała takie marzenie, żeby mieć dom normalny, jak wszyscy. Paulina i Patryk zamieszkali więc razem w wynajętym mieszkaniu, jednak kiedy była w ciąży, właściciel mieszkania ich wyrzucił, bo nie zapłacili za czynsz. Bezprawnie, bo nie wolno eksmitować kobiet w ciąży. Ale o tym Paulina nie wiedziała. 

- Mieszkaliśmy u mojej mamy, potem u mojego taty, u Patryka mamy, raz tam, raz tutaj. Wszędzie brakowało miejsca. Po urodzeniu Sebastiana wynajmowałam piwnicę, bez okien. Płaciłam 800 złotych. Na małego zostawało niewiele, bo cały mój dochód to był zasiłek i 500 plus, razem 1500 zł. Patryk trochę pracował, trochę nie. Łapał robotę na czarno, na myjniach, ale wolał siedzieć z kolegami. Mówię do niego: pójdę do pracy, ty zostań z małym, ale tak to on nie chciał. W Zgierzu nie było żadnych żłobków czy przedszkoli, żeby Sebastiana zapisać. Miejsca dopiero za rok. Nie miałam jak wrócić do pracy. Na początku dawałam radę, ale jak Patryk nas zostawił, było coraz gorzej. I już mi tych pieniążków zabrakło. Trudno wynająć mieszkanie, pójść do pracy, jak jesteś sama z dzieckiem.

Trafiła do Domu Samotnej Matki. Kiedy Sebastian pójdzie do żłobka, poszuka nowej pracy. Pauliny miejsce wymarzone wyglądałoby tak: dwa pokoiki, żeby maluszek był w swoim, a ona w swoim. Wyposażenie takie, powiedzmy podstawowe. - Nie wiem, jak to opisać, bo tego nigdy nie miałam. Z mamą mieszkałam w dziesięciu miejscach, co chwilę zmieniałyśmy. Więc ja mam tylko jedno marzenie: nie myśleć, czy mnie właściciel mieszkania wyrzuci, bo mnie na nie nie stać. Teraz Sebastian nie ma swojego miejsca. Tak samo jak ja. I to najbardziej boli.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Bartosz Józefiak. Bartosz Józefiak. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z Dużym Formatem Gazety Wyborczej, Tygodnikiem Powszechnym, portalem Weekend.Gazeta.pl. Dwukrotnie nominowany do nagrody dziennikarskiej im. Teresy Torańskiej w kategorii "Najlepsze w internecie". Pracuje nad książką reporterską o Łodzi.