Reportaż
Organizacja Overeaters Anonymous zrzesza osoby uzależnione od kompulsywnego jedzenia (fot. Shutterstock)
Organizacja Overeaters Anonymous zrzesza osoby uzależnione od kompulsywnego jedzenia (fot. Shutterstock)

PROLOG

Brudnawy, obklejony kurzem, biały lukier. Na nim narysowane czarne, na wpół wytarte oczy. Do korpusu przyczepiony zeschnięty kawałek bukszpanu. Ładnie to on wyglądał na Wielkanoc 2014 roku. Nie do wiary, że tyle się uchował - gdy to mówi, bezwiednie kiwa głową.

O baranku przypomniała sobie o drugiej w nocy. Wstała, zawiązała szlafrok, zaglądnęła raz jeszcze do cukierniczki. Pusta. Pomyślała, że baranek powinien być w koszyku. Tym z wielkanocną serwetką, kurczaczkiem i drewnianymi jajkami, w pawlaczu. Sprawdziła dwa razy. Nie było. W kuchni też nie. Gdzie go, do cholery, wsadziła? Lekko zirytowana zaczęła szukać metodycznie, szafka po szafce. Był tam zestaw nieużywanych filiżanek z Włocławka, sztućce dla gości, szklane bombki, mikołaj. Oczywiście, że nie z czekolady, taki nie przetrwałby nawet do Nowego Roku. Baranka zawiniętego w papierową serwetkę znalazła po dwóch godzinach. Twardy cukier rozbiła kuchennym tłuczkiem. Zaparzyła czarną, fusiastą kawę i zanurzyła w niej głowę wielkanocnej figurki. Wzięła ją do ust. Cukier zrobił się miękki i ciepły. Poczuła spokój.

fot. Shutterstock

POCZĄTEK

Prince polo

Jest rok 1985. Wyobraź sobie, że jesteś dziewczynką o dużych zielonych oczach, mlecznej cerze i brązowych włosach do ramion, zazwyczaj upiętych w kucyk. Teraz, że nazywasz się Kasia, masz 14 lat i idziesz szkolnym korytarzem. Przy każdym ruchu czujesz, jak lewa noga ociera się o prawą. Nosisz obszerne ciuchy, chcesz być niewidoczna. To bez sensu, jesteś jedną z trzech największych osób w szkole. Jak ktoś się z ciebie śmieje, płaczesz albo używasz siły. Marzysz o obozie harcerskim, ale nigdy na niego nie pojedziesz, bo nie ma mundurka w twoim rozmiarze.

Rodzice nic nie rozumieją. Dla nich jedzenie to bezpieczeństwo, dostatek, status społeczny. Ludzie starej daty, urodzili się tuż po wojnie. Oboje mają nadwagę, ale taką "normalną". Mama jest pulchna, jak większość kobiet w jej wieku w tym mieście. Trochę wbrew sobie próbuje cię odchudzić. Wykorzystujesz każdą chwilę jej nieuwagi. Gdy tylko wyjdzie do łazienki, chowasz pod bluzkę kawałek kiełbasy, wypychasz ciastkami kieszenie. W sylwestra mama kapituluje. Macha ręką i mówi: jedz, ile chcesz. Rzucasz się na leżące w kuchni pudełko prince polo. Ojciec otwiera szampana, składa gościom życzenia. Tobie ciemna czekolada zakleja przełyk. Żołądek rozdyma się tak, że ledwo możesz oddychać. Zjadasz cały karton.

Batonik za jedno euro

Podobno Wyspy Kanaryjskie to hiszpański raj. Jednak Małgorzata z pobytu tutaj zapamiętała: półmrok w hotelowym pokoju, zawieszkę, którą umieszcza się na klamce, żeby panie sprzątające nie zaglądały do środka, i nieznośny gwar chlupiących się w basenie urlopowiczów. Wyjazd był pomysłem jej męża. W tygodniu pracował w odległym mieście, gdy tylko przyjeżdżał, od razu planował, co będą robić w wakacje, w weekend. Wypad na łódkę, wycieczka do Pułtuska. Z niechęcią wbijała się w kuse dżinsy, nadąsana i zła schodziła do samochodu. A wystarczyło zostawić ją w spokoju. Żeby mogła leżeć i jeść, aż do momentu bolesnego przepełnienia. Na Kanarach taki scenariusz nie wchodził w grę. Wymienili złotówki na euro. Mąż dobrze wiedział, ile mają pieniędzy. Musiała się nieźle nagimnastykować, żeby zrobić zakupy tak, by nie zauważył ich braku. Przecież oficjalnie nie jadła słodyczy.

Najmniejszy kawałek sernika

Marta zaciska ręce na kierownicy i dodaje gazu. W głowie nadal jest na stypie. Kiwa się na krześle. Mechanicznie odpowiada na pytania o karierę w stolicy. Wzrok od godziny ma utkwiony w paterze pełnej serników, szarlotek, kremowych przekładańców. Jest prawie pewna, że może pozwolić sobie na dyspensę. Dobrze wychodzi jej plan treningowy. Nawrotu nie miała od tygodni. Postanawia, że wybierze najmniejszy kawałek, tylko żeby zaspokoić pragnienie.

fot. Shutterstock

Teraz, na Autostradzie Wolności, jej łzy utworzyły dwie słone strużki, które biegną po policzkach.  Tyle razy powtarzała na grupie: pierwsza zasada to nie ufać sobie. Żeby przerwać odwyk, wystarczy zapalnik. Nieważne, czy przekroczysz granicę o milimetr, czy o 50 metrów. Maszyna sama się rozpędza. Do domu ma jakieś 150 kilometrów. Podczas podróży trzy razy zatrzyma się w McDonaldzie. Za każdym razem zamówi to samo: dużego shake'a, frytki i hamburgera. Na początek wieczoru.

DOBRY PLAN

Sześć tabletek z wyciągiem z papai i jabłko

Kasia chodziła do siódmej klasy. Uczyła się w szarej tysiąclatce. W drodze do domu przeglądała się w pustych wystawach sklepowych i łzy coraz bardziej napływały jej do oczu. W obszernej kurtce z Jugosławii jej czternastoletnia 104-kilogramowa postać wyglądała jeszcze gorzej niż w rzeczywistości. Pamięta, jak mama mocowała się nad wanną, żeby uprać ręcznie "tę cholerną kurtkę", a następnego dnia umarła. Nie, nie przez gruby ortalion, na serce. Kasia od małego słyszała, że to kiedyś nastąpi.

Mama była kierownikiem świetlicy, pracowała na stołówce, w szkole wszyscy ją znali. Higienistka nieraz brała Kasię na bok i mówiła: nie denerwuj mamy, dziś ma wysokie ciśnienie. Wychowawczyni wycinała kartki z zeszytu ćwiczeń i wklejała nowe, żeby zamiast lufy przyniosła do domu piątkę. Jakby życie mamy zależało od świadectwa z paskiem i dobrych ocen. Jej śmierć to był moment, do którego Kasia była przygotowywana od lat. Może dlatego pierwsze, co poczuła, to zdziwienie, potem ulgę i dopiero rozpacz. Chyba z tych emocji schudła.

Nie był to drastyczny spadek wagi, ale koleżanki w szkole zauważyły różnicę. Ona też chętniej przeglądała się w lustrze. Postanowiła, że zrzuci więcej. W gazecie znalazła reklamę środków odchudzających na bazie papai. Były drogie, ale zatopiony w żałobie ojciec niczego jej nie żałował. Pierwszą tabletkę popijała rano szklanką przegotowanej wody. Potem zjadała jabłko i łapała pekaes do sąsiedniego miasta. Tam czekała już chlorowana tafla basenu i pakiet termozabiegów na bazie cynamonu. Do wieczora jadła niewiele, jakiś liść sałaty, znowu jabłko plus tabletki. W ciągu doby brała ich sześć. Nawet dzisiaj takie suplementy plus zabiegi to spory wydatek. Wtedy to było czysto szaleństwo. Szkoła? Zawaliła ją całkowicie.

Kiedy wskazówka na wadze pokazała 65 kilogramów, do pełni szczęścia brakowało tylko lewisów z Peweksu w Koszalinie. Z dolarami od ojca stanęła przed szklaną wystawą. Głodówkę, drogie zabiegi wynagradzała jej wizja, w której błękit amerykańskiego dżinsu na jej pupie rozświetla szkolny korytarz. Ekspedientka bezradnie rozłożyła ręce - ktoś wykupił jej rozmiar. Ale Kasia usłyszała tylko to, co prześladowało ją przez lata. Nawet teraz nie było dla niej rozmiaru.

fot. Shutterstock

Zamiast kupić spodnie wróciła do domu z reklamówką pełną marsów i snickersów. Otworzyła kolejny rozdział książki o losach księżnej łowickiej, zaparzyła herbatę. W ciągu 45 minut reklamówka zrobiła się pusta. Ona - przepełniona tak, że ledwo mogła wstać o własnych siłach.

Nie przytyła. Każdą wpadkę regulowała bulimią. Na wadze przybrała dopiero kilka miesięcy później, po śmierci ojca. Piętnaście kilogramów w dwa tygodnie. Ma w głowie taki flesz z tamtych poranków: stoi w piżamie w kuchni z przezroczystą siatką pełną bezów. Kilkanaście deko białka i cukru, połyka na raz. Żeby chciało się żyć.

Radykalna głodówka i wegetarianizm

Rodzina Małgorzaty szybko nauczyła się omijać temat wagi. Nie chcieli jej denerwować, nie komentowali kolejnych kilogramów. Ona też milczała. Zresztą co miałaby powiedzieć? Gdyby to była anoreksja albo bulimia, poszłaby do lekarza, potem na terapię. Dostałaby wsparcie od matki i męża, koleżanek. Ale z tym, że nie można przestać jeść, nie da się nic zrobić. Wada charakteru - myślała. Diety? Z nich mogłaby pisać doktorat. Radykalne głodówki, dieta rozdzielna, wegetarianizm (oczywiście tylko po to, żeby stracić na wadze), intensywne ćwiczenia fizyczne albo dużo papierosów i mało jedzenia. Setki postanowień, które składała sobie rano tylko po to, by porzucić je w południe. Zdarzało się, że na rygorystycznej głodówce traciła sporo kilogramów, ale zaraz jeszcze więcej przybierała na wadze. Z każdym wyrzeczeniem kompulsja była silniejsza. To nie tak, że przestała dbać o siebie, a sukienki w szafie zastąpiły workowate spodnie z gumką. Chciała wyglądać ładnie. Planowała, że jak tylko schudnie, zmieni fryzurę, znajdzie pracę, skończy z siedzeniem w domu. Może zrobi nawet remont mieszkania. Dzisiaj myślała: jestem gruba i co najwyżej mogę sięgnąć po kolejne ciastko.

Sklepy spożywcze, jak na złość, otwierano, gdy wracała ze szkoły. Odprowadzała syna, machała mu na pożegnanie, w głowie tworząc już listę zakupów: mięso, ziemniaki, trochę warzyw na obiad dla rodziny. Dobrze znała rozkład marketu, ułożenie produktów. Przed wejściem miała dopracowany plan. Jednak zawsze zaczynała nieprzytomnie błądzić między półkami. Przy regale ze słodyczami traciła kontrolę. W koszyku lądowały herbatniki w polewie czekoladowej, batony, duńskie ciasta.

fot. Shutterstock

Pamięta, jak kiedyś wracała ze sklepu z wypełnionymi po brzegi plastikowymi siatkami. Przeszło jej wtedy przez myśl, żeby to wszystko wyrzucić. Kilkadziesiąt, może nawet 100 złotych, do osiedlowego kosza. Wtedy byłaby wolna. Przegrała.

Serek light i crossfit

Tatuaż na prawym nadgarstku to chiński symbol siły. Ktoś, kto tatuuje sobie takie rzeczy, musi być w rzeczywistości słaby - mówi. Zrobiła go w dniu, gdy na lodówce znalazła kartkę: "Proszę, nie zabieraj mojego jedzenia. Tę kanapkę przygotowałem na śniadanie".

Wynajmowała pokój w sześcioosobowym mieszkaniu, w centrum stolicy. Nie wie, czy właściciel bułki domyślił się, że to ona. Ale nie był to pierwszy raz. Zdarzyło jej się przegrzebać torebkę koleżanki w nadziei, że znajdzie baton. Albo śmietniki przy biurkach współpracowników w poszukiwaniu niedojedzonych skórek w pudełkach po pizzach. W poprzednim mieszkaniu też zabierała współlokatorom  jedzenie z lodówki. Opakowania chowała do torebki. Wyrzucała je zaraz po wyjściu z domu, do pierwszego napotkanego kosza. Zazwyczaj starała się wszystko odkupić. Najlepiej identyczne, żeby nikt się nie zorientował. Z kanapką sprawa nie była tak prosta. Przed wejściem do studia tatuażu zdążyła zjeść jeszcze "ostatnią w życiu" czekoladę. Karmelową z limitowanej edycji, reklamowali ją wtedy na co piątym billboardzie. Tatuaż bolał. To dobrze. W końcu miał raz na zawsze oddzielić stare życie od nowego grubymi, atramentowymi kreskami. Oddzielił na trzy tygodnie.

Takich kresek w życiu Marty było więcej: wyjazd windsurfingowy nad Zatokę Gdańską, nowy związek, mieszkanie na Saskiej Kępie, w którym jej głowa nigdy więcej nie pochyli się nad toaletową deską. Wreszcie własna kawalerka w centrum stolicy, w której miało być jak w serialu: ona, silna, niezależna kobieta sukcesu, i kot. Od 16. roku życia pracowała na ten plan. Szkołę łączyła z treningami i dorywczą pracą. Do prywatnej telewizji dostała się najpierw na staż. Przyjmowała każdy temat, poranny dyżur, wieczorem komentowanie. Chciała zachwycić szefa zaangażowaniem, nowymi pomysłami, świetnym materiałem. Do tego nietania garderoba, dieta, zdrowa żywność: müsli, serek wiejski, chleb z ekologicznych ziaren, i sport. Crossfit, czyli "dwie godziny hardkorowego biegania".

fot. Shutterstock

Tylko rodzina nie pasowała do wymyślonego w jej głowie obrazka. Gdy wysiadała przed blokiem, jej drogie buty wyróżniały się na nierównym, powiatowym chodniku. W dwupokojowym mieszkaniu grał telewizor. Na sofie siedziały zmęczona dyżurem pielęgniarskim matka i siostry, takie zwykłe, nieamerykańskie. Był jeszcze duch ojca alkoholika. Sam ojciec nie mieszkał tu od dawna. Przynajmniej od kiedy wyszedł z więzienia. Duch jednak miał się dobrze, sprawiał, że Marta nadal czuła silne emocje. Nienawidziła ojca. Za krzywdy, które zrobił rodzinie. Za to, że codziennie musiała udowadniać swoją wartość, zmazać jego grzechy, być najlepsza. Non stop na diecie.

Podczas napadu spełniała wszystkie pragnienia, jakie mogłyby się zrodzić w jej głowie przez najbliższy czas.

GRANICA

Woda

Kasia przekręciła klucz w drzwiach i stanęła w zalanym mieszkaniu. Nie wyglądało to dobrze. W dziewiętnastometrowej kawalerce wody było sporo ponad kostki. Pierwsza myśl? Gdzie zwymiotuje, jak się w nocy naje? Dopiero potem, że przydałoby się wezwać pomoc.

Duńskie ciasta

Na sesje nocnego obżarstwa duńskie ciasta były idealne. Duży rozmiar, miękka drożdżowa chałka na tekturowej podstawce, pakowana próżniowo. Właściwie nie trzeba jej było gryźć. Wystarczyło otworzyć bezszelestnie opakowanie, zgnieść w palcach kawałek i połknąć. To zmniejszało ryzyko, że mąż się obudzi.

Jednak najpierw Małgorzata musiała wytrwać przed telewizorem w napięciu do momentu, kiedy on w końcu zaśnie. Równomierny oddech dochodzący z sypialni oznaczał, że może zacząć obchód. Najpierw wyjmowała batony z garnków, tych usytuowanych najdalej w szufladzie. Ciasta z szafek w łazience i z bieliźniarki, skrzętnie przykryte innymi rzeczami. Gdy wszystko zjadła, szła do przedpokoju. Z rękawów zimowych kurtek wyciągała kolejne paczki słodyczy. Zawartość opakowań pochłaniała na stojąco albo w pozycji półleżącej. W napadach głodu estetyka i smak zawsze miały drugorzędne znaczenie. Liczyła się ilość i szybkość przyjmowanych produktów.

Kiedy mąż dostał kontrakt za granicą, a syn podrósł, mogła w dowolnej chwili jeść, z przerwą na trawienie, odgrzanie nastolatkowi mrożonki, drzemkę i uzupełnienie zapasów. Przestała się kontrolować. Z półek sklepowych zgarniała już tylko słodycze. Cukier skleił jej noc i dzień w jeden trzytygodniowy ciąg jedzenia. Niewiele pamięta z tamtego okresu. Kuse spodnie w rozmiarze 44, kupione tydzień wcześniej. I przerażenie, że - choć bardzo chce - nie potrafi przestać.

fot. Shutterstock

Rosół z latte

We własnej kawalerce (tej, w której To nigdy nie miało prawa się zdarzyć) Marta regularnie kapitulowała. Niby oglądała mecz, starała się skupić na wyniku, ale głową była już w lodówce. Na pierwszy ogień szedł bochenek chleba, z serem albo dżemem. Potem wszystko, co znalazła w domu: owsiankę na wodzie z dodatkiem odżywki białkowej, jajka sadzone z keczupem. Kiedy zapas się skończył, wybierała numer w komórce. Kolejni dostawcy przynosili: makaron ze szpinakiem, rosół, pizzę, naleśniki. Czasem między jednym a drugim kurierem zdążyła wyskoczyć jeszcze do całodobowego. Rozedrgana o trzeciej nad ranem stała w kolejce mocno nietrzeźwych mężczyzn z paczką piegusków.

Gdy osiągała stan, "jakby ktoś napchał w nią papieru po samą szyję", wymiotowała. Kilka, kilkanaście razy podczas napadu. Najpierw w domu, potem w restauracjach, do których wychodziła nad ranem. Kawiarnie serwowały już latte i ciepłe rogaliki. W drodze między kolejnymi miejscami zjadała batona. Potem to, na co akurat miała ochotę. Pierogi z serem i cebulą, placek po węgiersku z deserem, quiche.  Menu restauracyjne, twarze kelnerów - znała na pamięć. Do domu wycieńczona wracała tramwajem, najwcześniej w południe.

Zobacz wideo Ania nie je od dwóch lat. Ludzie nie wierzą w jej chorobę

ZAMIAST KOŃCA

Chłopak Kasi był alkoholikiem, dlatego trafiła do przychodni. Poszła, żeby dodać mu otuchy. Na korytarzu z nudów zaczęła czytać ulotki, plakaty na ścianie. Zrobiła krótki test (odpowiedzi: tak, nie) dla osób uzależnionych od alkoholu. Czy zdarzały się w twoim życiu takie okresy, kiedy odczuwałeś konieczność ograniczenia swojego picia? I tak dalej. Wtedy po raz pierwszy pomyślała, że może ma problemy z jedzeniem. Zaczęli wspólnie chodzić na mityngi. To znaczy, on dla alkoholików, ona na spotkania Anonimowych Żarłoków. Trochę schudła. Jej waga utrzymywała się w granicach 80 kilogramów. Przestała chodzić na spotkania. Tak wyszło. Choroba? Nauczyła się z  nią żyć.

fot. Shutterstock

Marta na nocne napady głodu potrafiła wydać półtora tysiąca miesięcznie. Niby dużo, ale zarabiała świetnie, miała karty kredytowe. Tylko, jak mówi, ludzie z nieleczoną kompulsją generalnie żyją nieodpowiedzialnie. Łapczywie konsumują nie tylko jedzenie, ale nowe związki, ubrania, wszelkie przyjemności. Na kartach pojawił się 10-tysięczny debet. Pieniądze na spłatę długu pożyczył przyjaciel. Co z tego, skoro rok później doprowadziła konto do podobnego stanu. Wtedy uzbierane przez lata oszczędności wyjęła matka. Marta poczuła, że jest na dnie. Karty kredytowe od razu oddała dobrym znajomym. Potem najadła się, płakała, i poszła na pierwszy mityng. Kompulsja nie zniknęła, ale Marta na trzy, cztery tygodnie potrafi zapomnieć, że jest chora.

Małgorzata to, że kupuje tony słodyczy, które potajemnie zjada, wykrzyczała mężowi w twarz. Pamięta, jak stał na środku salonu z otwartymi ustami. Potem poszła na mityng Anonimowych Żarłoków, obecnie Anonimowych Jedzenioholików. Jest jedną z inicjatorek zmiany nazwy. Irytowało ją, że gdy szła coś załatwić dla wspólnoty, urzędniczki mówiły: "Anonimowi Żarłocy, naprawdę? Ojej, a pani taka szczupła".

**

Uzależnienie od jedzenia to choroba związana z zaburzeniami odżywiania. Warunkiem wyzdrowienia jest znalezienie dobrego psychologa i nastawienie się na długotrwałą psychoterapię. Grupa wsparcia, dietetyk mogą pomóc, w powrocie do zdrowia. Jednak powinny być to działania uzupełniające proces terapii. Osoby uzależnione i ich bliscy mogą skorzystać z telefonu zaufania dla osób cierpiących z powodu uzależnień behawioralnych.

http://www.uzaleznieniabehawioralne.pl

Gdzie jeszcze szukać pomocy:

W Ogólnopolskim Centrum Zaburzeń Odżywiania, w lokalnie działających fundacjach i ośrodkach dedykowanych zaburzeniom odżywiania. (W Warszawie kompleksową terapię prowadzi mi.in.: Fundacja światło dla życia.

http://www.centrumzaburzenodzywiania.pl

http://www.swiatlodlazycia.org.pl

Wsparcie można uzyskać również we wspólnocie Anonimowych Jedzenioholików (Obecnie mitingi odbywają się w 23 miastach w Polsce ).

https://anonimowijedzenioholicy.org

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Kaja Poznańska (ur.1983), absolwentka religioznawstwa, historii i Polskiej Szkoły Reportażu, reporterka i copywriterka, publikowała w "Tygodniku Przegląd," "Wysokich Obcasach" , ,,Piśmie" i "Dużym Formacie".