Dziesięciny to ogromne osiedle na północy Białegostoku. Podzielone na dwie części blokowisko przez lata uchodziło za najgorszy adres w mieście. Informacja, z którego jesteś osiedla, była kluczowa, by uniknąć pobicia. Policja nie wjeżdżała tu w mniej niż trzy radiowozy.
O tych legendach przypominają dziś liczne graffiti Jagiellonii Białystok. Poza tym wieczorem osiedle to oaza spokoju. Na schodach przed jednym wieżowcem grupka młodocianych dopija piwka, ale wyglądają bardziej na znudzonych, niż gotowych do rozróby.
Ze sklepu wychodzi 23-letni Adrian. - Sklepik jak na wiosce i klimat jak na wiosce. Znam tu wszystkich, lubię to miasto, a Dziesięciny najbardziej. Kiedyś było może niebezpiecznie, ale to przeszłość. Żyć w Londynie bym nie chciał. A o innym polskim mieście nawet nie myślę. Do Adriana dochodzi sąsiad Patryk. Spalają papierosa. - Klimat dobry. Każdy każdego zna. Każdy się szanuje - dodaje.
Z kolei Jaroszówka ma opinię białostockiego Beverly Hills. Tu królują szeregówki z lat 80. i nowsze, piętrowe wille schowane za płotami. Tu też cenią dobre sąsiedztwo. - Jak są imieniny, to wszyscy chodzą do sąsiada z flaszką. Józef otwiera pochód, bo ma imieniny już w styczniu - opowiada Marek, który kończy strzyc żywopłot. Przyjechał do Białegostoku z Warszawy. Na chwilę, żeby żona skończyła studia. Mieszkają tu już 27 lat. Handlują ciuchami. - Przez pierwszy rok aż mnie dusiło to świeże powietrze. Teraz się przyzwyczaiłem. Białystok jest piękny. Zieleń, ulice. A kto nie był tu od dziesięciu lat, ten nie pozna miasta - mówi.
Społeczny awans
Lokalny patriotyzm ma odbicie w liczbach. W Białymstoku od lat przybywa mieszkańców. W 2017 roku ich liczba przekroczyła 297 tysięcy. Tym samym Białystok trafił do dziesiątki największych polskich miast, wyrzucając z tej grupy Katowice. - Liczba mieszkańców rośnie na skutek dodatniego przyrostu naturalnego, czyli różnicy między liczbą urodzin a liczbą zgonów. Przez 10 lat w ten sposób przybyło nam pięć tysięcy mieszkańców - opowiada Dorota Wyszkowska, zastępca dyrektora Urzędu Statystycznego w Białymstoku.
Wciąż ujemne pozostaje saldo migracji: więcej osób wyjeżdża, niż przyjeżdża. Ale i tak nie jest źle. W ostatnich latach wyniosło 500 osób na minusie. Wiele dużych miast może pomarzyć o takim wyniku. - Białystok wysysa mieszkańców z dawnego województwa - ocenia profesor Andrzej Sadowski, socjolog z Uniwersytetu Białostockiego. - Nie tylko ze wsi. Przyjeżdżają tu także mieszkańcy Hajnówki, Sokółki, Siemiatycz. To jedyne duże miasto w województwie, które spełnia oczekiwania społecznego awansu. Zapewnia kontakt z wielkomiejskim życiem. Do Białegostoku można migrować, nie odrywając się za bardzo od korzeni. Nie byłoby to możliwe w Warszawie, nie mówiąc o wyjeździe na Zachód.
Tę narrację potwierdza Agata, 21-letnia studentka pielęgniarstwa. Spotykam ją w barze przy rynku Kościuszki w centrum. Przyjechała tu z Hajnówki. - Rodzice kupili mi mieszkanie w Białymstoku. Nie chciałam za daleko się od nich odsuwać - opowiada. - Jak skończę studia, to raczej zostanę tutaj. W porównaniu z Hajnówką w Białymstoku tempo życia jest szybkie, a nie chciałabym mieszkać w Warszawie. Za daleko. Białystok jest idealny - duży, ale przytulny i blisko domu.
Mieszkańcy chwalą miasto, które zmienia się w ostatnich latach dzięki unijnym funduszom. Symbolem tych zmian są rynek Kościuszki i miejska promenada. Wrażenie robi słynny budynek opery i filharmonii: nowoczesny gmach z ogrodem na dachu. Co prawda spacerując po centrum wciąż trafimy na kloce rodem z lat 90., szpetne reklamy i wszechobecne bary z kebabem. Pod tym względem miasto nie różni się od innych miejsc w Polsce. Ale mieszkańcy powtarzają, jak kolosalnie ich miasto zmieniło się przez ostatnie lata. Nie bez znaczenia są dla nich nowe drogi rowerowe, system rowerów miejskich i zieleń.
- Dla wielu młodych z naszego regionu Warszawa jest zbyt daleko a koszty tam utrzymania zbyt wysokie. Białystok wybierają ludzie z całego województwa, a nawet z Ełku. Między innymi dlatego powstaje u nas około dwa tysiące mieszkań rocznie. I ciągle jest na nie zapotrzebowanie - opowiada prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski.
Znikające miasto
Ale zmiany i boom mieszkaniowy mają też swoje ciemne strony. Widać to na Bojarach, historycznej dzielnicy domków w samym śródmieściu. Unikatowa drewniana architektura przeplata się tutaj z klocami bloków. Deweloperzy wykupują atrakcyjne działki w sąsiedztwie zabytków. - Są rejony, gdzie powinniśmy zachować zwartą zabudowę i historyczną architekturę. W Białymstoku nie ma takiego myślenia. Osiedle traci swój charakter. No bo jak podziwiać drewnianą chatkę, kiedy obok wyrasta ci siedmiopiętrowiec? - ubolewa Mateusz Tymura, wielbiciel lokalnej historii.
Tymura na zielonym skwerze na Bojarach zorganizował już w sumie 40 imprez: pikniki, pchle targi, jam session, ogniska, seanse filmowe. Następnych nie będzie, bo część skweru wykupił deweloper.
W mieście głośno mówi się też o tajemniczych pożarach. Drewniana chata objęta konserwatorskim nadzorem nagle staje w płomieniach. Sprawców brak, ale nowy właściciel działki nie płacze. Na jej miejscu może stawiać blok.
Nie wszyscy tęsknią za przeszłością i życiem w starych domach zwanych drewniakami. Pani Maria, lat 79, wychowała się na Bojarach. - Pamiętam, jak nieczystości wylewało się na bruk, a do łazienki latało się na zewnątrz - mówi. - Każdy miał swój ogródek za domem. Sałata, rzodkiewka, szczypiorek - mało kwiatów, dużo warzyw. A tam, gdzie jest ryneczek, to były fury z końmi. Rolnicy przyjeżdżali ze wsi z towarami. W sezonie wszędzie unosił się zapach truskawek.
Pani Maria przez lata pracowała w księgowości. Zarabiała dość, by wyprowadzić się do nowego, grodzonego bloku. - I nie żałuję, chociaż płacić czynsz trzeba. Ale to jest wygoda. Nie na stare lata bieganie po wodę i węgiel, palenie w piecu. W bloku wszystko mam zrobione. A drewniaków mi nie szkoda. Białystok to już jest inne miasto. Aspirujące.
Powroty
Ania skończyła architekturę w Białymstoku i wyruszyła na podbój Warszawy. Zamieszkała na Powiślu. "Posh" dzielnica, stare kamienice, Hanna Lis mija ją z zakupami. Pieniądze marne, ale prestiż życia w stolicy. - Tylko co z tego, jak zapieprzasz i ledwie ci starcza na mieszkanie i zakupy w Carrefourze - opowiada.
Wytrzymała trzy miesiące. Wróciła do "Białego".
- Nadal mam zlecenia z Warszawy i jeżdżę tam co najmniej raz w tygodniu. Biorę ze stolicy to, co najlepsze, ale nie zamierzam tam mieszkać. Nie wyobrażam sobie życia w pędzie - mówi. - W Warszawie każdy udaje kogoś innego. Na mnie też to na początku robiło wrażenie. Wielkomiejski styl życia, kawa w modnej kawiarni, wege kanapka na śniadanie. Ale wolę ten moment, kiedy wracam do Białegostoku, gdzie znam wszystkie ulice i widzę ludzi, którzy są autentyczni. Tu mogę iść na spacer ze słuchawkami na uszach i spotkać jedną osobę przez godzinę. Ale jak pójdę na domówkę, to będę znała mniej więcej wszystkich.
Marek na studia wyjechał do Krakowa. Kierunek: psychologia. Szybko znalazł pracę w firmie zajmującej się przygotowywaniem testów edukacyjnych. Praca zdalna, więc Marek wrócił do Białegostoku. - Kraków to świetne miasto, ale zatłoczone, zakorkowane, z niezbyt sprawną komunikacją. No i ze smogiem. W Białymstoku mam dużo przestrzeni. Nieba nie zasłaniają kominy czy estakady. Właściwie nie ma korków. No i zieleń. To chyba jedyne miasto, gdzie mogę wejść do parku w centrum i terenami zielonymi przejść do puszczy - tłumaczy. - Mam znajomych, co wrócili tu po 10 latach od matury. Mają dość Warszawy. Przeliczyli sobie wszystko z kalkulatorem w ręku. Za 350 tysięcy kupisz tutaj szeregówkę pod miastem. W Warszawie ledwo znajdziesz kawalerkę w tej cenie.
Są też powroty z dalszych stron. Tak jak powrót Mirosława, lat 55, który kilka lat temu osiadł w domu na Jaroszówce. - Jeździłem do Niemiec na budowy. Robiłem wykończeniówkę. Mieszkałem tam parę miesięcy i tu wracałem - opowiada. - Ale koniec z tym. Nie ma już sensu do Niemiec jeździć, jak tutaj zarobię podobnie, a koszty życia mam mniejsze.
Prezydent Truskolaski wymienia samorządowe sukcesy: Drogi osiedlowe, place zabaw, tereny zielone, punktualna komunikacja, nowe boiska. Brak korków. I czystość, której Białystok jest liderem w Polsce.
Na tym idyllicznym obrazie cieniem kładzie się jedno zjawisko. Nazywa się: nacjonalizm.
Biała siła
W 2015 roku reporter Marcin Kącki napisał książkę "Białystok. Biała siła, czarna pamięć". Opisał epizody, o których miasto wolałoby zapomnieć.
Kącki przypomina, jakim problemem było dla władz miasta uhonorowanie Ludwika Zamenhofa, twórcę języka esperanto i rodowitego mieszkańca. Zamenhof był Żydem, a to w Białymstoku był przez lata temat wstydliwy - mimo że przed wojną Żydzi stanowili większość mieszkańców. Żydowskich patronów ulic można w mieście ze świecą szukać. Kącki opisuje rosnących w siłę kibiców Jagiellonii Białystok i długą listę antysemickich i narodowych wybryków. Ich ukoronowaniem było podpalenie mieszkania obywatela Indii w 2013 roku. To wtedy ówczesny minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz rzucił do skinów: Idziemy po was!
Prezydent Truskolaski zapewnia, że to już przeszłość. - Wydarzenia, które położyły się cieniem na wizerunku miasta, miały miejsce kilka lat temu. Wdrożyliśmy program przeciwdziałania przejawom nienawiści. Akcje policji także przyniosły rezultaty. Białystok nie różni się pod tym względem od innych polskich miast. W dużej zbiorowości zawsze znajdą się takie osoby. W mojej ocenie, u nas to margines.
O tym, że to nie do końca prawda, przypominają incydenty z nieodległej przeszłości. Na przykład protest Młodzieży Wszechpolskiej przed premierą przedstawienia "Biała Siła, Czarna Pamięć" na podstawie książki Kąckiego. Albo sytuacja z 2016 roku, kiedy pracownicy Politechniki Białostockiej prosili zagranicznych studentów, by - w związku z przemarszem ONR-u - nie opuszczali akademika. Tego dnia w katedrze ONR świętował swoje urodziny. Ksenofobiczne kazanie wygłosił były już ksiądz Jacek Międlar.
Architektka Ania: - To nie jest coś, co widzisz na co dzień, raczej coś, co czujesz podskórnie. Dociera do ciebie, kiedy widzisz nacjonalistyczne napisy na murach albo rozmawiasz ze studentami z Hiszpanii, którzy są zdziwieni, że ktoś się do nich odezwał. Bo tu zwykle z obcymi się nie rozmawia.
Zarobki mocno drętwe
I nie jest też tak, że do "Białego" każdy wraca. - Jak już pojadą na Zachód, to nie wracają. Tam mają dobre pieniądze. Tutaj praca jest dla każdego, tylko się schylić. Ale chodzi o kasę - opowiada Adrian z osiedla Dziesięciny. Sobie i Patrykowi załatwił pracę w magazynie narzędzi. - Zarobki drętwe - przyznaje Patryk. - Na rękę mamy 1850 złotych. Jak złapiesz premie od kierownika, nadgodzinki, jakieś soboty, to wyjdziesz na te 2,5 tysiąca. Tak sobie, zwłaszcza że za wynajem mieszkania - 60 metrów - płacę 1700 złotych.
- Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto to w Podlaskiem 3600 złotych miesięcznie. Zajmujemy 11. miejsce na 16 województw - mówi Dorota Wyszkowska z Urzędu Statystycznego w Białymstoku. Niskie pensje są jednym z powodów, dla których Białystok według ekspertów będzie miał problem z przekroczeniem progu 300 tysięcy mieszkańców. - Mimo wszystko Warszawa wciąż działa jak ogromna pompa wysysająca ludzi - dodaje profesor Sadowski.
Pieniądze to niejedyna bariera przed osiedleniem się na stałe w "Białym".
Kultura wyszła z krzaków i kopnęła w d*pę
Kasia też wyjechała na studia do Warszawy. Kierunek: socjologia. Znalazła pracę w firmie zajmującej się badaniem rynku. - Jako humanistka nie dostałabym pracy w Białymstoku - mówi. - Zresztą i tak bym się nie przeprowadziła. Oferta kulturalno-lifestyle'owa jest uboższa i mi nie odpowiada. Mój mąż z Warszawy mówi, że Białystok to taka duża wieś. Jak jesteśmy tutaj, to chodzimy do jednej ulubionej restauracji i kawiarni. W Warszawie mamy aż nadmiar możliwości. Lubię Białystok, ale jest małomiasteczkowy. Chodzi też o mentalność. Niby jest różnorodnie, bo tyle cerkwi i tak dalej. Ale jak pogadasz ze znajomymi z liceum, to się okazuje, że popularny polityk to Korwin-Mikke, a przed uchodźcami najlepiej zatrzasnąć drzwi na głucho.
Piotrek, organizator koncertów w Warszawie, przypomina lokalne przysłowie: "Każdy w Białymstoku ma sąsiada grającego disco polo. Jeżeli nie masz takiego sąsiada, to prawdopodobnie ty nim jesteś". - Pamiętam z młodości, że w "Białym" nie działo się nic. Rozrywką było picie i uciekanie przed skinami. Oczywiście Białystok jest uroczy, idealny do życia - jeśli nie masz potrzeb kulturalnych.
Piotrek wspomina, jak przyjechał tu pięć lat temu pouczyć się do sesji. - Ja szybciej stałem, niż ci ludzie tutaj chodzili. Z atrakcji to możesz pójść pograć w bilard, zjeść zaj***ste burgery i "dobić się" w klubie Alchemia. Jakby tu z krzaków wyskoczyła kultura i kopnęła miasto w d*pę, to Białystok by się podrapał i poszedł dalej. Kulturalnie jest mizeria. Miasto dla fanów slow life, ale takiego naprawdę slow.
Nie chodzi o kasę
Jędrzej Dondziło, znany jako DJ Dtekk, na takie uwagi może tylko wzruszyć ramionami. Od 10 lat robi jedną z największych imprez kulturalnych w tej części Polski.
Od najmłodszych lat biegał do klubu Metro - legendarnego miejsca w Białymstoku. Podawał DJ-om płyty, aż właściciel pozwolił mu zagrać. Dziś gra po klubach w całej Polsce. W Białymstoku urządzał też imprezy typu "secret location" - zamknięte wydarzenia, na które przychodzili tylko znajomi i ich znajomi. - Do dzisiaj nie mogę opowiadać o wszystkich miejscach, gdzie się bawiliśmy - uśmiecha się. - Na jedną z takich imprez przyszło kilkaset osób. Ale to dla mnie było za mało. Zazdrościłem innym miastom imprez o wielkim rozmachu. Uwielbiałem patrzeć na Love Parade w Berlinie. I pomyślałem: w czym jesteśmy gorsi?
Jędrzej poznał ludzi ze stowarzyszenia Pogotowie Kulturalno-Społeczne. Nauczyli go pisać granty. Pierwszy raz od miasta dostał 30 tysięcy złotych. Wtedy były to dla niego ogromne pieniądze. - Na imprezę przyszło trzy tysiące osób. Okazała się strzałem w dziesiątkę. Up To Date Festiwal łączył różne światy. Od początku były tam sceny z muzyką elektroniczną i rapem, ale też występy teatralne, pokazy sztuk plastycznych czy jazdy na BMX-ach.
Dziś na Up To Date bawi się osiem tysięcy osób z całej Polski. Od samego miasta festiwal dostaje blisko 650 tysięcy złotych. Znacznie więcej od sponsorów. - Na ulicy podchodzą do mnie obcy ludzie i dziękują za imprezę, bo promujemy miasto. Młodzi pytają, jak mogą zostać wolontariuszami - opowiada Jędrzej. - Dbamy o to, by na festiwal przychodzili mieszkańcy Białegostoku. Żeby to był też ich festiwal. No i to piękne, jak pod sceną ustawiają się ludzie po dwudziestce i ich rodzice, chociaż widać, że w życiu takiej muzyki nie słuchali. W zeszłym roku zrobiliśmy akcję "Wyślij pocztówkę do babci". Mieliśmy darmowe znaczki i pocztówki, goście musieli tylko je wypisać. W świat poszło 900 pocztówek. Ludzie stali w kolejce, żeby je wysłać. Przyznam, że się wzruszyłem.
Up To Date to największa impreza w mieście, ale niejedyna. W Białymstoku jest jeszcze festiwal bluesa i festiwal muzyki szantowej, a także Halfway Festiwal - święto muzyki folkowej i alternatywnej, organizowane w białostockiej filharmonii.
- To jest miasto, gdzie wciąż jest jeszcze tyle do zrobienia. Ale tylko tutaj możesz robić takie rzeczy, jak Up To Date. Bo potrzebujesz energii ludzi, a nie kasy - mówi Jędrzej. - W Warszawie czy Krakowie Up To Date nie byłby możliwy bez dużych pieniędzy. Mógłby stać się maszynką do zarabiania. A u nas robi go siedem osób i sztab wolontariuszy. I o to chodzi.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU
Bartosz Józefiak. Mieszka w Łodzi. Pracował w gazetach lokalnych w Łodzi, Wrocławiu i Pabianicach, współpracuje z "Dużym Formatem" i "Tygodnikiem Powszechnym". Jest absolwentem Polskiej Szkoły Reportażu i swoją przyszłość wiąże właśnie z reportażem.