- Gdzie pan jest? - pyta przez telefon Bożena Kulicz. - Za Bydgoszczą, jeszcze jakieś dwie godziny. - Zobaczy pan, jak tu wszystko niszczeje, jak gmina się likwiduje, jak na nic nie ma ani sił, ani energii. Zapraszam serdecznie!
Ja tu tylko mieszkam
- Umieramy - mówi, mieszając mocną kawę z cukrem.
Bolegorzyn to wieś w gminie Ostrowice, w woj. zachodniopomorskim. Takie miejsca są rozsiane po całej Polsce. Można je łatwo rozpoznać, nawet nie wysiadając z samochodu: wielohektarowe pola, zboża rosnące po horyzont i nagle - bloki. Dwu-, trzypiętrowe, z jedną klatką albo dwiema. Gdzieś dalej garaże, obory i magazyny, postawione w szeregach, by nie zajmować cennego miejsca, ale też służyć jak najdłużej.
We wsi jest osiem młodych rodzin. Reszta to ludzie w wieku emerytalnym. Jest też 70 mieszkań, z czego 20 stoi pustych.
I cisza. Cisza-nuda. Cisza, bo nie ma płaczących dzieci, cisza, bo właśnie ktoś umarł, cisza, bo umarli prawie wszyscy. Od czasu do czasu jakiś łepek puści Popka z telefonu i wtedy cisza na chwilę zostanie przerwana.
To wsie popegeerowskie.
Do Bolegorzyna jedzie się wąską, asfaltową dróżką. Zaraz za znakiem zaczynają się zabudowania. Przytulone do siebie bloczki z prefabrykatów, z jedną klatką schodową i paroma oknami.
Wokół żywego ducha. Trzeba trochę pochodzić wokół bloków, żeby z któregoś okna wyjrzała głowa i pokazały się oczy. Ruch firanki, uchyla się skrzydło okna, starszy pan kładzie poduszkę na parapecie, opiera łokcie i paląc papierosa patrzy, jakby nie chciał zauważyć.
W środku wsi stoi budynek, który w dawnych czasach również pełnił funkcję centrum PGR-u - mieszkał tu jego kierownik. Dzisiaj mieści się jedyne w Polsce Muzeum PGR. Powstało 10 lat temu i stało się hitem w lokalnych mediach. Potem gazety o nim zapomniały, coraz rzadziej pojawiali się zwiedzający (ostatni był tydzień temu).
Sercem i głową tego projektu jest Bożena Kulicz. Radna gminy Ostrowice, sołtys Bolegorzyna od 1998 r., działaczka lokalnego stowarzyszenia. Można odnieść wrażenie, że jest jedynym człowiekiem w najbliższej okolicy, któremu na czymś zależy.
- PGR? - pyta zamroczony pan z ławki przed blokiem. - A co ja mam ci powiedzieć? Ja tu tylko mieszkam.
Jak na wyspie
Państwowe Gospodarstwa Rolne powstawały po wojnie na skutek przymusowej kolektywizacji rolnictwa. W większości na terenach dawnych majątków ziemskich. Kusiły pracowników dodatkowymi pensjami (tzw. trzynastkami), mieszkaniami, działkami, deputatami żywnościowymi, ale też dofinansowaniem wczasów i kolonii dla dzieci. Produkowały artykuły rolne dla całego kraju oraz przeznaczone na eksport - na przykład buraki, ziemniaki, ale też hodowano w nich konie czy świnie. Problemy z ich rentownością były spowodowane m.in. zbyt dużym zatrudnieniem - na 100 hektarów przypadało 12 pracowników, a według ministra Adama Tańskiego, autora ustawy o prywatyzacji PGR-ów, współczynnik ten powinien wynosić 3-4. Po 1989 roku z roku na rok coraz bardziej jasne było, że przed PGR-ami nie ma przyszłości.
PGR w Bolegorzynie specjalizował się w owcach. Wszystko, co z nimi związane, trafiało na polski rynek, ale też na eksport. W PGR-ze pracowali weterynarze, zootechnicy, traktorzyści - wszyscy, którzy mogli się przydać przy hodowli. W większości mężczyźni. Kobiety zajmowały się rodzinami i domami albo pracowały w świetlicy i stołówce.
W PGR-ze nie tylko razem się pracowało, ale też jadło, piło, spędzało wolny czas. Na małej powierzchni żyli ze sobą ludzie, których łączyły prawie wszystkie dziedziny życia. Doskonale się znali, ich dzieci razem się wychowywały, nieraz ze sobą żeniły. Tak jak w jakiejś małej, zamkniętej społeczności. Jak na wyspie.
PGR w Bolegorzynie tworzył specyficzny ludzki konglomerat. Choć trudno dziś tę informację zweryfikować, podobno byli tu karnie przenoszeni m.in. mieszkańcy Warszawy - pierwszym kierownikiem tutejszego PGR-u był człowiek z przeszłością w AK, którego do wyjazdu ze stolicy zmusili komuniści. Tu też, jak w całej zachodniej części kraju, ciągnącej się od Legnicy do Szczecina, osiedlali się repatrianci z Litwy, Białorusi, Ukrainy. Przyjeżdżali ze swoimi prywatnymi i narodowymi historiami. Resentymenty szybko dawały o sobie znać. Konflikty na wiejskich zabawach załatwiało się nie rozmową czy nawet bójką - po prostu jeden drugiego dźgał nożem.
Te zasłyszane historie opowiada mi Bożena Kulicz, która do PGR-u w Bolegorzynie przybyła w latach 80. Wcześniej krótko pracowała w domu dziecka w Warniłęgu. Jej mąż skończył technikum rolnicze i dostał w Bolegorzynie pracę jako zootechnik. Później pracował w milicji. - Wtedy nie było między ludźmi jedności i nie ma jej dzisiaj. PGR, chociaż wspólny, wspólnoty nie nauczył - mówi. - Nauczył za to tego, że nie trzeba dbać o swoje otoczenie. Dzisiaj, jak koszę trawę wokół muzeum, to się ze mnie śmieją. A sami nie ruszą palcem.
Ale pani Bożena jest pewna: gdy PGR działał, żyło się ludziom lepiej niż dziś. Była praca, za którą należało się wynagrodzenie. Kobiety, które nie pracowały, wychowywały dzieci. Pani Bożena wychowała czworo. - Wtedy w ogóle nie mówiło się o tym, że wychowanie dzieci i dbanie o dom to ciężka praca, jak każda inna - mówi pani Bożena. - Dzieci pokończyły studia, wyszły na ludzi. Nie, nie mieszkają tutaj, wyjechały. Do czego miałyby wracać?
Pani Bożena odbiera telefon. To koleżanka, która zawsze marzyła, żeby przeprowadzić się z miasta na cichą, sielankową wieś. Wybrała gminę Ostrowice. I dziś narzeka, że poza ciszą nie ma tam nic. Tylko dziki podchodzą prawie pod dom.
500+ nie przysługuje
Problemy mieszkańców podobnych popegeerowskich wsi są dobrze udokumentowane. Życie w dawnych PGR-ach w latach 90. stało się naczelnym tematem ogólnopolskich dzienników. Reporterzy jeździli po Polsce, żeby notować niszczenie wszystkiego: budynków, maszyn rolniczych i moralności. Film dokumentalny Ewy Borzęckiej "Arizona" z 1997 roku w naturalistycznych detalach pokazuje upadek popegeerowskiej wsi, w której jedynym sensem życia staje się napój alkoholowy, tytułowa "Arizona".
Wszystko to spadło też na Bolegorzyn. Z biegiem lat i przyjściem Unii Europejskiej rzeczywistość nabierała może więcej kolorów, ale tak naprawdę zatrzymała się w czasie.
Koło bloków w Bolegorzynie spotykam M. Wyszedł w klapkach przed dom i patrzy, jak mąż pani Bożeny próbuje odpalić kosiarkę spalinową. Trochę udaje, że chce pomóc. Trochę chce pokazać, że się zna. Pije od rana, ok. 15 jest na etapie mętnego wzroku i luźnych nóg.
- Bez porównania - stwierdza, kiedy pytam o życie w PGR-ze. M. jest z rocznika ?71, załapał się na kilka ostatnich lat działalności gospodarstwa. - Wszystko było - mówi. Dla porównania informuje: - Złożyłem podanie do "kabli", ale skubańce nie odpowiedzieli. Nie wiem dlaczego.
"Kable" to określenie na firmę, która zatrudnia w sąsiedniej miejscowości. Nie trzeba mieć technicznego wykształcenia, trzeba być solidnym. I byłoby dobrze mieć samochód, żeby dojechać.
Pani Bożena próbuje zagonić M. do dawno obiecanej pracy: pomalowania krawężników. M. bierze się do roboty powoli. Najpierw zmieni buty. Wyleje wodę z kubełka. Potem poszuka farby. W końcu schyli się po pędzel. Na wszystko ma czas.
Kiedy M. nieśpiesznie zabiera się do malowania, a mąż pani Bożeny w pełnym słońcu kosi trawnik wokół muzeum, po drugiej stronie ulicy czterech wyrostków zbiera się do bójki. Brudne dżinsy, jaskrawe buty. Skóra blada, choć przekrwiona. Błędny wzrok. W dłoniach ściskają puszki po piwie.
- Mają po dwadzieścia lat - mówi pani Bożena. - Wszystkim kiedyś próbowałam pomóc: znaleźć pracę, załatwić coś w urzędzie. I proszę, tak wygląda przyszłość w Bolegorzynie. - Jak PGR wpłynął na najmłodsze pokolenie? - pytam. - Młodzi, którzy tu zostali, nadal żyją tak, jakby żyli w PGR-ze - odpowiada. - "Nic z siebie nie dam, bo mi się należy". A reszta wyjechała. Kiedyś była setka dzieci, dzisiaj jest dziesięcioro.
Inną panią, mieszkankę popegeerowskich bloków, pytam o codzienność. - Wnuka teraz mam, to na nic nie mam czasu - uśmiecha się. W PGR-ze pracowała trzy lata, głównie przy owcach. Praca była ciężka, ale żyć się dało. Dziś? Trzeba jechać do miasta, do przetwórni rybnej i kaleczyć ręce przy patroszeniu. Po pracy chwila w ogródku - bo każdy pracownik dostał w spadku działkę rekreacyjną. Niektórzy nawet na nią nie zaglądają. - My z rodziną zbudowaliśmy altankę i postawiliśmy grill. Od czasu do czasu posiedzimy - mówi.
500+? Nie przysługuje, bo nieletni syn jest jeden. Starszy mieszka i pracuje w mieście. Czasem zostawia u niej wnuka na weekend. Mały Tymek biega po okolicy, bawi się z psem, lubi świeże powietrze. Młodszy syn woli siedzieć w domu. Gdyby dzisiaj nie wyciągnęła go kuzynka, przesiedziałby cały dzień. Pójdą przed siebie, w stronę jeziora. Posiedzą i wrócą. Dwie godziny w plecy.
Wszystkie plagi Ostrowic
Kiedy upadł PGR, ludziom zostały tylko mieszkania. Mogli je wykupić za cenę obniżoną w zależności od przepracowanych w gospodarstwie lat. Życie spędzone w państwowym przedsiębiorstwie dało im co prawda konkretne umiejętności - strzyżenie owiec, uprawa roślin, jazda traktorem - ale nie dało alternatywy. Bożena Kulicz na początku lat 90. organizowała więc "grupy interwencyjne". Bezrobotni mieszkańcy dostawali wynagrodzenie za podstawowe prace porządkowe we wsi. Trwało to kilkanaście lat.
Gdy Polska weszła do Unii Europejskiej, na lokalne inicjatywy można było wyciągnąć trochę pieniędzy. We wsi niszczał budynek po PGR-ze. Gmina Ostrowice chciała go sprzedać za śmieszne pieniądze. Wtedy Bożena Kulicz, już wówczas sołtys, wpadła na pomysł: PGR dawał tej wsi życie, niech i dziś coś da. Razem z grupą inicjatywną, w której znalazł się m.in. dawny kierownik PGR-u Bogdan Kuciński, napisała projekt. Dostała dofinansowanie na remont i organizację muzeum, które otworzyła w 2008 r. Została jego dyrektorem, do dziś pełni tę funkcję społecznie.
Na początku było całkiem nieźle. Do pani Bożeny pisali pasjonaci z całej Polski, ale też zwykli ludzie, którym po dawnej epoce zostały niepotrzebne przedmioty. Przez dziesięć lat istnienia muzeum Bożena Kulicz zebrała ich setki. Eksponaty dokumentują nie tylko przeszłość w PGR, ale całą epokę. Pełno tu przedmiotów codziennego użytku, garnków, syfonów, zastaw stołowych, telewizorów i kuchenek. I charakterystycznych ściennych komunikatów, portretów Gierka i Gomułki, gazet i czasopism z tamtych lat.
Muzeum na początku interesowali się politycy. Od szczebla lokalnego po centralny. Przyjeżdżał wójt, wojewodowie i sam premier Donald Tusk. Politycy z różnych opcji otwierali oczy ze zdumienia nad tą niezwykłą inicjatywą w małej wiosce, poklepywali po plecach i jechali dalej.
Jednak w tym czasie działo się coś, co na lata skupiło uwagę decydentów. I skupia do dziś.
Gmina Ostrowice osiągnęła rekordowy w skali kraju dług - według danych Ministerstwa Finansów wynosi już 47 mln zł. Przyczyn jest wiele, ale jedna z najważniejszych to upadek PGR-ów. Ludzie stracili źródło utrzymania. Prawie nikt w gminie nie odprowadzał podatku gruntowego. Chociaż tereny są piękne, pełne lasów i jezior - nikt nie zainwestował w turystykę. Do tego kolejne plagi: wyniszczająca susza albo wielki deszcz. Trzeba było zrobić w gminie kanalizację i wodociągi, a nie było za co. Włodarze zaciągali więc kredyty tam, gdzie mogli, także w parabankach. Kanalizacja ciągle się psuła, ścieki spływały do wód gruntowych, a do prokuratury - donosy na gminę. Trzeba więc było remontować. Kolejne długi, kolejny sznur na szyję. A potem jeszcze objęto prawie cały teren gminy programem Natura 2000. Za ekspertyzy i badania trzeba było płacić grube pieniądze. Plaga ostateczna: wielka powódź w 2010 r. Wprawdzie woda gminy nie zalała, ale wszystkie centralne fundusze poszły na usuwanie skutków powodzi w innych częściach kraju. Ostrowice zostały same. "Zgodnie z zasadą solidaryzmu państwo jest po to, by wspierać słabszych" - mówił mi wójt gminy Ostrowice w 2015 r., kiedy dług był mniejszy o 3 mln. I narzekał, że państwo gminę porzuciło.
Gdzie więc miejsce na Muzeum PGR? Gdzie energia, by rozwijać projekt, z którego gmina byłaby znana na cały kraj? Wiesław M., były wójt Ostrowic, na którym dzisiaj ciążą prokuratorskie zarzuty, był jednym z tych, którzy zachwycali się pomysłem i uśmiechali się do zdjęć. Dziś samorządowcy już się nie uśmiechają. Raczej się śmieją. - Kuliczowa ciągle się z tym muzeum męczy - mówi. - Ano, męczę się. Gdyby pomogli, może bym się nie męczyła - stwierdza pani Bożena. A ja oglądam wystawę maszyn rolniczych z dawnej epoki. Urządzenia rdzewieją, bo nie znalazły się pieniądze na zbudowanie dla nich ochronnego namiotu.
Stracona szansa
Stoimy na tyłach muzeum, patrzymy na szare bloki, z których rzadko wychodzą ludzie i staramy się to wszystko jakoś podsumować. - Nie wiem dlaczego, ale zawsze czułam, że powinnam tym ludziom pomagać. Że tak trzeba. Kiedy dzisiaj o tym myślę, to widzę, że nie zrobiłam nic dla siebie. Mało pracowałam, dorobiłam się niskiej emerytury - mówi Bożena Kulicz.
Synowa, która właśnie po 11 latach wróciła z Anglii, jeszcze ją namawia, podnosi na duchu: mama napisze projekt, dostanie pieniądze, przeniesie muzeum do innej miejscowości. Ktoś to w końcu doceni. Bo w Bolegorzynie już nie bardzo może na to liczyć. Wystawę odwiedzili wszyscy mieszkańcy. Podobała im się, bo eksponaty znali z praktyki. Ale jak już zwiedzili, to przestało im zależeć. Nie odwiedzają, nie pytają, czy czegoś nie potrzeba, nie pomagają nawet w sprzątaniu. Bożena Kulicz przez lata organizowała festyny. Przychodziło coraz mniej osób. Więc nawet z tego zrezygnowała.
Bogdan Kuciński - dawny kierownik PGR-u, fachowiec starej daty, dobra dusza Bolegorzyna - zmarł dwa lata temu. Mieszkanie po nim stoi puste. W muzeum pani Bożenie pomagają mąż i córka. I ośmioletni chłopiec z bloków, który od innych odróżnia się zapałem. Pomaga, bo - jak mówi - "tak trzeba". Kiedy w wyszukiwarkę wpisze się nazwę "Bolegorzyn", oprócz informacji o muzeum znajdzie się trójwymiarowe zdjęcie przedstawiające drogę, zniszczony budynek i kupę kamieni.
- Jestem już zmęczona, straciłam zapał. Tego muzeum tutaj nie będzie - mówi pani Bożena. - Będzie trzeba je gdzieś przenieść, a budynek zamknąć. Historia się powtórzy. Tak jak zamknięty został PGR, tak zamknięte zostanie jego muzeum.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU
Mariusz Sepioło. Reporter. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Autor książek reporterskich: "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w więzieniu i "Himalaistki" (wyd. Znak, 2017) o najwybitniejszych wspinających się Polkach. Można się z nim skontaktować przez stronę internetową www.mariuszsepiolo.com