Reportaż
Choroba włamuje się do mózgu i zmienia reguły gry (fot. pixabay.com)
Choroba włamuje się do mózgu i zmienia reguły gry (fot. pixabay.com)

Anioły

Jasne, pogodne niebo. Nagle... łup. Na środek miasteczka spada anioł. Łup, łup... drugi, trzeci... Właściwie to nie anioły, ale długonogie anielice, które otaczają młodego mężczyznę.

To tylko reklama dezodorantu. Ale nie dla Alicji.

Alicja myślała, że anioły pomogą jej uratować świat. Mówiły do niej: "Nie martw się, jesteśmy z tobą". Myślała, że jest zderzakiem, od którego odbije się całe zło i dzięki temu świat przetrwa. Do autobusów wsiadała ostatnia. Bo jak ostatnia zamknie drzwi, to wszystkich uratuje.

Alicja myślała, że anioły pomogą jej uratować świat (fot. pixabay.com)

Jeden na 100

Woli młodszych. Perfidnie wybiera częściej tych, którzy nie zdążyli pozakładać rodzin, nie pokończyli szkół i studiów. Im trudniej się pozbierać, gdy przetoczy się po ich życiu. Nie patrzy za to na płeć, rasę, wykształcenie, grubość portfela. Odlicza do stu i wskazuje paluchem. Jeśli kiedyś wybrała rodzica, to jest większe prawdopodobieństwo, że wskaże też jego dziecko.

Schizofrenia jest jak mistrz hakerów. Włamuje się do mózgu i złośliwie zmienia reguły gry, w której nagle nie wiadomo, o co chodzi i w której wszystko może się zdarzyć. Dobrzy bohaterowie stają się źli, bliscy ludzie - prześladowcami albo przybyszami z kosmosu.

Jedna trzecia chorych większą część życia spędza w szpitalach lub instytucjach opiekuńczych. Niektórzy żyją w opuszczeniu, osamotnieniu, na marginesie. 

U jednej trzeciej choroba ma fazy przypływów i odpływów: szpital - remisja, szpital - remisja. Ale ile będzie remisji, czyli okresów, kiedy objawów nie ma albo są łagodniejsze, i jak będą długie, nie wie nikt. Mogą trwać kilka, a nawet kilkadziesiąt lat.

Jedna trzecia chorych funkcjonuje bardzo dobrze - po jednym-dwóch epizodach psychotycznych wychodzą ze szpitala i są zdrowi.

To właśnie w okresach remisji chorzy starają się odbudowywać to, co choroba zrujnowała w fazie psychozy.

Alicja

- Całkiem możliwe, że od dzieciństwa jestem chora - mówi Alicja. - Albo w ogóle nie jestem chora, jestem totalnie zdrowa. Albo jestem zdrowa, ale z przeżyciami, z którymi nie dawałam sobie rady i musiały znaleźć ujście.

Ojciec pił i bił. Miała pięć lat i musiała pilnować rodzeństwa, przewijać, sprzątać. Jak poszła do sąsiadki, a siostra się obudziła, to było lanie. Czasem końskim batem. Ojciec utopił się, gdy miała 8 lat.

- Po szkole nie mogłam znaleźć pracy, teraz z kolei brat znęcał się nade mną psychicznie i fizycznie. Bił po głowie. Kilka razy wzywałam policję. Mama nie dawała poczucia bezpieczeństwa. Jak mogła pozwolić, żeby jedno dziecko krzywdziło drugie? Zawsze byłam sama, wszędzie sama. Brak drugiej osoby też może być przyczyną choroby. Chciałam uciec. Odizolować się od domu, od ludzi, zamknąć w sobie, nie czuć, przestać rejestrować, a świat jeszcze bardziej krzyczał, wszystko do mnie mówiło, kolory przemawiały.

Podczas epizodów odkrywam, co mnie boli: że ludzie głodują, że jest coraz mniej energii na świecie, że wody jest za mało. Teraz staram się te rzeczy chować, przykrywać, ale podczas epizodów to wychodzi. Jestem jak gąbka. Wszystko wsiąka do środka. Teraz jak patrzę na ludzi z karteczkami: "zbieram na jedzenie", to odwracam wzrok. Kiedyś łzy od razu mi leciały. Siostry już mi się tak nie zwierzają ze swoich kłopotów po pobycie w szpitalu. Mówią: "Nie przejmuj się tak wszystkim". Trzeba żyć własnym życiem. Podobno. Ale nie zawsze się udaje. No bo jak Majka szuka pracy, to przecież muszę jej pomóc.

Alicja podczas epizodów odkrywa, co ją boli: że ludzie głodują, że jest coraz mniej energii na świecie, że wody jest za mało (fot. pixabay.com)

Alicja ma 31 lat. Pracuje w hotelu w Warszawie, jest recepcjonistką. To skrzyżowanie Matki Teresy z perfekcjonistką. O wszystko się zatroszczy i każdym się zaopiekuje. Przeziębioną koleżankę ugości koglem-moglem. Z Majką będzie roznosić CV po knajpach. O Ulę zadba, żeby się myła i nie truła chińskimi zupkami.

- Co pomaga w zdrowieniu? Ważny jest sen. Jak jednej noc nie prześpię, to drugą staram się już spać. Muszę się skupić na bieżącym dniu, nie nakręcać się tym, co mi ktoś powiedział. Praca to podstawa. Ten porządek dnia, coś powtarzalnego. Wstaję, kąpię się, ubieram. Wiem, co jutro się wydarzy. W pracy jestem chwalona przez gości. Ale też praca jest dołująca. Bo szefowa milusią zgrywa, a nie płaci ZUS-u. Do wczoraj zapłaciła mi połowę pensji, a jest osiemnasty. Będę musiała nowej pracy szukać. A stresu trzeba unikać.

Prof. Jacek Wciórka, kierownik I Kliniki Psychiatrycznej w Instytucie Psychiatrii i Neurologii, były prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego i były wojewódzki konsultant w dziedzinie psychiatrii na Mazowszu : Pracuje 15-16 proc. osób ze schizofrenią, a mogłoby 50 proc. Z podopiecznych mogliby stać się podatnikami. Ale w to trzeba zainwestować. W wielu krajach człowiek po kryzysie dostaje asystenta, który przez kilka miesięcy go wspiera w pracy, pomaga pokonywać problemy. Asystenci funkcjonowali też w Polsce, ale skończył się program unijny i nie ma na nich pieniędzy.

- Żeby zdrowieć, trzeba mieć też cztery kąty, przynajmniej swoje łóżko, z którego nikt nie wyrzuci - mówi Alicja. - Relacje z ludźmi? Przychodzą, odchodzą. To chyba ma też związek z tatą. Był, potem go nie było. Jest Alek, ale boi się zobowiązań. Miał takie dni, że się zachowywał jak wymarzony chłopak, a potem przepraszał, że dawał nadzieję. Od samego początku mówił, że nie ma planów względem mnie. Czy w pracy, czy w domu - chciałabym, żeby ktoś czuł, że moje istnienie jest niezbędne. Bycie potrzebnym jest ważne w zdrowieniu.

Po pierwszym epizodzie Alicja miała natrętne myśli samobójcze: "Świat przetrwał. Jestem zbędna". Jechała autobusem. Dwóch mężczyzn zaproponowało jej czekoladowego cukierka: "Pani taka śliczna, niech się pani poczęstuje". Wzięła cukierka i pomyślała, że nie weźmie tabletek, które zbierała, by się zabić.

Alicja zbierała tabletki, żeby się zabić (fot. pixabay.com)

103 m2

Wysokie, jasne, z klasycznym parkietem w jodełkę. 103-metrowe mieszkanie w starej kamienicy w Warszawie przy ulicy Polnej. Tu przez pięć miesięcy Alicja, a także Ula, Majka i Patryk uczą się wychodzić ze swojego wewnętrznego świata. Pewności, że sobie poradzą w codziennym życiu, mają im dodać: zajęcia z kucharzem, doradcą zawodowym, pielęgniarką i kimś typu Perfekcyjna Pani Domu.

W Warszawie są cztery takie miejsca współfinansowane przez miasto. To przy Polnej prowadzi Integracja - Stowarzyszenie Rodzin i Przyjaciół Osób z Zaburzeniami Psychicznymi.

Mieszkanie treningowe chronione jest - jeśli jest - trzecim etapem zdrowienia. Wcześniej jest szpital - oddział całodobowy, gdzie za pomocą leków chorzy wracają do kontaktów z otoczeniem. Potem oddział dzienny - tu dochodzi psychoterapia i zajęcia grupowe, które mają pomóc wypracować plan dla siebie, nawiązać relacje z innymi, uaktywnić, ułatwić powrót do codzienności, nabrać dystansu do psychozy.

Prof. Jacek Wciórka: Mieszkania treningowe są potrzebne na etapie, gdy człowiek podejmuje walkę o niezależność. Nie wszyscy chorzy mają wspaniałe rodziny, w których ich potrzeby są właściwie rozumiane. W takiej sytuacji ważne jest stworzenie warunków, w których człowiek może odzyskiwać swobodę, nabierać zaufania do siebie, uczyć się pokonywania trudności, przeczekiwania okresów zwątpienia. Chcielibyśmy, żeby powstawały też mieszkania docelowe, dla osób, u których kryzys się utrwalił, żeby mogły mieszkać tam, zamiast w domu pomocy społecznej czy zakładzie psychiatrycznym. Ale w Polsce to jest melodia przyszłości.
W Warszawie są cztery mieszkania treningowe (fot. pixabay.com)

Dziś w mieszkaniu każdy opowiada o współlokatorach. 

Alicja: - Ula się gorzej czuła, ale wychodziła na miasto, bo się z kimś spotykała. Majka może będzie pracowała w pijalni czekolady. Nie wiem, czy na zmywaku, zależy od rozmowy. Patryk jest na urlopie.

Ula: - Alicja maluje anioły na szkle, Patryka nie ma. Rzadko go widuję, bo jak on przychodzi z pracy, to ja już leżę. Majka szuka pracy intensywnie.

Terapeutka Hania do Uli: - A pani się gorzej czuła w weekend?

Ula: - Tylko mnie głowa bolała.

Terapeutka Hania: - Aha, bo się zmartwiłam.

Na koniec zajęć jest wspólne oglądanie Faktów. Każdy wybiera jedną informację i ją omawia. Alicję zainteresowała historia dziewczyny, która wypadła z niezabezpieczonego toru gokartowego i spadła kilka metrów w dół. - Ale teraz już chodzi - mówi Alicja.

Hania: - A co mówił rehabilitant? Ona walczy, nie poddaje się. Nawet jak ma gorszy dzień. Można powiedzieć, że wy też jesteście w okresie rehabilitacji.

Alicja stanowczo: - Nie. Nie jesteśmy. Jestem zdrowa.

- I nie musicie już o nic walczyć?

- Profesor Wciórka mówił, żeby nie traktować tego jako walkę. Żyję, staram się żyć tak, jak umiem.

Prof. Jacek Wciórka: W procesie zdrowienia ważne jest opanowanie kryzysu i od tego są lekarstwa. Ale ważna jest też interwencja psychologiczna i egzystencjalna: żeby człowiek od początku budował w sobie nadzieję, że wyjście z kryzysu - choć bywa trudne i odległe - jest możliwe. Żeby na tej nadziei budował perspektywiczny plan. I żeby zobaczył ten kryzys jako fragment życia, który sam może przemeblować. Ważne też, aby chory miał wokół siebie osoby, które nie stracą do niego szacunku, zaufania, będą wierzyć, że powrót z tej podróży jest możliwy. A trzecia sprawa to dostosowanie form pomocy do indywidualnych potrzeb.
Prof. Jacek Wciórka (fot. Michał Grocholski / Agencja Gazeta)

Majka

Zaczęło się po tym, jak rzuciła pierwsze studia. Od bezczynności i zawodu miłosnego. - Czy to była obsesja, czy silny stan zakochania? - zastanawia się Majka. - Rozmawiałam ze znajomymi na Gadu-Gadu i byłam przekonana, że on się pod nich podszywa. Czytałam w "Wysokich Obcasach" list chłopaka do dziewczyny i wydawało mi się, że to list do mnie. Myślałam: "jakim cudem?". Wzięłam cały stos "Wysokich Obcasów", czytałam następne listy i wszystkie już były do mnie. "Boże - myślałam - czy te gazety są spreparowane?". Miałam wrażenie, że billboardy są kierowane do mnie, że w Trójce Marek Niedźwiecki komentuje moją osobę - Majka się śmieje. - Wtedy to było straszne, nie śmieszne. Ludzie rozmawiali na ulicy, a ja myślałam, że chcą mi krzywdę robić i że to kara za moje grzechy, bo rozstałam się z pierwszym chłopakiem. Że są kamery, spisek, że wszyscy wiedzą o moich intymnych sprawach. Okropne uczucie.

Majka ma 32 lata, za sobą trzy rozpoczęte kierunki studiów, cztery pobyty w szpitalach i dwie próby samobójcze. Gdy otworzyła oczy po drugiej, pomyślała: "Może los, może Bóg zdecydował, że jednak żyję i się obudziłam z nową energią. Zerujemy wynik".

Majkę poznaję na zajęciach z kucharzem. Po nauce filetowania łososia, w trakcie krojenia selera na bulion, prosi, żebym o niej nie pisała. Po kilku tygodniach zmienia zdanie i wyjaśnia: - Zaczęłam mieć skojarzenia, że to spisek, że ktoś panią nasłał. Ta podejrzliwość czasem wraca. Objawy nasilają się w grupach. Źle się czułam w autobusach, w metrze. Ktokolwiek coś mówił, to ja zaraz: znają mnie, mówią o mnie. Nie mogłam dojechać na zajęcia. Chowałam się za słuchawkami, żeby nie słyszeć. Moja terapeutka mówi, że to taki paranoidalny kawałek osobowości, że to się zaczęło w dzieciństwie. Mama też chorowała. Wyprowadziła się z domu, jak miałam 13 lat. Mieliśmy problemy z sąsiadami. Pisała skargi do administracji, że jest szajka, że w nocy hałasują, potrafiła walić w drzwi. Bałam się, że sąsiedzi wiedzą, że jestem córką tej matki. Chodziłam taka ostrożna, uważna.

Mai wydawało się, że wszyscy o niej mówią (fot. pixabay.com)

Objawy się skończyły, jak jakiś chłopak śmiał się w metrze i zapytała: "Z czego pan się śmieje?". - Byłam przekonana, że ze mnie. On się zawstydził i powiedział: "Z niczego". To się zaczęło wygaszać. Poczułam, że odzyskuję kontrolę, że zwyczajnie w takiej sytuacji mogę zapytać. Od jakiegoś miesiąca nie myślę, że wszyscy o mnie mówią - wyjaśnia i zaraz dodaje: - Najlepsze lata spędziłam w szpitalu. Miałam wrażenie, że przez chorobę straciłam szansę na normalny związek. Na ukończenie studiów. Trzymałam się nieudanych relacji, byłam w związku z uzależnionym chłopakiem. I te przeżycia z dzieciństwa. To, co teraz ważne, to terapia. Terapeutka powiedziała, że chce mi pokazać, jak zbudować relację, że relacja może trwać i być dobra. Bardziej wierzę w relacje z ludźmi niż w leki. Życie leczy. Takie normalne, udane życie. Człowiek, jak pracuje, to czuje, że przynależy do świata zdrowych, a nie jest na rencie. Mam rentę, ale też dostałam pracę. Opiekuję się dziećmi: trzy lata i półtora roku. Kilka lat przerwy w CV wzięło się z wrażenia, że mam wypisane na czole: schizofrenia paranoidalna. Teraz wychodzę na prostą. Poznałam kogoś nowego. Zdrowy, przystojny facet się mną zainteresował, to dowartościowuje, sprawia, że nie czuję ułomności.

Po miesiącu od ostatniego spotkania Majka przestaje odbierać ode mnie telefony, nie odpisuje na maile. Po kolejnych kilku tygodniach przysyła odpowiedź: "Przepraszam za brak kontaktu. Miałam nawrót i powoli dochodzę do siebie. Od maja chodzę na oddział dzienny szpitala przy Sobieskiego. Przez długi czas prawie z nikim się nie kontaktowałam. Zostawiłam opiekę nad dziećmi".

Ula

Smutna. W za dużych swetrach, lekko przygarbiona, sprawia wrażenie, jakby chciała pozostać niezauważona. Na zajęciach w mieszkaniu treningowym nie odzywa się niepytana. Słucha się Alicji. - Ja wolę, jak Alicja rządzi, bo czasem jak się ręce opuści, to nie wiadomo, co robić, a Alicja mówi: "rób to i to". Na zakupach ona ma listę, załatwia faktury, ja tylko wózek prowadzę. Czuję się przy niej bezpiecznie - mówi.

Ula ma łagodność w spojrzeniu i w głosie. Pracuje w przedsiębiorstwie zatrudniającym osoby psychicznie chore. Długo chorowała, zanim w 2012 roku w wieku 31 lat trafiła do szpitala. Ale nie potrafi powiedzieć, kiedy to się zaczęło. Czy wtedy, gdy miała 13 lat i po rozwodzie rodziców została ze znerwicowaną matką, czuła się brzydka i gruba, bardzo chciała mieć chłopaka i wpadła w "strasznego doła", który trwał przez całe jej nastoletnie życie? Czy w wieku 25 lat, gdy zakochała się beznadziejnie w żonatym i dzieciatym mężczyźnie, a on powiedział: "Kobieto, idź się leczyć"?

Ula nie potrafi powiedzieć, kiedy dokładnie zaczęły się jej problemy ze zdrowiem (zdjęcie ilustracyjne / fot. pixabay.com)

Ula: - Matka robiła awantury o wszystko. Na przykład, że źle coś ustawiłam. Byłam zdenerwowana i wystraszona. Wymagała, żebym się dokładała do domu, żebym pracowała. Sprzedawałam wtedy książki na ulicy. Odcięła mnie od lodówki, od czasu do czasu coś zostawiała. Jak wracałam do domu, miałam wrażenie, że odbieram sobie szansę życia z tym mężczyzną. Czułam, że muszę być blisko miejsca, gdzie go poznałam, więc zostawałam w mieście, nocowałam po parkach. Byłam brudna, obdarta, śmierdząca, nie miałam co jeść, grzebałam po śmietnikach. Potrafiłam dwa-trzy dni nie wrócić do domu. Z pięć lat tak żyłam.

Przez tyle lat matka podnosiła na nią głos, że Ula sama zaczęła się tak zachowywać. Krzyczała ze złości. - Uderzałam pięścią w ścianę, wydawałam z siebie jakieś dźwięki, słowa - opowiada. - I po paru latach postanowiłam nie wychodzić z domu. Jak wylądowałam w szpitalu, zadzwoniłam do ojca, poprosiłam, żeby mnie wziął do domu. Bo mama mnie wymeldowała i nie miałam dokąd pójść. Potem lekarz zaproponował mi oddział dzienny na Grottgera. Musiałam tam chodzić. Jak nie chciałam, to rodzina wpadała w szał. Ja sobie wyobrażam leczenie w ten sposób, że jesteśmy we dwoje: ja i lekarz, a w grupie, to mi przypomina klub, a nie leczenie. Nie chciałam o sobie mówić, bo mogłam tylko powiedzieć: "nienawidzę was i nienawidzę tego miejsca".

Prof. Jacek Wciórka: Opieka psychiatryczna wygląda źle. Pracujemy w warunkach ogromnego chaosu, zatłoczenia, deficytu finansowego. Etaty okrojono do minimum. Nie ma psychologów, fizjoterapeutów, 1/3 psychiatrów jest w wieku emerytalnym. Dostajemy 180 zł na "osobodzień", co nie pokrywa kosztów funkcjonowania oddziału. Liczą się wyprodukowane świadczenia, a nie to, czy przynoszą sukces zdrowotny. Potrzebne są zespoły środowiskowe - mobilne teamy złożone z psychiatry, psychologa, który zajmuje się chorującymi przewlekle, odwiedza ich w domach. Zespołów środowiskowych jest w Polsce 50, a powinien być jeden w każdym powiecie - czyli ponad 400. One przecież zajmują się chorymi, którzy inaczej wylądowaliby w szpitalu albo DPS. Więc dzięki nim oszczędza się pieniądze. Tylko nikt tego w ten sposób nie liczy.

Ula od terapeuty dostała namiar do pracy. Nie chciała tam iść. - Czułam się zupełnie niegotowa, to był dla mnie ogromny stres - mówi, gdy spotykamy się na Polnej. - Najgorszy problem? Wychodzenie z domu. Byłam brudna, bałam się, że będzie ode mnie zalatywać. A nie potrafiłam się umyć. Może dlatego, że przez długi czas matka chowała środki czystości i nie miałam jak się myć? Albo dlatego, że jak zaczynałam się myć, ogarniał mnie bezsens? W pracy są ludzie tak zwani niepełnosprawni i trochę mnie to przygnębia: że zostałam włączona do grupy takich ludzi. We mnie nie ma żadnych uczuć, mam w sobie taką znieczulicę, nic mnie nie cieszy, ale i nie smuci. Może kiedyś jeszcze się we mnie jakieś uczucia obudzą.

Strach przed wychodzeniem z domu - Ula musiała się z nim zmagać (zdjęcie ilustracyjne / fot. pixabay.com)

Coś się zmienia miesiąc po tym, jak Ula wyprowadza się z mieszkania treningowego. Nie wie dlaczego, ale czuje się lepiej. - To cud, bo jest mi lżej - mówi. - Zupełnie jakbym była martwa, a teraz ożyłam. Może mieszkanie to sprawiło? Bardzo mi pomogła Alicja, która mnie mobilizowała: zrób pranie, umyj włosy. Teraz to dla mnie wielka przyjemność. Gromadzę kremy, mydełka, perfumy, dezodoranty. I nie chodzę na terapię, bo powiedziałam lekarce, że już nie mogę. Chcę swój proszek rano i pracę. Chciałabym jeszcze siebie dopracować, bo miałam takie myśli, że swoim zaniedbaniem przynoszę wstyd mojemu chłopakowi. Nie wiem, na jak długo dany mi jest taki stan, ale cieszę się, że w ogóle jest. Coś we mnie odzyskało sens.

Na razie mieszka z ojcem i macochą, ale się zastanawia, czy się nie wyprowadzić i nie wynająć pokoju. - Oni się urządzają, chcą mi zostawić to mieszkanie, ale uważają, że robią mi dużą łaskę. Macocha mówi: "Powinnaś nas po rękach całować". Może to przenośnia, ale mnie dotyka - opowiada Ula. - Dla mnie najważniejsze jest, że poznałam chłopaka. On jest z pracy i bardziej tę pracę polubiłam. On jest takim słońcem w moim życiu. Co przeszkadzało w zdrowieniu? Za dużo terapii, za dużo rozmów.

Mateusz Glinowiecki, opiekun mieszkania: - Pani Ula jest wielkim sukcesem psychiatrii. To, że chodzi do pracy, że po tym, co przeżyła, spotyka się z kimś. To znaczy, że te dziewięć miesięcy, które się z nami męczyła na oddziale dziennym, były tego warte. My ją pamiętamy z czasów, kiedy do nikogo się nie odzywała, siedziała skulona.

Patryk

- Najbardziej mi pomogło zdanie: "OK, jesteś chory, ale to nie znaczy, że masz nie korzystać z życia". Mama mówiła: "No co, położysz się pod kołdrą? Twoje problemy się same nie rozwiążą. Chodź, pojedziemy na starówkę" - opowiada Patryk. - Myślałem dużo na temat przyczyn. Przed pierwszym epizodem byłem w pierwszym poważnym związku. Miałem 17 lat. Ona miała kiepskie relacje z mamą. Nasz związek opierał się na jej problemach. Po pewnym czasie przestałem to wytrzymywać. Lekarka przegapiła moją depresję, nie przepisała żadnych leków. Mama mówiła jej, że nie chcę nic jeść, że tylko bym leżał w łóżku, a pani doktor odesłała mnie do domu. Może gdyby jej reakcja była inna, to wystarczyłyby wizyty u psychologa. Potem zaczęły się halucynacje, że jestem wysłannikiem Boga. Wydawało mi się, że po ulicy chodzą anioły i demony. Idę ulicą, widzę bruneta o ciemnej karnacji i stwierdzam, że jest demonem, a ktoś z jasną buźką i blond włosami - to anioł.

U Patryka wszystko zaczęło się, gdy miał 17 lat (zdjęcie ilustracyjne / fot. pixabay.com)

Po pierwszym epizodzie Patryk odstawił leki. - Pięć lat tak egzystowałem. Można było żyć z tymi objawami, tyko rodzice nie dawali rady. Byłem agresywny, kłóciłem się z mamą. Będąc już w szpitalnym oddziale półotwartym, złamałem regulamin, wyszedłem do domu, kogoś pobiłem, wracałem na Sobieskiego z karetką i z policją - opowiada. - Priorytetem jest branie leków, ja odstawiłem je po pierwszym epizodzie, nikomu tego nie polecam. Co do terapii, to nie czuję, że jest mi potrzebna, mam bardzo dobrą rodzinę. Pobyt na oddziale dziennym na Grottgera pomógł mi wrócić do normalnego życia z pełnymi obowiązkami. Tam mają taką filozofię, że w najwyższym stopniu można pomóc samemu sobie. Mówili, żeby nie zaszywać się w domu. Jak dostałem pracę, nie mogłem sobie pozwolić, żeby przykryć się kołderką i myśleć: "Boże, jaki jestem nieszczęśliwy". Kiedy się ma zajęcie, te myśli odchodzą.

Zmieniły się jego stosunki z mamą. - Miałem do niej pretensje o to, jak mnie wychowała, że bała się mnie wypuszczać z domu, bo jako dziecko byłem chory na astmę - wspomina. - Było dużo niepotrzebnych kłótni, ale pozwoliły mi się wykrzyczeć. Atmosfera się oczyściła. Dziś żyjemy w bardzo dobrych relacjach, są one bardziej dojrzałe.

Patryk ma 24 lata, skończony zaocznie ogólniak i trzy semestry studium administracyjnego. Pracuje w ośrodku wsparcia dla osób po kryzysie psychicznym. Z natury spokojny, przyznaje, że normalnie trudno go wyprowadzić z równowagi. W psychozie -  łatwo.

Powinien uciec

Patryk: - Po pierwszym epizodzie wróciłem do pracy. Koledzy spytali: "Gdzie byłeś?". Powiedziałem: "Okazało się, że mam schizofrenię". Byli oszołomieni, wystraszeni. Paru już nie rozmawiało ze mną jak wcześniej. Jeden wbijał szpileczki. Poznałem dziewczynę, przy trzecim spotkaniu jej powiedziałem: "Słuchaj, jeśli uważasz, że coś z tego może być, to wiedz, że miałem doświadczenie kryzysu psychicznego". Powiedziała: "Dobra, OK". Nie sprecyzowałem, bo nie pytała.

Patryk pracuje w ośrodku wsparcia dla osób po kryzysie psychicznym (zdjęcie ilustracyjne / fot. pexels.com)

Alicja: - Po pierwszym epizodzie poznałam chłopaka. Od razu mu powiedziałam, a on na to, że spoko. Aż mnie zatkało. Normalnie powinien uciec. W pracy powiedziałam koledze. A on, że jeszcze bardziej mnie lubi. Ale wkurza mnie, jak mówią, że Breivik jest chory psychicznie. Że jak złe rzeczy się dzieją, to od razu chory.

Majka: - Jak się zwierzyłam znajomej, to powiedziała: "Mój wujek to faktycznie był chory, latał po wsi z siekierą". Nie dała mi wiary. Pomyślałam, że mnie to w sumie bawi, że jest taki stereotyp, ale byłam też przerażona. Bo jak chory, to musi biegać z siekierą.

Ula: - Ja wręcz czułam dla siebie pogardę, że jestem w grupie niepełnosprawnych. Może to moja wada, ale ja z niepełnosprawnymi mam negatywne skojarzenia. Nie chcę być taką osobą. Nie chcę, żeby ludzie myśleli, że jestem niepełnosprawna i jestem zakałą społeczną.

Prof. Jacek Wciórka: Osoby wychodzące z choroby często przeżywają zwątpienie, utratę nadziei, mają problemy z nawiązaniem relacji. Są ludźmi głęboko zranionymi i mają kłopoty z uzewnętrznianiem potrzeb, a nawet z przyjęciem pomocy. Po kryzysie wracają do pracy i skarżą się: "Czemu oni tak na mnie patrzą, czemu dopytują ciągle, co się stało, a ja tego nie chcę powiedzieć, nie umiem". Ta trudność powrotu różni kryzys psychotyczny od złamania nogi, bo tu człowiek został dotknięty w samym jądrze swej tożsamości i trudno mu odzyskać ufną, współpracującą postawę. Większość społeczeństwa uważa, że oni powinni to ukrywać. Bo to wstyd. I to jest największy dramat społeczny.

Do mieszkania treningowego wprowadzili się już nowi lokatorzy. Imiona, nazwa ulicy i niektóre szczegóły zostały zmienione.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Aleksandra Warecka. D ziennikarka, copywriterka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Publikowała w Dużym Formacie i Tygodniku Powszechnym.