Reportaż
Leszek Tillinger w 2008 r. (fot. Krzysztof Szatkowski / Agencja Wyborcza.pl)
Leszek Tillinger w 2008 r. (fot. Krzysztof Szatkowski / Agencja Wyborcza.pl)

Na świat przychodzą tuż po wojnie. W szkołach uczą się o Stalinie, a po lekcjach biegną na boisko i grają, aż matki nie zawołają na obiad. Innych rozrywek nie znają. Mają tylko ten kawałek szutrowej nawierzchni, parę nóg i piłkę. Są jak "Paragon" z książki Adama Bahdaja "Do przerwy 0:1", który kopie piłkę wśród gruzów warszawskiego Powiśla i zawsze zwycięża.

Tak rodzi się pokolenie sportowców, którymi będzie się zachwycał świat. Będą wśród nich Jerzy Kulej, Kazimierz Deyna czy Grzegorz Lato. Zdobędą złote medale olimpijskie, medale mistrzostw świata i Europy w różnych dyscyplinach. Wszystko dzięki sile woli i mięśni, ale i niespotykanemu hartowi ducha.

Powrót piłkarskiej reprezentacji Polski z Mistrzostw Świata w Republice Federalnej Niemiec - powitanie na lotnisku Okęcie. Kazimierz Deyna trzyma w ręku puchar (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Trenują w klubach kierowanych przez państwo, bo w demokracji ludowej inaczej być nie może. Grają w "klubach gwardyjskich", czyli wojskowych i milicyjnych, m.in. Centralnym Klubie Wojskowym Legia Warszawa, Gwardii Warszawa, Wojskowym Klubie Sportowym "Wawel" Kraków, Polonii Bydgoszcz (wcześniej KS Partyzant). Formalnie muszą być zatrudnieni na "etatach mundurowych", czyli w milicji lub wojsku, i "oddelegowani" do "sekcji sportowych". W praktyce nie mają z mundurówką nic wspólnego, nawet wypłaty odbierają na terenie klubów. Bywają przenoszeni z etatu na etat - "zawieszani", jak mówią. Kluby ich potrzebują, bo strzelają bramki, skaczą wzwyż i podnoszą ciężary, a formalnie pracować gdzieś muszą. O kolejnym "zawieszeniu" nikt ich nawet nie informuje.

Jeśli któryś ze sportowców występujących w klubie gwardyjskim w okresie PRL miał pecha i został "zawieszony" na etacie w jednym z departamentów Służby Bezpieczeństwa, na mocy ustawy dezubekizacyjnej została mu odebrana spora część emerytury. Byli funkcjonariusze organów bezpieczeństwa PRL nie będą mogli dostawać więcej niż wynosi średnia emerytura lub renta wypłacana przez ZUS. Emeryci - do 2,1 tys. zł brutto, czyli ok. 1,7 tys. zł na rękę, a renciści - maksymalnie 1640 zł brutto. Także rodziny byłych "pracowników SB" będą dostawać nie więcej niż 1800-1850 zł brutto.

Do jesieni ubiegłego roku sportowcy z klubów gwardyjskich żyli w świadomości, że swoimi osiągnięciami przysłużyli się ojczyźnie. Dziś w Internecie pisze się o nich "uchole", "ubecy", "tajniacy", "agenci".

Kiedy pytam o te konsekwencje dezubekizacji Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, dostaję maila z informacją, że ustawa to "przywracanie poczucia sprawiedliwości społecznej".

Jeden ze sportowców mówi: - Wrzucili nas do jednego wora z prawdziwymi ubekami.

Jerzy Kulej kolejno w 1963 (stoi pierwszy z prawej) i w 1964 r. na podium Letnich Igrzysk Olimpijskich w Tokio (fot. Bundesarchiv, Bild 183-B1105-0008-002 / CC-BY-SA 3.0 / PAP / Wikimedia.org / Domena publiczna)

Pozytywna energia

Leszek Tillinger zjawia się punktualnie. Spotykamy się w galerii handlowej w centrum Bydgoszczy. Tillinger przyciąga spojrzenia, widać, że jest w Bydgoszczy znany. Przez wiele lat był prezesem żużlowej Polonii Bydgoszcz, wcześniej występował w klubie jako piłkarz, potem był trenerem. Wielokrotnie organizował w Bydgoszczy prestiżowe zawody Grand Prix w żużlu. Za jego czasów narodził się talent Tomasza Golloba.

- Zaczęło się w rodzinnym Szczecinie od gry w piłkę w szkole i na podwórku - opowiada Leszek Tillinger, rocznik 1946. Miłość do piłki ma po ojcu, piłkarzu Pogoni Lwów, a potem Czarnych, legendarnego klubu z Kresów, którego historię przerwała II wojna światowa. - Najpierw trafiłem do Międzyszkolnego Klubu Sportowego "Kusy" - opowiada. - Potem zapisałem się do Pogoni Szczecin. Panowie z klubu przyszli na trening i zaproponowali przeniesienie.

Pierwszy ważny mecz dla Tillingera to Puchar Polski. Przeciwnik: ŁKS Łódź. Ogromne wrażenie, dech zapierające w piersiach. W tamtych czasach na trybunach zasiada komplet, 15-20 tys. widzów, nie żałują gardeł. Czasy są inne, inni są wtedy kibice i piłkarze zresztą też. Na mecze nie dojeżdżają lśniącymi limuzynami, ale normalnie, kilka przystanków tramwajem. Idą główną ulicą Szczecina, al. Wojska Polskiego, i nie mogą się opędzić od fanów, którzy zapraszają na kawę, poklepują po plecach, pytają: jak mecz, jak trening, kiedy, Lechu, strzelisz bramkę?

Są lata 60. Codzienność piłkarza to trening dwa razy dziennie, mecze u siebie i wyjazdowe, zgrupowania zimowe i letnie w ośrodkach Zarządu Portu Szczecin, który prowadzi klub sportowy. Przyjemne są wyjazdy zagraniczne. Kiedy Pogoń walczy w europejskich pucharach, piłkarze płyną promem do Szwecji.

Tillinger gra na prawym skrzydle w ataku. Jest szybki. Kiedyś miał przygodę z lekkoatletyką, w szkole 60 metrów przebiegał w 7,3 sekundy. W Szczecinie grywa też w piłkę ręczną i koszykówkę. Sport, rywalizacja, osiągnięcia - to jest jego cel, dla tego żyje. Trudno dziś przeliczyć wartość ówczesnego pieniądza, ale zawodnik zarabia wtedy 2-3 tys. zł. Do tego kartka na obiad w stołówce. Dla porównania: pensja urzędnika na szczeblu wojewódzkim zaczyna się od 5 tys. zł.

Czwórka wioślarska ze sternikiem podczas treningu na Wiśle, lata 60 (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Klub wrogo nastawiony

Pod koniec lat 60. do Tillingera zgłaszają się ludzie z Zawiszy Bydgoszcz. Najpierw jednak zawodnik musi odsłużyć swoje w wojsku. Trafia do Gdańska, by odbyć wstępną służbę, a po 25 dniach dostaje rozkaz: stawić się na "kompanię sportową" w Bydgoszczy. Nie służy normalnie, jak każdy żołnierz. Gra w piłkę w Zawiszy. W kompanii są też lekkoatleci, ciężarowcy.

Po zakończeniu "służby" wojskowej upomni się o niego Polonia Bydgoszcz. To wielosekcyjny klub sportowy z przedwojennymi tradycjami. Kiedy Leszek Tillinger dostaje propozycję gry w barwach Polonii, jest 1971 r.

- Przyszli do mnie panowie z komendy wojewódzkiej milicji w Bydgoszczy i to zaproponowali - mówi Leszek Tillinger.

- Czy mówili otwarcie, na jakich warunkach zostanie pan zatrudniony? - pytam.

- Oczywiście. Powiedzieli, że będzie to etat w milicji i że zostanę oddelegowany do sekcji sportowej. Tak też się stało.

- Miał pan moralny dylemat?

- Ja chciałem grać, zajmować się piłką, to była moja praca. Nic innego mnie nie interesowało. Moim zadaniem było wyjść na boisko i zrobić, co mogę, by Polonia wygrała mecz. Oczywiście wiedziałem, że mundurowym przysługują wcześniejsze emerytury. Uznałem to za dobre wyjście, na przykład w przypadku, gdybym za wcześnie doznał poważnej kontuzji, kończącej karierę. Pod tym względem w klubach gwardyjskich było lepiej. A poza tym. Myśli pan, że myśmy wiedzieli, na czym to wszystko polega? O tym, w jakich miejscach byłem zatrudniony, dowiedziałem się dopiero teraz.

Tillinger w czasie swojej sportowej kariery "pracuje" na różnych etatach. W 2017 r., kiedy otrzyma z bydgoskiej komendy dokumenty dotyczące przebiegu zatrudnienia, dowie się, że był na milicyjnym etacie nie tylko w Bydgoszczy, ale przez pewien czas także w Inowrocławiu. I przeczyta, że przez 10 miesięcy w latach 70. został "zawieszony na etat" w wydziale T Służby Bezpieczeństwa.

Wydział T był częścią Departamentu Techniki MSW. Zajmował się techniką operacyjną, czyli m.in. zakładaniem podsłuchów. Leszek Tillinger zarzeka się, że o zatrudnieniu w nim nie wiedział. Tak jak o przeniesieniu do Inowrocławia.

Kazimierz Górski z zawodnikami. Mecz Polska - Irlandia, Poznań 1976 r. (fot. Wojciech Druszcz / Agencja Gazeta)

W oczach urzędników jego niewiedza niczego jednak nie tłumaczy. Wydział Prasowy MSWiA wyjaśnia mi, że "stopień uświadomienia odnośnie kwalifikacji pełnionej służby nie stanowi kategorii prawnej i jest trudny do zweryfikowania". I przypomina, że "w toku prac nad ustawą pojawiały się głosy, aby obniżyć świadczenia byłych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa do minimalnych. Ostatecznie zostały one obniżone do wysokości średnich emerytur Polaków".

Lista instytucji, których pracownicy z czasów PRL "podpadają" pod ustawę dezubekizacyjną, ma kilkadziesiąt pozycji. Wśród nich są m.in. resort bezpieczeństwa publicznego Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, departamenty Urzędu Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa, ale też np. Inspektorat Operacyjnej Ochrony Elektrowni Jądrowej w Żarnowcu.

Tomasz Oklejak, naczelnik Wydziału ds. Żołnierzy i Funkcjonariuszy Biura Rzecznika Praw Obywatelskich, tłumaczył "Gazecie Wyborczej" , że mogło się zdarzyć tak, że sportowcy z klubów gwardyjskich zostali "zawieszeni" na etatach w jednostkach organizacyjnych wskazanych w ustawie, bo np. kluby chciały poprawić byt utytułowanemu sportowcowi. A na etatach w służbach zarabiało się więcej.

- Nikogo nie skrzywdziłem, nie kablowałem, nic nie podpisywałem - mówi Leszek Tillinger. - Ja po prostu chciałem grać.

Dla nich żadna różnica

- Od kiedy dostałem list z MSWiA, czuję się, jakbym tonął w szambie - mówi Zbigniew (imię zmienione). Wstydzi się, ale nie tego, co zrobił, tylko całego kontekstu. Podziwia Leszka Tillingera, swojego rówieśnika, że ma odwagę głośno mówić o problemie.

Zbigniew do Warszawy przyjechał z rodzicami ze Wschodu, kilka lat po wojnie. Dobrze pamięta lata 50., jasny, prawie biały Pałac Kultury. I dzisiaj nie może zrozumieć, kiedy gówniarze w wieku jego syna mówią, że ten budynek trzeba zburzyć. - Niech pan popyta warszawiaków w moim wieku - mówi. - Pałac to część ich historii. Naszej historii. Jak można jej tak bezmyślnie zaprzeczać?

Najlepsze lata - jak mówi - przeżył w "tamtych czasach" i nie ma sobie nic do zarzucenia. - Żyłem uczciwie, nikogo nie okradłem, proszę spytać sąsiadów - zarzeka się. - Moją miłością była piłka. Grałem dla siebie, dla klubu i dla ojczyzny. Bo to była moja ojczyzna.

Czerwiec 2001 r. Mecz Oldboy Orły Górskiego - Weterani Armenii. Po lewej Grzegorz Lato (fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta)

Za dzieciaka biega na treningi, widuje w klubie wielkich piłkarzy, których potem będzie oglądał na trybunach i w telewizji. Choć do reprezentacji nie trafi, to łezka stanie mu w oku, kiedy Lato strzeli bramkę Brazylijczykom i zdobędziemy srebrny medal (wówczas za trzecie miejsce) na mundialu w RFN w 1974 r.

W polskiej lidze strzeli kilkadziesiąt bramek. Wzniesie Puchar Polski. W domu do dziś trzyma odznaczenia, medale i puchary - od czasów młodzików, bo z każdego jest równie dumny.

W październiku dostał list. Wynikało z niego, że jego świadczenie emerytalne zostało zmniejszone do 1700 zł netto. Ale nie chodzi mu o pieniądze, tylko o godność. Bo tak jak Tillinger nie wiedział, gdzie "rzucali" go przełożeni. Przez 16 lat kariery piłkarskiej przerwanej kontuzją i bolącym kolanem był "zawieszany" kilkanaście razy, w tym w jednym z departamentów MSW. - Sześć miesięcy "służby", proszę pana, i cała moja kariera przekreślona - mówi. - Państwo polskie uznało mnie za ubola .

- Pięć miesięcy - poprawia go żona i ociera mokre oczy.

- No to pięć - stwierdza. - Dla nich to żadna różnica.

Grać albo dać sobie spokój

Wojciech (imię zmienione) miał szczęście. Panowie w mundurach ani razu nie uznali, że skoro nie ma etatów w milicji, to warto go "zawiesić" w SB. A przecież jeden podpis na świstku papieru dzielił sportowca od zostania SB-kiem.

Starsi bracia zawsze mieli dryg do piłki, on przejął go od nich. Biegał na miejski stadion niedaleko domu, patrzył, jak lokalne kluby grają derby. Do jednego z nich sam się zapisał. Pewnego dnia do miasta przyjechał klub ze stolicy, wygrał, po czym zabrał Wojciecha do autobusu i zawiózł do stolicy.

- Miałem zapał i pasję, lubiłem to - mówi. Choć zaczynał jako napastnik, to z czasem przesuwany był do tyłu. Występował głównie jako defensywny pomocnik i środkowy obrońca. Na którymś z treningów spodobał się trenerom młodzieżowej reprezentacji Polski i otrzymał propozycję występów z orzełkiem na piersi.

Leszek Tillinger w Bydgoszczy (fot. archiwum prywatne)

Jego klub był sekcją sportową komendy stołecznej milicji. Wykształcił wybitnych sportowców. Wszyscy zatrudnieni byli na "mundurowych" etatach.

Wojciech dostał powołanie do reprezentacji seniorskiej i pojechał na Igrzyska Olimpijskie w Monachium w 1972 r., gdzie z drużyną, w składzie której byli Włodzimierz Lubański, Kazimierz Deyna czy Robert Gadocha, zdobył złoty medal. Pierwszy i jedyny w historii.

Wkrótce doznał poważnej kontuzji. Mundial w 1974 r. oglądał w szpitalu po operacji kolana. W piłkę grał do połowy lat 80., potem został trenerem.

- Do klubu gwardyjskiego przyszedłem nie dlatego, że liczyłem na wyjątkowe traktowanie i lepsze warunki - mówi. - Decydował sport. Klub stawiał na młodych i tutaj łatwiej było dostać się do pierwszego składu. Wyjść na murawę, wystąpić w pierwszej lidze. To była po prostu duża szansa. To, że był to etat w milicji, nie miało dla nas znaczenia. Mieliśmy wybór: grać albo dać sobie spokój, iść do innej pracy. Chcieliśmy grać, byliśmy sportowcami. To było nasze życie. Czy mieliśmy z niego zrezygnować?

Wie, że problem dezubekizacji sportowców nie jest jednostkowy. Zna takie przypadki. Zwykle dotyczą nie tylko byłego zawodnika, ale i jego bliskich, którzy również cierpią na odebraniu mu uposażenia emerytalnego.

Łatka agenta

Decyzja o zmniejszeniu emerytury jest podejmowana przez Zakład Emerytalno-Rentowy MSWiA na podstawie informacji przekazanych przez Instytut Pamięci Narodowej. Leszek Tillinger jeszcze przed wejściem ustawy w życie postanowił sprawdzić, czy i jego obejmą nowe przepisy. W czerwcu 2017 r. poszedł do IPN i poprosił o udostępnienie dokumentów na swój temat. Mieściły się na jednej kartce. Wymieniały miejsca zatrudnienia, w tym wydział T.

Tillinger zgłosił się do wydziału informacji niejawnych w bydgoskiej komendzie o wydanie szczegółowych dokumentów dotyczących przebiegu jego "służby". W międzyczasie minął termin odwołania się od decyzji MSWiA o odebraniu części emerytury (w jego przypadku - pracownika wydziału T przez 10 miesięcy - świadczenie zostało obniżone do 1700 zł miesięcznie). Kiedy dokumenty w komendzie w końcu się odnalazły, Tillinger przejrzał 35 stron, z których wynikało, że nigdy czynnie nie współpracował z bezpieką, nie kapował, nie składał żadnych raportów. Z papierami poszedł do IPN, gdzie usłyszał, że jeśli znalazłyby się wcześniej, opinia wysłana do MSWiA byłaby inna.

Polacy w meczu o 3. miejsce mistrzostw świata, lipiec 1974 r. Z prawej Grzegorz Lato w walce o piłkę z Marinho Chagasem (fot. Bundesarchiv, Bild 183-N0706-0039 / Mittelstädt, Rainer / CC-BY-SA 3.0 / Bundesarchiv, Bild 183-N0706-0040 / Mittelstädt, Rainer / CC-BY-SA 3.0)

O sytuacji Tillingera napisała lokalna "Wyborcza". I się zaczęło.

- Mnie nie chodzi o te pieniądze, proszę mi uwierzyć - mówi sportowiec. - W Internecie, na forach zaczęło się wypisywanie, że "wszyscy wiedzieli", że byłem w SB, chociaż to bzdura kompletna. Gdybym był, to nikt by ze mną nie współpracował w czasie, kiedy kierowałem sekcją żużlową Polonii. Mówiliby: z nim nie gadamy, bo to "uchol". Dziś moja reputacja została zniszczona i dlatego walczę o oczyszczenie. Do niedawna mieszkałem w Bydgoszczy. Wszyscy mnie znali i wiedzieli, że w żadnych służbach nie byłem, nic złego nie zrobiłem. Przeprowadziłem się za miasto. Co, jeśli ktoś, kto mnie nie zna, przeczyta w Internecie, że byłem SB-kiem? Jak będzie na mnie patrzył, co będzie o mnie myślał? Łatkę "agenta" bardzo łatwo komuś przypiąć, trudniej się jej pozbyć.

Opowiada, że dzwonią do niego sportowcy z innych klubów, będący w podobnej sytuacji. Pytają, co robić. Większość jednak milczy, przynajmniej publicznie nie chcą się wypowiadać, bo - zdaniem Tillingera - wstydzą się i boją, by w oczach innych ludzi nie zostali "zdrajcami". Ile jest osób w takiej sytuacji? Nie wie tego ani resort spraw wewnętrznych, ani sportu. Według informacji "Gazety Wyborczej" Instytut Pamięci Narodowej w ramach dezubekizacji sprawdził akta ponad 190 tys. osób. Prawdopodobnie co czwarta z nich ma decyzję o obniżeniu świadczeń. Nie wiadomo, ilu z nich to sportowcy. Pewne jest tylko, że klubów gwardyjskich w PRL było kilkanaście, każdy z nich dzielił się na wiele sekcji, w których przez lata występowały dziesiątki, jeśli nie setki sportowców z różnych dyscyplin.

- Pułkownicy, którzy całe życie pracowali czynnie w Służbie Bezpieczeństwa, mieli po 6 tys. emerytury, po ustawie mają po 850 zł. Jest to słuszne pod warunkiem, że coś im udowodniono - mówi Tillinger. - Ale ilu jest ludzi porządnych, którzy nikogo nie skrzywdzili, a dzisiaj cierpią? A wdowy po nich, ich dzieci, wnuki?

Leszek Tillinger za sportowe osiągnięcia otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Srebrny Krzyż Zasługi, Srebrną Odznakę "Zasłużony Działacz Kultury Fizycznej", Złotą Odznakę "Zasłużony dla Polskiego Związku Motorowego", Odznakę Honorową "Za zasługi dla miasta Bydgoszczy", medal wojewody bydgoskiego i medal prezydenta Bydgoszczy. Ma nadzieję, że kibice zapamiętają go jako dobrego sportowca.

Zbigniew, emerytowany piłkarz z Warszawy, ciągle unika wychodzenia z domu i rozmów z sąsiadami. Obawia się, że w końcu usłyszy pytanie: to jak to wtedy było?

Jan Tomaszewski (po lewej) i Henryk Kasperczak po meczu z Brazylią na mistrzostwach świata, 1974 r. (fot. Bundesarchiv, Bild 183-N0716-0310 / Mittelstädt, Rainer / CC-BY-SA 3.0)

Wojciech przyznaje, że dla piłkarza nie ma większego zaszczytu niż występ w reprezentacji. Nawet jeśli kiedyś orzełek nie miał korony.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Mariusz Sepioło. Reporter. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Autor książek reporterskich: "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w więzieniu i "Himalaistki" (wyd. Znak, 2017) o najwybitniejszych wspinających się Polkach. Można się z nim skontaktować przez stronę internetową www.mariuszsepiolo.com