Reportaż
Lidia na tle domu (fot. Mariusz Sepioło)
Lidia na tle domu (fot. Mariusz Sepioło)

W nocy z 11 na 12 sierpnia wiatr łamał wielkie drzewa jak zapałki, zrywał dachy, zwalał mury z cegieł i pustaków. Ludzie zapamiętali tylko straszliwy hałas i jasność, bo chociaż było już po zmroku, błyskawice oświetlały wsie jak latarnie. Przez region Borów Tucholskich ściana deszczu i wichury przetaczała się jak czołg.

Trwało to wszystko może godzinę. Ale już na przykład dach z domu znikał w sekundę. Podobnie szybko stodoła zawalała się pod ciężarem upadającej na nią topoli. Sekundy wystarczały, żeby ludzie stracili dach nad głową i źródło utrzymania. Uprawy rolników ginęły w błocie, prywatne lasy i olszyny, hodowane nieraz dziesiątki lat, po prostu znikały.

Wichura łamała drzewa jak zapałki (fot. Mariusz Sepioło)

Już wtedy widziałem, że ludziom dotkniętym kataklizmem najbardziej pomagali ich sąsiedzi, którzy mieli może więcej szczęścia. Przychodzili jeszcze tej samej nocy, kiedy wichura trochę cichła, zabierali się za wycinanie przewróconych drzew, sprzątanie dróg i podwórek. Proponowali nocleg i wyżywienie.

Pytałem o wojsko, którym minister chwalił się w telewizji . Było, ale gdzieś daleko, niewidoczne dla ludzi. Straż pożarna? Jak zawsze uczynna, zakładała instalacje elektryczne, osuszała zalane mieszkania. Ale najwięcej pomocy oferowali sąsiedzi. To oni - jak widziałem w Rytlu - pracowali przy oczyszczaniu rowów i pierwszych naprawach dachów. To oni udzielali pierwszych pożyczek, wozili do miast, gdzie były banki, w których poszkodowani zaciągali kredyty na zabezpieczenie się przed następną tragedią.

Tragedia nie przyszła, ale kredyty zostały.

Remont czy odbudowa?

Po czterech miesiącach od nawałnicy strony internetowe gmin, miast, urzędów wojewódzkich, marszałkowskich i ministerstw pełne są opisów tego, jak szybko i sprawnie pomagano poszkodowanym. Lokalne media przedrukowują informacje z biur prasowych o sumach udzielonej pomocy finansowej.

Wizyta przedstawicieli rządu w Chojnicach. Spotkanie dotyczyło sytuacji po nawałnicach. Na zdjęciu od lewej: minister MSWiA Mariusz Błaszczak, ówczesna premier Beata Szydło i komendant główny Państwowej Straży Pożarnej gen. brygadier Leszek Suski (fot . Bartosz Bańka / Agencja Gazeta)

Jadę więc na północ, żeby sprawdzić, jak żyje się ludziom dotkniętym żywiołem. Tym razem skręcam z głównej drogi. Chcę pojechać tam, gdzie rzadko pojawiały się kamery telewizji. Do Komorowa, Kęsowa, Gostycyna, Popielewa, Sośna. Sprawdzić, jak ludzie przygotowują się do świąt i do zimy, która według prognoz na szczęście ma być delikatna.

W sierpniu bilans był taki: 2 tys. zniszczonych domów, brak prądu w ponad 10 tys. mieszkań, 1,5 mln m sześciennych powalonych drzew w Bydgoszczy i okolicznych gminach. Pierwsza pomoc finansowa dla potrzebujących miała wynieść ok. 7 mln zł, co pozwalało na wsparcie każdego poszkodowanego mieszkańca kwotą do 6 tys. zł. Podstawą przyznania zasiłku miał być wywiad środowiskowy. Nie wszyscy dostali maksymalne wsparcie. Czasem od tej sumy odejmowano nawet 2 tys. zł.

Na remont budynku lub lokalu mieszkalnego zasiłek mógł wynieść do 20 tys. zł, a na odbudowę - do 100 tys. zł. Pojawiały się jednak wątpliwości: co jest odbudową, a co remontem? Ile metrów zawalonego domu świadczy o tym, że trzeba go postawić na nowo, a ile - że wystarczy wyremontować? I czy 20 tys. może wystarczyć na remont, zwłaszcza gdy wymaga on stawiania nowych, murowanych ścian?

Krąpiewo. Przed nawałnicą w tym miejscu stała stodoła (fot. Mariusz Sepioło)

W Popielewie mijam domostwo z ciemnymi, pustymi oknami. Piętrowy bliźniak z czerwonej cegły nie ma dachu, tylko to, co z niego zostało: parę desek i niebieską plandekę, żeby deszcz się nie lał do środka. Na podwórku pusto, na pukanie do drzwi nikt nie reaguje. Obok zniszczonego budynku gospodarczego stoją dwa ustawione obok siebie baraki, w których mieszkały (a może mieszkają nadal?) tutejsze rodziny. Tego wszystkiego pilnuje pies. Uwiązany na łańcuchu, pazurami rwie ziemię, ujada.

Psy. Wszędzie, gdzie je tu spotykam, sprawiają wrażenie, jakby one też przeżyły traumę. Gdyby nie łańcuchy i zagrody, rzuciłyby się obcemu do gardła.

Święta w kuchni

Rodzina J. z gminy Koronowo żyje w podobnych warunkach. Też pod "dachem" z desek i plandeki.

Jak to? - dziwię się. No normalnie. Ktoś zdążył odbudować szczyt domu, położyć krokwie, przykryć blachą albo nawet dachówkami. A u J. dachówki leżą ułożone gęsto obok domu, a na jego szczycie miota się plandeka. Dlaczego ten "ktoś" zdążył przed zimą zabezpieczyć dach nad głową, a J. nie? - Bo dostał więcej pieniędzy - odpowiadają prosto J. Tutaj przyjechała komisja chwilę po żywiole, wyceniła straty na 100 tys. zł. Potem politycy w telewizji i lokalnych gazetach zaczęli się wypowiadać, że szacunki są nieostrożne, że straty trzeba liczyć procentowo, od części zniszczonego dobytku. I przyjechała druga komisja - wyceniła je na 20 tys. zł.

J. aż cali się trzęsą. Nie z zimna, tylko z bezsilności. Bo "jeden z drugim" wychodzi przed kamery i chwali się, jak to pomoc przyszła błyskawicznie, wojsko, straż, zarządzanie kryzysowe. Ale prawda jest taka, że jak ktoś we wsi nie miał sołtysa albo wójta, który potrafi pokierować, wstawić się za człowiekiem gdzie trzeba, to guzik mógł zdziałać.

Koronowo. Skutki niszczycielskiego działania wiatru (fot. Mariusz Sepioło)

I jeszcze się człowiek szarpie z ubezpieczycielem. Przyjeżdża miły pan, wysiada z samochodu, patrzy, cmoka: No, wie pan, zawalona ściana wskazuje na duże zużycie, nie wiadomo, czy to wiatr, czy może coś innego... Biurokracja, stos papierków. Nie daj Boże, jak komuś zalało w garażu zboże albo poniszczyło ziemniaki. Z papierologii nie wygrzebie się do Wielkanocy.

U J. największy problem to zerwany dach i zalane górne pomieszczenia. Tam praktycznie było wszystko: szafy z ubraniami, łóżka, telewizor, komputery. Wszystko zamokło tej samej, pierwszej nocy, bo woda lała się do środka. Wilgoć weszła też w mury, jak kornik w drzewo, schodziła coraz niżej, aż do fundamentów, dlatego dzisiaj ściany trzeba by było zupełnie osuszać.

20 tys. zł na wszystko nie wystarczy. Kilkanaście metrów blachy to już wydatek kilku tysięcy. A gdzie odmalowanie, zmiana płytek, paneli, osuszanie? Więc J. wzięli pożyczkę w banku. Nie chcą mówić, ile, bo zaraz sąsiedzi zidentyfikują. - Pańskie oko konia tuczy - mówi głowa rodziny J. i puszcza oko.

Święta w domu J. odbędą się w jednym pomieszczeniu - w kuchni. Tutaj pani J. gotuje, jest cieplej, i nad głową nie szeleści plandeka. Jakoś się pomieszczą - ich dwoje, dziadek i trójka dzieci w wieku szkolnym.

Ludzie i świnie

W Krąpiewie w gminie Koronowo nawałnica niektórych oszczędziła. U pana Andrzeja, prowadzącego duże gospodarstwo rolne, zerwała trochę eternitu ze stodoły i blachy z pomieszczenia na zboże. W środku był rzepak, zmoczył go deszcz, ale na szczęście wiatr nie ruszył domu.

Sąsiad pana Andrzeja nie miał już takiego szczęścia. Jego podwórko wygląda jak po wybuchu bomby. Wszędzie stosy pozieleniałych desek, które zostały ze stodoły. Na skraju podwórka niski murek z pustaków - tyle zostało ze ścian. Obok połamane drzewa i mnóstwo drewna, z którym nie wiadomo co teraz zrobić.

Krąpiewo. Tyle zostało z budynku (fot. Mariusz Sepioło)

- Wyceniono moje szkody na 20 tys. zł. Ale dostałem 10 - mówi właściciel stodoły i nie bardzo potrafi wyjaśnić, dlaczego. - Całe szczęście, że wiatr nie naruszył domu i dzisiaj jest gdzie mieszkać - dodaje. Na jego podwórku rosły dwa wysokie drzewa. Zaraz po największej wichurze trzeba było je usunąć, żeby nie uszkodziły domu. Pomagali sąsiedzi. Do nich mieszkaniec Krąpiewa ma szczęście.

Ale są też miejsca, w których słyszę: ludzie to świnie. Sąsiedzi szepczą między sobą, liczą, kto ile od państwa dostał, do kogo gmina przyjechała wyciąć chybotliwe drzewo, kto od prywaciarza otrzymał gratisowy styropian. I zazdroszczą. Niektórzy zdążyli się już ze sobą skłócić. Tak jakby człowiek się na tym wietrze wzbogacił, a nie zbiedniał.

Pan Waldemar z gminy Sośno na pomoc nie narzeka. Twierdzi, że narzekają ci, co dostali niewiele. Albo nic. On -  mówi szczerze - dostał od państwa ponad 40 tys. na remont chlewu i 20 tys. na remont stodoły. Miał też szczęście do dobrych ludzi. Jakaś firma, z którą wcześniej miał niewiele wspólnego, przysłała styropian do ocieplenia domu. Paczki tego styropianu stoją teraz pod tym, co zostało ze stodoły. Losem rodziny interesowała się też pomoc społeczna i władze gminy.

Jak jest? No, tak jak widać: źle. Rozwalony chlew, rozwalona stodoła. Wcześniej zerwany dach, który na szczęście udało się już założyć. Pan Waldemar najpierw wziął kredyt: 10 tys. zł. Bo nie mógł czekać, aż ktoś przyjdzie i da. Troje dzieci w domu, muszą być bezpieczne.

Wczoraj, kiedy znowu wiało, przymocował krawędzie dachu do muru domu, żeby zabezpieczyć się przed najgorszym. Teraz zbliża się zima, nie ma pracy w polu, więc Waldemar codziennie wychodzi z domu i bierze się za remonty. 

Zawiódł się tylko na ludziach. Bo potrafią się uśmiechać, a za plecami obgadywać. Sąsiedzi? A, idź pan - rzuca.

U Waldemara jest jak widać. Czyli źle. Rozwalony chlew, rozwalona stodoła (fot. Mariusz Sepioło)

Sławek to młody rolnik z Kęsowa, niedaleko Tucholi. Z jego domu wiatr wywiał połowę blachy, ale najwięcej szkód wyrządził w zbożu. Opiera się o bramę i opowiada, że jak widzi w telewizji polityków, to chce mu się napluć na telewizor.

- Wycierają sobie mordy naszą tragedią - mówi Sławek, spokojnie, bo nerwy już zdążyły mu od sierpnia wywietrzeć. - Prawda była taka, że minister się na chwilę pokazał, ale w Rytlu, a nie u nas. Za szkody w płodach rolnych odszkodowanie dostałem dopiero teraz, przed zimą, ale wcześniej musiałem z czegoś kupić nawozy i paliwo do ciągnika. Wszystkie oszczędności poszły też w bieżący remont. Jakbym teraz jakiegoś posła zobaczył, tobym mu pomachał. Gestem Kozakiewicza.

Podwójny strach

Obok domu pani Lidii i jej męża Kazimierza (gmina Sośno) stoi wysoki dąb. Pani Lidia jest zadowolona, bo to udało się załatwić: żeby przyjechał ktoś z gminy i to drzewo usunął. Kiedy będzie wiatr, dzieci nie będą ze strachem czekać, aż dąb runie na budynek. Do dzisiaj lęk do nich wraca. Tamtą noc zapamiętają do końca życia.

Najmłodsza córka bardzo płakała. Wiatr był taki, że wpychał do środka drzwi wejściowe. Trzymali je wszyscy: pani Lidia, dwie córki i syn. Usłyszeli huk. Kiedy wyjrzeli na zewnątrz i poświecili latarką, zobaczyli, że z domem coś jest nie tak. Jakby jedna czwarta gdzieś zniknęła.

Wiatr zerwał połowę dachu z domu, blachę z budynku gospodarczego, połamał drzewa i rozrzucił wokół wszystko to, co tylko zdołał poderwać. Męża nie było wtedy w domu, więc dramat był podwójny. Obiecywał przez telefon: Wrócę, jak tylko przestanie wiać. Kiedy wrócił, to własny dom ledwo rozpoznał.

Dom Lidii i jej rodziny (fot. Mariusz Sepioło)

Pani Lidia do dzisiaj drży, kiedy czuje, że zrywa się silniejszy wiatr. Mocno wiało wczoraj. Najmłodsza córka już patrzyła w okna ze strachem. Ale na szczęście wichura, jak ta z lata, się nie powtórzyła.

Wtedy dzieci płakały, bo na podwórku miały basen i trampolinę. Basen został zniszczony zupełnie, trampolina, choć została na ziemi, to pogięta tak, że nie można się na niej bawić. Dziś zamiast zabawek na podwórku leżą pocięte drzewa, pieńki, dachówki i deski. Bo na domu pani Lidii połowy dachu jeszcze nie ma. - Mąż pracuje, musi zarabiać na rodzinę, troje dzieci, remontować może tylko w weekendy - mówi pani Lidia. - Dobrze, że pomaga nam rodzina, jeszcze tej samej nocy pomogli sąsiedzi.

A państwo? - Straty wyceniono na 10 tys. - mówi mieszkanka Sośna. - Nie wiem, czy uda się za to zrobić remont. Sama blacha kosztuje ponad tysiąc. Jeszcze potem wykończenia i zabezpieczenia. Dotąd mieszkaliśmy wszyscy w tej jednej części domu. Teraz chcielibyśmy dostawić dzieciom pokoje właśnie tam, skąd zerwany został dach. Czy boimy się, że coś się znowu stanie? A kto to może przewidzieć?

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Mariusz Sepioło. Reporter. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Autor książek reporterskich: "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w więzieniu i "Himalaistki" (wyd. Znak, 2017) o najwybitniejszych wspinających się Polkach. Można się z nim skontaktować przez stronę internetową www.mariuszsepiolo.com