Reportaż
Granica polsko-rosyjska w Gronowie (fot. Mariusz Sepioło)
Granica polsko-rosyjska w Gronowie (fot. Mariusz Sepioło)

Kiedyś było tak: auta ciągnęły kilometrami, a każde wypchane dobrem po dach. Rosjanie pakowali dzieci, dziadków i babcie w samochody typu kombi i zaludniali polskie sklepy. Z półek brali wszystko. Bo dla nich to wszystko, w przeliczeniu na ruble, było tańsze niż dla Polaków.

Okolica żyła z Rosjan. Byli wśród nich tacy, którzy z Polakami zawiązywali przyjaźnie, siadali do wódki, mówili o Putinie: job jego mać . Ale przyszedł dzień, w którym ci, którzy w sprawie samolotu obiecywali "dojść prawdy", zdobyli w Polsce władzę.

A., mieszkanka przygranicznej wsi, zapala papierosa i stwierdza: To była zemsta.

Powód oficjalny

Rok temu polski rząd zdecydował o zawieszeniu umowy o tzw. małym ruchu granicznym (MRG). Oficjalny powód: niebezpieczeństwo związane ze szczytem NATO w Warszawie i Światowymi Dniami Młodzieży. W sierpniu wznowiono MRG na granicy z Ukrainą. Na granicy z obwodem kaliningradzkim ciągle jest on zawieszony.

Frombork, miasto, w którym znajduje się morskie przejście graniczne (fot. Mariusz Sepioło)

MRG to - jak czytamy na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych - "regularne przekraczanie wspólnej granicy Państw Umawiających się Stron przez mieszkańców strefy przygranicznej (...) w celu przebywania w strefie przygranicznej Państwa drugiej umawiającej się Strony ze względów społecznych, kulturalnych lub rodzinnych oraz z uzasadnionych powodów ekonomicznych". W praktyce oznacza to możliwość szybszego i łatwiejszego przekraczania granicy przez obywateli obu sygnujących umowę państw. Ci z polsko-rosyjskiej granicy cieszyli się nią od 2012 r.

Dzięki małemu ruchowi granicznemu lokalni właściciele sklepów, hoteli, restauracji i wykonawcy innych usług mogli liczyć na dostęp do rzeszy klientów przybywających zza północnej granicy. Rosjanie zostawiali tu swoje pieniądze przez cały rok, nie tylko, jak polscy turyści, w sezonie wakacyjnym. 

Od 4 lipca 2016 r. Rosjanie muszą przechodzić normalną procedurę celną na granicy z Polską. O skutkach, jakie to przynosi dla Warmii i Mazur, mówi uchwała Rady Dialogu Społecznego z 19 czerwca 2017 r. "Dostępne dane wskazują na to, iż natężenie ruchu granicznego wyrażone jako liczba odprawionych pojazdów zmalało o ok. 33 proc. (.) - czytamy w uchwale. - Utrudnienia w zakresie wjazdu do Polski dotykające obywateli Federacji Rosyjskiej nieuchronnie przekładają się na ograniczenie popytu, a w konsekwencji zmniejszenie obrotu oraz wyniku finansowego firm. Oznacza to w dalszej kolejności spadek popytu na pracę, a tym samym ograniczenie poziomu zatrudnienia i wzrost bezrobocia".

Taki dzień

W ponaddwutysięcznym Fromborku, w powiecie braniewskim, 18 km od granicy, w niedzielne popołudnie jest tak cicho, że nawet w centrum miasta słychać morskie fale, rozbijające się o brzeg. Kawiarnie i restauracje w większości pozamykane. Ktoś tylko spaceruje z psem, kuląc się od deszczu i zimna. Mieszkańcom nie chce się wychodzić z domów.

Zamknięty kantor w pobliżu polsko-rosyjskiego drogowego przejścia granicznego Gronowo - Mamonowo (fot. Jan Rusek / Agencja Gazeta)

Stary dworzec PKP zarasta trawą i brudem. Pokryty jest ściennymi malunkami - dominuje przekaz hip-hopowy i antypolicyjny. W czasach prosperity na tutejszych peronach w sezonie urlopowym wysiadały setki turystów. Spędzali czas na małej plaży, zwiedzali kameralną marinę. Mieszkali w hotelikach. Teraz w budynku dworca straszą wybite szyby, a hotele są puste.

W całym powiecie braniewskim mieszka ok. 42 tys. osób. W II kwartale 2017 r. bezrobotnych było tu aż 22,3 proc. Ci, którzy pracowali, zatrudnienie znajdowali głównie w rolnictwie.

We Fromborku słyszę, że to miasto emerytów. W Braniewie - że mieszkańcy całego województwa mówią o nim żartobliwie: "warmińsko-biedackie". Większość młodych wyjechała za chlebem, na zachód Europy. Nie chcą słyszeć o powrocie; nie mają do czego.

W jednej z czynnych restauracji siedzi para. To Rosjanie. Zapewniają, że "wszystko smakuje". Choć wybór nie jest duży: pierogów nie ma, kartacze wyszły. Może być schabowy. Młodziutka kelnerka przeprasza, ale "taki dzisiaj dzień". Dawniej - w tych stronach to słowo klucz - Rosjan i Polaków, którzy wspólnie biesiadowali w okolicznych knajpach, było tylu, że talerze musieli stawiać na parapetach.

Rosjanin - dobry klient

B., właściciel hotelu i restauracji, siedzi nad laptopem. Pracuje, chociaż w knajpie pusto, a pokoje wynajmuje tylko kilku pracowników w delegacji.

Z Braniewa do przejścia granicznego w Gronowie jest zaledwie kilka kilometrów (fot. J23-007 / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Mówi wprost: Od kiedy nie ma małego ruchu granicznego, tracę 40 proc. dochodów. 90 proc. Rosjan, którzy kiedyś do mnie przyjeżdżali, przestało się tu pojawiać. To realne koszty, które jako przedsiębiorca muszę ponosić.

B. do tego, co ma, dochodził ciężką pracą. Bywało różnie, nie zawsze po bożemu, ale jakoś trzeba było sobie radzić. Z "chłopakami stamtąd", czyli z obwodu kaliningradzkiego, robił kiedyś interesy. - Brało się parę krat papierosów i przewoziło w bagażniku - opowiada. - W Polsce to szło jak ciepłe bułeczki. Albo paliwo. Na passaty z dużymi zbiornikami mówiło się "cysterny". Tankowało się tam, przywoziło tu, i sprzedawało. Dziennie człowiek przewiózł nawet 100 litrów. Jeden kurs za dnia, jeden w nocy i 10 tys. wpadało do portfela. Prawdziwe pieniądze, nie to, co teraz. Teraz jest lipa.

B. pokazuje puste stoliki. Restauracja urządzona ze smakiem, pachnie w niej jedzeniem, alkohole kuszą z baru. Ale poza sezonem B. musi dokładać, bo oprócz paru zamówień, pokoi dla robotników i tych, co wpadną na piwo, utarg jest żałośnie mały.

- Rosjanin to jest dobry klient - mówi B. - Kiedy był MRG, Rosjanie przyjeżdżali w tygodniu, zamawiali najlepsze jedzenie i picie, nie patrzyli na ceny. Nie to, co ten polski turysta w sandałach, co to naje się parówek w Biedronce. Rosjanie mają klasę i pieniądze. Tyle że teraz ich tu nie widać.

Pani C. swój interes prowadzi od 1988 r. Przetrwała różne czasy, kryzysy i sukcesy. Ludzie zawsze potrzebują ubrań - to wie na pewno - dlatego sklep odzieżowy mógł prosperować wiele lat, raz lepiej, raz gorzej.

Polsko - rosyjskie drogowe przejście graniczne Gronowo - Mamonowo (fot. Jan Rusek / Agencja Gazeta)

- Prowadzę go z mężem - mówi pani C. - Na początku kupowaliśmy ubrania na dużych targowiskach, np. na Stadionie Dziesięciolecia, i przywoziliśmy do Braniewa. Teraz ubrania kupuje się w Wólce Kosowskiej, od Azjatów i Turków. Dobrze, że mąż ma emeryturę, a syn już skończył studia. Teraz już mogę pracować tylko na siebie. Ale od roku jest gorzej - tłumaczy.

Ją też dotyka to, że do Braniewa przyjeżdża mniej Rosjan. Kiedyś chodzili do spożywczego, potem zaglądali do odzieżowego. Hurtowo ciuchów nie brali, tyle co dla siebie, ale to i tak był lepszy utarg niż jest teraz. - Pyta pan, jak się żyje w Braniewie - wzdycha, ale z uśmiechem, C. - Tak jak wszędzie, proszę pana. Jakoś trzeba żyć, nie ma innego wyjścia.

Nie ma na chleb

Jacek Protas z Platformy Obywatelskiej jako jedyny poseł z regionu publicznie mówi o skutkach ograniczenia małego ruchu granicznego. - W kręgach władzy obowiązuje rusofobia - twierdzi. - Rząd nie uwzględnia interesów naszych obywateli z Warmii i Mazur, tylko uprawia propagandę zagrożenia ze strony Rosji. Tyle że mały ruch graniczny nie ma nic wspólnego z bezpieczeństwem kraju. To mechanizm, który ma pomagać mieszkańcom. Na razie na jego ograniczeniu ci mieszkańcy tylko tracą. To działanie na szkodę naszych obywateli. Nie mogę zrozumieć, jak posłowie PiS z naszego regionu mogą stawać przed wyborcami i mówić: wszystko jest w porządku, to dobra decyzja. Przecież każdy dzień bez małego ruchu granicznego to ogromne straty dla lokalnych przedsiębiorców.

Dla rządzących jednak co innego jest ważne - minister Mariusz Błaszczak w sierpniu tego roku oświadczył podczas konferencji prasowej, że na przeszkodzie przywróceniu małego ruchu granicznego z Rosją stoi polityka tego kraju. I  że dzięki zawieszeniu MGR niemożliwe są prowokacje rosyjskie na terenie Polski.

Przejście graniczne w Gronowie znajduje się około półtora kilometra na północ od centrum wsi (fot. Mariusz Sepioło)

D., kobieta w sile wieku, która prowadzi bar niedaleko przejścia granicznego, nie ukrywa swojej frustracji i nie przebiera w słowach. Klnie na polityków, którzy pokazują się w telewizji i mówią o patriotyzmie. Jaki patriotyzm? Skoro ludzie nie mają co do garnka włożyć. Pali papierosa za papierosem. W barze słychać echo jej słów i telewizor nastawiony na telenowelę, bo wiadomości D. już znieść nie może.

Opowiada: - W 1970 r. mąż ze szwagrem, jak pili wódeczkę, to po cichu, cichutku śpiewali "Czerwone maki pod Monte Cassino". Takie było państwo. Strach, żeby sąsiad nie zakablował. A potem przyszedł Wałęsa i była radość z wolności. Człowiek się tą wolnością cieszył. Tyle że potem było coraz gorzej i gorzej.

Dlaczego nie ma małego ruchu granicznego? D. ma na to pytanie gotową odpowiedź: - Bo to zemsta za Smoleńsk. Żeby Ruskim dopiec. Tyle że ta zemsta się na nas odbija. I pan powie, skąd oni mają te 47 proc. poparcia? Ludzie dostają pięćset plus i głosują. We wsi obok dzieci mają dzieci. I tylko biorą zapomogi. Matka ma za troje dzieci 1500 zł - czego więcej jej potrzeba? Mam kawałek pola obsadzony kartoflami, nie ma mi ich kto wykopać, bo trzy dni temu był zasiłek i do dzisiaj piją. Jak skończą, to może przyjdą.

D. narzeka, że czasem brakuje jej na chleb. - No i co się pan tak dziwi? Bar prowadzę dwadzieścia lat. Kiedyś z mężem, teraz sama, bo zmarł. Dobrze, że budynek jest nasz, nie trzeba opłacać, bo nic by nie zostało. A kiedyś? Rosjanie nie mieli gdzie siadać, wszystko było zajęte. Jedzenie, picie, biesiada. Zajeżdżali w drodze powrotnej, po pracy albo zakupach. I wtedy było i na chleb, i na masło. Teraz nie ma, bo nikt tu do nas nie zajeżdża. Mam 640 zł emerytury. Dzisiaj sprzedałam cztery piwa. Jak z tego zarobić na chleb?

Frombork, miasto, w którym znajduje się morskie przejście graniczne (fot. Mariusz Sepioło)

D. mówi, że z tymi Rosjanami, co tu jeszcze czasem wpadają, o polityce się nie rozmawia. Oni też mają swoją propagandę i tylko "Putin i Putin". Tematy polityczne lepiej więc omijać. Co zresztą problemem nie jest. - Czasem odwiedza nas Swieta, powie parę słów, przytuli - opowiada D. - Pyta, co u nas, my pytamy, co u niej. Ale potem Swieta rusza w drogę. Przekracza granicę i już jej nie ma. A my zostajemy.

*** A., B., C. i D. to mieszkańcy Fromborka, Braniewa i Gronowa (woj. warmińsko-mazurskie). Wszyscy prosili o anonimowość.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Mariusz Sepioło. Reporter. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Autor książek reporterskich: "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w więzieniu i "Himalaistki" (wyd. Znak, 2017) o najwybitniejszych wspinających się Polkach. Można się z nim skontaktować przez stronę internetową www.mariuszsepiolo.com .