Reportaż
Na terenie Trupiej Farmy naukowcy badają proces rozkładu ludzkiego ciała (fot. zdjęcie ilustracyjne / Luka Lajst / iStockphoto.com)
Na terenie Trupiej Farmy naukowcy badają proces rozkładu ludzkiego ciała (fot. zdjęcie ilustracyjne / Luka Lajst / iStockphoto.com)

Przydomowe barbecue są bardzo popularne latem w Tennessee. Byłem już na setkach takich przyjęć. Jedno z nich było naprawdę wyjątkowe*.

21 lipca 1997 agent Biura Śledczego Tennessee (TBI) Dennis Daniels zadzwonił do mnie ze wsi w hrabstwie Union, położonej około sześćdziesięciu kilometrów na północ od Knoxville, i poprosił, bym przyjechał obejrzeć kości, które jego zdaniem należały do człowieka. Daniels - wraz z dwoma śledczymi z biura szeryfa hrabstwa Union, Davidem Trippem i Larrym Dykesem - znajdował się w domu dwudziestojednoletniego Matta Rogersa.

 

Zgarnąłem po drodze dwie studentki, które należały do mojego zespołu badawczego, Joanne Bennett oraz Lauren Rockhold, po czym pojechaliśmy wszyscy razem do hrabstwa Union. Do tej pory, jako Trupia Farma, rozwiązaliśmy w 1997 roku dwadzieścia dwie sprawy; to miała więc być sprawa numer 97-23. (...)

Trupia Farma to projekt badawczy prowadzony w kilku miejscach w USA. Najsłynniejsze z nich znajduje się w Knoxville i jest częścią Uniwersytetu Tennessee. Placówka, do której powstania walnie przyczynił się dr William M. Bass, działa na zalesionej działce o powierzchni jednego hektara. Na jej terenie naukowcy poddają zwłoki działaniu różnych czynników naturalnych, co pozwala im poznać przyczyny odmiennego - w zależności od rodzaju czynnika naturalnego - tempa i sposobu rozkładu ludzkiego ciała. Wiedzę tę badacze wykorzystują później m.in. po to, by pomóc policji rozwikłać zagadki tajemniczych zaginięć czy zabójstw.

Dom Rogersa był właściwie małą drewnianą chatą. Kiedyś zapewne go pomalowano, lecz większość farby dawno już się złuszczyła, a odsłonięte deski przybrały srebrzystoszarą barwę. Zastępcy szeryfa zaprowadzili mnie na bok budynku, za szopę na narzędzia. Od razu domyśliłem się, co chcą mi pokazać: zardzewiałą dwustulitrową beczkę na ropę z wielkimi dziurami po kulach. Na wsi używa się takich beczek jako prowizorycznych pieców, wystarczy tylko dołożyć komin, a w razie potrzeby przykryć od góry rusztem. Jednak tym, co od razu przykuło mój wzrok, była duża kość wystająca z beczki. - Matt mówi, że to kości jakiegoś zwierzaka - powiedział agent Daniels. - Zdechłej kozy, którą jego pies zaciągnął na podwórze. Małżeńska kłótnia**

Agent TBI najwyraźniej nie wierzył w opowieść Matta. Daniels miał powody do podejrzeń. Jedenaście dni wcześniej zgłoszono zaginięcie dwudziestosiedmioletniej żony Matta, Patty. Sprawa była tym dziwniejsza, że o zniknięciu Patty nie poinformował policji sam Matt, lecz jej najlepsza przyjaciółka, Angie, która widziała ją po raz ostatni 7 lipca na przyjęciu z grillem. Patty powiedziała jej wtedy, że nazajutrz zamierza odejść od Matta. Jednak Angie nie była jedyną osobą, której zwierzyła się Patty, i tu właśnie akcja zaczęła się komplikować, zupełnie jak w telenoweli. Wyglądało na to, że Patty miała romans z bratem Angie, Michaelem. Tamtego wieczora na przyjęciu Patty i Michael wyjawili wszystko Mattowi i powiedzieli mu, że chcą być razem już od następnego ranka. Patty i Matt wyszli z przyjęcia, kłócąc się zaciekle.

Przez następne dwa dni Angie nie miała żadnych wiadomości od Patty, co wydawało jej się dziwne i niepokojące, zarówno ze względu na łączącą je przyjaźń, jak i na to, co powiedziała jej Patty. Potem zadzwonił Matt, a Angie naprawdę zaczęła się bać: pytał, czy nie widziała ostatnio Patty. Powiedział, że po ich niedawnej kłótni wybiegła z domu o 2.00 w nocy i od tamtej pory już jej nie widział. Nazajutrz Angie poszła do biura szeryfa, by zgłosić zaginięcie Patty. Próbowała namówić Matta, by to on dokonał zgłoszenia, lecz ten odmówił. Poprosił ją też, by dała mu znać, jeśli skontaktuje się z szeryfem, bo chciałby trochę posprzątać w domu, nim ktoś do niego przyjdzie.

Trupia Farma w Knoxville powstała w latach '80 z inicjatywy dr Bassa (fot. Lisa Bailey / Flickr.com / CC BY 2.0)

Angie nie zdradziła Mattowi, że zgłosiła zaginięcie, więc gdy zastępca szeryfa Larry Dykes wybrał się do domu Rogersa, zauważył, że torebka Patty, kluczyki do jej samochodu i papierosy leżą na kuchennym blacie. Wydało mu się dość dziwne, że kobieta wychodzi z domu na kilka dni, nie zabierając żadnej z tych rzeczy - nie wspominając już o dziecku. (...)

Jej córka trafiła pod opiekę rodziców Matta.

21 lipca sprawa zaginięcia została przekazana detektywowi Davidowi Trippowi. Im więcej informacji gromadził Tripp, tym bardziej był pewien, że Patty nie odeszła tak po prostu od swojego męża i dziecka.

Mijały już dwa tygodnie, odkąd nikt jej nie widział. Detektyw Tripp i zastępca szeryfa Dykes ponownie pojechali przesłuchać Matta, tym razem zabrali ze sobą agenta TBI oraz psy ratownicze do szukania zwłok. Matt Rogers trzymał się swojej wersji wydarzeń. Kiedy Tripp i Daniels spytali, czy mogą przeszukać jego posiadłość, zgodził się. Gdy ratownicy z psami zaczęli przeszukiwać okolice domu, Matt przysiadł na kamieniu i przyglądał się im. (...)

Kości ofiary wskażą mordercę

Tripp zwrócił uwagę na dół na śmieci i beczkę z boku domu. Zauważył też, że w jednym i drugim płonął niedawno ogień. Ponieważ sam przez całe życie mieszkał na wsi, wiedział, że kiedy ludzie chcą się tu czegoś pozbyć, zwykle wyrzucają to lub palą. Zajrzał do wnętrza beczki i przywołał Danielsa. - Możesz odwołać psy. Chyba znalazłem naszą dziewczynę.

Wtedy właśnie Matt, który wciąż siedział na kamieniu, wyjaśnił im, że to kości kozy przywleczonej przez psa, a Daniels zadzwonił do mnie i spytał, czy mógłbym przyjechać do hrabstwa Union.

Doskonale rozumiałem, dlaczego powątpiewali w opowieść Matta. Ja także w nią nie wierzyłem: po czterdziestu latach badań nad ludzkimi szkieletami potrafiłem od razu rozpoznać kość udową człowieka wystającą z beczki. Ta konkretna kość była co prawda spalona - popękana powierzchnia i szarobiała barwa świadczyły o tym, że płonęła przez długi czas w gorącym ogniu - ale bez wątpienia należała do człowieka.

Kości czaszki istotnie ułatwiają identyfikację anonimowych zwłok (fot. darkbird77 / iStockphoto.com)

Ślady ognia widoczne były nie tylko w beczce. Kilka kroków dalej leżał materac, a właściwie to, co z niego zostało. Teraz była to plątanina wygiętych i osmalonych sprężyn, przetykana pustymi puszkami, bateriami, rozbitymi naczyniami i innym śmieciem. Kiedy przyjrzałem się uważniej, zauważyłem coś, co wyglądało jak maleńkie fragmenty kości rozsypane pomiędzy śmieciami. (...)

Aby usystematyzować jakoś nasze poszukiwania i ułatwić opisanie miejsc, w których znaleźliśmy poszczególne przedmioty, za pomocą kolorowej taśmy podzieliłem stanowisko na dwanaście równych prostokątów. Joanne zaczęła pracę od jednej strony wyznaczonej w ten sposób siatki, a Lauren od drugiej. Tymczasem ja zająłem się przeszukiwaniem beczki. Od czasu do czasu przerywałem na moment pracę, by sprawdzić, jak idzie dziewczynom. Gdy tylko przeszukały kilka pierwszych prostokątów, zrozumieliśmy, że ciało zostało spalone najpierw na materacu, bo jego fragmenty ułożone były mniej więcej w anatomicznym porządku. Fragmenty, które oparły się płomieniom, zostały przerzucone do beczki i tam spalone ponownie. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, jak trudno spalić ciało. Wydaje się, że to łatwy sposób na pozbycie się ofiary morderstwa, lecz rzeczywistość wygląda całkiem inaczej. (...)

Nim skończyliśmy badanie miejsca śmierci, zapadał już zmierzch. W ciągu trzech godzin wypełniliśmy szczątkami kości trzydzieści dwie papierowe torby (każda wielkości torebki na lunch). Wróciliśmy do Knoxville. (...) Nazajutrz zeszliśmy do laboratorium mieszczącego się w podziemiach stadionu i zaczęliśmy dopasowywać fragmenty kości, niczym elementy jakiejś nadpalonej układanki. Miałem nadzieję, że uda nam się odtworzyć nie tylko szkielet, ale i historię śmierci tej osoby - prawdopodobnie Patty Rogers.

Ofiara bez zębów nie ma imienia

Wiedziałem już, że ta historia, podobnie jak sam szkielet, będzie niekompletna. Na miejscu przestępstwa zebraliśmy fragmenty niemal wszystkich elementów szkieletu z jednym znaczącym wyjątkiem: oprócz fragmentu kości jarzmowej brakowało wszystkich części czaszki, łącznie z zębami. Zęby są bardzo wytrzymałe - często nie ulegają zniszczeniu nawet podczas kremacji - więc ich brak, podobnie jak brak innych kości czaszki, oznaczał prawdopodobnie, że ktoś celowo je usunął, aby uniemożliwić identyfikację ofiary. (...)

Jak w każdym śledztwie zaczęliśmy od określenia płci, wieku, rasy i wzrostu. Ponieważ nie udało nam się odnaleźć kości twarzy ani żadnej nietkniętej kości długiej - prawdę mówiąc, żadna ze znalezionych przez nas części szkieletu nie zachowała się w całości - nie byliśmy w stanie określić rasy ani wzrostu. Szczątki, które zebraliśmy z miejsca przestępstwa, wystarczały jednak do ustalenia płci i wieku.

Wykopywanie zwłok. Studenci podczas ćwiczeń na Trupiej Farmie (fot. Eastnews)

Na szczęście jeden z fragmentów kości miednicznej zawierał wcięcie kulszowe - szczelinę, przez którą przechodzi nerw kulszowy, gdy wysuwa się z kręgosłupa i biegnie wzdłuż nogi. Wcięcie kulszowe jest znacznie szersze u kobiet ze względu na szerszą kość miedniczną. U dorosłych mężczyzn we wcięciu zmieści się jedynie czubek palca, u dorosłych kobiet jest tam co najmniej dwa, trzy razy więcej miejsca. Wcięcie kulszowe w tym wypadku, w sprawie 97-23, było szerokie, co oznaczało, że kość bez wątpienia należała do kobiety. Znaliśmy już odpowiedź na jedno pytanie, pozostawało jeszcze drugie: Ile miała ona lat?

Analiza struktury i faktury kości łonowej stanowi często najlepszy sposób na określenie wieku, lecz w tym wypadku kość łonowa została zniszczona przez ogień. Musieliśmy szukać wskazówek gdzie indziej. Na szczęście, choć same kości były popękane i podzielone na drobne kawałki, ich nasady - miejsca, gdzie końcówki kości łączą się z trzonami - zachowały się w stosunkowo dobrym stanie, a to właśnie nasady mogą pomóc w ustaleniu wieku ofiary. (...) Nasady (...) kostnieją, czyli zamieniają się z chrząstki w kość, w różnym wieku. Jako ostatnia spośród nasad kości udowej kostnieje nasada dystalna, tuż nad kolanem. W niektórych przypadkach nasada ta zamienia się w kość dopiero w wieku dwudziestu dwóch lat. Ponieważ nasady dystalne tej kości udowej całkowicie już skostniały, spalona kobieta musiała mieć co najmniej dwadzieścia dwa lata. (...) Jak dotąd nie znalazłem więc niczego, co mogłoby wskazywać, że nie była to Patty Rogers, dwudziestosiedmioletnia biała kobieta.

Zastrzel, spal, zapomnij

Od samego początku badań przypuszczaliśmy, że są to szczątki Patty, lecz w ciągu swej długiej kariery nauczyłem się już, że pochopne sądy mogą utrudnić właściwą ocenę, to zaś może doprowadzić do błędu i kompromitacji. (...) Dlatego też, gdy zacząłem badać zniszczone kości 97-23, starałem się zachować otwarty umysł, choć sytuacja nie napawała optymizmem. Ani jedna kość nie zachowała się w całości, brakowało prawie całej czaszki, a wszystko było spalone na wiór. Poprawka: prawie wszystko. Ocalało kilka kręgów, które spadły na dno beczki, oraz fragment kości ciemieniowej z górnej prawej części czaszki. Podobnie jak inne kości, które zebraliśmy na miejscu zbrodni, kość ciemieniowa była popękana, lecz w odróżnieniu od innych szczątków linie pęknięć nie zostały spalone. Oznaczało to, że pęknięcia nie były wynikiem wysokiej temperatury lub wewnętrznego ciśnienia, które powstało w czaszce na skutek parowania różnych cieczy. Coś innego - jakaś potężna zewnętrzna siła - roztrzaskało czaszkę ofiary w chwili śmierci.

Obejrzawszy uważnie pozostałe fragmenty czaszki, dostrzegłem coś, co wyglądało na charakterystyczne ślady tej potężnej siły. Wewnętrzne powierzchnie trzech różnych fragmentów czaszki - lewej kości ciemieniowej oraz dwóch części kości potylicznej - nosiły ślady szaroczarnej substancji. Domyślałem się, co to jest, a prześwietlenie potwierdziło moje domysły. Na negatywie zdjęcia tajemnicza substancja była całkiem biała, co oznaczało, że zatrzymuje promienie rentgenowskie: były to drobiny ołowiu z pocisku. Nasza ofiara, 97-23, została zastrzelona, nim jej ciało uległo spopieleniu.

 

Jak jednak mogliśmy udowodnić, że 97-23 była tym, za kogo ją uważaliśmy - zaginioną żoną Matta Rogersa, Patty? Ponieważ nie mieliśmy ani zębów, ani kości twarzy, mogliśmy liczyć jedynie na badanie DNA. Tego rodzaju badania stały się ogólnie dostępne pięć lat wcześniej, w następstwie wojny w Zatoce Perskiej w latach 1990-1991. Jednak w tym przypadku i ta metoda mogła się okazać zawodna: wysoka temperatura niszczy DNA, a kości ofiary zostały praktycznie skremowane.

Mogliśmy jedynie liczyć na to, że zachowane kręgi lub fragment kości ciemieniowej - fragment, który oderwał się prawdopodobnie w chwili, gdy kula uderzyła w czaszkę - zawierają wystarczającą ilość materiału genetycznego, by udało się przeprowadzić analizę porównawczą z próbkami DNA krewnych Patty. Wysłaliśmy jeden kręg do prywatnego laboratorium kryminalistycznego, a policja zleciła pobranie próbek krwi od rodziców Patty.

Czekając na wyniki badań genetycznych, zajęliśmy się ponownie kośćmi ofiary. Pozostawało jeszcze jedno kluczowe pytanie: Kiedy nastąpiła śmierć? Jeśli ktoś miał na nie odpowiedzieć, to właśnie Joanne, jedna z moich dwóch asystentek rozwiązujących tę sprawę. Zaledwie przed rokiem obroniła pracę magisterską z antropologii. Jej praca dotyczyła zmian, jakie zachodzą w kościach poddanych działaniu ognia. (...)

Badając wraz z Joanne spalone szczątki z podwórza Matta Rogersa, (...) ze zdumieniem stwierdziliśmy, że kości zamordowanej kobiety nie były odkształcone, a pęknięcia wcale się nie zakrzywiały. (...) Oboje doszliśmy do nieoczekiwanego, lecz logicznego wniosku: ciało uległo rozkładowi, nim zostało spalone. Jak jednak mogło rozłożyć się tak szybko i gdzie? Te pytania nie dawały mi spokoju.

Ciało znika szybko

Opisałem wyniki naszych badań i rozesłałem kopie raportu do agenta TBI Danielsa, śledczych z biura szeryfa oraz prokuratora okręgowego. Wkrótce też poznałem odpowiedź na dręczące mnie pytania. Dzień po aresztowaniu Matta Rogersa Daniels przyjął zeznanie od przyjaciela Matta i Patty Rogersów. Chris Walker, bo tak się nazywał ów przyjaciel, powiedział Danielsowi, że mniej więcej tydzień po zniknięciu Patty jechał samochodem Matta Rogersa. Samochód strasznie śmierdział, zeznawał Walker - cuchnął padliną. Kiedy spytał o ten zapach, Matt powiedział mu, że żółw Patty utknął w samochodzie i zdechł. Jak opowiadał Walker, fetor był tak straszliwy, że musiał wychylać się przez okno, by zaczerpnąć oddechu - aż dziw, że jeden mały żółw mógł do tego stopnia zasmrodzić samochód. Walker zeznał również, że kilka dni po tej cuchnącej przejażdżce widział, jak laweta wywozi samochód z miasteczka, w kierunku Knoxville. Gdy wrócił do domu, zadzwonił do kilku firm zajmujących się holowaniem pojazdów, lecz nie udało mu się odszukać auta Rogersa.

 

W świetle zeznań Walkera wyniki naszych badań wydawały się całkowicie uzasadnione i sensowne. Właśnie tego rodzaju pęknięcia spodziewałbym się zobaczyć na kościach, gdybym wiedział, że przez tydzień lub dwa tygodnie lipcowych upałów zwłoki leżały zamknięte w bagażniku samochodu. Przez większą część dnia temperatura w bagażniku ciemnego auta (to był niebieski buick regal) może sięgać dobrze ponad 40?C. Kilka dni takiego upału w znaczącym stopniu przyspieszyłoby rozkład, wypełniłoby też samochód straszliwym smrodem, o którym mówił Chris Walker. (...)

Ciało, które prawdopodobnie rozłożyło się w bagażniku - i które na pewno spłonęło na podwórzu - rzeczywiście należało do Patty Rogers. Kość, którą wysłaliśmy do badań genetycznych, zapewniła wystarczającą ilość materiału DNA do porównania z próbkami krwi rodziców Patty.

Na rozprawie wstępnej Matt nie przyznał się do zabicia swojej żony. Jednak przed właściwym procesem zapoznał się dokładnie z materiałami dowodowymi, które udało nam się zgromadzić. Opisywaliśmy w nim ranę postrzałową głowy, czas rozkładu zwłok, usunięcie kości twarzy i zębów oraz badania niemal kompletnego - nie licząc czaszki - szkieletu. Gdyby stanął przed sądem i został uznany za winnego, otrzymałby karę dożywocia bez możliwości zwolnienia warunkowego.

19 grudnia 1997, pięć miesięcy po tym, jak zebraliśmy kości Patty Rogers z beczki i podwórza jej domu, Matt Rogers przyznał się do zabójstwa drugiego stopnia. Został skazany na dwadzieścia pięć lat więzienia. (...) Matt odsiaduje wyrok w więzieniu i przypuszczam, że nie jest mu tam łatwo. Został osadzony w więzieniu stanowym Brushy Mountain State Penitentiary, ponurej kamiennej fortecy wzniesionej sto lat temu u podnóża złowrogiego urwiska. Brushy Mountain słynie z tego, że nie da się stamtąd uciec. Tylko jednemu więźniowi niemal się to udało - był to James Earl Ray, mężczyzna skazany za zabicie Martina Luthera Kinga - lecz gdy psy tropiące i strażnicy znaleźli go w zimnych nieprzystępnych górach otaczających Brushy, był im za to wdzięczny.

* Fragment książki "Trupia Farma. Sekrety legendarnego laboratorium sądowego, gdzie zmarli opowiadają swoje historie" w polskim przekładzie Janusza Ochaba

**Wszystkie śródtytuły pochodzą od redakcji

Książka dr Billa Bassa i Jona Jeffersona 'Trupia Farma...' w polskim przekładzie Janusza Ochaba ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. materiały prasowe)

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Dr Bill Bass. Antropolog sądowy i założyciel Ośrodka Antropologii Sądowej Uniwersytetu Tennessee znanego jako "trupia farma". Ceniony autorytet i znakomity wykładowca, który ma w swoim dorobku ponad dwieście publikacji naukowych. Kulisy swojej pracy zdradził w kultowej już książce "Trupia Farma".

Jon Jefferson. Amerykański dziennikarz i autor książek popularnonaukowych, który współpracował m.in. z "New York Timesem", "Newsweekiem" i "USA Today". Wspólnie z Billem Bassem napisał "Trupią Farmę" i wyprodukował dla National Geographic dwa filmy dokumentalne poświęcone działalności tego ośrodka.