Reportaż
Najłatwiej zatrudnić się sezonowo do zbiórki owoców (Fot. Rafał Ślifka / Agencja Wyborcza.pl)
Najłatwiej zatrudnić się sezonowo do zbiórki owoców (Fot. Rafał Ślifka / Agencja Wyborcza.pl)

Mieliśmy zbierać od szóstej rano, ale zaskoczył nas deszcz. Krzaki i owoce mokre. - Trzeba poczekać, aż przeschnie - komenderuje pani Marzena, właścicielka pola. - Z dwie godziny co najmniej .

Wszyscy miny mamy kwaśne. Nie po to zrywaliśmy się o świcie, by trzy godziny przesiedzieć w kanciapie. - Ja p...dolę, mogłam sobie jeszcze pospać! - komentuje 16-letnia Malwina.

Jesteśmy na polu borówki pod Sieradzem. Dzień wcześniej zadzwoniłem do właściciela z pytaniem, czy nie potrzebują pomocy. - Jasne, przyjeżdżaj pan. Szósta rano zaczynamy. Choćby od jutra - słyszę.

Zatrudniam się do zbioru owoców i warzyw. To w okolicy najpopularniejszy pomysł na wakacje.

200 złotych w tydzień

Siadamy w drewnianej kanciapie. Ja i kilkanaście dziewczyn z okolicznych wsi. Gimnazjum, liceum, podstawówka. Wstały o czwartej, żeby o 5.30 zacząć zbierać. Nie chce im się wracać do domów. Nie po to jechały rowerami pół godziny, żeby teraz pedałować z powrotem. Część układa się do snu na kanapach, część parzy herbatę lub kawę. Jest też pani Basia z córką. Skoro jest przerwa, to Basia ma do skończenia mycie okien. Wyskoczy i akurat wróci za półtorej godziny.

Sezonowi pracownicy zatrudniają się do zbierania warzyw i owoców (fot. Martyna Tonderys / Agencja Gazeta)

- Do mojego gimnazjum od września przechodzi dyrektorka z podstawówki. Masakra, wredna baba, nie wiem, jak z nią wytrzymam - zastanawia się Marta.

- Ktoś wie, co z Markiem? On wróci na te borówki? - pyta jej koleżanka.

- Marka już nie będzie. Przyjeżdżał pijany, no trochę niepoważnie. W końcu rzucił do właścicielki, że on już ma lepszą robotę. Na dachach - precyzuje Weronika.

- Ta, jasne. Te dachy to sobie wymyślił.

- Najlepiej by było na Zachód jechać. Tam nawet 12 euro za koszyk zarabiasz. To jest pieniądz! - dodaje Emilia, która rok temu zaczęła technikum.

Właścicielka pola krząta się wokół. Wyciąga łubianki, szykuje wagę. - Ktoś chce kawy? - dopytuje.

Na ławce przed kanciapą czekają Marcin i Tomek. Przyjechali rowerami z Sieradza. Wymieniają się doświadczeniami.

- Ogórki są ciężkie, bo liście pędów tną palce. Moja mama zbierała, to wiem. Trzeba mieć własne rękawiczki. Truskawki są nawet spoko. Jagody są najgorsze, trzeba się nisko schylać - opowiada Marcin.

- Najlepiej by było na budowie dorobić. Mam kumpla, co wchodzi na budowę i z miejsca dostaje pracę. Ma dniówki nawet po sto złotych. No, ale nie każdy ma takie szczęście - dodaje Tomek.

Po dziewiątej ruszamy. Każdy zajmuje alejkę z krzakami owoców. Pani Marzena wyjaśnia, jak zbierać: - Tylko czarne, dojrzałe. Zielonych i takich jeszcze trochę różowych proszę nie rwać.

Praca nie jest ciężka, ale żmudna. - Porzeczki zbiera się lepiej. Nie trzeba tak przebierać, tylko się rwie wszystko, jak leci - mówi Ania.

Studiuje informatykę na Politechnice Łódzkiej. Jej rodzice mają gospodarstwo. W wakacje pracuje z nimi. Nosi worki z ziemniakami. Rodzice nawet jej płacą 13 złotych za godzinę! Co prawda nanosi się tych ziemniaków, ale pieniądz jest dobry. Pozostałym pracownikom rodzice płacą mniej.

Teraz są żniwa, u rodziców nie ma zajęć. Tutaj trochę dorobi, nie będzie siedzieć w domu. Wakacje zawsze ma pracujące.

Kulisy zbiorów borówki wyjaśnia mi Ada, lat 17. Za jeden koszyczek dostanę tu 7 złotych. Każdy zbiera w swoim tempie.

Za jeden koszyczek uzbieranych borówek dostaje się 7 złotych (fot. Kuba Ociepa / Agencja Gazeta)

- Ja potrafię zerwać 5-6 koszyków dziennie. W tydzień zarobię 200 złotych. Zbieram na wyjazd nad morze - opowiada. - Trochę dalej dają o złotówkę więcej za koszyk, ale tam autobus nie dojeżdża.

Ada ma znajomych, którzy wyjechali na Islandię. Tym to się poszczęściło. Tu się zarabia maks 1400 złotych, tam - cztery tysiące.

Za mało w łubiance

Pani Basia, jak tylko wróciła z okien, rzuciła się do krzaków. Co chwilę donosi kolejne pełne koszyki. Dziennie robi po 10-11 łubianek. Tak co dzień, oprócz środy i piątku, bo wtedy myje okna i sprząta po okolicy. W przerwie zbierania podchodzi na fajkę.

Opowiada, że utrzymuje się tylko z takich prac. Robotę ma codziennie. I ma też wydatki. - Córka się buduje u teściów, dorabia osobne wejście. Ci teściowie tacy rozrywkowi. Co wakacje lecą za granicę. Tak to ludzie żyją! No, ale może to dobrze, tak pożyć trochę ?

Właścicielka plantacji borówek, pani Maria, nikogo nie pogania. Wszyscy zarabiają za ilość, a nie za tempo. Gdy donoszę pełny koszyk, komentuje: - O, w tej łubiance nawet więcej, niż trzeba było. W następnej możesz donieść mniej.

Pani Maria z synem sprzedają borówki na rynku. Ale głównie wysyłają je do dużego dostawcy, który owoce rozwozi po sklepach.

- Dziewczyny młode, do zbiorów raz przyjdą, raz nie przyjdą. Jak im się chce. Trochę dorobią, pośmieją się, nie są nauczone do pracy. Chłopaki jeszcze gorsi do rwania. Najlepsze są panie takie jak Basia, albo takie, co na urlopie przyjdą dorobić. Szybciutko rwą, dokładnie, krzak za krzakiem. Borówka odradza się po chwili, cały czas jest robota, od połowy lipca do połowy września - opowiada.

Kiedyś płaciła za godzinę, ale niektóre dziewczyny protestowały. - Bo przynosiły dużo koszyków, a te, co nic nie robiły, zarabiały tyle samo. Dlatego trzeba było wprowadzić płacenie za koszyki - tłumaczy.

Wracam na pole. Obok mnie borówki zbiera Marta, lat pięćdziesiąt. Przyszła razem z córką. Dojeżdżają pięć kilometrów rowerem.

Marta raz jest na borówkach, a raz na kapuście. To dużo cięższa praca, trzeba się nanosić. Przy kapuście plecy bolą tak, że Marta cały czas jedzie na tabletkach. A płacą 10 złotych za godzinę. Niby dobrze, ale jednak mało jak na taką robotę.

Sezonowi pracownicy zbierają owoce i warzywa, które kupujemy na straganach (fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

Córka: - Ja robię połowę wolniej od mamy. Ona potrafi dwa koszyki borówek w godzinę zebrać. To 14 złotych - dobry pieniądz!

Marta: - Generalnie nie ma pracy w Sieradzu. Latem są borówka i kapusta, zimą tylko się siedzi w domu. Gdyby była inna praca, tobyśmy tu z córką nie przychodziły.

Na plantację podjeżdżają dwie kobiety i mężczyzna po pięćdziesiątce. Łapią za łubianki i ruszają w pole.

Marian od rana robi w handlu. Jego żona pracuje w piekarni, więc zbierać mogą tylko po południu.

- Co tu się zarobi? Na piwo i lody. Ale lepsze to niż zbieranie jagód. Tutaj praca lekka, akurat na popołudnie.

Jola, bratowa Mariana, wcześniej zbierała wiśnie. Dostawała 50 groszy za kilogram.

- Dziadostwo - ocenia. - Wiem, bo mam córkę w Grodzisku. Tam płacą nawet 2,50 zł za kilogram! Niedługo zacznie się sezon na jabłka, będzie można dorobić. Mąż jeszcze na jabłka jeździ do Niemiec, z tego mamy pieniądze.

Zimą Jola z mężem szyją w domu bluzy z polaru. Sprzedają je na rynku. Ale to już nie to samo, co dziesięć lat temu. Ludzie ubierają się teraz w galeriach handlowych. - Strasznie słabo nam idzie. Chyba zamkniemy ten biznes.

Na zbieraniu owoców w Niemczech zarabia się więcej niż w Polsce (fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta)

Kończę pracę koło piętnastej. Zebrałem pięć łubianek. W teorii to 35 złotych. Ale pani Maria kręci nosem.

- W łubiance powinno być 3,2 kilograma. Nie zapłacę siedmiu złotych, jak będzie mniej. I do tego pan ma dużo takich zielonych. A to muszą być duże, dojrzałe borówki.

Dostaję 31 złotych. Pani Maria wypłaca mi kasę do ręki - tak samo jak wszystkim innym. Nie podpisujemy żadnej umowy.

Wracając do domu, podjeżdżam na rynek. 250-gramowe pudełko borówek kosztuje tu siedem złotych.

Dzwonimy o piątej

Znajduję ogłoszenie o pracy przy zrywaniu ogórków. Właściciel plantacji zaprasza na jutro na godzinę szóstą rano.

Punktualnie stawiam się przed piętrowym domem. Obok zaparkowany ciągnik, za nim rozciągają się pola ogórków, ziemniaków, kapusty. Czeka już małżeństwo właścicieli i ośmiu pracowników.

Każdy dostaje rękawiczki, wiklinowy kosz i swoją grządkę. Podnoszę liście, szukam dojrzałych ogórków pod liśćmi, odrywam je i wrzucam do kosza. Na początku wydaje się to proste. Ale z każdą godziną coraz bardziej bolą kręgosłup i nogi.

Pełny kosz ogórków zanoszę na przyczepkę traktora. Tam Marcin, właściciel,  przesypuje je do worków. Częstuje wodą z baniaka. Jest chwila na odpoczynek.

- Ostatnio w jeden dzień zebraliśmy 830 kilo - wyjaśnia. - Zbieramy dwa, trzy razy w tygodniu. Zwykle dzwonimy po pracowników w ostatniej chwili, ale tak musi być - wyjaśnia przepraszająco. - Jeśli noce są zimne, ogórki nie urosną. Ale jak jest ciepło, dojrzewają w trzy dni i trzeba je szybko zebrać. Dlatego czasami dzwonimy do ludzi o piątej rano, że jest robota i mogą przyjeżdżać. Rąk do pracy nam nie brakuje.

Marcin z żoną sprzedają towar w Łodzi na giełdzie warzywnej. Mają zaprzyjaźnione małżeństwo, które kupuje od nich ogórki na przetwory. Ale giełda to zawsze ryzyko. - Czasami podjadę rano, o piątej, i tylko ja będę miał ogórki. Wtedy zejdą mi wszystkie. A kiedy indziej będzie nas stało kilku i wtedy nawet połowy nie sprzedam.

Innych miejsc niż giełda do sprzedaży nie ma. - W Sieradzu jest jeszcze rynek, ale tam wiele nie sprzedam. A dwa mniejsze bazarki zaraz zlikwidują. Na jednym stanie McDonald's, na drugim galeria handlowa - tłumaczy.

Robotnicy sezonowi z Polski pracują też na plantacjach winorośli w Niemczech (fot. Marcin Olejniczak / Agencja Gazeta)

Umowa? Rzadko kiedy

Ogórki zbieramy w równym tempie. Młodzież z liceum dyskutuje o ulubionych odcinkach Dragon Balla. Właścicielka ich upomina. - Gadacie, a nie pracujecie. A tu się liczy tempo!

Panie po pięćdziesiątce rozmawiają o komunii wnucząt i lokalnym proboszczu.

- Za pogrzeb bierze 1900 złotych. A mimo to z ambony na każdej mszy przypomina: "Zbieramy na nowe ławki, czy parafianie pamiętają? Sam ich nie kupię".

20-letni Kuba idzie przez grządkę jak błyskawica. Ogórki zbiera dwa razy szybciej od innych. Potem bierze się za drugi rządek.

Na co dzień jest pomocnikiem tynkarza. Ma 10 złotych na godzinę. Ciężka robota. Dźwiga worki przez 12 godzin, w upale. - U nas wszyscy płacą dziesięć złotych za godzinę. Maksymalnie. Umowa? Rzadko kiedy - tłumaczy.

Kuba siedział też w Anglii. W fabryce składał kartony za 6 funtów na godzinę. To tam najniższa krajowa. Wyzysk człowieka! A wokół pełno brudasów, czarnych, muslimów. Nie wiadomo, kiedy się taki wysadzi. Dlatego Kuba wrócił do Polski.

Jego tata na stałe siedzi w Anglii. Mama wychowuje młodszą siostrę. Druga siostra ma 18 lat i jest na macierzyńskim. Kuba na razie nie planuje wyjeżdżać z Sieradza.

- Miasto coraz ładniejsze, ale ludzie poj***ni. Fajniejsi kumple wyjechali do Wrocławia czy do Łodzi. Zostali sami przećpani po dopalaczach - tłumaczy.

On zawsze znajdzie jakąś robotę. Ostatnio miał nawet fajną propozycję, niestety wyjazdową, więc podziękował. Musi w domu opiekować się siostrą, no i nie przerwie treningów. Teraz robi masę. Ćwiczy co drugi dzień. W domu zrobił małą siłownię. Co miesiąc na białko wydaje 150 złotych.

- Ta robota przy ogórkach jest dobra, tylko kręgosłup boli. Ostatnio po zbieraniu poćwiczyłem jeszcze nogi i wtedy już mnie wszystko bolało. Ale ten rolnik ma jeszcze kapustę, ziemniaki. Roboty na dwa miesiące, więc warto z nim trzymać - przekonuje.

Kończymy dwadzieścia minut po dziesiątej. Marcin jest zadowolony. Każdemu daje czterdzieści złotych - po dziesięć za godzinę. Nikt niczego nie podpisuje, nie pyta o umowę.

Właściciele plantacji ogórków bez problemu znajdują chętnych do zbiorów (fot. Jędrzej Wojnar / Agencja Gazeta)

Marcin podchodzi do mnie: - Dobrze ci poszło. Przedzwonię w niedzielę, dam znać, czy będzie robota.

Wszyscy wsiadają na rowery. Kolejna zbiórka za dwa dni, jak dobrze pójdzie. Trzeba korzystać, póki trwa sezon.

Bartosz Józefiak. Mieszka w Łodzi. Pracował w gazetach lokalnych w Łodzi, Wrocławiu i Pabianicach, współpracował z "Dużym Formatem" i "Tygodnikiem Powszechnym". Jest absolwentem Polskiej Szkoły Reportażu i swoją przyszłość wiąże właśnie z reportażem.