To był dzień jak co dzień: zarabiał na życie, grając w Counter Strike'a - typową strzelankę, w której walczy się z postaciami antyterrorystów. Przez portal Twitch jego rozgrywkę oglądały tysiące fanów. Życzliwi mogli wpłacać dotacje w dolarach, jeśli jego gra im się podobała. Za każdą wpłatę dziękował po swojemu: "Thank you, my friend. You go to heaven, my friend".
Jeden z internautów przesłał mu 1 dolara i wiadomość po angielsku: "Mam nadzieję, że twoja żona i dziecko umrą na raka". "I wanna cry, my friend" - odpowiedział swoją łamaną angielszczyzną. "Chce mi się płakać. Opuszczę głowę i będę płakał". Przeżegnał się przed kamerą, uniósł wzrok i dodał: "Żona i dziecko to wszystko, co mam. Boże, nie opuszczaj tego złego człowieka".
Ktoś w komentarzu napisał: "Jeśli Pasha byłby idolem dla wszystkich ludzi, nasz świat stałby się rajem".
O najlepszych polskich gamerach Mariusz Sepioło mówił też w "Weekendowym Poranku Radia TOK FM" .
Mistrz świata strzelanki
Jarosław Jarząbkowski, vel. PashaBiceps. Od kilku lat jest twarzą e-sportu - dziedziny, która rozwija się błyskawicznie. Według magazynu "Forbes" zyski z e-sportu w Polsce w 2016 r. wyniosły nieco ponad 10 mln dol. Z raportu firm PayPal i SuperData wynika, że w przyszłym roku kwota ta powinna wzrosnąć o kolejne 1,5 mln dol. Firma Electronic Sports League (ESL) - to dalej informacje "Forbesa" - podaje, że wartość tego rynku w 2016 r. wynosiła w Polsce 40 mln zł, a w 2018 ma wzrosnąć do 52 mln zł. Krajowy rynek rośnie w tempie ok. 30 proc. rocznie. Może dlatego, że do wygrywania nie trzeba mieć za sobą sztabu trenerów i drogiego sprzętu. Wystarczy komputer, kamerka i talent.
"Pasha" - jak mówią o nim "w branży" - jest przykładem człowieka, który dzięki talentowi i ogromnemu uporowi stał się gwiazdą e-sportu. Jak zaczynał? Spędzał długie godziny na grze w Counter Strike'a. Próbował udowodnić światu, że dla niego gra nie jest tylko rozrywką, ale może być stylem życia i sposobem na zarabianie. W końcu stanął przed dylematem: normalna praca czy szlifowanie umiejętności w grze komputerowej. Wybrał to drugie. W 2011 r. wraz z drużyną ESC Gaming, skupiającą innych graczy, został mistrzem świata w Counter Strike'u.
Jarząbkowski zaprzecza wizerunkowi typowego gracza - mizernego nastolatka, który dniami i nocami nie odchodzi od monitora. "Pasha" codziennie trenuje na siłowni - jako nastolatek grał w piłkę nożną i długo wierzył, że zostanie piłkarzem. Jeszcze przed 20. urodzinami założył rodzinę. Z wpłat od internautów, którzy oglądali jego grę, zarabiał najpierw 70 dolarów miesięcznie. I zapewniał żonę, że już niedługo z profesjonalnego grania będzie można się utrzymać. W 2010 r. grał w drużynach amatorskich, a już rok później wygrał turniej World Cup Cyber Games. Według danych portalu Esportearnings.com tylko w 2015 r. w różnych turniejach oraz z wpłat fanów (takich przelewów można dokonywać np. w trakcie streamingu danego gracza) zarobił 100 tys. dolarów.
Swoje zmagania w CS transmitował na portalach społecznościowych. W ten sposób zdobył światową popularność i załapał się do drużyny, która wygrała turniej. Dziś nastolatki z całego świata zazdroszczą mu życia, które prowadzi, grając w popularną strzelankę. Ale też widzą w nim autorytet. "Pasha" otwarcie mówi o wierze w Boga i tradycyjnych wartościach.
Jarząbkowski to rocznik 1988. Dziś na scenie e-sportowej królują jeszcze młodsi gracze z Polski. U nas szerzej nieznani, za granicą na turniejach przyciągają tłumy widzów. Ich turnieje, czyli rozgrywki, w których biorą udział całe drużyny graczy, relacjonują profesjonalni sportowi komentatorzy. Ich transfery z jednego klubu do drugiego w świecie gamingu stają się wiadomościami dnia.
Skąd się wzięli polscy e-sportowcy?
Początki z pegasusem
Artur "Nerchio" Bloch to drobny 25-latek w okularach. Pochodzi z Bydgoszczy, tam zaczynał przygodę z grami, na początku w amatorskiej drużynie. Dziś jest zawodnikiem profesjonalnej niemieckiej drużyny e-sportowej. Specjalizuje się w Starcrafcie II, grze strategicznej z elementami zręcznościówki, osadzonej w świecie po wielkiej, wyniszczającej wojnie.
"Nerchio" swoich pierwszych gier na pececie specjalnie nie pamięta. Widzi za to siebie jako kilkulatka, który przesiaduje przed ekranem telewizora z joystickiem w ręku.
Zaczynał od pegasusa. Konsola do gier wideo, niezwykle popularna w Polsce lat 90., została tu przywieziona z Japonii przez biznesmenów Dariusza Wojdygę i Marka Jutkiewicza. Miliony polskich dzieci i nastolatków spędzało godziny, grając w popularne zręcznościowe gry, jak Super Mario Bros czy Złota Piątka.
W 2002 r. Artur miał dziesięć lat. Dostał pierwszy komputer. Terminu "e-sport" Polska wtedy jeszcze nie znała. - O profesjonalnym podejściu do gier nie było mowy, więc rodzicom nie do końca podobało się moje granie - mówi "Nerchio". - Z drugiej strony, nie byłem typem nastolatka, który poza komputerem nie robi nic. Byłem raczej rozsądny, dobrze się uczyłem.
Arturowi od początku podobały się gry firmy Blizzard. Miały w sobie opowieść, fabułę, charakterystyczny klimat. Gracz przenosił się sprzed swojego komputera w bloku z wielkiej płyty do świata science fiction, w którym wszystko jest możliwe. Tu toczyła się rozgrywka o sprawy najważniejsze, takie jak panowanie nad światem. Gra strategiczna wymagała nie tylko szybkiego klikania w przyciski, ale przede wszystkim logicznego myślenia, przewidywania ruchów przeciwnika.
- W Starcrafcie zafascynowało mnie to - mówi "Nerchio" - że zawsze jest w nim coś do poprawienia. Nikt w tej grze nie jest doskonały. Chodzi o doskonalenie samego siebie i swoich umiejętności. Poza tym zawsze lubiłem rywalizację, chciałem być dobry w tym, czym się zajmuję. Więc jeśli zajmowałem się Starcraftem, lubiłem być w nim najlepszy.
W Starcrafta II od sześciu lat gra, jak mówi, na wysokim poziomie. To wtedy zaczął brać udział w turniejach. - Czego cię to nauczyło? - pytam. - Bardzo wiele o mnie samym i o świecie - mówi. - Dużo jeżdżę na zawody, praktycznie dookoła świata. Zanim zacząłem grać na poważnie, byłem nieśmiały. Bałem się występów przed publicznością. Teraz jestem pewny siebie, umiem sobie radzić ze stresującymi sytuacjami. Poza tym e-sport uczy samodyscypliny. Wiem, ile pracy trzeba włożyć, żeby coś osiągnąć.
Sześć lat temu nawet się nie spodziewał, jak potoczy się jego życie. Wtedy, w 2011 r., polscy e-sportowcy zostali sklasyfikowani w pierwszej dziesiątce w rankingu państw. Jak zgodnie twierdzą branżowe portale, m.in. za sprawą Artura "Nerchio" Blocha.
Dziś "Nerchio" gra już w pełni zawodowo. Zdobył wprawdzie wykształcenie, ale nigdy nie zastanawiał się: praca albo gra. - Ponad rok temu skończyłem studia inżynierskie - mówi. - Od tego czasu traktuję granie jak swoją pracę. Zdałem sobie z tego sprawę dużo wcześniej, ale wtedy e-sport nie był jeszcze tak rozwinięty.
Polska gamingową potęgą
Wśród polskich e-sportowców aż 53 w swojej karierze wygrało więcej niż 10 tys. dolarów (dane za portalem Cybersport.pl). Większość w Counter Strike i Starcraft II. Część zarabia takie pieniądze podczas jednej gry, inni - w trakcie całej kariery.
A zaczynało się niewinnie. W latach 80., od prymitywnych gier wideo, takich jak Pac-Man czy Donkey Kong. Prawdziwe początki e-sportu wyznacza jednak pojawienie się internetu, który we wczesnych latach 90. pozwolił połączyć siły zawodników w trybie gry wieloosobowej. Pojedynczy gracze z różnych części świata, nie ruszając się sprzed monitora, mogli organizować się w zespoły albo rywalizować między sobą.
Prawdziwą rewolucję przyniósł XXI wiek. Wieloosobowe gry miały coraz lepszą grafikę i pozwalały się komunikować - na początku tekstowo, potem za pomocą kamery i mikrofonu. Na przełomie XX i XXI wieku dzieciaki z polskich osiedli zaludniały kafejki internetowe i przekrzykiwały się, grając w Counter Strike'a. Tak zaczynał m.in. jeden z pierwszych polskich gamerów, "Taz", który może się pochwalić nie tylko dość długim stażem (profesjonalnie gra od 2004 r.), ale także zarobkami. Na liście Esportearnings.com zajmuje pierwsze miejsce w Polsce z 600 tys. dolarów zarobionymi w całej karierze.
Wiele możliwości daje e-sportowi serwis YouTube. Gracze zamieszczają w nim relacje wideo - nieraz trwające kilka godzin - ze swoich rozgrywek, które jednocześnie komentują. Właśnie dzięki takim transmisjom (streamingom) narodziła się popularność m.in. Jarosława Jarząbkowskiego czy uznawanego za najpopularniejszego gamera na świecie Szweda Felixa Kjellberga (vel. PewDiePie).
Moment przełomowy dla polskiego e-sportu to rok 2002, kiedy Artur "Blackman" Michalak zdobył trzecie miejsce na mistrzostwach świata w Starcrafcie. Już dwa lata później w międzynarodowych turniejach zaczęli startować Filip "Neo" Kubski i Wiktor "Taz" Wojtas, a po kolejnych czterech latach Polska została włączona do pierwszej dziesiątki najlepszych państw w gamingu. Z wyjątkiem jednego sezonu nie opuściła tego grona do dziś.
Starcraft prawie jak szachy
Grzegorz "Mana" Komincz ma 23 lata i kilkanaście międzynarodowych sukcesów. W 2014 r. zwyciężył w turnieju o tytuł najlepszego zawodnika w Europie. Gra dla holenderskiej drużyny z 16-letnią tradycją. Tak się zresztą składa, że jednym z jego rywali w Starcrafcie jest Artur "Nerchio" Bloch.
- Kiedy razem z bratem dowiedzieliśmy się, że w Korei Południowej istnieją profesjonalne ligi w Starcrafcie , zastanawialiśmy się, czy kiedyś też będziemy tak dobrzy jak oni. Granie pochłaniało nam wtedy większość czasu - opowiada.
Pierwszy komputer, który miał w domu: Commodore 64. - Mój tata lubił w tamtych czasach nowinki techniczne - mówi Grzegorz. - Kupowaliśmy wszelkie dostępne gazety komputerowe, z grami w środku. Miałem chyba sześć lat, kiedy pierwszy raz zetknąłem się ze Starcraftem, jeszcze w wersji demo.
Grzegorz ma dwóch starszych braci. Przy komputerze lubi też siedzieć ich tata, więc trudno było rozdzielić jedno stanowisko na czterech. - Dość wcześnie dostaliśmy jeden komputer tylko dla naszego użytku - opowiada Komincz. - Przewijały się w nim różne gry, głównie strategiczne, m.in. Age of Empires, Red Alert, Command and Conquer, Polanie, Tiberian Sun, Warcraft I, II, III, Dune 2000 i oczywiście Starcraft.
W 2010 r. Komincz podpisał swój pierwszy kontrakt z drużyną. - Wcześniej dużo czasu spędzałem na treningach, już w 2007 roku jako czternastolatek brałem udział w finałach mistrzostw Polski, gdzie dostało się jedynie ośmiu graczy - mówi. - Ale to w 2010 roku całą grupą zawarliśmy umowę z firmą Mousesports i powoli przechodziliśmy ze Starcrafta Brood War na Starcrafta 2. Wtedy zaczynałem myśleć, by wiązać z tym swoją przyszłość. E-sport i Starcraft bardzo prędko się już wtedy rozwijały.
- Czy kiedy przechodzi się na zawodowstwo, granie przestaje być przyjemnością? - pytam.
- Gra wcale nie przestała mnie bawić - twierdzi Grzegorz Komincz. - Rywalizacja, podróże i robienie tego, co się kocha - tego właśnie chcę od życia.
- Co trzeba mieć, żeby to osiągnąć?
- Wszystko zależy od zaangażowania i czasu poświęconego na treningi. Gra na najwyższym poziomie zdecydowanie wymaga dyscypliny, szybkiego podejmowania poprawnych decyzji. Ale też ogromnej wiedzy na temat gry. Starcrafta bardzo często porównuje się do szachów.
Zarobki w dolarach
Rzadko bywają w domu. Często są w samolotach, hotelach i na turniejach. Te polegają na długich godzinach wpatrywania się w ekran. Gra wymaga więc nie tylko logicznego myślenia, ale też zdrowego ciała, fizycznej wytrzymałości.
Jak wygląda typowy dzień e-sportowca w Polsce, opowiada Grzegorz "Mana" Komincz:
- Większość czasu spędzam na samej grze, doskonaleniu taktyk i obserwowaniu, w jaki sposób działają przeciwnicy - mówi. - Oglądam też streamy graczy albo relacje z turniejów. Próbuję podłapać jakiś pomysł, który mógłbym wykorzystać. Jeżeli w danym dniu odbywa się turniej online, to zazwyczaj biorę w nim udział. Dlaczego? Bo w grach turniejowych można zarobić parę groszy za zwycięstwo. W ten sposób też najszybciej można zauważyć, jakie robi się błędy.
Presja, jak twierdzą sami gracze, jest w tej dyscyplinie ogromna. Tym większa, im większe pieniądze. Sam trening to czasem 8 do 12 godzin dziennie. A potem długi, męczący i przede wszystkim stresujący turniej. Dlatego wielu graczy na świecie przechodzi na sportową emeryturę przed trzydziestką.
Jarosław Jarząbkowski w wywiadzie dla Polsat News przyznał, że w swój sukces włożył dużo ciężkiej pracy. Dziś trenuje po 6-7 godzin dziennie od niedzieli do piątku. Grał nawet wtedy, kiedy jego żona zaczęła rodzić.
Gracze nie mogliby funkcjonować w ten sposób, gdyby nie pomoc klubów, które zapewniają im całą infrastrukturę, logistykę, dbają o to, żeby zawodnicy nie musieli martwić się o podstawowe rzeczy.
Szanująca się drużyna, do której należy e-sportowiec, sponsoruje wyjazdy na turnieje, przeloty, hotele, jedzenie. Taki wyjazd dla gracza jest praktycznie darmowy. - Całkowitą podstawą dla dużych drużyn jest zapewnienie sprzętu do grania, tj. myszki, klawiatury, słuchawek, podkładki. Wszystkie te rzeczy otrzymujemy od naszych sponsorów - tłumaczy Grzegorz Komincz. - Drużyna Team Liquid ma również do zaoferowania tzw. boot campy, czyli obozy treningowe przed dużymi turniejami. Gracze z danej drużyny zbierają się w jednym miejscu i zamiast ćwiczyć samodzielnie, trenują razem w tym samym pomieszczeniu. Na bieżąco wymieniamy się wtedy spostrzeżeniami. Byłem dotąd na dwóch bootcampach. W otoczeniu innych gamerów nauka idzie o wiele sprawniej. Czasami trzeba innego punktu widzenia.
Zwycięstwa w międzynarodowych turniejach przynoszą spore pieniądze. Nagrody fundowane są przez prywatnych sponsorów, głównie producentów gier i sprzętu, którzy na popularności e-sportowców zbijają poważny kapitał. Do dziś - jak szacuje portal Cybersport.pl - drużyna Jarosława "Pashy" Jarząbowskiego Virtus.pro zdobyła na turniejach ponad 1,8 miliona dolarów. Jednak zarobki turniejowe są tylko częścią wszystkich przychodów najlepszych graczy. "PewDiePie" zarabia nie tylko na kontraktach ze sponsorami, ale i na streamingach publikowanych na YouTube i zawierających reklamy. Według portalu Wynagrodzenia.pl gracz i youtuber w jednym zarobił dotychczas 12 milionów dolarów.
Pod tym względem Polacy również są w światowej czołówce. W pierwszej setce rankingu portalu Esportearnings.com za 2016 r. znalazło się pięciu: Filip "Neo" Kubski (76. miejsce), Wiktor "Taz" Wojtas (78.), Jarosław "Pasha" Jarząbkowski, (79.), Paweł "Byali" Bieliński (80.) i Janusz "Snax" Pogorzelski (81.). Każdy tylko w tym jednym roku zarobił od 185 do 190 tys. dolarów.
Ani Artur Bloch, ani Grzegorz Komincz o zarobkach nie rozmawiają. Ten ostatni dodaje: Zainteresowani łatwo takie informacje znajdą. Według portalu Teamliquid.net Komincz za zajęcie jednego z pierwszych trzech miejsc w danym turnieju zarabia od kilkuset do kilku tysięcy dolarów. W 2012 r. zarobił jak dotąd najwięcej. Za zwycięstwo w turnieju Electronic Sport Worldcup otrzymał 20 tys. dolarów.
Mimo że Polacy należą w e-sporcie do światowej czołówki, w Polsce nie istnieje ani jedna organizacja skupiająca profesjonalnych graczy.
Mariusz Sepioło. R eporter. Urodził się w Płocku, skończył politologię i dziennikarstwo na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Na jego pierwszą książkę "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne) składa się kilkanaście rozmów z byłymi i obecnymi więźniami. Można się z nim skontaktować przez stronę internetową www.mariuszsepiolo.com .