U zbiegu ulic Nienackiego i Królewny Śnieżki nastrojów rewolucyjnych jakoś nie widać. Przykładowo taka Śnieżka - żartują ojcowie pchający dziecięce wózki - jako produkt kultury obcej, siłą narzucony polskim dzieciom, również powinna zostać dokładnie zlustrowana. - Jestem rocznik 80 - mówi Dawid, ojciec Antosia. - "Pan Samochodzik" to była moja ulubiona książka. Ale dziś w Olsztynie można się spodziewać wszystkiego. Podobno Nienacki pisał też erotyki, to może za te gołe babki chcą tę jego ulicę zlikwidować?
Na placu Dunikowskiego nastrój robi się podniosły. Starsza pani, emerytowana nauczycielka, z niedowierzaniem kręci głową: - Ale żeby więźnia Auschwitz, żołnierza rotmistrza Pileckiego, w taki sposób oczerniać? Czy ci ludzie już do końca poszaleli? Xawery Dunikowski, taki wielki artysta!
Mimo sprzeciwu mieszkańców fala zmian idzie przez Olsztyn. Zaczyna się w centrali. Parlamentarzyści uchwalają prawo, według którego do 2 września samorządy powinny zmienić tych patronów i te nazwy ulic czy placów, które nawiązują do czasów Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Miejscy urzędnicy w Olsztynie wysyłają do IPN-u listę wszystkich 571 nazw ulic, by to historycy ocenili, które powinny zniknąć. Ale IPN sugeruje urzędnikom, żeby listę zawęzić.
Radni PiS się niecierpliwią, tłumaczą dziennikarzom, że trzeba się spieszyć, bo wrzesień za pasem, a zmian jak nie było, tak nie ma. Spis robią więc samodzielnie. - Listę przygotował wydział geodezji i brał pod uwagę wszystkie nazwy mogące potencjalnie wywoływać wątpliwości - wyjaśnia w olsztyńskiej "Gazecie Wyborczej" Patryk Pulikowski z biura prasowego ratusza. - Lepiej, żeby na obecnym etapie było ich trochę więcej niż za mało. Teraz będą zajmowali się nimi radni z komisji gospodarki komunalnej.
Na liście jest 118 nazw ulic i placów. Wśród nazwisk "wywołujących wątpliwości" są m.in.: Jacek Kuroń, Marek Kotański, Zbigniew Nienacki, Xawery Dunikowski, Andrzej Wakar, Maria Zientara-Malewska (poetka, działaczka warmińska - przyp. red.), Wincenty Witos czy Janusz Korczak.
O Kuroniu nikt nie pamięta
Plan jest taki: z placu Dunikowskiego na ul. Witosa zawiezie mnie Jerzy - rocznik 1952, zawodowy kierowca, na taksówce od dziesięciu lat, komuna kojarzy mu się z czasami młodości. Z powrotem, z Witosa na Dunikowskiego, zabierze mnie Tomasz - rocznik 1980, były przedsiębiorca, na taksówce od pięciu lat, do komuny ma stosunek neutralny.
- Jako dzieciak w krótkich majtkach latałem w pochodach 1 maja - mówi Jerzy i wrzuca kierunkowskaz. - Nie wyobrażałem sobie, żeby nie latać. Niech pan pomyśli, że wszyscy pana koledzy z podwórka idą grać w piłkę, a pan się obraża na cały świat i z nimi nie idzie. Od razu by pan wypadł z paczki. Więc chodziło się w tych pochodach, bo takie były czasy. Nie rozumiem polityków, którzy chcą historię gumkować. Moim zdaniem powinno być przeciwnie: powinno powstać, za publiczne pieniądze, wielkie muzeum PRL-u, żeby każdy na wieki zapamiętał, jak to wyglądało, i czym to się skończyło.
Jerzy za komuną nie tęskni. Na pochodach nie krzyczy "wróć komuno!", bo też dzisiaj w pochodach nie chodzi. Nie musi. Żyje i pracuje dla rodziny (żona w domu, dzieci po studiach, nie mieszkają w Olsztynie). Ale wkurza go, kiedy politycy są nadgorliwi i robią coś, zanim pomyślą. - Chyba rozumiem, skąd na takiej liście wziął się Jacek Kuroń - mówi Jerzy, czekając na zielone światło. - Schemat myślenia był taki: facet w młodości wierzył w komunizm. Więcej: on ten komunizm jako młody chłopak budował. Co z tego, że potem mu przeszło? Że zrobił więcej tą swoją zupą niż wszyscy ministrowie razem wzięci? To się dzisiaj, proszę pana, nie liczy. Dzisiaj jest ważne, czy miałeś legitymację, czy nie.
- Kotański? Chyba żartujesz? - dziwi się Tomasz. - Ja już parę lat temu straciłem wiarę w polityków. Pamiętam, jak w 2005 roku SLD dostawał po łapach od PiS-u i PO. Siedziałem przed telewizorem i czekałem, aż prawica się dogada i w końcu będzie inaczej. Jak już się pokłócili, to upewniłem się, że oni potrafią się tylko żreć.
Tomek przekonuje, że cała historia z dekomunizacją to sprawa polityczna. - Chodzi o to, żeby w następnych wyborach dziadek z babcią poszli i zagłosowali na radnego, który "zdekomunizował ulice". A że chodziło o ulicę Kuronia? O tym już nikt nie będzie pamiętał. Wiesz dlaczego? Bo dzisiaj i tak nikt o Kuroniu nie pamięta.
Ulica imienia Macierewicza
Jarosław Babalski jest radnym Prawa i Sprawiedliwości. Należy też do Komisji Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska. Gdy pytam go o dekomunizację ulic, mówi: - To, delikatnie mówiąc, niepotrzebne działanie.
Babalski przyznaje, że analizuje udostępnione uchwały, ale jak to określił, nie będzie toczył bitwy. Powołuje się na argument, który wśród olsztyńskich polityków powtarzany jest często: kształt listy wynika z tego, że nazwy ulic były nadawane w "mglistych okolicznościach". I dlatego należy im się przyjrzeć.
- Urząd miasta wystąpił do archiwum państwowego o udostępnienie 118 uchwał dotyczących nadania nazw ulicom w Olsztynie. Wśród nich są też uchwały o nadaniu nazw ulic za poprzedniej kadencji samorządu - tłumaczy Tomasz Głażewski, dawniej radny PO, dziś z Nowoczesnej. - No cóż, stało się. Ale nie doszukujmy się czyjejś złej woli.
Głażewski zapomina jednak, że w 2012 r. przeciw nadaniu ulicy imienia Jacka Kuronia protestowała właśnie olsztyńska prawica. Radny Nowoczesnej uważa jednak, że mimo kontrowersji proces "przyglądania" się uchwałom trzeba dokończyć. - Takie są zapisy w ustawie - twierdzi. - Jeśli nie zrobimy tego my, to zajmie się tym wojewoda. I w przypadku "niezgodności" z ustawą nada nazwy "zgodne". Jakie? Takie, które uzna za stosowne.
Jeden z radnych z Olsztyna prawie krzyczy przez telefon: - Czy pan wie, kto rządzi w województwie warmińsko-mazurskim? Działacz PiS, który ma 43 lata i zrobi wiele, żeby się wykazać. Swoją nominację odbierał z rąk premier Szydło. Jeśli więc my, radni, nie przeprowadzimy tej sprawy sami, to za chwilę zamiast ul. Kuronia możemy mieć ul. Antoniego Macierewicza.
- Twórzmy historię, nie zamazujmy jej - mówi Krzysztof Kacprzycki, radny SLD. I radzi, by podchodzić do tego procesu z dużą rozwagą. - Czerwonoarmiści mocno to miasto swoją obecnością doświadczyli. Z jednej strony wyzwolili przymusowych pracowników, z drugiej - palili, plądrowali i gwałcili. Ale władze miasta wykazały się ogromną mądrością: ulicę 22 Stycznia ustanowiły na cześć wyzwolenia miasta z wielowiekowej okupacji [22 stycznia 1945 roku armia radziecka zajęła Olsztyn, wypierając z miasta Niemców - przyp. red.].
Według historyków o tym, czy dana nazwa ulicy może zostać, powinny decydować intencje przy jej nadawaniu. - Przy takich nazwach jak 22 Stycznia, Partyzantów czy Wyzwolenia, kwestia uzasadnienia jest kluczowa - wyjaśniała w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" Renata Gieszczyńska z IPN. - Jeżeli ul. Wyzwolenia miała upamiętniać wkroczenie Armii Czerwonej do Olsztyna, to powinna być zmieniona .
Lekcja wymazywania
Pani Wanda mieszka przy Korczaka. To krótka, zaciszna ulica niedaleko centrum Olsztyna. Mieści się tu m.in. Dom Dziecka. Pani Wanda nie rozumie, skąd na liście wzięło się nazwisko polskiego bohatera - tak nazywa patrona swojej ulicy.
Pani Wanda pochodzi z Elbląga. Do Olsztyna przyjechała za pracą. Przez całe życie uczyła języka polskiego. - Wie pan, mnie przeraża jedno: skąd się w dzisiejszych ludziach bierze takie czarno-białe myślenie - mówi. Siedzimy w kuchni w jej mieszkaniu i wyglądamy przez okno. Życie przy ul. Korczaka toczy się powoli, po staremu.
- Zastanawiam się, skąd w ludziach, i to młodych, potrzeba, żeby kogoś na siłę klasyfikować - dodaje emerytka. - Żeby porządkować: tego do tej szuflady, a tego do tamtej. Kto nie z nami, ten przeciwko nam. Zawsze uważałam, że złożona historia jest ciekawsza niż ta według określonej "linii" .
Pani Wanda domyśla się, jakie intencje przyświecały dekomunizatorom. - Radni myśleli tak: każdy, kto miał jakikolwiek związek z poprzednim systemem, nie powinien być patronem ulicy - mówi. - Nawet jeśli ten "związek" to była tylko data urodzenia. W takim razie i ja powinnam zostać z historii Olsztyna wymazana .
- Całość tej nazewniczej biegunki ma tylko jeden pozytywny wydźwięk - mówi Krzysztof Kacprzycki z SLD. - Pozwala lepiej poznać historię miasta. Nie jest ona łatwa dla prawicowych środowisk, bo obala wiele teorii.
Jakich? Wiele postaci związanych z Olsztynem, obecnych na liście, trudno zakwalifikować po stronie "złych" lub "dobrych". Przykładowo: Piotr Diernow, czerwonoarmista dla prawicowców będzie zawsze reprezentantem sił, które później przez lata będą ciemiężyć Polaków. Dla innych, mniej radykalnych, będzie bohaterem, bo według niektórych relacji zginął, zasłaniając własnym ciałem wylot z niemieckiego bunkra.
Kacprzycki zwraca też uwagę na inny aspekt sprawy: - Zastanawiam się, kto zwróci koszty zmian nazw poniesione przez przedsiębiorców. Chętnych od dłuższego czasu nie mogę znaleźć.
Zmiana nazwy ulicy wiąże się z szeregiem czynności, które przedsiębiorca, posiadający firmę pod danym adresem, musi wykonać. To nie tylko zmiana danych w KRS i innych rejestrach, ale też inwestycja w pieczątki czy materiały reklamowe. W 2015 r., kiedy radni Sochaczewa uchwalili zmianę ulicy Karola Świerczewskiego, właścicielka jednej z niepublicznych przychodni poniosła w wyniku tego koszty w wysokości 50 tys. zł.
Przedsiębiorcy z Olsztyna, których pytam o zdanie, przyznają: koszty będą spore i nie będzie od nich odwołania. - Ale nie to jest najgorsze - mówi Marek, właściciel hurtowni budowlanej. - Najbardziej denerwuje mnie, że w tym mieście od lat nic się nie zmienia na lepsze, a cała para idzie w zastanawianie się nad ulicami. Tutaj trzeba stawiać przedszkola, a nie zrywać tabliczki z budynków!
Zmarli się upomną
Dziennikarz w Olsztyna, proszący o anonimowość: - Olsztyn to takie specyficzne miejsce, w którym mamy ogromny kompleks. Kompleks komuny. Przez lata rządziła tu lewica. Na prawicy rosła frustracja, bo w mieście nie działo się tak, jak "powinno".
Wizerunek miasta mocno osłabił jeszcze skandal z prezydentem Czesławem Małkowskim z SLD, który został skazany za molestowanie podwładnych. - Tego było już za wiele. Kiedy w Olsztynie zmieniła się warta, a PiS wygrał wybory parlamentarne, zapaliło się zielone światło. Zmiany trzeba więc wprowadzać metodą "Huzia na Józia" - tłumaczy dziennikarz.
Mariusz Sieniewicz, pisarz pochodzący z Olsztyna, nominowany do Nagrody Nike i Paszportu "Polityki", nie kryje irytacji. - Ta sytuacja to chichot ideologii, która poprawia historię i pamięć, a poprawiając wysadza w powietrze naszą tożsamość - mówi. - Po raz kolejny będziemy stygmatyzować przeszłość, oddzielać "swoich" od "obcych", wskazywać kto dobry, a kto zły. Gratuluję etycznej i moralnej pewności siebie. To kompletne pomieszanie języków, biografii i wrzucenie ich jedną szuflą do wspólnego kotła. Gorliwość rodem z Wikipedii idzie tu w parze z polityczną ślepotą. Nie można stawiać w jednym rzędzie Kuronia, Kotańskiego, poetkę Zientarę-Malewską z takim na przykład Piotrem Diernowem [żołnierzem Armii Czerwonej, który w 1945 r. zginął podczas odbijania miasta z rąk hitlerowców - przyp. aut.]. To się zwyczajnie, po ludzku nie godzi. Zmarli upomną się kiedyś o naszą pamięć.
Niektóre imiona zostały zmienione.
Mariusz Sepioło. R eporter. Urodził się w Płocku, skończył politologię i dziennikarstwo na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Na jego pierwszą książkę "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne) składa się kilkanaście rozmów z byłymi i obecnymi więźniami. Można się z nim skontaktować przez stronę internetową www.mariuszsepiolo.com .