Reportaż
Łukasz Rzążewski (fot. Łukasz Kuźmiński (Studio K2))
Łukasz Rzążewski (fot. Łukasz Kuźmiński (Studio K2))

Duży budynek pomalowany przyjaznymi kolorami. Szerokie schody i podjazd dla wózków inwalidzkich. W środku ciepło i przytulnie. Izabela Sząber, kierowniczka Warsztatów Terapii Zajęciowej w Dzwonowie, wita się mocnym uściskiem dłoni i natychmiast prowadzi do pierwszej z sal. - Tu Łukasz zaczynał - mówi.

Zanim zajrzę do pracowni stolarskiej, jeszcze na korytarzu dostaję od jednego z wychowanków naszyjnik z guzików. Dziękuję mu, odchodzi, ale zatrzymuje się na środku korytarza. - Nie, Stasiu, już wystarczy - Izabela Sząber wie, czego się można po nim spodziewać. Staś, lat ponad 40, ofiarowuje mi kolejny naszyjnik. Jest zachwycony tym, co zrobił. - Są jak dzieci. Trafiają tu do nas z różnym stopniem niepełnosprawności. Zwykle idzie to w parze - niepełnosprawność ruchowa i intelektualna. Uczymy ich tu najprostszych rzeczy. Wszystko jest lepsze niż siedzenie w domu - mówi kierowniczka Warsztatów Terapii Zajęciowej.

Łukasz podczas treningów (fot. Facebook.com / Łukasz Rzążewski)

27-letni dziś Łukasz Rzążewski trafił tu z niewielkiej miejscowości Trzebiatów koło Stargardu (do niedawna Stargard Szczeciński) kilka lat temu. Diagnoza: spastyczny niedowład kończyn dolnych w przebiegu porażenia mózgowego dziecięcego. - I przy tym miał jeszcze zdiagnozowane inne jednostki chorobowe, ale główną było to porażenie mózgowe - tłumaczy Izabela Sząber - Jego ręce były przykurczone, chód był bardzo niepewny, często się potykał, przewracał. Ale miał rehabilitację, robił postępy. Wtedy trochę grał w drużynie piłki nożnej.

Na tym etapie to była ulubiona dyscyplina sportowa Łukasza. Na warsztatach wycinał i malował herby drużyn piłkarskich. Dziś mówi, że nikt nie wierzył, że w sporcie on może osiągnąć coś więcej. - Miałem kilku trenerów od piłki nożnej. Żaden nie dał mi szansy. Żaden. "A bo se nie poradzisz, bo się przewrócisz" i takie tam - opowiada. - A Tomek? Tomek zaryzykował. Też nie wiedział, co mi jest i jak to wszystko wyjdzie, ale - jak pani widzi - żyję i mam się dobrze.

Trener. Guru. Mistrz

Tomek Stasiak, trener mieszanych sztuk walki, przysłuchuje się naszej rozmowie. Stoi obok oparty o ścianę. Ręce ma splecione na  piersi. Lekki uśmiech na twarzy. Skupiony. Obok Mariusz Miśkiel. Panowie żartują, że to nieformalny menedżer Łukasza. I coś w tym jest. Przyjechali na spotkanie ze mną, jednak dla nich to też trochę sentymentalna podróż.

Już kilka lat minęło od czasu, jak zawodnicy z klubu Berserker's* Team Stargard zostali zaproszeni na pokaz sztuk walki do Dzwonowa. Na pomysł wpadła Ania Urbańska, pracownica Warsztatów Terapii Zajęciowej. I jak to zwykle bywa w sytuacjach, gdy nie ma zbyt dużo pieniędzy na organizowanie nietypowych imprez, pomogła znajoma znajomej. Zaprosiła "chłopaków" z klubu założonego i prowadzonego przez Tomasza "Pająka" Stasiaka.

Stasiak legitymuje się rekordem MMA 5-0-0 (wszystkie walki wygrane przed czasem), jest posiadaczem czarnego pasa w brazylijskim jiu-jitsu (z rąk Piotra Bagińskiego), wielokrotnym medalistą mistrzostw Polski w jiu-jitsu, submission (rodzaj wali zapaśniczej) oraz grapplingu (walka wręcz wykorzystująca technikę chwytów, bez uderzeń).

Łukasz Rzążewski cierpiał na na spazmatyczny niedowład kończyn dolnych w przebiegu porażenia mózgowego dziecięcego (fot. Facebook.com / Łukasz Rzążewski)

Tomasz Stasiak jest otwarty na takie pomysły, jak pokaz dla niepełnosprawnych. - W Dzwonowie zrobiliśmy pokaz, po jego zakończeniu trochę pogadaliśmy z Łukaszem. A on po prostu zapytał, co by było, jakby przyjechał do klubu na trening, do Stargardu. Powiedziałem, że może, że sala stoi otworem. Nie wierzyłem, że przyjedzie, ale po kilku dniach się zjawił i od tej pory jest.

- Jak już się pojawił w drzwiach, to co pan pomyślał?

- Mnóstwo ludzi deklaruje, że przyjdzie na trening, ale gdzieś blokuje ich strach. A Łukasz po prostu przyszedł. Pierwsze wrażenie było takie, że jest szczery i prawdomówny. Powiedział, że będzie i jest. Jak amen w pacierzu .

Początki były bardzo ciężkie. Pierwszego dnia już przy powitaniu trener zauważył, że Łukasz ma problem, aby odpowiednio złapać za jego rękę. Chwycić i uścisnąć. To było bardzo trudne. Pierwsze treningi pokazały też kiepską wytrzymałość Łukasza. Potrafił zrobić bez przerwy cztery, maksymalnie pięć brzuszków. Ważył wtedy 103 kilogramy. Dziś nieco ponad 80.

Treningi. Jedziemy z koksem

"Nie ma zmiłuj. Dzisiaj boks na 20.30. Rzeźnicza 11. Jacek. Ogień" - to wpis Łukasza na Facebooku. Jacek - to jeden z trenerów. Ogień? Wiadomo - musi być. Łukasz dojeżdża kilka razy w tygodniu do Stargardu na ulicę Rzeźniczą, gdzie ćwiczy. Z Trzebiatowa, jego rodzinnego miasta, to około 10 kilometrów. Połączenie autobusowe jest jednak fatalne i czasami część drogi pokonuje pieszo. Albo w drodze na trening, albo w nocy po zajęciach.

Największym mentorem Łukasza jest jego trener, Tomasz Stasiak (pierwszy z prawej) (fot. Facebook.com / Łukasz Rzążewski)

- Samozaparcie jest najważniejsze - mówi Łukasz. - Ale jeżeli rodzic nie zaryzykuje, tak jak moi rodzice zaryzykowali i pozwolili pójść do trenera Stasiaka, żeby zrobił ze mnie, można powiedzieć, wojownika, mogłoby być ze mną bardzo ciężko.

- Czyli jak?

- No, mogłem mieć potem problemy większe z chodzeniem. Mogło być różnie. Mógł być wózek inwalidzki. Miałem zero ruchu, zero jakichkolwiek treningów, jedzenie, siedzenie, oglądanie telewizora i tak dalej.

- Wózek inwalidzki, a teraz boks? Potężna zmiana. Bolało?

- N igdy nie płakałem, nawet po pierwszym treningu. Trener zapytał: "Łukasz, jutro przyjdziesz?". Powiedziałem: "Przyjdę, a czemu miałbym nie przyjść?". "Bo będziesz miał zakwasy". I miałem zakwasy. Straszne, na klatce piersiowej, na nogach, wszędzie, ale przyszedłem.

Jeśli Łukasz nie może dostać się na trening do Stargardu, trenuje sam, we wsi. Sąsiad na swoim polu pozwala mu biegać, walczyć z cieniem, robić pompki. Wciąż w jego ruchach nie ma gracji sportowca wyczynowego, a bieg przypomina momentami chód kaczki, ale tym krokiem potrafi pokonać wiele kilometrów.

Garda. Otóż to

Klub, w którym trenują stargardzcy berserkerzy, a wśród nich Łukasz, znajduje się w magazynowym zapleczu miasta. Wcześniej należało ono do kolei państwowych, teraz  - do stargardzkich przedsiębiorców. Tworzy je szereg obdrapanych budynków z rampami. Ktoś, kto nie zna miasta, raczej by tu nie trafił. Klub mieści się w jednym z ostatnich byłych magazynów. Prowadzi do niego poraniony asfalt, w którym pełno dziur, a kiedy pada deszcz - to i kałuż. Łukasz swoim wciąż jeszcze chwiejnym krokiem sprawnie je omija. Na ramieniu ma sportowy plecak. Na ubraniach napis "Pittbul". Trener też takie nosi.

Łukasz podczas treningu (fot. Facebook.com / Łukasz Rzążewski)

W planie treningowym Łukasz ma teraz zajęcia indywidualne. Z Karolem Pojaszewskim robi ćwiczenia ogólnorozwojowe, kondycyjne i tarcze. Z Gracjanem Szadzińskim trenuje głównie boks. Łukasz przy każdej okazji podkreśla, że Gracjan to świetny chłopak, który wkłada serce w pracę i ma ogromną wiedzę o pięściarstwie. Wciąż jednak, i tak zostanie na zawsze, największym guru jest główny trener - Tomasz Stasiak. - Całe swoje życie treningowe zawdzięczam Tomkowi - mówi Łukasz. - Zaraził mnie sportem. J est wspaniałym trenerem, zawodnikiem, przyjacielem.

Gdy Łukasz przygotowuje się do treningu, Tomek Stasiak, właściciel klubu i trener w jednej osobie, walczy z mopem, bo robotnicy, którzy coś tam naprawiali, nie posprzątali po sobie i maty nie są przygotowane do ćwiczeń. Kiedy już udaje mu wszystko uporządkować, zaczyna trening z Łukaszem.

- Garda. Otóż to. Jeszcze raz - Tomek z tarczami treningowymi na rękach cały czas mówi do Łukasza. Unik, cios, pad, unik, cios . I kolejna seria.

- Teraz prawa, lewa, unik, cios - coś nie wychodzi Łukaszowi i Tomek spokojnym, cichym głosem tłumaczy jeszcze raz: - Prawa, lewa, unik, cios. Otóż to - uczeń dowartościowany zostaje tym jednym, prostym zwrotem. W miarę upływu czasu "otóż to" powtarza się coraz częściej.

"Dawaj, co tam, nie obijaj się "

- Łukasz sam brnął do przodu, nic go nie musiało specjalnie popychać, może po prostu atmosfera, może to, jaki poziom tutaj był. Obserwował zawodników, jak ćwiczą, jak dają z siebie dużo. I zaczął dawać z siebie jeszcze więcej. Przychodził przed treningiem, zostawał po treningu. Jak mu powiedziałem, żeby poboksował worek przez dwie minuty, to on boksował dziesięć - mówi Tomek. Rzeczowo ocenia postępy.[Łukasza] A te są. Według trenera to osiemdziesiąt procent progresu sportowego od chwili, gdy Łukasz nie potrafił uścisnąć dłoni na powitanie. - Biorąc pod uwagę stan, w jakim się znajduje, to jest niesamowity wynik - dodaje Tomasz wciąż tym samym spokojnym głosem.

Jeśli Łukasz nie może dostać się na trening do Stargardu, trenuje sam (fot. Facebook.com / Łukasz Rzążewski)

Indywidualny trening zakończony. Łukasz czeka na crossfit. Tomasz i inni trenerzy mają zajęcia z dzieciakami. Klub wypełnia się ich gwarem. Rodzice, jak kury na grzędach, zasiadają na ławkach pod ścianą. Łukasz co chwila się z kimś wita, przybija piątkę z kilkulatkami i nastolatkami. Zagaduje dziewczyny, doradza im, dopytuje. W głębi sali zauważa kogoś i szeroki uśmiech pojawia się na jego twarzy. Wyłapuję z tłumu mężczyznę, w którego ramiona Łukasz zaraz wpada i panowie "robią misia", poklepując się po plecach, a później przez chwilę wymieniają uwagi na temat jednego z zawodników MMA.

Mariusz Miśkiel obserwuje ze mną tę scenę. - Łukasz jest jednym z nas. Nigdy nie przypuszczałem, że facet chory, bo przecież Łukasz jest chory, nie ma co udawać, że nie, może być tak sprawny, tak komunikatywny. To bardzo mnie umotywowało - mówi. - Podziwiam tego człowieka. Nieraz mieliśmy okazję razem uczestniczyć w zajęciach crossfitu. Łukasz tam naprawdę ciśnie ostro i nawet motywuje ludzi zdrowych, krzycząc na nich: "dawaj, co tam, nie obijaj się".

- A może po prostu on jest dla was swego rodzaju maskotką?

- On się nie da traktować jak maskotka. To jest charakterny facet i myślę, że jakby ktoś głupio z nim postąpił... No po prostu załatwiłby sprawę po męsku .

Łukasz dołącza do nas i rozpoczyna się rozmowa na temat zawodniczek. Dyskretnie usuwam się na bok.

Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą

"- Kiniuś a trening był robiony?

- Dziś będzie!!!! I promise you (załączone całusy).

- Ogień nie ma kryzysu. Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą".

Dialog Łukasza z jedną z fanek z Facebooka. Lubią się. Nie ma wątpliwości, wystarczy przeczytać ich pozostałe rozmowy. Wpisy na portalu to stały rytuał Łukasza. To też pole do popisu dla jego fanów. Ma ponad 1600 znajomych. Ale tych, co komentują, dziękują za to, że jest i że ich motywuje - kilkudziesięciu. Tu to on jest dla nich "mistrzem". Łukasz chce im pokazać, że nie ma miękkiej gry. "Jazda", "do roboty", "trzeba walczyć o siebie" - pisze. Czasami do konkretnej osoby, czasami do ogółu. Pytania: "Kiniuś a trening był robiony?" to tylko początek, bo potem potrafi przypominać kilka razy dziennie i rozliczać. Nie ma lepszego motywatora - piszą mu w odpowiedzi. A on znów swoje: że "ma być ogień" . Łukasz podkreśla, że chciałby, aby ludzie niepełnosprawni trenowali. Nie ważne [nieważne] co, ważne, żeby wyszli z domu. Bo sport daje niezwykłą siłę. - Daje sens życia. Dowartościowuje, uszlachetnia, daje pewność siebie. Sprawia, że człowiek nie myśli o głupotach - mówi Łukasz, a gdy widzi mój uśmiech, trochę się irytuje. - Ale taka jest prawda - dodaje dobitnie.

Łukasz podczas treningu (fot. Facebook.com / Łukasz Rzążewski)

O tym też mówił na spotkaniu w Środowiskowym Domu Samopomocy w Reczu. Był ze swoim trenerem, zrobili pokaz. Na razie to początek drogi tego duetu. Za nimi może trzy takie pokazy.  Na na każdym widzowie otwierają oczy ze zdumienia, że tak można. Że robi to niepełnosprawny przecież człowiek. Taki, jakich wielu choćby w Domu w Reczu. I nie tylko. Kiedy Łukasz pojawił się w mediach ogólnopolskich, z Warszawy napisała do niego na FB matka nastoletniego Rafała. Rafał  też jest po porażeniu mózgowym. Ma prawostronny niedowład. Chcieliby się spotkać. Są w kontakcie.

- Łukasz to jest normalnie człowiek legenda, że tak powiem - Mariusz Miśkiel zaznacza, że nie jest dobrym mówcą. Bez wątpienia jest dobrym menedżerem. To dzięki niemu o Łukaszu dowiedzieli się lokalni dziennikarze, a później kolejni. Mariusz tłumaczy, że stało się tak tylko dlatego, że Łukasz to niezwykły facet. - Jest przykładem na to, że można pokonać własne bariery - mówi Mariusz. - Przykładem nawet dla zdrowych ludzi. Normalnie motywacją, największą motywacją. Widzę, jak Mariuszowi zaczynają szklić się oczy.

Berserker, czyli wojownik

"Dzięki Tomasz Stasiak i Agata Bielecka za megacross. Czuję się wspaniale, adrenalina nie schodzi. Megazjazd". Kolejny wpis na FB. Kolejny trening zaliczony.

- Zaznaczyłeś, że o swojej chorobie powiesz niewiele. Dlaczego?

- Bo po prostu nie chcę rozmawiać o tym. Po prostu nie chcę i nie podejmę tego tematu.

- Nie miałeś wątpliwości co do swojej sprawności fizycznej? Że dasz radę?

- Nie, bo wiedziałem, że trenuje mnie najlepszy trener na świecie.

- Ale nawet najlepszy trener na świecie nie pokona ograniczeń twojego ciała.

- Tak, ale wiedziałem, że poprowadzi mnie w dobrą stronę .

- Tak czy inaczej, może powinieneś pogodzić się z tym, że mistrzostwa nie osiągniesz?

- Już osiągnąłem mistrzostwo. Sprawność fizyczną. Cel jest jeden: żeby być zdrowy, a co będzie dalej, zobaczymy .

Na organizowanych wspólnie z Tomkiem Stasiakiem pokazach, Łukasz zadziwia wszystkich swoją formą (fot. Łukasz Kuźmiński (Studio K2)

Dalej jest marzenie Łukasza: zawalczyć kiedyś na prawdziwym ringu, w poważnych zawodach. - Musi jeszcze dużo pracować, żeby poprawić swoją sprawność - trener i mistrz Tomasz Stasiak spokojnie ocenia możliwości Łukasza. - Ale skoro w kategoriach pełnosprawnych walczą zawodnicy bez ręki czy niewidomi, to tutaj nie ma rzeczy niemożliwych.

- Jak długo będzie pan przy Łukaszu?

- No, tak długo, jak on będzie przy mnie.

Na FB pojawia się kolejny wpis: "Dzięki Agata i Justyna za megazjazd na koniec dnia, a teraz spać".

* Berserker według podań historycznych był nieznającym strachu wojownikiem nordyckim. Wikinga będącego berserkerem ogarniał szał walki, który dodawał mu nadludzkiej siły.

Małgorzata Gwiazda-Elmerych. Dziennikarka, pisarka, coach. Związana z telewizją, radiem i prasą (TVP Szczecin, TVN, TVN24, ''Dziennik'', ''Focus historia''), autorka reportaży o tematyce społecznej. Laureatka Nagrody Prix Circom Reginal 2001 za najlepszy program informacyjny ''Nareszcie sobota'', Publicysta Roku 2001. Wydała powieści: ''...nie-całkiem dobra kobieta'' (2010) oraz ''Toto'' (FORMA 2014).