[Od redakcji: Dziś Światowy Dzień Uchodźcy. Z tej okazji przypominamy rozmowę z człowiekiem, który mógł skończyć jak tysiące osób przebywających w obozach dla uchodźców w Europie - bez pracy, bez nadziei, bez perspektyw, bez szans. Ale Serdjanowi się udało].
***
Cztery lata temu pojechałem do Czarnogóry zbierać materiał o największym wtedy stałym obozie uchodźców w Europie - Konik w Podgoricy. Przez trzy tygodnie grałem z nastolatkami w piłkę nożną i PlayStation . Piłem kawę i oglądałem tureckie seriale w ich "domach". Poznawałem życie, które od 19 lat zmieniło się o tyle, że młodzi ludzie mają teraz telefony komórkowe. Serdjan Baftijari - student, dziennikarz, działacz społeczny i założyciel organizacji pozarządowej - przez ten czas był moim tłumaczem.
Wybrałem go nie dlatego, że reprezentuje większość. Wybrałem go, bo na ponad 2,5 tys. uchodźców z obozu on jest jedyny. Nie dlatego, że miał inne marzenia, lepsze serce czy większą otwartość na świat i ludzi. Takich dzieci w obozie jest mnóstwo. To, co go odróżniało od innych, to niesamowite uzdolnienia w niemal każdej dziedzinie. Wybrałem jego historię, bo potrzeba było niemal geniuszu, żeby uchodźca i Rom mógł przebić się przez system, uwarunkowania swojej społeczności i etykiety, przyklejane mu przez ludzi z zewnątrz. Żeby mógł żyć tak, jak przeciętny człowiek w kraju, w którym mieszka.
***
Od urodzenia mówią mi, że jestem Romem. Cyganem. Muzułmaninem. Od 17 lat, że uchodźcą. Nazywam się Serdjan Baftijari. Jestem człowiekiem.
Miałem siedem lat, gdy zaczęły się NATO-wskie bombardowania. Był maj 1999 roku. Kilka miesięcy wcześniej przeprowadziliśmy się do Gracanicy, serbskiej enklawy w środkowym Kosowie. Kupiliśmy ziemię, kończyliśmy budowę domu. Z okna widzieliśmy serbską bazę wojskową.
Tata handlował na pchlim targu. Dziadek był muzykiem i grał dla jugosłowiańskiej armii, ale poza nim cała nasza rodzina od strony taty handluje od pokoleń. W lecie często chodziliśmy do sąsiadów, Serbów. Mieli wielki dom. Hodowali gołębie. Mój tata je uwielbia. Obok domu zrobiliśmy sobie boisko do nogi. Kilkaset metrów dalej stał czołg. Rano piliśmy herbatę w ogródku i patrzyliśmy, jak strzela do samolotów NATO.
Którejś nocy rozeszła się plotka, że Albańczycy idą na Gracanicę. Noc spędziliśmy u wujka. Wieczorem wszyscy zebrali się przed domem jednego z sąsiadów. Miał dwie skrzynie broni: karabiny, granaty i tak dalej.
Rodzice zdecydowali, że musimy wyjechać.
Następnego ranka gotowała się woda na herbatę, gdy wszedł wujek i powiedział: chodźcie, jedziemy. Wzięliśmy tylko małą torbę, w niej trochę ubrań, dokumenty. Ja i rodzeństwo cieszyliśmy się, jak to dzieci, że jedziemy w podróż, wielką ciężarówką, w dodatku całą rodziną.
Było nas co najmniej 60 ludzi. Siedzieliśmy na podłodze. W tym czasie przez granicę z Albanią i Macedonią wracało tysiąc uchodźców na godzinę. Jeśli zostawałeś, byłeś po stronie Albańczyków. Jeśli wyjeżdżałeś, to znaczyło, że trzymasz z Serbami. My nie byliśmy po żadnej stronie. Chcieliśmy żyć.
Miasto namiotów
W lipcu przyjechaliśmy do Podgoricy w Czarnogórze. Zobaczyliśmy miasto namiotów. Niesamowity widok. Miesiąc później wybuchł pierwszy pożar w obozie. Spłonęło ponad sto prowizorycznych domów.
W całej Czarnogórze mieszka mniej więcej tylu ludzi, co w waszym Wrocławiu. W 1999 roku przyjechało tu 20 tys. uchodźców, w tym 4 tys. Romów. Ulokowano nas na obrzeżach Podgoricy, w dzielnicy Konik, której najbardziej wschodnia część od zawsze była romska. Ludzie z Podgoricy nie zapuszczają się tu, szczególnie po zmroku. Boją się nas, Cyganów. Trójkołowców, które jeżdżą po mieście i zbierają złom. Dzieci, które żebrzą na rogach ulic. Ciemnej skóry. Tego, czego nie znają, ale o czym mają precyzyjne wyobrażenie.
Mieszkam tu już 17 lat. Teraz w obozie jest ponad 2 tys. ludzi. Romowie, Egipcjanie, zalbanizowani Romowie, uznający siebie za oddzielną grupę etniczną. Od kiedy dwa lata temu pożar spalił większą część obozu (od początku jego istnienia były już cztery pożary), stanęły tu kontenery. Na obrzeżach jest blaszany meczet. Zawsze czuć tu smog.
Wtedy, w grudniu 1999 roku, najgorszy był sztorm. Słuchaliśmy radia podłączonego kabelkami do akumulatora, gdy dotarły do nas odgłosy biegających ludzi. Tata wyszedł i zobaczył na niebie ścianę czerni zbliżającą się do obozu. Padało, jakby miało zalać całą ziemię. Woda sięgała do kolan. Wiatr przewracał namioty. Ledwo widziałem swoją wyciągniętą rękę. Czułem, że świat się rozpada. Potem moja najmłodsza siostra miała poważne problemy z płucami. Prawie umarła.
Niedługo później, po pół roku mieszkania w namiocie, powiedzieli nam: to jest wasz barak.
Wszyscy płakaliśmy. Mama całowała drzwi i próg. Mówiła: myślałam, że już nigdy nie będę miała drzwi.
Cudowne dziecko
Rok 2000. Minęła zima, poszedłem do szkoły założonej w obozie przez włoski Czerwony Krzyż. Niedawno odcięli w niej prąd, bo wszyscy wokół podłączali się na dziko. Przez rok nabili 25 tys. euro rachunku. Po kilku dniach nauczycielka powiedziała mojej mamie, że tu się zmarnuję. Przenieśli mnie do szkoły integracyjnej w mieście. Byłem sam, jedyny dzieciak z obozu. Czułem się zagubiony, nie znałem dobrze języka. Dzieci znęcały się nade mną. Głównie Czarnogórcy, ale też miejscowi Romowie, którzy się z nimi przyjaźnili. Nabijali się, śpiewali głupie piosenki o Cyganach. Bili. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co znaczy, gdy ktoś mówi do ciebie "Cygan". Płakałem prawie codziennie. Szkoła była koszmarem. Jedyny beztroski czas, to kiedy po szkole rzucałem plecak w drzwiach domu i kopałem piłkę z kolegami. Takimi jak ja.
Kiedy byłem w piątej klasie, przeprowadziliśmy się do "niemieckiego budynku". Na obrzeżach obozu wybudowała go niemiecka organizacja Help. Mieszkania dawali tym, z którymi nie było problemów, którzy pracowali, wysyłali dzieci do szkoły. W sumie - 22 rodzinom. Mieszkanie składało się z jednej sypialni, dużego pokoju z kuchnią i łazienki. Nas była ósemka. Teraz razem z dwoma braćmi zajmuję przejściowy pokój. Śpię na materacu. Rodzice i siostry mają wspólną sypialnię. Brat z żoną - drugą, która powstała po wstawieniu ścianki działowej.
Gdy chodziłem do szkoły, uczyłem się tylko tam. W domu się nie dało. Wiadomo, ktoś słucha muzyki, ktoś ogląda telewizor, rodzeństwo się bawi, na zewnątrz krzyczą dzieci, ludzie przesiadują na krzesełkach i rozmawiają. W nocy nie można zapalić lampki, bo wszyscy chcą spać. Nigdy nie mieliśmy swoich rzeczy, plakatów na ścianie i tak dalej. Po części z powodu religii - jak większość ludzi w obozie, jesteśmy muzułmanami. Jak byłem mały, wydawało mi się to normalne.
Teraz wiem, że jednym z powodów, dla których każdy młody chce uciec z obozu, jest brak własnej przestrzeni. Chcesz mieć swoje miejsce. Swoje łóżko, sypialnię, komputer, półkę na książki.
Praca
Moi rodzice od początku wspierali mnie, żebym się uczył. Oboje prowadzą sprzedaż obwoźną, więc mogłem sobie na to pozwolić. Choć oczywiście sprzedawałem rzeczy razem z rodzicami, pracowałem co rok przy winobraniu i łapałem wszystko, co się dało.
Petrit, mój najlepszy przyjaciel, zaczął pracować, gdy miał 12 lat. Jego mama miała reumatyzm, a on był najstarszym facetem w rodzinie. Był bardzo zdolny. Przez kilka miesięcy łączył pracę ze szkołą, ale w końcu nie dał rady. Jak wielu moich kolegów, poszedł na targ warzyw i owoców. To ogromna hala z betonu, gdzie rolnicy sprzedają towary we wszystkich kolorach. Tam faceci, którym świat nie zaoferował innego sposobu na spożytkowanie swojej siły, ładują skrzynki. Bez umowy, bez świadczeń. Jedna skrzynka to 30 kilo. Jak masz szczęście, w dzień przerzucisz 10-12 ton i zarobisz nawet 30 euro. Jak nie, przestoisz dzień za darmo.
Ludzie pracują też na budowach, handlują ubraniami, zbierają złom, butelki, przetrząsają kontenery ze śmieciami, nurkują na wysypisku. Zawsze na czarno. Albo utrzymują się z tego, co im rodzina prześle z zagranicy. Z Niemiec, Francji, Belgii.
Nieliczni, którzy mają szczęście i uregulowany status obcokrajowca, pracują w państwowych firmach sprzątających albo zajmujących się zielenią miejską. Nie jest łatwo o taką pracę. Czarnogóra to mały kraj, w którym ta sama partia rządzi od 25 lat. Każdy przechodzień na ulicy powie, że lepiej zatrudnić tego, kto ma prawo głosu. A uchodźcy go nie mają. Nie mamy też szans na kredyt. Pieniądze przejada się na bieżąco. Większość z nas raz w miesiącu dostaje paczkę z jedzeniem od Czerwonego Krzyża. Starcza na kilka dni, potem trzeba sobie radzić. Kilka metrów od obozu w 2005 roku otworzono miejskie wysypisko. Ludzie wybijają więc dziury w murze, miasto je łata i tak w kółko. Dzieci grzebią w niecce, gdzie zrzuca się nowe śmieci. Niektóre zjadają rzeczy, które znajdą, potem trafiają do szpitala.
Gwiazdy
Rano, gdy po kolei wchodziliśmy do klasy, zawsze byłem ostatni. Siadałem w ostatniej ławce. Tylko dwoje dzieciaków witało się ze mną. W szkole nikt ze mną nie rozmawiał. Ale gdy musiałem odpowiadać, wszyscy patrzyli, jakby chcieli mnie przewiercić. Zwykle, nawet gdy znałem odpowiedź, mówiłem, że nie wiem. Przestałem chodzić regularnie do szkoły, miałem złe oceny. Byłem rozwalony. Zamknąłem się w sobie jeszcze bardziej.
Na koniec siódmej klasy do szkoły przyszli ludzie z lokalnej organizacji międzynarodowej i mówili, żeby jechać na wakacyjny obóz młodzieżowy. Pokazywali zdjęcia: las, ognisko, wokół wszyscy szczęśliwi. Na zdjęciach byli też Romowie. Namówili mnie. Obóz był w górach, blisko Niksicu. Pierwszego dnia poczułem się oszukany: dzieciaki w ogóle ze sobą nie rozmawiały. Do mnie też nikt się nie odzywał. Następnego dnia przy śniadaniu wymieszali nas - Czarnogórców, Serbów, Bośniaków, Romów, z różnych środowisk, z całego kraju. Trzeba było powiedzieć przynajmniej "smacznego".
Mam świetny głos, mówiłem ci? Jednego popołudnia dziewczyny śpiewały przy zmywaniu naczyń. Podszedłem, zacząłem śpiewać z nimi. Były pod wrażeniem. Jakiś chłopak przyniósł gitarę. Grał, ja śpiewałem, a dziewczyny zmywały naczynia. Tak stałem się popularny.
Wieczorem rozpalaliśmy ogromne ognisko. Góry i gwiazdy były tak blisko, że miałem wrażenie, że jestem w stanie ich dotknąć. Czułem, że mogę powiedzieć wszystko i każdy to zrozumie. Wtedy po raz pierwszy otworzyłem się przed kimś, kto nie jest Romem. Zapomniałem, skąd przyjechałem. Pierwszy raz poczułem, że mogę mieć przyjaciół i tak naprawdę wszystko, czego zapragnę.
Zrozumiałem, że problem jest też we mnie. Bo przecież jeśli całe twoje życie wszyscy by ci powtarzali o jakichś ludziach: są źli, kradną, kłamią - zadawałbyś się z nimi? Bo ja nie. Więc to ja powinienem zrobić pierwszy krok.
Młodość
Gdy wróciłem z obozu, sam zacząłem podchodzić do innych i pytać: co słychać? Znalazłem przyjaciół w szkole. Potem zostałem wolontariuszem w organizacjach pozarządowych. Ludzie z organizacji mówili o tolerancji, obowiązkach wobec siebie, swojej społeczności i ludzi ogólnie. Zarazili mnie dobrem.
Z pierwszą dziewczyną zacząłem się spotykać, jak miałem piętnaście lat. Potajemnie. W mojej społeczności dziewczyna ma wartość, jeśli jest dziewicą. Przed ślubem nie masz szansy na randki. Jak masz szczęście, spotykacie się na pół godziny. Wielu moich kolegów przed podjęciem decyzji o małżeństwie widziało tylko zdjęcie swojej przyszłej żony. Inna sprawa, że miłość często przychodzi z czasem - jak w przypadku moich rodziców.
Dlatego łatwiej jest z Czarnogórką. Jeśli jej nie przeszkadza, kim jesteś. I dopóki nie pojawią się jej przyjaciele. Widzisz te spojrzenia. Gdy idziecie razem ulicą i ona widzi kogoś, o kim wie, że nie akceptuje, że jesteś Cyganem z obozu, przypadkiem puszcza twoją rękę i odsuwa się nieznacznie. Ale najgorzej jest z jej rodzicami. Gdy rodzice jednej dziewczyny dowiedzieli się, że umawia się z moim kolegą, pod jego dom podjechało 10 samochodów. Mężczyźni weszli do domu. Jej ojciec włożył koledze w usta lufę pistoletu. Powiedział, że jeśli nie przestanie się z nią spotykać, zabije go.
Obóz
Nikt nie wie, ile pieniędzy włożono w obozy od czasu ich powstania. Oprócz rządu i UNHCR działało tu kilkadziesiąt organizacji krajowych i międzynarodowych i każda miała swój budżet. W sumie przynajmniej kilkadziesiąt milionów euro.
Organizacje wdrażają kolejne projekty mające pomóc mieszkańcom, ale efekty trudno zauważyć. Jeśli zapytasz kogokolwiek z obozu, co stało się z tymi pieniędzmi, wzruszy ramionami. Zwykle po roku lub dwóch kończą się fundusze na dany projekt i trzeba go zakończyć, zanim naprawdę zacznie dawać rezultaty. A potem przychodzą pieniądze na nowy projekt. Trudno, żeby miało się coś zmienić. Każdy projekt to nowe pieniądze dla kogoś. Z czegoś trzeba żyć.
Widzisz, rok temu zbudowali nowe mieszkania za 10 mln euro. Zaraz obok obozu. Zamiast getta kontenerów - getto mieszkań. Tylko jeszcze nikt nie wie, z czego ich lokatorzy będą płacić rachunki. Gdy w 2005 roku budowano nasz "niemiecki budynek", pracownicy UNHCR prosili burmistrza, żeby rozproszyć rodziny uchodźców po różnych częściach miasta. Powiedział, że powinien tak zrobić, ale byłoby to dla niego samobójstwo polityczne. Nikt nie chce mieszkać z Cyganami.
Do Kosowa też nie ma po co wracać. Albańczycy palili nasze domy na równi z serbskimi. Po wojnie i w czasie jej trwania z Kosowa uciekło prawie 100 tys. ze 140 tys. kosowskich Romów (ok. 10 proc. populacji kraju). Napięcia w Kosowie są silne do dziś, zwłaszcza w północnej części kraju. Bezrobocie szacuje się tam na 45 proc. (60 proc. wśród młodych), a główny towar eksportowy to złom. Nikt nas tam nie chce. Podobnie jak tu.
Dojrzałość
Zdecydowałem, że pójdę do liceum. To była szkoła gastronomiczna. Spóźniłem się z dokumentami. Poszedłem porozmawiać z dyrektorem. Powiedział, że przyjmie mnie, ale jest pewien, że po dwóch miesiącach sam zrezygnuję. Zamurowało mnie. Dlaczego ten facet mówi mi, że czegoś nie mogę? Dlatego, że jestem Romem?! OK, zobaczymy. Znałem swoje możliwości.
Naukę zacząłem prawie miesiąc później, bo pracowałem przy winogronach. Dosłownie się na nią rzuciłem. Brałem udział we wszystkim: w warsztatach rozwoju, wolontariatach, różnych dodatkowych zajęciach. Uważałem, jak i co mówię. Zawsze myślałem, jak czułbym się na czyimś miejscu. Rozdzielałem kolegów, gdy się kłócili. Tego wszystkiego nauczyli mnie w organizacjach międzynarodowych. Postanowiłem, że będę przeciwieństwem stereotypu. No i świetnie grałem w piłkę. Każdy chciał być w mojej drużynie.
Spędzałem coraz mniej czasu z ludźmi z obozu. Oni pracowali, zakładali rodziny, a ja chciałem żyć społecznie. Niektórzy rozumieli mnie i wspierali. Inni pytali: po co chodzisz do szkoły? Przecież i tak nie dostaniesz pracy. Jesteś Cyganem! Oni nas nienawidzą. Odpowiadałem: skąd możesz wiedzieć, skoro nie spróbowałeś? Co ciebie odróżnia od nich, gdy tak mówisz? Wielu mówiło, że przestałem być jednym z nich. Że stałem się Gadziem.
Kiedyś szliśmy ulicą i koledzy chcieli zacząć bójkę z przypadkowymi nie-Romami. Zaprotestowałem.
- Dlaczego zachowujesz się jak oni? - spytali.
- Bo nie chcę bić ludzi?
- Gadźowska ci*a!
Dla nich bycie Romem znaczyło izolację. Praca, rzucenie szkoły, zamknięcie. Od tamtej pory przestałem im tłumaczyć, co robię. Chciałem mieć przyjaciół w swojej społeczności, ale też być szanowany za to, jak żyję.
Liceum skończyłem jako jeden z najlepszych uczniów w szkole. Mogłem iść na każde studia. Mówiłem wtedy dobrze w sześciu językach. Prawie każde dziecko w obozie posługuje się serbskim, albańskim i romskim. Ja znałem jeszcze angielski, rosyjski i hiszpański. Myślałem o obcych filologiach, psychologii, filozofii. Ale poszedłem na stosunki międzynarodowe z dyplomacją. Zdałem sobie sprawę, że jeśli naprawdę chcę pomóc swojej społeczności, muszę działać w polityce. Niedawno skończyłem studia.
Razem z przyjacielem, Elvisem Berisą, założyliśmy własną organizację. Zamierzaliśmy stworzyć sieć młodych, którzy chcą coś zmienić. Pracować głównie z licealistami. Wiemy, jakie to ważne: mieć kogoś, kto sam przez to przeszedł, jest obok i powie "dawaj, stary, dasz radę! Weź mnie jako przykład, możesz być nawet lepszy". My tego nie mieliśmy.
Teraz organizujemy warsztaty, mentorujemy dzieciakom. Tym zdolnym, ale głównie tym, które nie mają szans na normalną edukację. Robimy wszystko, że reprezentować naszą społeczność w kraju. To czasem jest bardzo wyczerpujące, ale w którymś momencie dociera do ciebie, że jeśli ty nie będziesz działał w sprawie, która nikogo nie obchodzi, nikt inny tego nie zrobi. Naszym problemem jest brak prawdziwych liderów.
Wiele rzeczy z naszej tradycji jest wspaniałych. Nie chcemy stracić tożsamości. Jesteśmy dumni z tego, kim jesteśmy. Ale pewne sprawy trzeba zmienić. Kluczowe są małżeństwa i edukacja. Gdy wcześnie się pobierasz, rzucasz szkołę, skazujesz siebie na hermetyczne życie. Pozbawiasz się możliwości. Stajesz się ofiarą tradycji. A w oczach społeczności, jeśli masz dwadzieścia lat i jeszcze nie masz żony, coś z tobą musi być nie tak.
Los
2012 rok. To był ramadan, środek sierpnia, około 6 rano. Nie spałem całą noc - modliliśmy się z przyjaciółmi. Poranne słońce paliło, nie było czym oddychać. Zdjąłem koszulkę i usłyszałem uderzenie. Myślałem, że to kuzyn spadł z kanapy. Przez okno zobaczyłem sąsiada biegnącego w stronę obozu. Poczułem dym. Wybiegłem z mieszkania. Płonął tylko jeden barak. Nagle niebo zrobiło się czarne i zerwał się wiatr. Ogień momentalnie przeskakiwał z baraku na barak.
Strażacy przyjechali po pół godzinie. Bogu dzięki, nikomu nic się nie stało. Ci z końca obozu zdążyli wyrzucić z domu materace, pościel, telewizory. W ciągu godziny 800 ludzi - znajomych, przyjaciół - znowu straciło dach nad głową i wszystko, co mieli. Płakali. W chwili, gdy dogasały ostatnie budynki, zaczął padać deszcz. Lało. Patrzyłem w górę i nie mogłem uwierzyć. Dlaczego?
Pożar wybuchł najprawdopodobniej przez wadliwą instalację elektryczną. Potem przez kilka miesięcy ludzie mieszkali w namiotach albo u krewnych.
Ucieczka
Każdy chce się stąd wyrwać. Przez te spojrzenia. Kim jest ten koleś? Co on tu robi? Wszystkim się wydaje, że od progu wiedzą, jaką jesteś osobą, zanim powiesz słowo.
Trzy miesiące temu poszliśmy ze znajomymi do klubu. Dobra muzyka, widzieliśmy, że są wolne stoliki. Ochroniarz powiedział, że sorry, ale klub jest pełny, przyjdźcie za godzinę. A za godzinę zamykali. Dziewięć lat temu do jednej restauracji w Podgoricy w ogóle nie wpuszczali Romów.
Mógłbym długo wymieniać. Dlatego nie dziwię się, że ludzie chcą stąd uciekać. Sam tak powinienem zrobić. Powiedzieć sobie: pie***lę ten kraj! i po prostu wyjechać gdzieś, gdzie ludzie szanują cię za to, co robisz i dlatego, że jesteś człowiekiem.
Wiesz, to nawet zabawne. Od kiedy pamiętam, próbuję zrozumieć: Dlaczego ludzie tak siebie nienawidzą?
Marcin Szot. Reporter, trener komunikacji, założyciel bloga www.mentalnalewatywa.pl . Publikował m.in. w "Polityce", "Dużym Formacie", "Newsweeku". Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Zanim zajął się pisaniem, pracował m.in. jako marynarz, ryksiarz w Barcelonie i Kopenhadze, kucharz w Norwegii, kelner w Szkocji, instruktor w parku linowym, pomocnik elektryka. Zwiedza świat i lubi o tym opowiadać.