Reportaż
(fot. Dominika Klimek)
(fot. Dominika Klimek)

Do Łomaz docieram kilka minut po osiemnastej. Kierowca niedużego busa wysadza mnie przy placu Jagiellońskim. Stawiam torbę między budą z automatami "24H OPEN" a sklepem z odzieżą używaną "Seba". Dzwonię. Po kilkunastu minutach podjeżdża ciemnozielony samochód. Energicznie wysiada z niego młody, szczupły mężczyzna. - Łukasz Węda, dzień dobry . Mój przewodnik jest lokalnym aktywistą i redaktorem naczelnym lokalnego kwartalnika "Echa Studzianki". Prowadzi też stronę o swojej wsi.

Z Łomaz do Studzianki jedzie się kilka minut. Pogoda jest szarobura, droga wąska, częściowo przysłonięta przez kałuże. Mijamy rzadko stojące domy i gęsto pobudowane małe kapliczki. Docieramy do gospodarstwa agroturystycznego, w którym zatrzymam się na tydzień.

***

W 1679 roku król Jan III Sobieski nadał tu ziemię tatarskiemu rotmistrzowi Samuelowi Romanowskiemu i jego żonie, Reginie z Kieńskich. Niedługo potem wybudowano we wsi meczet i założono mizar, tatarski cmentarz. W 1732 roku z 50 włók ziemi w Studziance do Tatarów należą aż 33.

W XIX i XX wieku tatarska społeczność zaczęła się kurczyć. Jak pisał Stanisław Dziadulewicz w "Herbarzu rodzin tatarskich w Polsce", 200 lat wcześniej rodów było 20; między innymi Bajrulewicze, Bogdanowicze, Okmińscy, Azulewicze, Bielakowie, Czymbajewiczowie i Baranowscy. Po drugiej wojnie światowej mieszkało w Studziance już tylko kilka rodzin. W 2006 roku zmarła ostatnia Tatarka, Helena Bandzarewicz z domu Bogdanowicz.

Mało kto zdawał sobie wtedy sprawę, że skończyło się coś ważnego.

Cmentarz tatarski w Studziance (fot. Dominika Klimek)

Przyczyną końca tatarskiej epoki była pogarszająca się sytuacja materialna, wyniszczające wojny i związki małżeńskie z miejscową ludnością. W potomkach tatarskiej krwi pozostawało coraz mniej. W 1915 roku Kozacy spalili ważne spoiwo społeczności - meczet, stojący tam, gdzie dziś jest szkoła. Taka mała budowla, a może wystarczyłaby, żeby Tatarzy mieszkali tu dalej.

Teraz pozostały po nich głównie zdjęcia, a w pamięci pojedyncze legendy. Część z nich poznaję, gdy siedzę na ławce pod sklepem. Wieczorem jest miejscem spotkań kilku stałych bywalców, rano pojawia się w nim prawie każdy ze wsi. Wystarczy poczekać kilka minut i zagadać. Czasu na rozmowę mam niewiele. Wszyscy spieszą się do pracy, a o dziewiątej będzie już zamknięte.

Z blaszanego budynku wychodzi z zakupami starszy pan. Niestety, z dawnych lat pamięta tylko jednego Tatara. - Taki ich ksiądz, może to mułła był. Do niego przywozili, słyszałem, opętanych i on ich leczył. Uspokajali się. Nie wiem, jakie były ich te metody - machnął ręką jeden z mieszkańców i odszedł.

W Studziance, jak w wielu polskich wsiach, brakuje pracy. Dlatego wielu młodych z niej wyjeżdża (fot. Dominika Klimek)

Tę samą osobę, tajemniczego znachora, wspomina Józefa Kowieska, córka ostatniej Tatarki.

- Moja ciocia opowiadała, co u niego służyła, że to ich lekarz był. Leczył wariatów. Wiozą takiego wariata, cztery chłopa trzymają przywiązanego, a on wyjdzie, ten lekarz, trzepnie po twarzy i mówi "a ty co się tak rozwariował, chodź ze mną. Rozwiążcie". Wariat idzie za nim posłusznie i wychodzi normalny człowiek. Bali się, że jak rozwiążą, to ucieknie. Ciotka, jak gabinet lekarzowi sprzątała, to zajrzała do jednej książki. Ale to po tatarsku było, ich kresek to nie rozumiała. On przyjechał, bo nie było jego w domu, ciotka wyszła na podwórko, a on już wiedział, że zajrzała do tej książki. To taka siła była, jakaś nieczysta, jak to wyobrażać sobie...

W XX wieku na wsi zaczęło dziać się kiepsko. W okolicy zlikwidowano fabryki i zakłady. Towary z małych gospodarstw przestały być konkurencyjne, nie dawały sobie rady z niskimi cenami skupu panującymi na rynku. Wystarczy przejść się po wsi, żeby zmartwienia zaczęły wlewać się do uszu.

***

Podchodzę do starszej pani siedzącej na schodach przed malutkim domkiem. Jak tylko słyszy, że chcę z nią chwilę porozmawiać, od razu zaprasza mnie do środka. Mieszka bardzo ubogo, w salonie wielkości kilkunastu metrów kwadratowych stoi stara meblościanka, na przeciwległej ścianie wisi dywan, stół przykryty jest ceratą w róże. Od razu dostaję garść śliwek. - Tylko proszę uważać, bo robaczne - szybko dodaje. - Mój wnuczek na przykład jeździ, gdzieś jakiś zakład ma, ile zarobi, tyle zarobi. Jakby miał na gospodarce zostać, toby nie wyżył. Wnuczka też to samo, jeździ dorywczo do tych molochów. Jakie to życie na tej wsi? Młodzież nie z rozkoszy ucieka, tylko bo musi. Co drugi dom jest opustoszały .

Ostatnia Tatarka ze Studzianki zmarła dekadę temu (fot. Dominika Klimek)

Wieczorem dostaję zaproszenie do Dariusza Kukawskiego, wybranego na sołtysa w lutym zeszłego roku. On też na przyszłość Studzianki patrzy dość pesymistycznie. - Migracja będzie postępowała . Dawniejsze gospodarstwa opierały się na dorosłych i dzieciach, przy dzisiejszym umaszynowieniu liczba osób potrzebnych do pracy zmalała. Wystarczy tylko kilku potężnych gospodarzy. A pozostali muszą szukać sobie zajęcia.

Nowy turysta to wydarzenie, więc zaproszenia na herbatę pojawiają się jedno po drugim. Wieczór u sołtysa, rano siedzę już u pani Mirosławy, znanej z najlepszych w Studziance sękaczy. - Jak nie było telewizorów, to życie sąsiedzkie kwitło. Kobiety przędły to wełnę, to len na worki, mężczyźni w karty grali. Później to pomału zaginęło, zanikło, mało kto do kogo wychodził. Każdy w telewizor gębę wsadzał. Ścieżki między domami pozarastały. Nie było ich widać. Nigdzie - słyszę.

Coś w tym jest. Nie do końca jestem w stanie rozwikłać plątaniny ledwo widocznych dróżek wijących się od gospodarstwa do gospodarstwa. Choć dom, do którego mam iść, majaczy kawałek przede mną już od jakiegoś czasu, i tak w końcu rezygnuję i idę na przełaj przez pole.

***

Kilkaset metrów od domu jest podstawówka. W latach czterdziestych ubiegłego wieku mieszkańcy wybudowali ją czynem społecznym na meczecisku, czyli miejscu, gdzie stał meczet. W tym roku w szkole uczy się tylko sześcioro dzieci. Gdy wchodzi się do budynku, panuje grobowa cisza. Po prawej stronie na ścianie jest tablica, zgodnie z napisem powinny wisieć na niej prace plastyczne uczniów. Ale nie wiszą. Klasa po zerówce pusta, jeszcze z zabawkami i misiem Puchatkiem namalowanym na drzwiach. Krzesła ustawione w rzędzie pod ścianą.

W sali, w której czeka na mnie ostatnia w szkole nauczycielka, oprócz nas też nie ma nikogo. - Kiedyś siedziały tu pierwszaki, ale tak się nam sytuacja ułożyła, że są teraz w jednym pomieszczeniu razem z klasą trzecią, bo dzieci łącznie jest tylko sześcioro. Ich starsze rodzeństwo uczy się w Łomazach, a rodzicom wygodniej jest dowieźć wszystkie dzieci razem - mówi Wiesława Kobrzyńska, która w szkole uczy kilkanaście lat. - Na pewno jest tu inna specyfika zajęć. Gdy jedna część ma pracę głośną, czyli rozmowę, reszta zajmuje się pracą cichą. Sprzęt do wychowania fizycznego uzyskaliśmy z klubu sportowego, który już nie istnieje. We wszystkich okolicznych miejscowościach kluby zostały zlikwidowane, nie tylko w Studziance. W naszej gminie kiedyś w każdej wsi był klub sportowy. Teraz już nie ma chyba żadnego.

Dziś w tutejszej podstawówce uczy się zaledwie sześcioro dzieci (fot. Dominika Klimek)

Rok temu w szkole było trzynaścioro dzieci, ale wtedy przyjeżdżali też uczniowie z Ortela Królewskiego, wsi położonej pięć kilometrów dalej. Mieszkańcy patrzą realistycznie. Trzecia klasa odejdzie, zostanie tylko troje dzieci. A każdy wie, że dla trójki dzieci tej szkoły nie będzie. Zastanawiają się już tylko, co zrobić z budynkiem.

Gdy wychodzę, cisza aż dzwoni w uszach. W końcu wśród sześciu osób dużo łatwiej wyłapać tego niesfornego gadającego osobnika.

***

Łukasz mówi, że odkąd pamięta, chciał chodzić przebrany w strój tatarski i oprowadzać turystów. Jest stąd, ale studiował w Siedlcach, Białymstoku, za pracą wyjechał do Gdańska. Wrócił i postanowił, że zrealizuje marzenia z dzieciństwa. Najpierw wspólnie z innymi mieszkańcami założył Stowarzyszenie Rozwoju Miejscowości Studzianka. W 2007 roku został jego prezesem. Dwa lata później zorganizował pierwszy zjazd Tatarów po drugiej wojnie światowej z okazji 330 lat osadnictwa. W tym samym roku powstał pierwszy numer kwartalnika "Echo Studzianki".

Wieś na początku trudno było przekonać do pomysłu wskrzeszenia tatarskich tradycji. Niektórzy obawiali się, że zjawią się Tatarzy i będą chcieli odzyskać dawne ziemie osadników. Kamienie na mizarze zarosły, wszyscy mówili, że to pogańskie, tatarskie, że nie można po tym chodzić. Niektóre nagrobki zostały częściowo zniszczone niedługo po drugiej wojnie światowej. W końcu piaskowiec świetnie nadawał się na toczaki i osełki do kos.

Dlatego Łukasz zaprzyjaźnianie Studzianki z Tatarami zaczął od dzieci. Chodził z nimi na mizar, sprzątał, organizował plenery malarskie, jeździł na konferencje. Mieszkańcy o swoim skarbie dowiedzieli się częściowo z mediów. Gdy zaczęło działać Stowarzyszenie, ludzie w wieku siedemdziesięciu kilku lat mówili, że na mizarze są po raz pierwszy. Teraz na cmentarzu choć raz był już każdy. Mieszkańcy marzą, by był to magnes na turystów. W zeszłym roku poruszyli niebo i ziemię: wysyłali konkursowe kupony i SMS-y. Udało się. W plebiscycie na najbardziej atrakcyjne miejsce w województwie lubelskim zajęli drugie miejsce. Wygrał Zamość, wiadomo, trudno konkurować, ale pokonali Kazimierz Dolny, Lublin i Białą Podlaską. Dyplom jest w świetlicy, a statuetka u sołtysa. Niektórzy już wykorzystują okazję - od roku stoi pierwsze gospodarstwo agroturystyczne, nowi ludzie kupują ziemię, budują się domy, potrzeba dekarzy, posadzkarzy i ludzi od wykończeniówki. Zamiast obaw zaczęła kiełkować duma.

Stowarzyszenie Rozwoju Miejscowości Studzianka dba o pamięć o tatarskiej przeszłości wsi (fot. Dominika Klimek)

Tatarzy Łukasza oprócz dumy dali studziańczanom nadzieję. Zapomniana świetlica została wyremontowana, w większości czynem, jak mówią mieszkańcy. Ktoś dał deskę, ktoś ławkę zrobił, nie było tam doprowadzonej wody, więc przynosili ją w butelkach. Jest grupa śpiewacza "Studziańczanie", w styczniu obchodziła pięciolecie. Podziękowania i dyplomy zajmują całą teczkę: Przegląd Pieśni Maryjnych, 9. Wieczór z kolędą w Bokince, Łomaskie Impresje Muzyczne, udział w dożynkach gminnych, w Jarmarku Jagiellońskim, w Czosnówce przegląd kolęd, w Dubowie też. Tu, na miejscu, organizują Przegląd Pieśni Patriotycznej i Biesiadnej. W okolicy odbywa się pięć różnych biegów, wśród nich Tatarska Piątka. Łukasz organizuje też zajęcia z łucznictwa. Najpierw dzieciaki uczą się robić strzałki, potem same strzelają. Latem biorą udział w zawodach i pokazach, przebierają się nawet w tatarskie ubrania. Może nie strzelają, jadąc na oklep, ale z roweru już im się udaje. Wszyscy mówią z uśmiechem, że to dzięki tatarskiej krwi.

Nie tylko młodym próbuje się wypełnić czymś wolny czas. W zeszłym roku był już piąty dzień seniora. Przychodzi kilkadziesiąt osób w wieku 60+. Jedną z jego inicjatorek jest Mirosława Jaśkiewicz, była pani sołtys: - Pierwszy tak o piętnastej zorganizowaliśmy, bo pomyśleliśmy, że o dwudziestej wszyscy pójdą spać. A tu północ i jeszcze się ludzie bawią. Raz do roku mogą wyjść z domów, cały rok na to czekają.

- To może właśnie dlatego ludzie się tak wkręcili w Tatarów, bo nie mają za bardzo innych zajęć? - dopytuję.

- No... mają jakieś zajęcia, był kurs gotowania, nauka wizażu i makijażu, kobiety z całej gminy uczestniczyły. Wyjazd do salonu kosmetycznego też zrobiliśmy. Udało się pozyskać sponsora na autokar i bilety, ludzie pojechali do kina. Ale do teatru niestety nie udało mi się zebrać chętnych - dodaje i wzrusza ramionami.

Niektórzy nie poprzestają na udziale w zorganizowanych wydarzeniach i próbują sami coś stworzyć.

W Studziance mieszka uzdolniona pani Leokadia, u której znajdziemy hafty wykonane jeszcze z sanacyjnych nici, bo podobno najlepiej trzymają kolor. Jest też pan Witold, który uwielbia motocykle i drewno. Pasja stolarska okazała się na tyle silna, że z drewna zbudował dom, ławki przed ten dom, ławy do domu i altanę. Pani Mirosława od ponad 40 lat robi sękacze. Piecze z trzydziestu, czterdziestu, sześćdziesięciu jaj - jak kto zamówi. We wsi pieką trzy osoby: ona, sąsiadka Gienia i pani Ania. To ciężka praca, pewnie dlatego nie ma chętnego do przejęcia schedy. - Córka nie wygląda, jakby chciała to robić, wyjeżdża teraz na studia. Ale ja powtarzam, że sękacze mogą się jej przydać jeszcze w życiu - mówi, gdy siedzimy przy kuchennym stole. Właśnie skończyła piec kolejne ciasto, teraz czas na chwilę odpoczynku.

W Polsce sękacze - oprócz Podlasia - wypieka się na Kaszubach i Suwalszczyźnie (fot. Przemysław Wierzbowski / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Idąc na kolejną herbatę, zaczynam mieć wrażenie, że w każdym domu mieszka specjalista. Prawie każdy w okolicy jest z czegoś znany.

***

Tam, gdzie mieszka dziś Mirosław Józefaciuk, była kiedyś puszcza. Obecnie jest 20 hektarów pola, które przez wiele lat uprawiał, dom, ogród, szopy, stodoły, plac zabaw i miejsce na ognisko dla turystów. Od 10 lat jest na rencie rolniczej. Dopiero gdy przekazał gospodarstwo synowi, mógł na pełen etat zostać kustoszem Prywatnego Muzeum Wsi Podlaskiej.

Przez dwie dekady zgromadził w nim trzy tysiące eksponatów. Motywem przewodnim muzeum jest... wszystko. Są tu między innymi: stare skrzypce bez strun, zestaw do podpisywania ważnych dokumentów, telefon na korbę, radio na kryształek, stuletnia maszyna, która wciąż działa, patefony, sprzęt górniczy (Teraz niedawno dostałem, rodzinka przywiozła - mówi kustosz), sokowirówka, partyzanckie patelnie, muchołapki, pozłacana zastawa, obraz z 1890 roku, dzwonki do sań, żelazka z miejscem na duszę, grzybek do cerowania (Zofia, weź tam otwórz, to będzie lepiej widać - krzyczy do żony), dźwiękowe pocztówki, skórzany kufer, dar narodu amerykańskiego dla jeńców wojennych, nieduże organy (Były do wyrzucenia, ale syn zabrał za parę groszy - energicznie uderza w kontuar), lodówka na lód, takie w Polsce są tylko dwie. Parobek napełniał ją lodem, a lód czekał w głębokiej piwnicy lub jamie przykryty trocinami, żeby starczył na całe lato.

- Ludzie przyjeżdżali, każdy coś dał, najpierw nie braliśmy nic za zwiedzanie i mówiliśmy, żeby coś przywieźli. Tylko od razu zaznaczaliśmy - jak chcesz jakiś pieniądz, lepiej sam trzymaj - podkreśla.

Eksponaty do lokalnego muzeum wspólnie zebrali mieszkańcy (fot. Dominika Klimek)

W dwie godziny zwiedziliśmy trzy ogromne pomieszczenia. Ale eksponaty i tak powoli przestają się mieścić. Między dwoma budynkami jest jeszcze skrawek wolnej przestrzeni, który nadaje się na budowę małej szopy - kolejnej sali muzealnej. - A resztę trzeba będzie upychać - śmieje się pan Mirosław. Nie do końca to sobie wyobrażam. Mam wrażenie, że na uginających się półkach absolutnie nic się już nie zmieści. - Ktokolwiek pomagał w określeniu wieku tych wszystkich rzeczy? - pytam w końcu, bo aż trudno uwierzyć, że eksponatów nie obejrzał dotąd żaden etnograf. - Gdzie tam, czasami lepiej za dużo nie wiedzieć, bo wtedy człowiek inaczej na to patrzy .

***

Nie tylko w Muzeum, lecz w całej wsi czuć historię na każdym kroku.

Tutejszy mizar to jeden z siedmiu w Polsce. Dwa pozostałe są w Warszawie (ul. Młynarska i Tatarska), w Bohonikach, kolejne w Kruszynianach i Lebiedziewie. Ten w Studziance zajmuje blisko hektar, najstarsze nagrobki pochodzą z XVIII wieku. Łukasz spędzał na nim długie godziny, udało mu się odtworzyć nawet najbardziej zatarte napisy. Podczas grabienia co rusz odkrywa nowe nagrobki porośnięte mchem. Na razie doliczył się stu siedemdziesięciu. - Pochowani są tutaj wojskowi: majorowie, rotmistrzowie, pułkownicy. Jest generał Józef Bielak, pokażę nagrobek. Jeden z dwóch tatarskich generałów wojsk Rzeczpospolitej Obojga Narodów w XVIII wieku. A ten mi się podoba wyjątkowo - wskazuje na jeden z kamieni, wyglądający prawie identycznie jak reszta - Marii Czymbajewiczowej. Jest na nim nawet szahada, muzułmańskie wyznanie wiary: "Nie ma boga prócz Boga (jedynego), a Mahomet jest jego Prorokiem". Narzeczony Marii walczył w powstaniu styczniowym i po zakończeniu walk ukrywał się u niej w domu. Pewnego razu, gdy przyszedł na schadzkę, Kozacy wysiekali go z sufitu, bo schował się w strzechę.

Wydawałoby się, że wszyscy rozumieją, że Tatarzy są Studziance potrzebni do życia prawie jak woda rybie. Ale mimo to zdarza się, że ktoś niszczy tablicę na mizarze, strzelając z wiatrówki. Józefa Kowieska wspomina, że w szkole jej córka była wytykana palcami dlatego, że pochodzi z tatarskiej rodziny. Niby nic, po prostu krzyczeli za nią "Tatarka, Tatarka!", więc pani Józefa interwencją u nauczycieli nie mogła wiele zdziałać.

Historię w Studziance czuć na każdym kroku (fot. Dominika Klimek)

Łukasz wie, że wieś musi wycisnąć z Tatarów jak najwięcej. To tak naprawdę ich walka o przetrwanie. Chce wydać publikację ze starymi zdjęciami, które mieszkańcy chowają po domach. Ale przekonał się już, że mieszkańcom trudno dogodzić: - Z początku był większy entuzjazm, ale teraz opadł troszeczkę. Przesycili się tym i Tatarami . Zobojętnieli.

- Nad wydarzeniami w Studziance pracuje teraz tylko kilka, kilkanaście osób - słyszę również od byłej pani sołtys. - Trzeba do każdego dotrzeć, z każdym osobno rozmawiać, każdego przekonać do pomocy. No po prostu taka jest natura ludzka. Jedni chcą, inni stoją z boku, patrzą i komentują.

Dominika Klimek. Dziennikarka radiowa, współpracuje z Programem IV Polskiego Radia, studenckim Radiem Aktywnym, korespondentka w projekcie Miasto Archipelag. Autorka bloga audiowizualnego dźwięk/obraz.