*Weekend na plaży - przypominamy nasze najpopularniejsze teksty* Dzień zimny i deszczowy. Gnane wiatrem krople bombardują mokry asfalt. I tak już od kilku dni. Chmury, deszcz, chmury, mokro, chmury. Stacja benzynowa na Mazurach. Jedziemy stopem do Serbii.
Biorę od Roberta marlboro z miękkiej paczki i odpalam, opierając się o plecak. On w tym czasie rusza na obchód parkingu. Nie zdążam dopalić, gdy wraca z dobrą wiadomością. Pierwszy tir.
Wrzucamy plecaki do tyłu, siadam obok kierowcy. Tylko do Mławy. Za kierownicą starszy facet. Zmarszczki, krótko ścięte siwe włosy, żółte, krzywe zęby i szlug w ustach. Chwilę rozmawiamy o drodze, pogodzie, obwodnicach dużych miast. Za oknem niekończąca się szarość. Z deszczem, blokami i niedawno położonym asfaltem.
Szofer - paląc jednego za drugim - opowiada o chłopaku, którego kiedyś wziął na stopa spod Lidzbarka Warmińskiego.
- Młody chłopak, z 19 lat miał. Jechał do Lublina na operację żeber. Albo płuc, nie pamiętam już. Podnosił koszulkę, pokazywał obandażowane żebra. "Mam piętnaścioro rodzeństwa", mówi do mnie, rodzice nie żyją, on najstarszy i chory jeszcze, nie może pracować. Nie mają co jeść. Wody też nie mają, bo gmina odcięła za niepłacenie rachunków. Rodzeństwo chcą wziąć do domu dziecka, ale oni nie chcą, bo wolą być razem, chociaż nie mają co jeść.
I opowiada to wszystko, a mnie włos jeży się na głowie. Daję mu chleb z pasztetem, bo tylko to mam, i dziesięć złotych na drogę, niech se chłopak coś tam kupi do jedzenia.
Zostawia mi adres. Prosi, żebym go odwiedził. Tydzień później znowu go zabieram, w Olsztynku chyba. Jedzie do Nidzicy dorobić sobie gdzieś przy zbiorach. Ta sama gadka. Nie mają ogrzewania, myją się u księdza, jeść też nie ma co.
W domu z rodziną robimy zbiórkę żywności. Szwagier zmienia meble w mieszkaniu, stare mu niepotrzebne, ma busa, więc chcemy się zrzucić na paliwo i jechać im to wszystko zawieźć, bo przecież biedaki nie mają na czym spać.
Już mieliśmy jechać, ale syn przez internet znalazł numer telefonu księdza z miejscowości, której adres młodziak podał. Dzwonimy. Ksiądz dziękuje za chęci, ale mówi, że ten chłopak to oszust. Jego rodzice żyją, wcale nie mają tak źle, inni mają dużo gorzej, a on jest leniem i taki wybrał sobie sposób na życie... Żebym go teraz spotkał! Ale bym mu dobrze dupę przetrzepał!
Innym razem zabrałem siedemnastolatka, z Mławy również. Kiepska sytuacja w domu i reszta. Jechał gdzieś za pracą, do Radomia chyba.
Zimno było, więc proponuję mu herbatę. Robię mu i sobie. Stawiam chłopakowi pełen kubek. Kilometry mijają, a chłopak herbaty nie tyka. "Czemu nie pijesz?" - pytam. "Bez cukru nie piję" - odpowiada chłopak. "Ja cukru nie używam, więc nie mam. Pij jak jest" - mówię do niego. Zimno, chłopak nie ma co pić, herbata zrobiona, ale nie, on bez cukru nie pije. W Radomiu każe siebie podwozić tam, gdzie mi w ogóle nie po drodze, bo musiałbym krążyć nie wiadomo ile. Ja obwodnicą, a on nie, on do centrum mówi, żebym jechał i potem krążył godzinę. Jezu, co za chłopak!
Ale z babami też czasem jest nieźle. Kiedyś jechałem w nocy i zabrałem taką jedną w Nidzicy. Pijana, chciała mnie zgwałcić prawie. Usiadła z tyłu, opowiada mi o wieczorze, jak to była u swojego faceta, upili się, pokłócili chyba i wyszła. Nagle zaczyna mnie tu smyrać, ciągać na łóżko i mówi: "Chodź, pokażę ci, co potrafi czterdziestoletnia piz*a!". Prawie siłą ją wyrzucałem w Mławie. Ale chyba zaraz ktoś inny ją zgarnął z drogi.
Sztuka stopa
Nie jesteśmy przygotowani. Pieniędzy tyle, co troszkę, brak mapy, dziurawe buty, w plecaku trzy pary gaci, cztery skarpetek, bluza i spodnie na zmianę, dwie koszulki, dresy, pożyczony namiot z Lidla za 40 złotych, śpiwór, ocieplająca wkładka do śpiwora, foliowy koc termiczny, latarka, dwie książki, zeszyt, chleb, kabanosy, kilka zupek chińskich.
Z Cieszyna łapiemy stopa prawie pod Bratysławę. Po dziesięciu minutach zagadywania do tirowców Robert załatwia nam podróż w tandemie. Trzeba przyznać, że towarzysz to stary wyjadacz. Mnie zajęło trochę czasu, żeby tak na luzie, bez krępacji i zażenowania zagadywać do kierowców.
Bo trzeba zagadywać. Na wylotówce nie ma co stać z kciukiem, jak nie musisz. Jeśli chcesz szybko się przemieścić. Bo stać to możesz i dziewięć godzin. Chyba że jesteś ładną dziewczyną (ładne dziewczyny mówią, że wcale nie jest tak łatwo, ale ja im nie wierzę), kimś o wyjątkowo przyjemnej aparycji (to nie my) albo masz szczęście (wiadomo: szczęście raz jest, raz go nie ma).
Idealne są stacje benzynowe albo duże parkingi. Najlepsze są tiry, bo jadą w długie trasy, a kierowcy są samotni, chcą pogadać i zazwyczaj nie boją się obdartusów z plecakami. No i jak masz szczęście, to przez CB-radio przekazują sobie ciebie jak w sztafecie. W ten sposób w ciągu doby można zrobić nawet 1,5 tysiąca kilometrów (sprawdzone).
Na ogół wygląda to tak:
tiry po horyzont albo tylko kilka. Rozglądasz się czujnie. Najpierw rejestracje. W Polsce to nie problem, ale za granicą najłatwiej wyrwiesz Polaka: swój na obczyźnie, można pogadać w swoim języku. Nie zawsze pomoże, ale prawie zawsze. Nawet jak nie podwiozą, to często podzielą się jedzeniem: dadzą zupkę chińską, naparzą herbaty, poczęstują papierosem, plastikowym kubkiem wódki, polską kiełbasą z grilla, bo akurat grillują sobie z innymi kierowcami na postoju. Mów, co chcesz, ale Polacy potrafią być solidarni za granicą.
Dalej: ładunek. Cysterna cię nie weźmie. Szoferzy drogocennych ładunków (samochody, elektronika itp.) też nie. Większość firm przewozowych ma zakazy i przykazy, żeby nie brać stopowiczów. Kierowcy przestrzegają, jak chcą.
Podchodzisz do kabiny. Jak nie siedzi akurat za fajerą, pukasz w szybę. Masz nadzieję, że nie śpi, bo jeśli tak, to tylko go wku*wisz, a nic nie osiągniesz. No, nie śpi. Uśmiechasz się szeroko i szczerze. Ja mówię tak:
- Dobry! Bardzo przepraszam, że przeszkadzam, ale takie pytanko: jedzie pan może w stronę Chorwacji? No, to w zasadzie bez różnicy, oby dalej. A byłaby może szansa, żeby wziął pan mnie i kolegę?
I teraz trzy opcje:
1. Jestem bardzo wdzięczny i pakuję się do kabiny.
2. Zostawiam go sobie w odwodzie, bo koleś jedzie dopiero za godzinę i tylko krótki kawałek. Może złapię coś lepszego.
3. Życzę szerokiej drogi, bo nawet jak odmawia, czy coś burczy, uprzejmość przede wszystkim.
Proza tira
Siadam w kabinie nowego mana, którego prowadzi śmiesznie mówiący góral z Zakopanego. Krótko ścięty, z postawioną grzywką, ciemne okulary, gładko ogolona szeroka szczęka i potężne pekaesy sprawiają, że wygląda jak podstarzały Travolta. Większość drogi przegadaliśmy, mówiąc o tirach, rodzinie, dziennikarstwie i stereotypach, jakie w obiegowej opinii przylgnęły do tirowców.
- Tirowcy to nie kurw**rze! Dobra, jakiś procent z pewnością. Ale nieduży, a i tak wystarczy, żeby nam psuć opinię. Łajzy. Kiedyś chłopak rzucił przez to pracę. Miesiąc popracował i dziewczyna mu powiedziała: albo ja, albo tiry. Koleżanki jej nagadały. "Tirowiec, to ty wiesz, co oni tam robią, tygodniami jeżdżą i tylko ku***ą się po parkingach". No i wybrał dziewuchę. Spokojny chłopak przecież. Ale to prawda, trzeba mieć do siebie ogromne zaufanie. Że ty wyjedziesz, a ona będzie czekała na ciebie. Że ty wrócisz do niej. W ogóle kto to wymyślił, że te prostytuty stojące przy drogach to tirówki?! Przecież tam nawet nie da rady wjechać ciężarówką i zaparkować! Widziałeś kiedy wjeżdżającego tira w leśną drogę?!
Zostawili nas w Czerwieniku. Znów nie zdążyłem spalić papierosa, a Robert załatwił nam stopa na Węgry.
Kierowca koło czterdziestki, dobrze się trzyma. Mariusz. Poczciwy chłopina ze środkowej Polski. Standardowa gadka o robocie, babach, kradzieżach, wizerunku Polaków za granicą.
- Niemiec na parkingu do mnie: Polak świnia! To ja mu mówię: Niemiec świnia! Pokazuję na syf wokół niemieckich ciężarówek i się pytam: kto to zrobił?! Ja sprzątam po sobie zawsze, mówię i pokazuję, że u mnie porządek. To przeprosił. Ale, no, skądś się to bierze niestety.
- A jak z bezpieczeństwem? - dopytuję.
- Kiedyś było fajniej. Teraz zaczęło się takie badziewie. Strach zapiąć się pasami, żeby nie wpuścili gazu, nie ukradli wszystkiego. Ale jak to mówią: kto nie szuka kłopotów, ich nie znajdzie. We Francji kiedyś się budzę na parkingu, patrzę: rezerwa. 116 litrów mi skubnęli. Na Słowacji otwarli mi pakę i 90 sztuk wodomierzy ukradli.
U nas, w Polsce, Romki zatrzymują, że niby w samochodzie paliwo się skończyło. I przy okazji próbują ci sprzedać telefon. Pokazuje ci jeden, płacisz, dają pokrowiec, w nim pusto, tylko jakieś rzeczy, żeby waga była. Ale zanim się zorientujesz, już ich dawno nie ma. Podmieniają je jakoś po drodze. Jak? Mnie nie pytaj. Robią też tak z laptopami.
Złodziej nas pilnuje. Jak widzi, że piją, śpią pootwierani całą noc? Proszę cię. Nieraz widzę kierowców, to sami się proszą, a potem mają pretensje do wszystkich.
Dopóki mi nie wejdą do kabiny, wszystko jest OK. Złodzieje obserwują, znają numery, wiedzą kto gdzie jeździ. Jak chcą, to całego tira zapierdzielą. Wycinają dziury w baku, plandece. W Niemczech mi wszystkie kable poprzecinali z tyłu. Czemu? Ze złości? Bo na polskich blachach?
W Rumunii tyle dobrze, że biorą łapówy. Zawsze się da parę euro i jakoś idzie. W Polsce, Słowacji i Czechach są najgorsze policje. W Niemczech i Francji jakoś da się wytłumaczyć, że np. nie ma tych parkingów. Bo czas pracy się kończy, a ty krążysz i szukasz, a nie ma gdzie zaparkować. Zawsze się zdarzy, że przekroczysz czas pracy o parę minut. Chyba że się jeździ na stałych trasach. Jak jedziesz pierwszy raz pod firmę, to często nie ma gdzie stanąć. A oni teraz tak się czepiają o wszystko. No, to przez te wypadki, no. Z drugiej strony to też dobre, boby nas gonili jak psy. Jak kiedyś. Taho za okno i jedziesz. Nie dasz rady? I tak po kilkanaście godzin. Teraz przepisy są dużo bardziej zaostrzone. Teraz jakbyście chcieli oszukać, to nie bardzo możecie nawet. Magnes na skrzynię biegów można założyć. Zakładasz i jedziesz ile chcesz. W Niemczech i Anglii są czujniki, które je wykrywają, więc tam nie przejdzie. Tam zobaczą, że zygzakiem jedziesz, to od razu kontrola. Alkohol, narkotyki, wszystko sprawdzają. Jedziesz parę razy, mają twoje zdjęcie, to nie czepiają się, ale jak tylko zmieniłem samochód, od razu na kontrolę.
Kałasznikow
Wysiadamy na następnej stacji benzynowej. Godzina 22.00. Znów zaledwie dziesięć minut krążenia po parkingu pełnych śpiących kabin z naczepami. Zabiera nas leciwy tirowiec z Tychów. Na oko z sześć dych na karku. Jedzie do Nowego Sadu, Serbia. Krótkie, siwe włosy, pomarszczony, z dużym brzuchem, szlug za szlugiem. Po kilku pytaniach na zachętę zaczął opowiadać.
- Jak od nas z firmy się zbierze pięciu czy siedmiu, k***a, to potem nie idzie wytrzeźwieć, żeby jechać. Jo już wolę sam - mówi, wypuszczając z ust papierosowy dym. Głos miał jak stary dziad spod sklepu. Struny głosowe przepalone przez wódę i dym. - Sam też wypijesz, ale się tak nie naj****sz. (pauza ) Potem nawet nie wiesz, jakżeś wrócił do auta. We Włoszech dwa razy spałem, k***a, drzwi otwarte. Jak za dużo tak, to też niedobrze. We dwóch jechaliśmy na Szeged, jo mówię: idź ty kup ta winieta, bo mi się tylko ręce będą trzęsły. Czasem strach. Przyjął się do nas taki jeden kierowca. Ładowalimy się w Bielsku, on miał załadunek w Austrii i z tym miał jechać do Włoch. Pojechoł niby do tej Austrii, wybroł 300 euro z karty firmowej, towaru nie załadowoł, pochloł, wrócił z powrotem do Polski, naj****y, jeszcze przyhaczył auto. No i zabrali go na izba, musiał auto potem odebrać, no i ch*j, więcej go w firmie nie zobaczyłem.
Na Sycylii makaron wjechał mi pod auto. To go, ch*ja, nie widziołem. To znaczy widziołem, ale go nie chciałem puścić. A potem już go nie widziołem. Oni tam się na chama pchają. Stoimy w korku. Chcę tu bieg wrzucić, jechać, a tu kobieta, co ze mną jechała, mówi: ty, ale ty już jesteś na aucie. Patrzę w lusterka: no faktycznie, siedzę już na tym aucie. Policaj, policaj wzywają. To ch*j, policaj. Mandat makaron dostał i tyle.
Cisza. Tylko ryk samochodu.
- Kałasznikowa można kupić za 300 euro - mówi nagle. (pauza ) - No ale co byś z tym robił? Nawet jakbyś to przewiózł, to co? Do czego byś strzelał? Do jeleni albo saren, to zaraz leśnik usłyszy.
(pauza ) Cisza autostrady.
Jedziemy przez Węgry. Szofer wymienia nam miejscówki, opowiada o cenach, nacjach, gdzie, jakie i za ile oraz inne anegdoty. - Kiedyś stałem obok jednej dziwki. Jo stał na cepeenie. Od niej oddzielał mnie tylko kawałek trawnika i siatka. Patrzyłem z zegarkiem, ile jej czasu schodzi. To z dojazdem schodziło jej siedem, góra osiem minut i była z powrotem. To jo mówię, ja pier***ę taką przyjemność. Jo to muszę się pobawić trochę.
W nocy jazda tirem przypomina lot statkiem kosmicznym. Tak to sobie wyobrażam, siedząc na tirowym łóżku za kierowcą. Szyba szeroka jak w Star Treku, dziesiątki światełek na desce rozdzielczej, dwie skrzynie biegów, masa urządzeń, GPS-y, płatniki autostrad i inne rzeczy o dziwnym przeznaczeniu. Nasz wzrok utkwiony w przestrzeni. Gdzie za szybą znikają światła wsi i miasteczek jak gwiazdy przy prędkości nadświetlnej. Choć licznik zatrzymał się na 90 km/h, my przemierzamy nieskończoność asfaltowych kilometrów. Widzimy inne statki zagubione w tym bezkresie. Pod kołami migają nam paski białej farby, nozdrza świdruje papierosowy dym, w uszach szum pędzącego powietrza i warkot silnika.
W którymś momencie sponad tego chaosu nocy wyrasta majestatyczna galaktyka różnokolorowych świateł. Obsiada ciemne wzgórza. Wrasta w horyzont, zapiera dech. Przyciąga. To Budapeszt. Wyraźnie wyczuwam jego magnetyczną moc. Mam ochotę powiedzieć sternikowi, żeby zjechał z wyznaczonego kursu. Po co bokiem, obwodnicą? Jedźmy tam! Powstrzymuję się w ostatniej chwili. Nie teraz. Nie tym razem.
Zresztą szofer i tak zapytałby jedynie, czy przypadkiem nie zwariowałem.
Prostytutki i złodzieje
Parkujemy kilkanaście kilometrów dalej. Zostawiamy kierowcę z Tychów i idziemy szukać miejsca na namiot. Na skraju przepełnionego parkingu znajdujemy przytulny skrawek trawnika poza polem światła latarni i blisko obsranego lasku. Rozstawiamy sprzęt, wyjmujemy śpiwory. I wtedy parkuje obok nas ciężarówka z chłodnią na naczepie. Chłodnie muszą być włączone na postoju. Czyli buczenie całą noc.
Nie zdążyliśmy się porządnie zdenerwować, gdy do drzwi szoferki podeszła niska, gruba dziewczyna w krótkich spodenkach. Stuka dwa razy. Półnagi, gotowy do snu szofer uchyla zasłonki i otwiera kobiecie drzwi. Ona coś mówi. Wychwytujemy "pięć euro" i coś tam jeszcze po niemiecku. Z tyłu ciężarówki niewidoczny, w bezpiecznej odległości stoi zarośnięty facet koło trzydziestki w kamizelce odblaskowej założonej na bluzę. Przygląda się.
Bez ruchu patrzyliśmy się to w szoferkę, to na siebie. Człowiek w odblaskowej kamizelce obszedł chłodnię i przystanął kilka kroków od nas. Cały czas wpatrywał się w zasłonięte szyby. Napięty, czujny. Jakby nas tam nie było.
Po 10 minutach drzwi kabiny się otworzyły, gruba dziewczyna wygramoliła się po schodkach na zewnątrz i zamknęła drzwi. Kiwnęła głową człowiekowi w kamizelce i oboje zaczęli biec w stronę obsranego lasku. Schowali się między drzewami. W kabinie brak ruchu.
Rano opowiedzieliśmy historię naszemu szoferowi z Tychów.
- Ha! U mnie też była. Jak tylko wyszliście. Ale jo nie chciał, taka paskudna była.
- Widocznie tamten typ miał ciśnienie - uśmiechnąłem się. - Ale coś mu musiała ukraść.
Koło południa dojeżdżamy do granicy. Przed nami Serbia. Zostawiamy polskie tiry.
W chwili, w której przebijesz się przez miasto, znajdziesz dobre miejsce, staniesz na poboczu i podniesiesz do góry rękę z wystawionym kciukiem, wszystko staje się możliwe. Nie bójmy się tego słowa. Wszystko.
Możesz na przykład:
Przez 10 godzin nic nie złapać, marznąć, moknąć na deszczu, rzucać wyzwiskami, wpaść w depresję, wreszcie obiecać sobie, że już nigdy nie będziesz podróżować stopem.
Możesz też złapać miejscowego dobrego człowieka, który weźmie cię do domu, nakarmi, napoi rakiją i zapewni dobrą imprezę.
Albo zwyrodnialca z piłą mechaniczną w bagażniku, który na najbliższym postoju będzie chciał cię pokroić na plasterki.
Albo samochód pełen sióstr zakonnych, które zaproszą cię na wieczorną modlitwę w swoim klasztorze.
I tak dalej. Możliwości są nieskończone. Większość z tych rzeczy najprawdopodobniej się nie wydarzy. Ale nigdy nie wiesz.
Marcin Szot . Reporter, trener komunikacji. Publikował m.in. w "Polityce", "Dużym Formacie", "Newsweeku". Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Zanim zajął się pisaniem, pracował m.in. jako marynarz, ryksiarz w Barcelonie i Kopenhadze, kucharz w Norwegii, kelner w Szkocji, instruktor w parku linowym, pomocnik elektryka. Zwiedza świat i lubi o tym opowiadać.