Reportaż
(fot. Tadeusz Sumiński / wikimedia.org / domena publiczna)
(fot. Tadeusz Sumiński / wikimedia.org / domena publiczna)

*Weekend na wakacjach - przypominamy nasze najpopularniejsze teksty*

Droga do jego nowego domu wiedzie wzgórzem. Dolinę Sanu widać z niego jak na dłoni. Andrzej Podkalicki zatrzymuje konie, schodzi z wozu, staje na skraju szosy i zdejmuje kapelusz. Nie kryjąc wzruszenia, kłania się dolinie nisko. - Żegnam Cię, Matko Ziemio - mówi z uroczystą powagą sędziwy wysiedleniec z Soliny. Wsiada z powrotem na wóz i jedzie zacząć życie od nowa.

Jest marzec 1963 roku. Wieś, w której dotąd mieszkał, niebawem zostanie zalana.

Pod dnem

Pięć metrów ponad naszymi głowami o betonowy mur opiera się pół miliarda kubików wody. - Zapora nie jest oczywiście stuprocentowo szczelna, ale proszę się nie bać. W tego typu budowlach to jest absolutnie normalne zjawisko. Nic nam nie grozi, każdy fragment ściany jest cały czas monitorowany - uspokaja przewodnik. Prowadzi nas w głąb długiej, wąskiej galerii, położonej na poziomie "0", poniżej dna Jeziora Solińskiego.

- Konstrukcja nie jest monolityczną bryłą betonu. Składa się z ponad 40 stanowiących osobne bloki sekcji, doszczelnionych taśmami gumowymi. Państwo pamiętają, jakie są jej wymiary? Zgadza się, 664 metry długości i 82 metry wysokości - 760 tysięcy metrów sześciennych kubatury. To największa zapora w Polsce. Powstała w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, zaprojektowali ją i wybudowali Polacy. Dobrze to zrobili, skoro przez tyle lat nic się z nią nie stało - kontynuuje przewodnik.

Zapora wodna w Solinie (fot. Dawid Iwaniec)

Kilkanaście metrów wyżej, na poziomie "2", zaglądamy w otchłań fugi dylatacyjno-oszczędnościowej. To przepastna luka w konstrukcji, która ciągnie się od fundamentów aż po koronę zapory. Luka pozwoliła zmniejszyć i tak olbrzymi, jak na owe czasy, koszt budowy - 1,5 miliarda złotych. Następnie stajemy przy jednej z potężnych przypór. Tu najdobitniej czuć monumentalizm tamy. Ale PRL-owskie władze nie dla podziwu potomnych zdecydowały o budowie we wsi Solina tamy, która spiętrza San wijący się przez serce Bieszczadów. Takie rozwiązanie sugerowano już w dwudziestoleciu międzywojennym. Zapora miała ujarzmić kapryśną rzekę, która, jak szacowano, powodowała jedną czwartą powodziowych szkód na Podkarpaciu.

Do pokrzyżowanych przez II wojnę światową planów budowy powrócono w latach pięćdziesiątych. Rozpoczęto od badań geologicznych, po których, na początku lat sześćdziesiątych, ruszyły prace przygotowawcze, a następnie konstrukcyjne. To była rewolucja w sielskim dotąd krajobrazie okolicy. Oprócz rosnącej stopniowo monstrualnej ściany na wzgórzach wokół zapory wyrosły pierwsze bloki mieszkalne, przeznaczone dla robotników ciągnących tu z całego kraju.

U podnóża zapory uruchomiono także szczytowo-pompową elektrownię wodną, której potężne turbiny miały moc 120 megawatów. Obecnie, po przeprowadzonej kilka lat temu modernizacji, Solina dosłownie w okamgnieniu może wyprodukować 200 megawatów ekologicznego prądu. Taka ilość pozwala zaświecić dwa miliony 100-watowych żarówek.

Prace budowlane przy wznoszeniu zapory w Solinie (fot. Tadeusz Sumiński / wikimedia.org / domena publiczna). Obok galeria techniczna w zaporze, na głębokości 6 m pod dnem zbiornika solińskiego (fot. Wojo overkill / wikimedia.org / GNU)

Utworzone w wyniku spiętrzenia Sanu Jezioro Solińskie, o powierzchni 22 kilometrów kwadratowych, ponad 160-kilometrowej linii brzegowej i maksymalnej głębokości 60 metrów, niemal z dnia na dzień awansowało do rangi bodaj największej atrakcji turystycznej Bieszczadów. Ale rzeka nie rozlała się przecież na kompletnie bezludnym terenie. - Wysiedlono ponad 800 osób. To były naprawdę niewielkie koszty - utrzymuje przewodnik.

Pod wodą

- To była naprawdę piękna wioska - wspomina Zdzisław Podkalicki, wysiedleniec z zalanej przez jezioro wsi. Tym zdaniem zaczyna i kończy każdy rozdział swoich solińskich wspomnień. W czasie rozmowy powtarza je przynajmniej dwadzieścia razy. Rozmawiamy w położonej kilkanaście kilometrów od zapory miejscowości Równia, do której jako 14-latek sprowadził się na początku marca 1963 roku. Kłaniający się Matce Ziemi Andrzej Podkalicki to jego ojciec.

- Zamiast drogi przez środek wsi płynął San - zaczyna 67-latek. - Nad jednym i drugim jego brzegiem stały domy. W samej Solinie było około 70 numerów, do tego dochodziły jeszcze przysiółki. Łącznie dobrze ponad 100 domów. Prostopadle do rzeki ciągnęły się pola uprawne i łany zbóż. Ślicznie to wyglądało. My mieszkaliśmy na lewym brzegu, w pożydowskim domu o ścianach murowanych z kamieni wydobytych z rzeki. Mieszkaliśmy tam wspólnie z rodziną brata mojego ojca. Szkoda było tego domu, bo jak na Solinę był naprawdę wygodny i duży. Miał 15 metrów długości. Większość to były jednak niewielkie chałupy, drewniane, bielone, kryte strzechą, z klepiskiem w środku. Nie wyglądały może najlepiej, niektóre nawet się na końcu sypały, ale to dlatego, że ludzie przez kilka lat nic z nimi nie robili, bo wiedzieli, że i tak czeka ich wysiedlenie. Przeczuwaliśmy to już w latach pięćdziesiątych, gdy po okolicy zaczęli się kręcić geolodzy. Potem władze wydały zakaz budowy nowych domów, a nawet zabudowań gospodarczych. Gdyby nie to, na pewno byśmy remontowali i stawiali nowe domy. Tak jak działo się to wszędzie naokoło.

Zdzisław Podkalicki (fot. Dawid Iwaniec)

Zdzisław Podkalicki tłumaczy w ten sposób wizerunek zabitej dechami, podupadłej wsi, który utrwalony został na fotografiach poprzedzających budowę zapory. Zdjęcia zobaczyć można w wielu publikacjach. Jedną z nich gospodarz trzyma na półce. W albumie jest i jego rodzinny dom. - O, proszę! Sąsiad miał nawet zgromadzone drewno na budowę. Nigdy go nie wykorzystał - wskazuje na drewutnię na jednym ze zdjęć. - Dzisiaj Solina wyglądałaby tak, jak większość miejscowości na Podkarpaciu: byłyby i murowane domy, i zadbane ogrody przed nimi. Mielibyśmy nowe drogi i sklepy, a z czasem pewnie i most łączący dwa brzegi - rozmarza się.

I mieliby mikroklimat, największy skarb Soliny. W rzecznej dolinie, osłoniętej wzgórzami i znacznie cieplejszej niż okolica, rosło podobno wszystko, co tylko mieszkańcy posiali czy zasadzili: pszenica, żyto, jęczmień, owies, ziemniaki, pomidory, ogórki, bób i len. Wszyscy żyli tutaj z rolnictwa. Hodowali także zwierzęta: krowy, świnie, owce, kury i gęsi. Byli więc niemal samowystarczalni. Niemal, bo w miejscowym sklepie trzeba było od czasu do czasu kupić ryż lub naftę. - Choć "kupić" to dużo powiedziane - koryguje Podkalicki. - To była bardziej wymiana towarowa, najczęściej za jajka.

No i ta atmosfera. Serdeczna, szczera, niemalże rodzinna, zwłaszcza zimą, gdy natura spowalniała rytm życia mieszkańców wsi. Sąsiedzi gromadzili się w kolejnych chałupach. Kobiety skubały pierze, mężczyźni toczyli nie zawsze poważne rozmowy. Latem zaś, opowiada gospodarz, po całodniowym mozole ludzie odpoczywali na długich ławkach, oparci o ściany domów. Od czasu do czasu bez wyjątku bawili się na hucznych potańcówkach, do których przygrywała miejscowa kapela. - Co więcej trzeba nam było? - pyta wertujący kartki albumu Podkalicki.

Zagroda Andrzeja Podkalickiego (fot. pochodzi z książki Zbigniewa Kozickiego ,,Solina. tam tak było", Wydawnictwo Libra PL, Rzeszów 2015, www.libra.pl)

Podkaliccy byli jednymi z pierwszych mieszkańców, którzy opuścili Solinę. - Na początku władze organizowały wyjazdy, byśmy zobaczyli miejsca, które przewidziano do zasiedlenia. Moi rodzice odwiedzili kilka. Pakowano ich na wojskowego stara i zawożono to tu, to tam. Ale opornie to szło. Gdy czas zaczynał gonić, dali nam wolną rękę. Można było samemu sobie wybrać miejsce zamieszkania. Ojciec miał kolegę w Równi, który przekonał go, że tu warto się przenieść, bo we wsi było dużo wolnych domów i mnóstwo pól dookoła. Zostaliśmy wywłaszczeni, więc mogliśmy kupić dom i 5,5 hektara pola. Tyle co mieliśmy w Solinie. Ale wielu mieszkańców przeprowadziło się gdzie indziej, przy czym za kilka hektarów w Solinie można było dostać nawet dwa razy więcej w nowym miejscu, bo ziemia w Solinie była najwyższej klasy - opowiada Zdzisław Podkalicki.

Dla części mieszkańców państwo wybudowało niewielkie domy, reszta stawiała własne za odszkodowania oraz preferencyjne kredyty. Najwięcej wysiedleńców, dwadzieścia rodzin, poszło za Podkalickimi do Równi. Inni wybrali m.in. Berezkę, Łobozew, Jawor i Ustianową - miejscowości również położone niedaleko od Soliny. - Dlaczego najwięcej osiedliło się w Równi? Bo upatrywali w tym swoją szansę, a zwłaszcza szansę dla dzieci, w bliskości miasta. Ustrzyki Dolne leżą zaledwie kilka kilometrów stąd, tam była praca i były szkoły - odpowiada Podkalicki.

Jezioro Solińskie (fot. Dawid Iwaniec)

Choć z czasem przesiedleńcy poukładali sobie życie od nowa, wielu, zwłaszcza ci starsi, jeszcze długo wspominało Solinę. Niektórzy nigdy nie pogodzili się z jej utratą. Spotykali się regularnie i opłakiwali skromniuteńkie, ale w ich oczach arkadyjskie życie w dolinie. - Ludzie strasznie tęsknili. Niektórzy nie byli nawet w stanie patrzeć na jezioro. Ale nie dziwię im się, mieszkali tam od pokoleń. Ja jeszcze kilka lat temu bywałem na zaporze kilka razy w roku. Stawałem na jej koronie i odszukiwałem miejsce, gdzie stał nasz dom - mówi Podkalicki. - Nadal pan tam jeździ? - dopytuję. - Raz w roku. Zdrowie już nie to samo. Ale gdyby Solina była nienaruszona, to w każdej chwili bym tam wrócił. To była naprawdę piękna wioska.

Na powierzchni

W wakacyjny słoneczny dzień przez koronę zapory przelewa się rzeka turystów. Co rusz zatrzymują się przy barierkach i spoglądają w toń jeziora, w której tuż przy ścianie tamy kłębią się ławice dorodnych pstrągów. Albo patrzą w kilkudziesięciometrową przepaść po drugiej stronie budowli, gdzie "bieszczadzkie morze" kurczy się do nitki.

Za wskazówkami Zdzisława Podkalickiego próbuję odnaleźć miejsce, w którym stał jego dom. Gdyby 67-latek stał obok, wskazałby je palcem. Albo chociaż potwierdził, czy dom znajdował się tam, gdzie taflę jeziora przecina właśnie turystyczny statek, czy też szukać należałoby go na wysokości rowerku wodnego, który zawisł chwilowo pośrodku zbiornika.

(fot. Dawid Iwaniec)

Pośrodku alejek prowadzących na koronę zapory bez trudu odnaleźć można natomiast potomków wysiedlonych rodzin. Prowadzą tu swoje biznesy, knajpy serwujące pstrągi z rusztu lub stragany z pamiątkami. Jedna z właścicielek (prosi o anonimowość) na pytanie o utraconą przez jej przodków arkadię niemal wybucha śmiechem. - Raj? - dziwi się. - Może dla nich, ale na pewno nie dla nas. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać w tym ich "raju" i żyć z uprawy roli. Wolę to - wskazuje tętniący turystycznym życiem deptak. - Może i była to piękna wioska ... Ale właśnie - była. Od dawna jej już nie ma, więc po co zaglądać na dno jeziora? No dobrze, chyba że po to, aby turyści pamiętali, że to dno ma jakąś tam historię.

Dom Wojciecha Pawłowskiego. Obok album, z którego pochodzi zdjęcie (fot. z książki Zbigniewa Kozickiego ,,Solina. tam tak było", Wydawnictwo Libra PL, Rzeszów 2015, www.libra.pl)

Dawid Iwaniec (ur. 1984). Dziennikarz portalu www.Krosno24.pl. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Krośnieński korespondent projektu Miasto Archipelag - Polska mniejszych miast, realizowanego przez W ydawnictwo Karakter .