Reportaż
Skierniewice (fot. Olga Gitkiewicz)
Skierniewice (fot. Olga Gitkiewicz)

Leżąc albo siedząc w swoim pokoju Wokulski machinalnie przypominał sobie, w jaki sposób ze Skierniewic powrócił do Warszawy.

Około piątej rano kupił na dworcu bilet pierwszej klasy, nie był jednak pewny, czy takiego żądał, czy dano mu go bez żądania. Następnie wsiadł do przedziału drugiej klasy i zastał tam księdza, który przez cały czas podróży wyglądał oknem, tudzież rudego Niemca, który zdjął kamasze i oparłszy nogi w brudnych skarpetkach na przeciwległej ławce, spał jak zarżnięty. Wreszcie naprzeciw siebie miał jakąś starą damę, którą tak bolały zęby, że nawet nie obrażała się na postępowanie swego sąsiada w skarpetkach. ("Lalka", Bolesław Prus)

To w Skierniewicach Stanisław Wokulski rzucił się na tory. Przed śmiercią uratował go niejaki Wysocki, ale w 2010 roku Wokulski i tak utknął tu na amen. Jest z brązu, waży 200 kilogramów, ma melonik i teczkę. I taki wyraz twarzy, jakby miał zaraz wbiec do wagonu. Nie wbiegnie. Od pięciu lat stoi pod wiatą i odprowadza wzrokiem tych, którzy wsiadają do pociągów.

Pomnik Stanisława Wokulskiego w Skierniewicach (fot. Olga Gitkiewicz)

Rozkład

W XIX wieku, kiedy na tej stacji Wokulski tracił złudzenia co do szczerości uczuć Izabeli Łęckiej, ze Skierniewic można było dojechać do Częstochowy, Krakowa i do granicy z zaborem austriackim w Maczkach. Jeszcze 20-30 lat temu jeździły stąd pociągi do Berlina, Pragi, Budapesztu i Moskwy. Dziś połączeń międzynarodowych brak. Sporo jest za to krajowych, ale podstawowy kierunek to Warszawa.

Zobacz wideo

Pierwszy odjeżdża "Ogiński", o 5.39. Po nim "Łęcka", o 6.07. O 6.32 "Jagna", minutę po siódmej "Czartoryski", z obowiązkową rezerwacją. O 7.40 "Soplica", tuż przed ósmą "Dąbrowska", dalekobieżny, trzeba na niego mieć miejscówkę. Pomiędzy nimi kursują jeszcze osobówki obsługiwane przez Koleje Mazowieckie.

Karolina dojeżdża do Warszawy od trzech lat. Pracuje w budżetówce. Za bilet miesięczny płaci 281 złotych. Żeby zdążyć na pociąg (ten najwcześniejszy, "Ogiński"), wstaje kwadrans po czwartej. Na Centralnym jest wpół do siódmej, do pracy idzie na piechotę. - To mi zajmuje 25 minut. Mogłabym wsiąść w metro albo tramwaj, ale rzadko to robię. Pracę kończę o trzeciej, o 15.35 mam pociąg, w Skierniewicach jestem o 16.20, za kwadrans piąta wchodzę do domu. Chyba że robię po drodze jakieś zakupy - opowiada.

Dworzec kolejowy w Skierniewicach (fot. Olga Gitkiewicz)

- Jeśli wyjeżdżasz przed szóstą, a wracasz o piątej, to jak wygląda twoje życie rodzinne? - pytam.

- Dziadkowie zawożą dziecko do przedszkola, dziadkowie je odbierają. Bo mąż też wcześnie wychodzi do pracy.

- A co w sytuacji, kiedy na przykład trzeba coś załatwić w urzędzie?

- Bierze się dzień wolny. Innego wyjścia nie ma.

Joanna pracuje w oddziale dużego banku. Budzi się koło szóstej, pociąg ma o siódmej.

- Na dworzec jeżdżę samochodem. To zajmuje pięć minut, o ile przejazd jest otwarty - mówi. - No i o tej porze trochę dalej muszę parkować, miejsc pod wiaduktem już nie ma. Wysiadam na Zachodnim i potem jakiś kwadrans idę pieszo. Ósma, ósma pięć jestem w firmie. Nie mam sztywnych godzin pracy.

- Znasz wielu ludzi, który dojeżdżają?

- Sporo. Choćby moi rodzice. Siostra szukała w tamtym roku pracy, też się nastawiała na Warszawę, a trafiło jej się w Skierniewicach. Ale ona jest wyjątkiem. Tata dojeżdża dwadzieścia pięć lat, mama siedem. Po szkole średniej pracowała w Warszawie, potem przeniosła się do Skierniewic, tutaj dostała pracę, później ją straciła i udało jej się coś znaleźć w Warszawie. Mając niecałe 50 lat, znowu zaczęła dojeżdżać.

Około godziny szóstej pod wiaduktem nie ma już właściwie wolnych miejsc parkingowych (fot. Olga Gitkiewicz)

Wanda 50 lat skończyła, jak mówi, "parę lat temu". Zagaduję ją w saloniku prasowym. Jest kadrową. Czeka na "Soplicę" o 7.40. Na dworzec dociera autobusem, nie ma daleko, bo w Skierniewicach nigdzie nie jest daleko.

Michał, czterdziestolatek, też jeździ "Soplicą". Często wstaje o wpół do trzeciej albo o trzeciej nad ranem. Wtedy może nadrobić zaległości w prywatnych zleceniach. Ma wolny zawód, pracuje na etacie i dodatkowo jako wolny strzelec.

Krzysiek wpada na dworzec w ostatniej chwili, za dwie ósma, kiedy nos pociągu jest już na peronie. Dojeżdża od lat, wie, o której wyjść z domu, żeby zdążyć. Chce zająć swoje miejsce, ale siedzący na nim człowiek zachowuje się, jakby nie znał znaczenia słowa "miejscówka". Przez chwilę negocjujemy, ale w końcu siadamy tam, gdzie akurat jest wolne.

Ze Skierniewic do Warszawy wyjeżdża codziennie kilka tysięcy ludzi (fot. Olga Gitkiewicz)

Pytam Krzyśka, czy w związku z tym, że dojeżdża, szefowie traktują go inaczej.

- Jestem uciążliwym pracownikiem - kiwa głową. - Przez ostatnie dwa lata przychodziłem do pracy i było mi wstyd, bo po raz kolejny pociąg się spóźnił - wspomina czasy, gdy remontowano połączenie Łódź - Warszawa. - To była jakaś godzina obsuwy. Albo przychodziłem i mówiłem, że teraz będę dojeżdżał inaczej, zresztą co pół roku to mówię, bo rozkład się zmienia. Ale w firmie wiedzą, że jak trzeba dłużej zostać, dokończyć jakiś projekt, to zostaję, więc w dłuższej perspektywie to wszystko się wyrównuje.

- Pracujesz blisko Centralnego?

- Nie. Warszawa Centralna to taki mój przystanek. Pracuję przy Metrze Politechnika. Ale nie jeżdżę metrem, tylko rowerem. Jak jest rower miejski, to jadę miejskim. I mam jeszcze awaryjny stary składak. Parkuję go pod Marriottem. Elegancko.

- A o której wracasz do domu?

- Wpół do siódmej.

- Rodzina na ciebie czeka?

Krzysiek się zamyśla: - Czeka, choć żona i dzieci prowadzą jednak trochę swoje życie we troje .

Rozkład pociągów zmienia się co pół roku (fot. Olga Gitkiewicz)

Sypialnia

Skierniewice to nieduże miasto - 48,5 tysiąca mieszkańców. W wieku produkcyjnym - 30 tysięcy. Z danych urzędu pracy wynika, że w mieście pracuje mniej więcej jedna trzecia z nich, czyli 11,5 tysiąca. Bezrobotnych jest 2 tysiące.

Arytmetyka jest prosta, można ją wspomóc danymi z PKP Intercity: codziennie między godziną 6.00 a 10.00 trasę Skierniewice - Żyrardów - Warszawa pokonuje 5200 osób. Do tego trzeba dodać pasażerów najwcześniejszego pociągu, "Ogińskiego", i tych, którzy do stolicy docierają Kolejami Mazowieckimi. Co rano wyjeżdża stąd więc kilka tysięcy ludzi. Oni wszyscy pracują na opinię, że Skierniewice to sypialnia Warszawy. Tyle że jak na sypialnię nietypowa, bo daleka - odległa o 70 kilometrów, w dodatku leżąca w innym województwie.

- Teoretycznie daleka - zgadza się Karolina. - Ale dziewczyna ode mnie z biura ma do pracy 30 kilometrów i poświęca na dojazd tylko 10 minut mniej niż ja.

Joanna wtóruje: - W poprzedniej pracy miałam koleżankę, która jechała z Tarchomina, miała dwie przesiadki, czasowo wychodziło jej tyle samo co mnie. A ja nie muszę się przesiadać. My wsiadamy tylko w pociąg.

Podróż ze Skierniewic do Warszawy zajmuje godzinę w jedną stronę. To 530 godzin rocznie spędzonych w pociągu (fot. Olga Gitkiewicz)

Krzysiek, gdy mu cytuję te argumenty, jest mniej entuzjastyczny. - Jasne, ci z Warszawy też długo jeżdżą do pracy - przyznaje. - Ale wiesz, spóźnia ci się tramwaj, wsiadasz w autobus. Bierzesz rower. Dzwonisz po taksówkę. To, co w Warszawie jest ekstremalną sytuacją, u nas jest normą. Jak pociąg stanie w polu, siedzisz i czekasz.

- To dlaczego wciąż mieszkasz w Skierniewicach?

- Spóźniłem się na pospieszny do stolicy - mruga okiem. - Nawet chciałem się przenieść. Z 10 lat temu. I wtedy to było jeszcze realne, a teraz w życiu. Pracuję w branży kreatywnej, ale nie zarabiam tyle, żeby kupić mieszkanie. Poza tym dzieci chodzą w Skierkach do szkoły. No nie ten czas.

Karolina i Joanna o przeprowadzce nie myślą. Tu mają rodziny i znajomych, domy, samochody, ścieżki znane od lat.

Jest i "ale"

Skierniewice mają dodatni przyrost naturalny. Naprawdę niskie bezrobocie. Plus kilka innych niezłych wskaźników. I jedno "ale". Tu nie ma pracy - powtarzają wszyscy.

Sprawdzam. Miażdżąca większość - 90 proc. - skierniewickich firm zatrudnia poniżej dziesięciu pracowników. Najwięcej przedsiębiorstw działa w handlu i budownictwie. W lokalnych gazetach jest sporo ofert dla kierowców z kategorią C+E. Poza tym są poszukiwani pracownicy do zbioru owoców, glazurnicy. Inne ogłoszenia: montaż drzwi i okien, sprzątanie. Jedna oferta dla kadrowca, jedna dla księgowej.

Skoro mowa o kadrowcu: Wanda szukała pracy w Skierniewicach. - Przekalkulowałam sobie i wyszło mi, że mogę mniej zarabiać, sporo mniej, byle na miejscu. Bo jednak zmęczona jestem - przyznaje. - Byłam na kilku rozmowach, w jednej firmie nawet chcieli mnie zatrudnić. Zapytali, ile chcę zarabiać, podałam kwotę o dwa tysiące niższą, niż mam teraz. Powiedzieli, że to o wiele za dużo...

90 proc. skierniewickich firm zatrudnia poniżej dziesięciu pracowników, dlatego tylu mieszkańców szuka zatrudnienia w Warszawie (fot. Olga Gitkiewicz)

Krzysiek przez jakiś czas prowadził w Skierniewicach swoją firmę. Nie wspomina tego dobrze. - Po trzech latach złapałem strasznego doła - wzdycha. - Brakowało mi kontaktów z ludźmi. Skazywałem się też na mniej ambitne i słabo płatne zlecenia.

- Teraz, w pociągu, na brak kontaktów nie możesz chyba narzekać. Ludzie są przysiadalni? - pytam.

- Ci ze Skierniewic bardziej, ci z Łodzi mniej - rozgląda się po zatłoczonym wagonie. - Bo niszczysz ich przestrzeń. Oni siedzą, już się przyzwyczaili, już mają te miejsca. W Żyrardowie wsiadają tacy bardziej skumplowani, bo są już wyspani. A w Skierkach rano jeszcze każdy chce się wyłączyć. Zapaść w sen albo gapić się w komórkę.

- Więc gadają, wracając?

- No nie, wtedy śpią po robocie.

- Znasz kogoś, kto pracuje w Skierniewicach? - pytam Karolinę.

- Tak. Znajomi pracują w urzędzie miasta, szpitalu, marketach . Co jakiś czas sprawdzam oferty tu na miejscu, ale znaleźć coś na stałe, z normalną umową, jest ciężko. No i nie ta kasa. Warszawa bardzo dobrze płaci, tak o 1/3 więcej, nawet jak się odliczy koszt biletów.

- A to nie jest błędne koło? - analizuję. - Może nie ma sensu prowadzić biznesu w Skierniewicach, bo wszyscy wyjeżdżają codziennie do Warszawy?

Karolina odpowiada, kiwając głową: - Głupie i błędne koło. Mam taki przykład: jak chcę kupić droższą rzecz, to muszę po nią jechać do Łodzi albo Warszawy. W Skierniewicach nikt mi nie był w stanie sprowadzić fotelika samochodowego, choć chciałam za to dopłacić. Sklepy się zwijają albo nie opłaca się ściągać droższych rzeczy, bo na to tu nie ma popytu. W Skierniewicach mamy głównie banki i ciucholandy. Ludzie, którzy zarabiają w Warszawie, wydają te pieniądze w Warszawie albo w internecie. Tu zakupów nie zrobią, bo nie mają kiedy. Sklepy są czynne maksymalnie do 18.00. W sobotę do 14.00.

Pensje w Warszawie są nawet o 1/3 wyższe niż w Skierniewicach. Nawet jak się odliczy koszt biletów (fot. Olga Gitkiewicz)

Bilans

Z badań uniwersytetu medycznego w Saint Louis wynika, że osoby, które muszą jeździć do pracy dalej niż piętnaście kilometrów, mają podwyższony poziom cholesterolu, wyższe ciśnienie i wyższy poziom cukru we krwi.

Soma to jedno, psyche to drugie. Office for National Statistics, czyli taki brytyjski GUS, przepytał 60 tysięcy pracujących. Okazało się, że dojeżdżający byli bardziej zestresowani i rozdrażnieni, gorzej spali. Problemy zaczynały się już przy dojazdach dłuższych niż pół godziny.

Skierniewicka wersja optymistyczna to godzina w jedną stronę i godzina z powrotem. Dwie godziny dziennie, dziesięć w tygodniu, 44 w miesiącu, 530 rocznie.

- Wychodzi na to, że w ciągu roku jeżdżę pociągiem cały miesiąc, bez przerwy, 24 godziny na dobę - irytuje się Krzysiek. - Jak sobie przeliczam ten cały czas, jaki spędzam w podróży, to tyle wychodzi. Jeden okrągły miesiąc.

W czasie modernizacji linii kolejowej Łódź - Warszawa pociągi miały nawet godzinne opóźnienie (fot. Olga Gitkiewicz)

Joanna nigdy nie pracowała w Skierniewicach, nigdy nawet nie szukała tutaj pracy. Stanowiska i płace, które ją interesowały, oferowała tylko Warszawa. - Nie mam dzieci, męża, więc nie muszę decydować, czy lepsza by była dla mnie inna praca, za mniejsze pieniądze, ale na miejscu. Nie widzę większych uciążliwości, dojeżdżałam od zawsze, to jest dla mnie naturalne - wyjaśnia.

Michał widzi pewne minusy dojazdów, ale to plusy wylicza bez wahania: - Lubię samo przemieszczanie się. To taka przymusowa wycieczka, są ludzie, coś się dzieje. Można się kimnąć, siedzi się wygodnie i nie trzeba ściskać kierownicy. Dodaje jeszcze, że kiedyś prowadził firmę i działał jako freelancer, ale przy trójce dzieci, kredycie i niemałych długach postawił na stałą pensję. Czyli na Warszawę.

Wanda po prawie trzydziestu latach ma dojeżdżania dość. Dość spóźnień, ciągłego niepokoju o to, czy pociąg przyjedzie, zmęczenia, podróżnych, którzy bez skrępowania rozmawiają przez komórki, dłubią w nosie, piją. Odlicza dni do emerytury. - To, że można do tej Warszawy dojechać, to dobrze. Zarabia się, jest praca. Ale to jest zgubne. Bo pracujesz w Warszawie i przyzwyczajasz się do warszawskiego tempa i poziomu, choćby zaopatrzenia sklepów. Obsługi. A potem wracasz do Skierniewic. W tej Warszawie jesteś właściwie gościem... - zamyśla się. - W Skierniewicach jednak też. Więc nie wiem, co ja tutaj na tej emeryturze będę robić...

Parkuj i jedź

Dworzec to chyba najbardziej tętniący życiem punkt miasta. Zwłaszcza w godzinach piąta - siódma czterdzieści. Ludzie przyjeżdżają rowerami i samochodami. Kupują bilety, gazety, witają się ze znajomymi.

Rowery to jeden z popularniejszych środków transportu w Skierniewicach (fot. Olga Gitkiewicz)

Widać też, że w tę część Skierniewic miasto inwestuje. Jeszcze za czasów poprzedniego prezydenta, Leszka Trębskiego, wokół stacji zaczęło przybywać parkingów. Teraz samochód można zostawić na ulicy prowadzącej od centrum, pod wiaduktem z obu stron torów, przed budynkiem dworca, na ulicy Mickiewicza.

Cztery lata temu zlikwidowano średnio atrakcyjny budyneczek Pekaesu, zamiast niego urządzono skwer z ławkami. Sporo zmian.

- Teraz pociągi jeżdżą w miarę punktualnie, bo kwadrans spóźnienia to nie jest dramat - zauważa Karolina. - Ale jeszcze niedawno, w czasie remontu, jeździły dobrze ponad półtorej godziny i potrafiły mieć godzinne opóźnienie. Rozmawiamy o modernizacji linii kolejowej Łódź - Warszawa. Ten temat wszystkim na dworcu podnosi ciśnienie. Prace ciągnęły się prawie dekadę, przy czym dwa ostatnie lata były rekordowo uciążliwe.

Z ciekawości Karolina zbierała zaświadczenia o opóźnieniach wyłącznie w stronę Warszawy i tylko tych powyżej 20 minut. W ciągu miesiąca wyszło około 20 godzin.

Cztery lata temu zlikwidowano średnio atrakcyjny budyneczek Pekaesu, zamiast niego urządzono skwer z ławkami (fot. Olga Gitkiewicz)

Aktualny prezydent miasta, Krzysztof Jażdżyk, jeszcze w czasie kampanii prezydenckiej spotykał się z mieszkańcami i obiecywał, że postara się ułatwić im dojeżdżanie do stolicy.

Jednocześnie i poprzedni, i aktualny prezydent w swoich programach wyborczych podkreślali, że w Skierniewicach są potrzebne nowe miejsca pracy. Póki co o świcie Skierniewice jadą pracować do Warszawy. Szczęśliwie już bez większych opóźnień.

Chociaż...

Niedawno PKP ogłosiło, że zaczyna modernizację torów na odcinku Grodzisk Mazowiecki - Warszawa. Znowu mogą być utrudnienia. Może zresztą wcale nie trzeba na nie czekać aż tak długo. W jeden z poniedziałków w czerwcu "Dąbrowska" miała 184 minuty spóźnienia. Z głośników rozbrzmiewał komunikat: Maszynista nie zna szlaku, dlatego z przyczyn bezpieczeństwa może jechać maksymalnie 40 kilometrów na godzinę.

Na Centralnym Krzysiek poszedł do konduktorki po zaświadczenie o opóźnieniu. - Co pan? Teraz pan przychodzisz? Teraz to się spieszymy, odjeżdżamy - powiedziała. W zasadzie prychnęła. Ale kwitek wypisała. Pociąg odjechał, a aksamitny głos z głośnika zapewnił, że koleje za utrudnienia przepraszają.

Tekst powstał w ramach projektu dokumentalnego "Miasto Archipelag" poświęconego byłym miastom wojewódzkim. Organizatorem jest Wydawnictwo Karakter, partnerami - Trójka, tygodnik "Polityka", Instytut Reportażu. Projekt realizowany przy wsparciu BlaBlaCar Polska, Olympus Polska i Fundacji Grand Press. Więcej informacji na miastoarchipelag.pl oraz na Facebooku .

Olga Gitkiewicz . Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, koordynatorka w projekcie "Miasto Archipelag".

(fot. Publio.pl)